#niemusisz, ja pokręcę

poniedziałek, Maj 7, 2018 0 0

Pierwsze zdanie zapisane w języku polskim brzmiało „Daj, ać ja pobruszę. A ty pocziwaj”. Zostało zapisane w tzw. Księdze Henrykowskiej napisanej w całości po łacinie i dotyczyło nieznanej z imienia żony niejakiego Boguchwała, który jak nic, musiał być pierwszym feministą wśród polskich mężów, o czym żadne księgi nie wspominają, więc chyba będę musiała pewnego dnia stworzyć apokryf 😉

Mówiąc dzisiejszą polszczyzną, tenże Boguchwał zaoferował zapracowanej żonie obracającej żarna, że teraz on pokręci, a ona niech sobie odpocznie. Nie mąż jest dla mnie ważny, ale żona. Ta żona to ja. Wciąż obracam jakieś żarna. Mielę mąkę. Na chleb. I na do chleba. I na NA chleb. I na inne rzeczy. Mielę i lubię to. Ale czasem mam dosyć.

Czasem nie chce mi się już być bohaterem we własnym domu. Ogarniać. Wszystkiego. Od mieszkania przez jedzenie po samochód i pracę. Od córki i jej spraw (ostatnio na odległość, więc jeszcze trudniej) przez sprawy mojej mamy po sprawy własne, których ciągle brakuje. Od napraw przez remonty, zakupy i wymianę zepsutych rzeczy, szukanie fachowców.

Jestem silną babką, więc ogarniam. Ale okupuję to. Pobudkami nad ranem, bo mój mózg już sobie nie radzi i budzi mnie, żeby poukładać sprawy, poprzypisywać priorytety, ponarzekać na wszystko, poniepokoić mnie… Zmęczeniem, kiedy nie powinnam być zmęczona. Niechęcią do działania. Niechęcią do czegokolwiek. To nie jest stan stały. Ale wiem na pewno. Potrzebny mi drugi bohater.

Chcę wrócić do domu i żeby mi ktoś powiedział: „siadaj, odpocznij, już nie musisz”. Chcę, żeby ktoś powiedział mi: „zapłaciłem rachunki, Ty nie musisz”. Chcę, żeby podsunął mi kolację, kiedy jestem zmęczona, bo „nie muszę” albo ucieszył się ze śniadania, które zrobię, „bo chcę, a nie muszę”. Chcę przestać myśleć ciągle, co muszę zrobić, o czym pamiętać, czego nie przeoczyć, jak zrobić to, jak ogarnąć tamto, jak wszystko spiąć, kiedy, co, jak i dlaczego.

Takie osoby jak ja myślą, że „niemuszenie” dzieje się, dopiero kiedy naprawdę już nic nie musimy. W grobie. Chciałabym jednak, po wszystkich moich dotychczasowych doświadczeniach, których po prostu było za dużo jak na jedną osobę, być teraz jedną z tych, które nie będą musieć za życia.

Tak, ja wiem, że to wszystko to właśnie jest życie. I że to jest moje życie. I że to jest życie, które tak patrząc z dystansu bardzo kocham. Zamieniłabym je tylko na życie bogatego podróżnika, który nie martwi się o pieniądze i zobowiązania hahaha 😀 A jednak czasem mi się to życie ulewa. Wychodzi bokiem. Siada na karku. Odkłada się w kręgosłupie. Budzi o świcie. Rzeźbi mi w twarzy zmarszczki. Maluje na siwo włosy. A nawet brwi. No, dyma mnie ogólnie rzecz biorąc, mimo że jest moje 😉

Dlatego coraz częściej chciałabym słyszeć #niemusisz. To moje tegoroczne marzenie. Niech ktoś przyjdzie i mi to powie.

 

ZWOLNIENIE

niedziela, Kwiecień 15, 2018 0 0

Jego bezwładne ciało, choć całkiem martwe, pod wpływem siły wystrzeliwanych ciągle pocisków turla się i przewraca na bok. Jej głowa i ramię osuwają się teatralnie wzdłuż otwartych drzwi podziurawionego kulami samochodu. W tej jednej chwili wszystko, choć dzieje się błyskawicznie, nagle zwalnia i widzimy ten bezwład ciał, te marionetkowe ruchy. To moment, kiedy para najsłynniejszych przestępców w historii odchodzi z tego świata pod bezlitosnym obstrzałem policyjnej obławy. To ostatnia scena z „Bonnie i Clyde” Arthura Penna, jedna z najsłynniejszych w historii filmu, w której zastosowano tzw. slow motion. Zastanawialiście się kiedyś, po co oni to robią w filmach? Czemu służą te spowolnione obrazki? Powiem Wam, po co. Oni w ten sposób mówią nam: przyjrzyj się, to jest ten moment, ta ważna chwila, zwróć uwagę na szczegóły, pomyśl chwilę, zastanów się. To ważne.

Często pisząc coś zawodowo denerwuję się ograniczeniami, jakie daje język polski, na przykład w porównaniu z angielskim. Czasem nawet łatwiej mi się nazywa coś w rozmowie po angielsku niż po polsku. Od paru dni jednak zachwycam się głębią i wielowymiarowością jednego, pozornie prostego słowa: ZWOLNIENIE.

A cała historia zaczęła się tak. Tydzień temu położyłam się spać, jak zwykle. Obudziłam się jednak już nad ranem z okropnym bólem gardła. Wstałam jednak, poszłam do pracy i cóż… nie czułam się najlepiej. Wręcz przeciwnie. Zapakowana do bagażnika torba na siłownię nadal tam leży 😉 We wtorek wzięłam home office w nadziei, że jak nie będę wychodzić z domu, nie będę za bardzo rozmawiać, nadwerężać gardła i nafaszeruję się aptecznymi specyfikami, to będzie lepiej. Nie było. W środę, kiedy już ledwie mówiłam, a każde wypowiedziane zdanie sprawiało ból, skapitulowałam i poszłam do lekarza. Pani doktor orzekła, że to ostre zapalenie gardła, należy odpocząć, leżeć, faszerować się antybiotykami i wypisała mi na tę okoliczność ZWOLNIENIE.

Zwolnienie poszło drogą elektroniczną do pracy, a ja po wydaniu bajońskiej sumy w aptece – zawiozłam się moim księciem do domu. I zaczęło się ZWOLNIENIE.

Kilka takich dni zmagania się z niedoskonałościami ludzkiego ciała zaatakowanego przez chorobę, które nie pozwalało na wiele aktywności, zwłaszcza umysłowej (bo taka mi jest potrzebna najbardziej w życiu zawodowym), sprawia, że całkiem może się zmienić perspektywa. Nawet przy takiej z pozoru zwyczajnej chorobie. Bo jak człowiek, tak jak ja, nawet kiedy bierze urlop, to zawsze coś robi, a tutaj robić niewiele może, bo… nie może po prostu, to robi rzeczy, na które nigdy nie ma czasu albo mu na nie czasu szkoda. Na przykład… nie pracuje! 😀

Uwierzcie mi, że w moim przypadku to jest naprawdę totalna zmiana perspektywy. Bo ja pracuję ciągle. Dlatego ten czas nie-pracowania dał mi solidnie do myślenia. Na przykład nad tym, co właściwie oznacza słowo ZWOLNIENIE. Bo w języku polskim jest to słowo wieloznaczne. Słownik Języka Polskiego podaje aż osiem znaczeń słowa zwolnićzwalniać, od którego pochodzi rzeczownik zwolnienie:

1. «zmniejszyć szybkość, tempo czegoś»
2. «zmniejszyć szybkość poruszania się»
3. «uczynić coś mniej napiętym, zwartym»
4. «uczynić kogoś wolnym od jakiegoś obowiązku, od odpowiedzialności itp.»
6. «wypowiedzieć komuś pracę»
7. «wypuścić kogoś z więzienia, szpitala itp.»
8. «sprawić, że coś nie jest obciążone podatkiem, cłem itp.»
Większość znaczeń ma związek ze zmniejszeniem szybkości, tempa, napięcia, uwolnieniem od czegoś, zmniejszeniem obciążenia. I jak tak sobie pod tym kątem spojrzałam na moje ZWOLNIENIE, to cała ta medyczno-prawno-kadrowa akcja ze zwolnieniami odkryła mi swoje drugie dno – spowolnienie, zmniejszenie prędkości, zmniejszenie tempa, zluzowanie, slooow. Aż głębiej odetchnęłam na samą myśl o tym. Jestem teraz pewna, że ta choroba dopadła mnie celowo. I nie bez powodu przybrała taką właśnie postać, że nie mogłam mówić (inaczej wielce prawdopodobne, że odmówiłabym zwolnienia i dalej pracowała, mimo średniej jasności umysłu).
Ale dzisiaj, po tych kilku dniach, kiedy już czuję się lepiej, nie żałuję ani minuty spędzonej na nicnierobieniu, spaniu, czytaniu, porządkach w miejscu, przy którym akurat przystanęłam snując się po domu, przeglądaniu setek zdjęć w archiwum czy porządkowaniu aplikacji na iPhonie 😉 Poczułam moc, jaką daje zwolnienie – zwolnienie w biegu, zwolnienie siebie samej z różnych obowiązków, wyluzowanie… Przyznam szczerze, że nie wiem, czy długo tak pociągnę 😉 Znając mnie znów rzucę się w taki wir, że wkrótce zapomnę, dokąd właściwie biegnę. Ale sama sobie obiecałam, że bardzo się postaram tak częściej być na zwolnieniu. Nie chorobowym. Ale po prostu – slow. Jak powiedział pewien rzymski cesarz, śpiesz się powoli 😉

 

CZYM JEST PIĘKNO?

czwartek, Kwiecień 5, 2018 0 0

Dzisiaj będzie rozprawa prawie że filozoficzna 😉 Czym jest piękno?…

Dzisiaj akurat, dlatego że dzisiaj spojrzałam w biegu w lustro w firmowej łazience i zobaczyłam siebie, ale inną. Z opadniętymi kącikami ust. Z rysującym się „chomikiem” na dolnej szczęce, który jest charakterystyczny dla mojej rodziny ze strony mamy. Tu i ówdzie odstawały małe antenki włosów – zafarbowanych, ale siwych. Inne nie odstają, więc to jasne, że to są te siwe 😉 Uśmiechnęłam się do siebie i na szczęście, dzięki słabemu światłu, nie zobaczyłam wszystkich tych zmarszczek, które odcisnęło na mojej twarzy życie. Ale uśmiech, pogodny i afirmujący życie, był piękny. Tak, uśmiechanie się samemu do siebie naprawdę działa. Nawet nie musi być przed lustrem 🙂

Chwilę temu przeglądałam Facebooka. Tak, na koniec dnia, bo w ciągu dnia dość rzadko mam czas. Zobaczyłam zdjęcie znajomego, faceta nieskazitelnej urody. Po prostu pięknego. Młody, przystojny, wiecznie w sztosie. Pomyślałam sobie… co o tym decyduje? O tym, że ten jest piękny, a ten brzydki. Że ta jest ładna, a tamta – mało urodziwa. Co decyduje? Kto? Patrzysz na kogoś i myślisz, że jest piękny. Ktoś, kto stoi obok Ciebie, patrzy na tę samą osobę i myśli, że jest przeciętna. Ktoś inny –  że brzydka, bo np. nie ma 100 obręczy na sztucznie wydłużanej w ten sposób szyi, a to właśnie jest tam kanonem piękna. Z kolei niektórzy uznawani są zawsze za pięknych, choć niekoniecznie w czyimś typie. A inni – za brzydkich, choć są tacy, którzy twierdzą, że w tym właśnie tkwi ich piękno.

Jakie to skomplikowane, zwłaszcza w czasach, kiedy uroda – dzięki portalom społecznościowym – stała się wręcz towarem, który sprzedaje lepiej lub gorzej. I co w tych czasach jest urodą? Czy instagramowa sztuczność dziewczyn robiących sobie selfie wiecznie w tych samych pozach też? Czy naturalność, bycie sobą, nieprzesadzanie, normalność?…

O co więc chodzi z tym pięknem?…

Ile razy słyszeliście, że najważniejsze piękno to to wewnętrzne? Ile razy – że uroda przemija? A ile razy zachwycaliście się piękną twarzą, piękną sylwetką. Tak po prostu. To smutne, ale piękno zewnętrzne jest szalenie ważne. Tak już jesteśmy skonstruowani, że najpierw oceniamy „okładkę”. Ale…

Tak sobie dzisiaj myślę, myśląc o tych kącikach ust, o tym „chomiku” i zmarszczkach, że piękny musi być przede wszystkim… umysł. Tak, tak. Parafraza tytułu oscarowego filmu nie jest tutaj bezpodstawna. Piękny musi być człowiek wewnętrznie. To z tego wnętrza bije światło, które nawet z brzydkiej (co to w ogóle znaczy, patrząc filozoficznie?!) osoby zrobi kogoś przepięknego. Możesz być najurodziwszy czy najpiękniejsza, ale jeśli nie masz piękna w sobie, jesteś po prostu nijaki. Myślę o starych ludziach. Uwielbiam patrzeć na ich twarze, w których właśnie „uroda przemija” albo przeminęła. Bo właśnie w ich twarzach tam, gdzie jest piękno wewnętrzne, widać, że jest coś więcej niż uroda. Pojawia się w nich blask, pojawia się emanacja radości życia, pojawia się tak wiele różnych pozytywnych rzeczy, wyrzeźbionych przez czas i doświadczenie, że patrzysz na takiego człowieka i myślisz sobie…. „wow, co za piękny człowiek”.

Ostatnio poznałam 72-letnią panią, która wciąż ma plany na przyszłość (tak, tak!). Rozmowa z nią była dla mnie jednym z najbardziej inspirujących przeżyć. Wcale nie była urodziwa. Kompletnie nie jest już młoda. Ale po spotkaniu pomyślałam sobie właśnie: „jaki piękny człowiek”.

Piękny człowiek. Piękny. Człowiek. To słowa klucze. Piękny człowiek to człowiek prawdziwy. Szczery. Pozytywny. Nienegujący rzeczywistości. Uśmiechnięty w przyszłość. Tolerancyjny. Przytulający świat. Starający się go zrozumieć, a nie oceniać. To jest Piękny Człowiek.

Bo możesz mieć urodę nie wiadomo jaką. Możesz mieć figurę. Możesz być fotogeniczny. Możesz wymiatać na plażach, basenach, na siłowniach, na ulicach. Ale możesz być też po prostu Pięknym Człowiekiem. Jeśli jest przy tym uroda i pozostałe takie elementy – wspaniale! Wygrałeś los na loterii. Jeśli nie?… Też cudownie! Jesteś Pięknym Człowiekiem. Tego nie zabierze Ci ani czas, ani świat 🙂

PS Chciałabym Wam pokazać na zdjęciu Pięknego Człowieka, ale taki wzorzec nie istnieje. Dlatego pokazuję Wam piękne kwiaty. Ich uroda i czas też przemijają. Ale każdy coś w nas po sobie zostawia. Prawda?… Bądźcie Pięknymi Ludźmi.

Żyj, nie żRyj!

piątek, Marzec 30, 2018 0 0

Nie mam gdzie zaparkować samochodu. Cofam się ze sklepów od progu. Wybieram DriveMarche. Podjeżdżam i stoję pół godziny po odbiór drobnych zakupów, które zwykle odbieram w 5 minut. Ten amok. Te kosze wypełnione po brzegi żarciem. ŻARCIEM! Bo inaczej nie umiem tego nazwać. Kilogramy kiełbas, wędlin, mięs takich czy innych, chlebów, tuziny jajek, dziesiątki słoików majonezu, wszystko w ilościach do porzygu. Wybaczcie mi, ludzie, ale co Wy, qrwa, będziecie z tym całym żarciem robić przez DWA dni!???

Może ja jestem jakaś inna (fakt, nie lubię jeść za dużo, ale wiem, co to głód), może czegoś nie rozumiem, może święta to czas, żeby… napchać sobie policzki jak chomik i trzymać, żeby w razie Niemca nie paść z głodu? Może zbliża się wojna. Może jakiś inny kataklizm?…

Zaczynam naprawdę myśleć, że coś jest ze mną nie tak, ale dla mnie święta to… święto. To czas, kiedy mogę:

  • być z rodziną
  • robić nic
  • czytać rano zanim wstanę z łóżka
  • oglądać filmy przez cały dzień
  • cokolwiek

Ale nie – ŻREĆ! Nie macie na co dzień jedzenia czy co? Brakuje Wam? Owszem, pamiętam czasy, gdy byłam dzieckiem, kiedy święta były tymi dniami, kiedy mogłam się najeść do syta. Ale ja byłam biedna! Moja rodzina była biedna. Nie raz nie mieliśmy nawet na chleb, nie mówiąc już o czymś do chleba. Było to więc całkiem zrozumiałe. Ale przecież to niemożliwe, żebyście wszyscy co do jednego żyli w takiej biedzie jak ja!!!

Ile jesteście w stanie dojeść po świętach? Kto z kolegów z pracy, u których w domach jest dokładnie tak samo, będzie miał ochotę kosztować we wtorek Waszej sałatki? Co zrobicie z tym niezjedzonym żarciem? Czy będziecie czuć się dobrze wyrzucając je kilka dni po świętach zepsute na śmietnik? Czy nie lepiej zamiast tego napychania koszyków żarciem usiąść na chwilę przy komputerze i zrobić stałe zlecenie nawet na kilka złotych dla jakiejś organizacji pomagającej tym, którzy naprawdę nie mają co jeść? No po prostu nie mieści mi się to w głowie. Co roku to samo. A nawet powiedziałabym, że gorzej.

Zwolnijcie! Nie żryjcie! ŻYJCIE! 🙂

Alleluja!

PS Nawet jeśli pogoda do dupy. Po coś w końcu człowiek wynalazł parasole 😉

TEN PIERWSZY RAZ (2)

wtorek, Grudzień 26, 2017 0 0

Pamiętacie, jak pisałam o swoim pierwszym razie?… Wykorzystałam święta, żeby i moja mama jakiś wreszcie zaliczyła 😉 Broniła się, bała, prawie że uciekała. Ale zabarykadowałam drzwi i nie popuściłam. Odwoziłam ją do domu szczęśliwą, uśmiechniętą, z planem na więcej i… na jeszcze więcej.

Bo skoro już udało mi się nauczyć ją podstawowej obsługi smartfona, to czas skończyć z tym „weź, zobacz, bo jakiś SMS mi tu przyszedł”. „Koniec z tym” – zakomunikowałam mamie dzisiaj po obiedzie i posadziłam na sofie w celach pobrania dalszej nauki. W sumie niedługo się opierała, bo miałam świetny argument. Sąsiadka, którą bardzo lubi, przysłała jej SMS-owe życzenia świąteczne, a mama ani nie umiała ich odczytać, ani na nie odpisać. Mimo pokusy, mama nadal jednak opierała się, twierdząc, że nie da rady, że nie potrafi, że to za trudne.

„Mamo, pamiętasz, jak się bałaś smartfona?” – zapytałam więc dodatkowo.

„No, a teraz Stacha mówi, że ona się nigdy nie nauczy takich przesuwanych telefonów, a ja jestem od niej starsza! No to jej mówię, że chyba ja jestem mądrzejsza…” – chwyciła przynętę 😉

„A pamiętasz, jak na początku było trudno i się myliłaś?” – kontynuowałam.

„No, pamiętam”.

„A teraz się mylisz?”

„No, nie…”

Tak więc przystąpiłam do dzieła, a gdy mama pisała do mnie jednym palcem pierwszego w swoim życiu SMS-a

„Corko gotuj obi ad”

ja zakładałam jej konto na Facebooku. A potem zapraszałyśmy znajomych. Zanim ją odwiozłam do domu, ogarnęłyśmy jeszcze robienie zdjęć smartfonem i założę się, że teraz właśnie lata za moimi bratankami, a swoimi wnukami, z którymi mieszka, i foci ich 😉

Niedawno spotkałam ciekawego trenera. Facet koło pięćdziesiątki, za którego po zobaczeniu jego CV (szkolenia dla urzędników, samorządowców, nauczycieli…) nie dałabym pięciu złotych. Przekonała mnie do niego koleżanka, również trenerka, opowiadając o tym, jak szkoliła wymiennie z nim tę samą grupę ludzi. Najpierw był on, a potem ona, a po przerwie ci ludzie zapytali, czy jest szansa, żeby to on, zamiast niej, poprowadził szkolenie. Zgodziła się, a

jej opowieść była dla nas (dla mnie i szefowej) najlepszą rekomendacją.

Potem on, Wiesław, szkolił nas. I trzeba przyznać – miała rację. I ta grupa ludzi – też. Ale nie dlatego o tym piszę. Piszę o tym, dlatego że Wiesław opowiadał o tym, jak dawniej wszystkiego, co umieliśmy, uczyliśmy się od rodziców i dziadków. A dziś?… To rodzice i dziadkowie uczą się od nas. Jak bardzo zmienił się świat! Jak mocno odwróciły role! Jak ciekawa zrobiła się wymiana międzypokoleniowa, gdy można wciągnąć rodziców i dziadków w swój świat, przenieść odrobinę w przyszłość, a nie trzymać w przeszłości. Dla mnie to najlepsza nauka z końcówki tego roku. I już wiem, czemu tak lubimy z moją córką starszych ludzi i dlaczego ona tak lubi rysować ich twarze… Bo są piękne!

***

Epilog

Moja mama w samochodzie: „Oooo, to ja teraz będę ćwiczyć! Nie będę się bać, że robię błędy. A potem może mi pokażesz tego fejsbuka!” Jej radość – bezcenna. Mnie kosztowało to tylko godzinę cierpliwości 😀

CO SIĘ ZE MNĄ STAŁO?

środa, Grudzień 6, 2017 2 0

Kilka osób zapytało mnie o to ostatnio. No, trochę ubarwiłam 😉 Zapytali dokładnie, co się ze mną dzieje, co się dzieje z moim blogiem, dlaczego nie piszę, co z moją książką, którą przecież miałam wydać w tym roku, a już się kończy… Tak właśnie zapytali. Ale jak chwilę nad tym podumałam, to myślę sobie, że pytanie powinno właśnie brzmieć „co się ze mną stało?” Piszę to dzień po tym, jak mój blog przestał istnieć, bo zapomniałam opłacić fakturę za domenę. Tydzień po tym, jak wróciłam z przedostatniego wyjazdu służbowego i tydzień przed tym, jak pojadę na ostatni w tym roku. Rok po tym, jak zżymałam się na moim prywatnym koncie na FB na to, że ludzie oceniają swoje życie w perspektywie roku – gorszy, lepszy, niech się skończy, niech się zacznie… A dziś myślę, że moja australijska Magda miała rację, kiedy skomentowała ten post, że niby mnie rozumie, ale dalej będzie sobie wierzyć po swojemu, że nowy będzie lepszy. Jej jest. A mój?…

Mój rok jest naprawdę dobry. Zawodowo wręcz wspaniały.

Tu awansowałam, tam otworzyłam własną firmę, którą od dawna chciałam mieć i która pomaga mi spinać różne ciekawe projekty, jakie robię. I tu sama z siebie zakpiłam, bo nazwałam ją, tę firmę, Fabryka Słowa. I od tamtej pory ANI SŁOWA. Mój ostatni wpis był z krótkich bieszczadzkich wakacji przed ostatecznym odstawieniem Oli do artystycznej szkoły w Nałęczowie, skąd miałam wrócić, cieszyć się większą ilością czasu dla siebie, czasu na pisanie, czasu na nicnierobienie, czasu na życie.

Jak widać, nie cieszę się. Asia, moja optyczka z dzierżoniowskiej Optyki Deka, mówi, że podświadomie robię wszystko, żeby nie wracać szybko do domu. Nie wierzę Asi. W domu co wieczór czeka na mnie przecież uroczysty komitet powitalny założony w przedpokoju przez Roxy i Pompona, moje dwa szarobure dachowce, przed którymi rano uciekam, żeby nie patrzeć w ich smutne ślepka, a wieczorami zdarza się, że zasypiam w salonie, bo takie mam wyrzuty sumienia, że siedzą w domu całymi dniami same (do sypialni nie mają wstępu, bo mój kręgosłup tego nie wytrzymuje 😉 ). Komitet powitalny jest też pożegnalny, kiedy w salonie ląduje walizka, do której się pakuję przed rozlicznymi wyjazdami. Komitet pożegnalny nie lubi walizek. Walizki zostałyby najchętniej osikane ze wszystkich stron i jeszcze w środku. Walizki oznaczają, że opiekun będzie dochodzący, jak moja mama, albo – przy długich wyjazdach – będzie moim siostrzeńcem, który nie jest przecież ani mną, ani Olą. Chociaż całe szczęście, że jest 🙂

Jak widać, nie mam czasu ani na pisanie, ani na nicnierobienie, ani na życie.

Czas dla siebie narzucam sobie siłą, np. na – nomen omen – siłowni, na którą chodzę dwa razy w tygodniu i staram się nie opuszczać. Zresztą boję się Tomka, mojego trenera, którego znam od kilkuletniego łebka, ale uwierzcie mi, że na siłce NaSportowo nie śmiem mu się sprzeciwić 😉 Albo kiedy chodzę na rosyjski do domu przy cmentarzu do żony naszego lokalnego popa. Albo gdy wracam do domu tak zmęczona, że mimo że w głowie coś buczy, że powinnam popracować, zagłuszam to Netflixem albo muzyką i książką, i wtedy nawet zostawiam komitet powitalno-pożegnalny samotny w salonie. I zasypiam oglądając serial albo czytając książkę.

I teraz pewnie pomyślicie, że jestem strasznie nieszczęśliwa. Otóż nie. Mam wspaniałą pracę. Ciekawe życie zawodowe. Otaczam się świetnymi ludźmi. W rozwoju osobistym poczyniłam postępy większe niż przez całe dotychczasowe życie. Widziałam piękne miejsca, o których nie sposób zapomnieć, jak bieszczadzkie połoniny, Moskwa i jej niesamowite metro, czy kijowskie Złote Wrota. Przejechałam tysiące kilometrów za kółkiem mojego ukochanego Saaba. Moja córka uczy się we wspaniałej szkole. A przede mną perspektywa kolejnych ciekawych zawodowych wyzwań i wyjazdów. Pożegnań i powitań.

Czegoś w tym wszystkim jednak brak. W samym, kluczowym środku tej układanki wciąż jest puste miejsce na mały puzzel, który może ją dopełnić.

Bo nie zakończę tego roku, tak jak to sobie wyobraziłam przed rokiem, w towarzystwie przystojnego bruneta gdzieś w górskiej chatce. Ani jeszcze bardziej przystojnego blondyna gdzieś nad ciepłym morzem. Choć nie brakuje mi kolegów ani przyjaciół, i to najlepszych na świecie, jak Ania, która na wieść, że przystojnego bruneta i jeszcze przystojniejszego blondyna znajdę sobie w sylwestra na Netflixie we własnej sypialni, wyciągnie mnie, jak przed rokiem, gdzieś na stok i napoi grzańcem. Brakuje mi jednak tego jednego puzzla. I nie wiedzieć, czemu, te pytania o to, co się ze mną dzieje itd., doprowadziły mnie do takiej konkluzji. A właściwie… wiem, czemu. Bo permanentny brak czasu na życie powoduje brak czasu… na życie. Na jego ułożenie sobie. Na podzielenie tych nędznych resztek wolnego czasu z kimś, z kim jest szansa, że mogłabym je pomnożyć.

Magda, zmądrzałam. Ten rok jest wspaniały, ale czegoś w nim ewidentnie brak.

W przyszłym, na 45. urodziny, na pewno dostanę w prezencie ten brakujący puzzel. I tego będę się trzymać. A tymczasem, moi drodzy czytelnicy, jeśli ktoś z Was jeszcze po tak długiej przerwie mnie czyta… pierwsze przed-noworoczne postanowienie: co najmniej jeden wpis na tydzień. Przecież mam tak wiele ciekawych rzeczy do o-powiedzenia 🙂

PS A co z moją książką? Wysłałam do wielu wydawnictw. Milczą. Tak więc prawdopodobnie jestem grafomanką i powinnam bardziej popracować nad swoim pisaniem, jeśli chcę spełnić to marzenie, zanim umrę 😉 A że zostało mi na to mniej niż do tej pory przeżyłam, bo wg tegorocznych badań GUS-u kobiety w Polsce żyją średnio 81,9 lat, to trzeba spiąć poślady i zabrać się do roboty! Samo się nie napisze 😀

WIELKA POLAKIZACJA

czwartek, Sierpień 31, 2017 0 1

Pamiętacie, jak rok temu świętowałam swoje urodziny w USA (bo los tak zrządził, że przyszłam na świat 4 lipca) i chciałam się napawać amerykańskością Independence Day, a trafiłam na festyn z foodtruckami z wizerunkiem Krakowa i kiełbasą oraz gołąbkami, do złudzenia przypominający polskie festyny? 😉 Dzisiaj przeżyłam coś podobnego, tyle że w Polsce. Co więcej – jest to tendencja, która się rozrasta i obawiam się, że jest nie do zatrzymania. Już nie możesz pojechać nigdzie, żeby nie dopadło Cię „wszędzie”. Wszędzie jest to samo. Bałtyk, Mazury, Bieszczady, Tatry, Karkonosze, Lubuskie… Budy, budki i budeczki, foodtrucki pełne tego samego. Wszędzie. Oto na naszych oczach rozgrywa się Wielka Polakizacja wypoczynku.

Kiedyś jak chciałeś zjeść oscypek, musiałeś jechać w Tatry i kupić go u górala. Jak chciałeś zjeść świeżego dorsza, jechałeś nad Bałtyk, a jak sielawę – na Mazury. Żeby przywieźć sobie pamiątkę z bursztynem, wybierałeś wybrzeże, żeby wrócić do domu z ciupagą, góralskim kapeluszem czy wizerunkiem owieczki, kierowałeś się do Zakopanego, w ogóle – żeby przywieźć sobie oryginalną pamiątkę, musiałeś pojechać w miejsce, w którym lokalni rękodzielnicy je wytarzają. Dzisiaj – możesz pojechać gdziekolwiek. I tak 90% tego, co nazywasz pamiątkami, przyjeżdża w to „gdziekolwiek” z Chin, zamawiane masowo.

Jeszcze 15 lat temu, jak się wyjeżdżało na Mazury, to wyjeżdżało się „w dzicz”. Buda z najlepszą smażoną sielawą ever stała na środku szarego placu, a Ty jedząc tam tę sielawę czułeś się jak w restauracji z czterema gwiazdkami Michelina. Dlaczego? Dlatego że nigdzie indziej na świecie nie miałeś szansy zjeść tak genialnej sielawy ze świeżego połowu i nieważne, że podawali Ci ją na tekturowej tacce. Jeszcze 15 lat temu nad Bałtykiem były miejscowości, jak Grzybowo (dziś już nie jest), do których jechało się po prostu wypocząć. Żadnych „przeszkadzaczy”, żadnych deptaków z budkami, goframi (no, dobra, gofry to mogę wybaczyć :D), żadnych „atrakcji”, które już kilka lat później wyprowadzały moje kilkuletnie dziecko do szału, a mnie – do rozpaczy. Bieszczady, w których teraz spędzam wakacje, obrosły legendami sprzed kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat jako tereny dziewicze. Aha! Akurat. Dziś na zaporze solińskiej kwitnie taki sam przemysł turystyczny jak w Mikołajkach czy Kołobrzegu.

W tym bajzlu wszelkiego rodzaju „pamiątek” made in China z trudem można wyłapać perełki typu lokalne rękodzieło, choć dzięki Bogu jeszcze są 🙂 Cóż z tego, skoro gubią się w gąszczu pluszowych Minionków, wstrętnych magnesów na lodówkę, okropnych glinianych ozdób czy rzeczy „nie-stąd”, jak oscypki, statki, muszle, góralskie kapelusze, a nawet… swojski kebab! A jak! Oto, proszę Państwa, Wielka Polakizacja. Bo my, Polacy, uważamy, że wakacje to takie właśnie deptaki z budkami, między którymi się łazi nic nie kupując, ale za to wszędzie czując się, jak u siebie. Wszystko ma być dostępne wszędzie, żebyś dziś znad morza mógł sobie przywieźć góralski kapelusz, a z Bieszczad – nadbałtycki statek. A, i pstrągi! One są, słuchajcie, zawsze LOKALNE! W Bieszczadach jest bieszczadzki, w Ojcowie – ojcowski, a nad Bałtykiem – normalny, że pstrąg po prostu. Chociaż pstrąg to pstrąg i jak woda dobra, to i ryba dobra będzie.

Smutne to, że już nie ma miejsca w tym kraju, w które można pojechać odpocząć i przywieść coś naprawdę oryginalnego. No, chyba że się uda przetransportować naleśnik-gigant z Chaty Wędrowca w Wetlinie. Ale tylko patrzeć jak w Mielnie czy Mikołajkach pojawi się jego podróba… 🙁

PS Całe szczęście, że same Tatry, Mazury, Bieszczady, Bałtyk wciąż jeszcze zachowują swój charakter, chociaż… bardzo się staramy to zepsuć. Ale póki na Połoninie Wetlińskiej będzie istnieć schronisko PTTK Chatka Puchatka, gdzie śpi się we wspólnej sali we własnych śpiworach, gdzie nie ma wody ani prądu – jest nadzieja, że przynajmniej część z nas tej Wielkiej Polakizacji nie ulegnie.

 

CHILLOUT DAY, CZYLI GDY WSZYSTKO WYPROWADZA CIĘ Z RÓWNOWAGI

wtorek, Sierpień 29, 2017 0 0

Macie takie dni, kiedy wszystko, co się dzieje, jakby próbowało Was wyprowadzić z równowagi? Pewnie często. Ale czy zdarzają Wam się one na wakacjach? Ja właśnie jestem w Bieszczadach i kończy się taki właśnie dzień. A ja się cieszę, że taki był, bo nie dość, że wyszłam z tej próby zwycięsko, to jeszcze mam o czym napisać! 😉

Wymagająca caryca

Wczoraj dałyśmy sobie w kość. Połonina Caryńska stroma nie jest tylko na samym szczycie. Podejścia na nią były momentami tak strome, że bez trzymania się umieszczonych na trasie poręczy trudno było je, w coraz większym zmęczeniu, pokonać. Fakt, że niesamowity widok z góry zrekompensował wszystkie trudy wędrówki, ale następnego dnia, czyli dzisiaj, zarządziłyśmy po tym blisko 15-kilometrowym marszu chillout-day. Cel: Solina. Zapora i jezioro.

Jajka i oszczędność emerytów

Wstałyśmy niespiesznie. Przemiła pani babcia, której imienia nie pamiętam, ale rozumiemy się doskonale, bo jest emerytowaną polonistką, zaoferowała na śniadanie swojskie jajka. Gdy czekałyśmy, aż się ugotują, a trwało to jakoś dziwnie dłużej niż gdy ja sama zwykle gotuję w domu jajka i już zaczynałam przestępować z nogi na nogę, opowiedziała mi, jak to bieszczadzka wieś wyglądała kiedyś, a jak dzisiaj.

– Ja jeszcze parę lat temu krowę miałam – opowiada. – Wszyscy się pytali „a po co ci krowa”. A ja „a co, a krowa to wstyd?” Jak doiłam, to wszyscy sąsiedzi naokoło mleko mieli, bo nie sprzedawałam, a wypić wszystkiego się nie dało. A co swoje, to swoje. Ale już krowy nie mam. A te jajka kupne to jak ciasto zrobisz, to nawet jak żółtka żółte, to ciasto białe będzie. A jak ze swoich, to nawet i nie za żółte żółtka, a ciasto będzie żółte. Przeciery pomidorowe to sami robimy. W Thermomixie. Ja do niedawna to ciasto na pierogi sama robiłam. Ale mi mówili – „weź w Thermomixie”. I teraz już inaczej nie robię. Jaka to oszczędność czasu! Wie pani, kto najwięcej ich kupuje. Emeryci. Bo to oszczędne jak nie wiem. A co swoje, to swoje. A mięso z indyka? Jak to ze sklepu to naciśniesz i się sieczka robi. A to nasze – prawdziwe mięso. Ale już jest coraz lepiej, coraz lepiej. Trochę te restrykcje unijne robią dobrego.

– Dziękuję – powiedziałam, gdy udało mi się dojść do słowa, a w moich rękach wylądował talerz z ugotowanymi na twardo jajkami. I poszłam do siebie. Znaczy na górę.

Jak gadać z nawigacją

Poranna kawa na tarasie wśród drzew smakuje chyba najlepiej na świecie. No, może oprócz porannej kawy we włoskiej kawiarni 😉 Zjadłyśmy śniadanie, spakowałyśmy przyciężki tym razem plecak (bo książki, ebooki, owoce itd.). W końcu ma być chillout nad jeziorem. Ale najpierw zwiedzanie zapory wodnej. Wpisałam w nawigację „Jezioro Solińskie”. Nigdy tak nie róbcie! Andrzej, czy jakkolwiek nazywacie swoją nawigację, musi mieć precyzyjną informację. Jak jedziecie na tamę, wpiszcie „zapora wodna na Solinie”. Inaczej, tak jak mnie postanowi Was zaprowadzić polnymi drogami, na których mój Saab z niskim zawieszeniem czuł się jak łódka na mieliźnie, prosto do jeziora. Tak myślę, że to w tym kierunku zmierzało, ale postanowiłam nie przekonywać się na własnej skórze i przy najbliższej okazji zawróciłam, dyskutując z Andrzejem, żeby się ogarnął i precyzując moje oczekiwania. Jak każdy facet – musi mieć czarno na białym i konkret, a nie coś tak bliżej nie określonego, jak Jezioro Solińskie 🙂

Przereklamowana zapora

Wreszcie docieramy do Soliny w okolice zapory. Nie sposób się pomylić, bo co krok jest parking „zapora” – płatny, niestrzeżony. A w uliczce w prawo zarysowują się nieśmiało budki prowadzącego do zapory deptaka, na którym tracę poczucie czasu i miejsca, nie wiedząc, czy znalazłam się nagle nad Bałtykiem, w Zakopanem czy gdzie na Mazurach. Ale o tym w kolejnym wpisie. Deptak ten powiódł nas dokładnie na zaporę, która okazała się niczym innym, jak zwykłą zaporą wodną, tyle że dość dużą. Na tyle, żeby wytworzył się wokół niej cały przemysł pseudoturystyczny, włącznie z wesołym miasteczkiem, „Bramą Bieszczad”, w której można się wyfocić na tle jeziora i widokami, które ciekawsze okazały się po stronie elektrowni niż samego jeziora. Jeśli coś w Bieszczadach jest przereklamowane, to właśnie zapora na Jeziorze Solińskim, a ściślej – zapora, dzięki której powstało samo jezioro. Tymczasem to właśnie zapora dominuje na większości pamiątek, jakie możesz sobie przywieźć z Soliny.

Nowy wymiar chilloutu

Drugie podejście. Znacznie ciekawszy od Soliny jest pobliski Polańczyk, położony dokładnie po drugiej stronie jeziora, z widokiem na tamę, ale trzeba przyznać, że dość przyjemnym. Tam, na cyplu wysuniętym w głąb jeziora, rozkwitł mały przemysł turystyczny, ale w porównaniu z tym na zaporze – prawie niedostrzegalny. Nad samym jeziorem – ławki, drzewa, trawa, a nawet trzcinowe parasole, udające południowe kurorty, pod którymi możesz zalec na leżaku z drinkiem i/lub książką. Niestety, spędziłyśmy tam całe pół godziny, właściwie tylko na research, jak to wszystko wygląda, bo wjeżdżając na cypel tak się zapatrzyłam na to przeurocze miejsce (a Saaba znosi lekko na prawo – nie, nie, nie z powodów politycznych właścicielki), że wjechałam na krawężnik i po zawodach. Złapałam gumę i już tylko myślałam o tym, gdzie by tu w pobliżu znaleźć wulkanizatora.

Przemili panowie, których spotkałam na parkingu, gdzie cudem udało mi się zjechać, wymienili zdechłe koło na zapasówkę – nieużywaną, ale też od dawna nie pompowaną i tak pobujałyśmy się pomalutku do Uherców Mineralnych (jestem absolutnie zakochana w tej nazwie!).

Bieszczadzka gościnność

Tam pan wulkanizator bardzo się zatroskał, że my tak same, we dwie i że te walizki (tak, wozimy ze sobą cały czas dodatkowe walizki mojego dziecka do szkoły, w której zamieszka na najbliższe cztery lata), że wakacje, a tu jeszcze guma i czy ja sama to koło zmieniałam. Nie, nie sama, poprosiłam panów na parkingu. No właśnie, bo panie tak same, bez nikogo. „Bez nikogo” – czyt. bez faceta. No bez. Tak jakoś wyszło.

Po półgodzinie oczekiwania, bo pan wulkanizator miał pełne ręce roboty i byłyśmy trzecie w kolejce, zjedzeniu kolejnej porcji kabanosów, które miałam w plecaku, bo pora obiadowa minęła już dawno, a jakoś jeść z tego wszystkiego się nie chciało, pan wulkanizator nie tylko wymienił oponę, ale jeszcze dopompował pozostałe, włącznie z zapasówką, poprzekładał je, żeby było bezpiecznie (na nową niestety trzeba by było poczekać parę dni), spakował sprzęty, załadował z powrotem walizki i skasował mnie za to tyle co kot napłakał. Potem 9191796145 razy życzył udanych wakacji i szerokiej drogi.

Na koniec musi być puenta, bo co Wy wyniesiecie z tych niczym niepołączonych skrawków? Miał być dzisiaj chillout-day. Jak widać, wszystko składało się na to, żeby nie był. A jednak. Pamiętając o tym, że przecież jestem na wakacjach, ani razu nie dałam się wyprowadzić z równowagi. Nawet jak Andrzej nas wiódł prosto do jeziora, a Saab szorował podwoziem o ziemię. Nawet jak na deptaku w Solinie poczułam się jak w najbardziej obleganej dziurze nad Bałtykiem. Nawet jak sama zapora okazała się przereklamowa i jedyne, co było tam fajne, to możliwość zjedzenia gofra z cukrem pudrem 😉 Nawet jak z własnej głupoty złapałam gumę. Jestem pewna, że gdybym choć na chwilę złapała nerwa, dzień byłby całkiem do dupy, a pan wulkanizator nie tylko by mi niewiele pomógł, ale i skasował jak za zboże. Tymczasem ja stojąc u niego pod warsztatem wcinałam sobie w błogim spokoju kabanosa serfując po Facebooku i Instagramie. Czyli chill-out 😉

MÓJ KONIEC ŚWIATA

piątek, Lipiec 28, 2017 0 0

Gdyby przyszedł armagedon, co chcielibyście jeszcze w tych ostatnich chwilach zrobić? Jak zakończyć swoją ziemską drogę? Kogo chcielibyście mieć tuż obok? Z kim chcielibyście się trzymać za rękę? Co chcielibyście wtedy robić? Wiem, że większość z nas nawet bez armagedonu nie może wybrać tej ostatniej drogi. Ale gdybyście mogli? To jak by wyglądały Wasze ostatnie chwile na Ziemi?

Kiedy byłam dzieckiem, a potem nastolatką, zaczytywałam się (jak przystało na prawdziwą obywatelkę kraju komunistów) w literaturze wojenno-obozowej. Nawet gdy rodzice już gasili światło, ja z latarką pod kołdrą nadal czytałam o okrucieństwie okupanta (a jak!) i o tym, jak nawet w czasach zagłady zwyciężało dobro i to, co najważniejsze – miłość. Wśród wielu życiowych rozmów w stylu „co by było, gdyby…” zawsze wiedziałam, co by było. Najlepiej, oczywiście, wiedziałam, co by było, gdybym wygrała w totolotka 😀 Ale jednego „gdyby” nigdy nie rozpatrywałam w kategoriach „wiem, co by było”, tylko „gdyby, to chciałabym, żeby…” To moje ostatnie chwile, gdyby Ziemię dopadł armagedon.

Miało się to już wydarzyć wiecie, ile razy 😉 I choć się nie wydarzyło, to ja zawsze wiedziałam, jak chciałabym spędzić te ostatnie chwile i z kim. Wiedziałam, bo wiem, że nie ma ważniejszej rzeczy, jaka się nam przydarza na Ziemi, niż…

MIŁOŚĆ

I możecie mi tu opowiadać o tym, że tak, tak, ale miłość to nie wszystko, tak, tak, ale inaczej się kocha, gdy się nie ma problemów, tak, tak, ale inaczej się kocha, gdy wszyscy zdrowi, tak, tak, ale przecież mamy dzieci, które kochamy i które kochają nas.

Ja Wam na to odpowiem: nie, nie – miłość to JEST wszystko, nie, nie – kocha się zawsze tak samo, mimo problemów i nawet w chorobie, nie, nie – nie macie racji, bo inna jest miłość do dzieci, a inna jest ta miłość, której każdy z nas (przyznaje się do tego czy nie) pragnie i szuka w swoim życiu (szczęściarze ci, którzy znaleźli!).

Gdyby nadszedł koniec świata, gdybym była w ogniu wojny, gdybym jechała samochodem, który ulegnie wypadkowi, i były to ostatnie sekundy mojego życia, gdybym umierała w hospicjum na raka, gdybym dowiedziała się właśnie, że niewiele mi dni na tej Ziemi zostało, chciałabym, żeby obok mnie był ktoś, z kim łączy mnie

MIŁOŚĆ.

Wierzę, że na dotychczasowej ziemskiej drodze zapracowałam sobie na przyjaźń i serdeczne gesty wielu ludzi. Przynajmniej staram się na nie zapracować 🙂 Ale – wybaczcie mi – Drodzy – to nie z Wami chciałabym być w tych ostatnich chwilach (choć byłoby pięknie móc myśleć, że mogłabym). W tych ostatnich chwilach chciałabym być z kimś, z kim najzwyczajniej w świecie łączy mnie uczucie, które jest w życiu najważniejsze. Z kimś, kto jest najważniejszy dla mnie i dla kogo najważniejsza jestem ja. Ci, którzy mnie znają, zapytają pewnie, co z córką, bo wiedzą, że to ona jest dla mnie najważniejsza. Jest i będzie. Bardzo ważna. Jedna z najważniejszych. Ale… ja też kiedyś byłam najważniejsza dla rodziców. A potem zaczęłam własne życie, więc… 🙂

MIŁOŚĆ

To powinno być pierwsze i ostatnie uczucie, jakie pamiętamy z Ziemi. Pierwsza – ta matczyna, rodzicielska, nieogarniona, ucząca się, wszechogarniająca i pełna zdziwienia, że można tak kogoś kochać. I ostatnia – ta między dorosłymi ludźmi, którzy mimo wielu przeszkód i przeciwności, odnaleźli się w czasoprzestrzeni przepełnionej milionami innych ludzi tylko dlatego, że byli sobie przeznaczeni. Czy to nie jest piękne? Najpiękniejsze! Tak właśnie chciałabym, żeby wyglądał mój koniec świata. Nawet gdyby to uczucie mogło trwać tylko w tej ostatniej chwili… I żeby chciało się wtedy krzyczeć: „Chwilo, trwaj! Jesteś tak piękna”.

BYĆ JAK RYAN GOSSLING…

piątek, Lipiec 14, 2017 0 0

 

Stoję sobie dziś na balkonie, miziam moją kotkę, która prawdopodobnie oddałaby za mnie swoje małe kocie życie, patrzę i widzę… Ryana Gosslinga. Trochę jakby większy niż oryginał, może bardziej przytyty (ale tylko trochę), ale jednak! Obok stoi moja córka z naszym kocurem, który nie oddałby swojego trochę większego niż kotki życia ani za moją córkę, ani za mnie, ani nawet za swoją kocią siostrę. Bo głupi jest. Taki trochę niepełnosprawny umysłowo kot 😉

Stoimy sobie tak we czwórkę (bo w tyle właśnie stworzeń zamieszkujemy nasze mieszkanie w Rynku) i patrzymy na tego Ryana Gosslinga (moja córka, która jest czepialska co do szczegółów i ma lepszy wzrok niż ja, też potwierdza podobieństwo) i widzimy ojca rodziny prowadzącego pusty wózek, z jednym dzieckiem na ręku, z drugim biegnącym przed wózkiem i z żoną spacerującą u boku. Nie jakąś hollywoodzką pięknością. Taką zwykłą żoną, niespecjalnej urody. Taką, jak nas wiele na świecie. I widzimy jego – takiego zwyczajnego, niezbyt dobrze ubranego. Takiego po prostu… człowieka. Tylko wyglądającego jak Ryan Gossling.

I tak, po tym, co widziałam, siedzę sobie pół wieczoru i myślę.

Myślę o tym, co decyduje. Co decyduje o tym, że jesteś tym, kim jesteś.

Że jesteś w tym miejscu, w którym jesteś. Że wyglądasz jak Ryan Gossling, ale nie jesteś nim. Jesteś – jak to było w „Bracie, gdzie jesteś” z Georgem Clooney’em u braci Cohen pater familias. Ojcem rodziny. Nie celebrytą. Nie hollywoodzkim gwiazdorem, na widok którego ślinią się nie tylko nastolatki, ale i czterdziestolatki. Co o tym decyduje? Kraj, pochodzenie, Twój talent? A może przedziwne zbiegi okoliczności? A może napotkane na Twojej drodze życiowej osoby? A może boski plan albo czyste zrządzenie losu? Czy jesteś jak Kubuś Fatalista, według którego wszystko, co nam sądzone, zostało wcześniej zapisane i zaplanowane? A może jesteś jak to piórko przyklejone do buta Forresta Gumpa, dla którego życie jest jak pudełko czekoladek, w którym nigdy nie wiesz, co Ci się trafi? A może wręcz przeciwnie – to Ty sam kształtujesz swój los?…

Tyle jest teorii na ten temat… Sama po trochu forsowałam niemal każdą z nich. Ale dzisiaj – z tym polskim, lokalnym, rynkowym Ryanem Gosslingiem z tym wózkiem, dwójką dzieci i przeciętnej urody żoną u boku przed oczami – zaczynam myśleć, że właściwie to one wszystkie są po trochu prawdziwe. Że naszym życiem rządzi po trochu wszystko. I to, w jakich rodzinach się wychowaliśmy. I jakie geny dostaliśmy. I czy jakaś siła wyższa (w cokolwiek wierzymy) zapisała nam z góry jakąś ziemską historię. I ślepy los. I ludzie, których spotykamy na drodze. I wreszcie

to, jak sami kierujemy własnym życiem. To, co się z nim dzieje, najwyraźniej musi być wypadkową tych wszystkich sił. I dopiero jak w ten sposób o tym myślę, widzę sens tego wszystkiego, co na przykład dzieje się z moim życiem.

Bo można być JAKIMŚ, ale jednocześnie być nijakim. Można być KIMŚ (każdy z nas kimś jest), ale jednocześnie być nikim. Można  wyglądać kropka w kropkę jak Ryan Gossling, ale nim nie być. Można urodzić się w kraju, do którego się zupełnie nie pasuje. Mieć rasę, która nam nie odpowiada. Być kobietą w ciele mężczyzny i odwrotnie. Być gejem, lesbijką albo zwykłym outsiderem czy człowiekiem chorobliwie nieśmiałym i aspołecznym. Można nie robić nic i poddawać się temu, co przyniesie los. A można wziąć swój los we własne ręce i coś ze swoim życiem zrobić. I czy to wszystko wzajemnie się wyklucza? Absolutnie nie! Wręcz przeciwnie – jestem pewna, że wszystko to się nawzajem uzupełnia, tworząc NASZE ŻYCIE.

Mam jeszcze parę ciekawych (chyba) przemyśleń na ten temat, ale tymczasem… zostawię Was z tymi. Ciekawa jestem, co sami o tym myślicie 🙂 Podzielcie się koniecznie!