MÓJ KONIEC ŚWIATA

piątek, Lipiec 28, 2017 0 0

Gdyby przyszedł armagedon, co chcielibyście jeszcze w tych ostatnich chwilach zrobić? Jak zakończyć swoją ziemską drogę? Kogo chcielibyście mieć tuż obok? Z kim chcielibyście się trzymać za rękę? Co chcielibyście wtedy robić? Wiem, że większość z nas nawet bez armagedonu nie może wybrać tej ostatniej drogi. Ale gdybyście mogli? To jak by wyglądały Wasze ostatnie chwile na Ziemi?

Kiedy byłam dzieckiem, a potem nastolatką, zaczytywałam się (jak przystało na prawdziwą obywatelkę kraju komunistów) w literaturze wojenno-obozowej. Nawet gdy rodzice już gasili światło, ja z latarką pod kołdrą nadal czytałam o okrucieństwie okupanta (a jak!) i o tym, jak nawet w czasach zagłady zwyciężało dobro i to, co najważniejsze – miłość. Wśród wielu życiowych rozmów w stylu „co by było, gdyby…” zawsze wiedziałam, co by było. Najlepiej, oczywiście, wiedziałam, co by było, gdybym wygrała w totolotka 😀 Ale jednego „gdyby” nigdy nie rozpatrywałam w kategoriach „wiem, co by było”, tylko „gdyby, to chciałabym, żeby…” To moje ostatnie chwile, gdyby Ziemię dopadł armagedon.

Miało się to już wydarzyć wiecie, ile razy 😉 I choć się nie wydarzyło, to ja zawsze wiedziałam, jak chciałabym spędzić te ostatnie chwile i z kim. Wiedziałam, bo wiem, że nie ma ważniejszej rzeczy, jaka się nam przydarza na Ziemi, niż…

MIŁOŚĆ

I możecie mi tu opowiadać o tym, że tak, tak, ale miłość to nie wszystko, tak, tak, ale inaczej się kocha, gdy się nie ma problemów, tak, tak, ale inaczej się kocha, gdy wszyscy zdrowi, tak, tak, ale przecież mamy dzieci, które kochamy i które kochają nas.

Ja Wam na to odpowiem: nie, nie – miłość to JEST wszystko, nie, nie – kocha się zawsze tak samo, mimo problemów i nawet w chorobie, nie, nie – nie macie racji, bo inna jest miłość do dzieci, a inna jest ta miłość, której każdy z nas (przyznaje się do tego czy nie) pragnie i szuka w swoim życiu (szczęściarze ci, którzy znaleźli!).

Gdyby nadszedł koniec świata, gdybym była w ogniu wojny, gdybym jechała samochodem, który ulegnie wypadkowi, i były to ostatnie sekundy mojego życia, gdybym umierała w hospicjum na raka, gdybym dowiedziała się właśnie, że niewiele mi dni na tej Ziemi zostało, chciałabym, żeby obok mnie był ktoś, z kim łączy mnie

MIŁOŚĆ.

Wierzę, że na dotychczasowej ziemskiej drodze zapracowałam sobie na przyjaźń i serdeczne gesty wielu ludzi. Przynajmniej staram się na nie zapracować 🙂 Ale – wybaczcie mi – Drodzy – to nie z Wami chciałabym być w tych ostatnich chwilach (choć byłoby pięknie móc myśleć, że mogłabym). W tych ostatnich chwilach chciałabym być z kimś, z kim najzwyczajniej w świecie łączy mnie uczucie, które jest w życiu najważniejsze. Z kimś, kto jest najważniejszy dla mnie i dla kogo najważniejsza jestem ja. Ci, którzy mnie znają, zapytają pewnie, co z córką, bo wiedzą, że to ona jest dla mnie najważniejsza. Jest i będzie. Bardzo ważna. Jedna z najważniejszych. Ale… ja też kiedyś byłam najważniejsza dla rodziców. A potem zaczęłam własne życie, więc… 🙂

MIŁOŚĆ

To powinno być pierwsze i ostatnie uczucie, jakie pamiętamy z Ziemi. Pierwsza – ta matczyna, rodzicielska, nieogarniona, ucząca się, wszechogarniająca i pełna zdziwienia, że można tak kogoś kochać. I ostatnia – ta między dorosłymi ludźmi, którzy mimo wielu przeszkód i przeciwności, odnaleźli się w czasoprzestrzeni przepełnionej milionami innych ludzi tylko dlatego, że byli sobie przeznaczeni. Czy to nie jest piękne? Najpiękniejsze! Tak właśnie chciałabym, żeby wyglądał mój koniec świata. Nawet gdyby to uczucie mogło trwać tylko w tej ostatniej chwili… I żeby chciało się wtedy krzyczeć: „Chwilo, trwaj! Jesteś tak piękna”.

BYĆ JAK RYAN GOSSLING…

piątek, Lipiec 14, 2017 0 0

 

Stoję sobie dziś na balkonie, miziam moją kotkę, która prawdopodobnie oddałaby za mnie swoje małe kocie życie, patrzę i widzę… Ryana Gosslinga. Trochę jakby większy niż oryginał, może bardziej przytyty (ale tylko trochę), ale jednak! Obok stoi moja córka z naszym kocurem, który nie oddałby swojego trochę większego niż kotki życia ani za moją córkę, ani za mnie, ani nawet za swoją kocią siostrę. Bo głupi jest. Taki trochę niepełnosprawny umysłowo kot 😉

Stoimy sobie tak we czwórkę (bo w tyle właśnie stworzeń zamieszkujemy nasze mieszkanie w Rynku) i patrzymy na tego Ryana Gosslinga (moja córka, która jest czepialska co do szczegółów i ma lepszy wzrok niż ja, też potwierdza podobieństwo) i widzimy ojca rodziny prowadzącego pusty wózek, z jednym dzieckiem na ręku, z drugim biegnącym przed wózkiem i z żoną spacerującą u boku. Nie jakąś hollywoodzką pięknością. Taką zwykłą żoną, niespecjalnej urody. Taką, jak nas wiele na świecie. I widzimy jego – takiego zwyczajnego, niezbyt dobrze ubranego. Takiego po prostu… człowieka. Tylko wyglądającego jak Ryan Gossling.

I tak, po tym, co widziałam, siedzę sobie pół wieczoru i myślę.

Myślę o tym, co decyduje. Co decyduje o tym, że jesteś tym, kim jesteś.

Że jesteś w tym miejscu, w którym jesteś. Że wyglądasz jak Ryan Gossling, ale nie jesteś nim. Jesteś – jak to było w „Bracie, gdzie jesteś” z Georgem Clooney’em u braci Cohen pater familias. Ojcem rodziny. Nie celebrytą. Nie hollywoodzkim gwiazdorem, na widok którego ślinią się nie tylko nastolatki, ale i czterdziestolatki. Co o tym decyduje? Kraj, pochodzenie, Twój talent? A może przedziwne zbiegi okoliczności? A może napotkane na Twojej drodze życiowej osoby? A może boski plan albo czyste zrządzenie losu? Czy jesteś jak Kubuś Fatalista, według którego wszystko, co nam sądzone, zostało wcześniej zapisane i zaplanowane? A może jesteś jak to piórko przyklejone do buta Forresta Gumpa, dla którego życie jest jak pudełko czekoladek, w którym nigdy nie wiesz, co Ci się trafi? A może wręcz przeciwnie – to Ty sam kształtujesz swój los?…

Tyle jest teorii na ten temat… Sama po trochu forsowałam niemal każdą z nich. Ale dzisiaj – z tym polskim, lokalnym, rynkowym Ryanem Gosslingiem z tym wózkiem, dwójką dzieci i przeciętnej urody żoną u boku przed oczami – zaczynam myśleć, że właściwie to one wszystkie są po trochu prawdziwe. Że naszym życiem rządzi po trochu wszystko. I to, w jakich rodzinach się wychowaliśmy. I jakie geny dostaliśmy. I czy jakaś siła wyższa (w cokolwiek wierzymy) zapisała nam z góry jakąś ziemską historię. I ślepy los. I ludzie, których spotykamy na drodze. I wreszcie

to, jak sami kierujemy własnym życiem. To, co się z nim dzieje, najwyraźniej musi być wypadkową tych wszystkich sił. I dopiero jak w ten sposób o tym myślę, widzę sens tego wszystkiego, co na przykład dzieje się z moim życiem.

Bo można być JAKIMŚ, ale jednocześnie być nijakim. Można być KIMŚ (każdy z nas kimś jest), ale jednocześnie być nikim. Można  wyglądać kropka w kropkę jak Ryan Gossling, ale nim nie być. Można urodzić się w kraju, do którego się zupełnie nie pasuje. Mieć rasę, która nam nie odpowiada. Być kobietą w ciele mężczyzny i odwrotnie. Być gejem, lesbijką albo zwykłym outsiderem czy człowiekiem chorobliwie nieśmiałym i aspołecznym. Można nie robić nic i poddawać się temu, co przyniesie los. A można wziąć swój los we własne ręce i coś ze swoim życiem zrobić. I czy to wszystko wzajemnie się wyklucza? Absolutnie nie! Wręcz przeciwnie – jestem pewna, że wszystko to się nawzajem uzupełnia, tworząc NASZE ŻYCIE.

Mam jeszcze parę ciekawych (chyba) przemyśleń na ten temat, ale tymczasem… zostawię Was z tymi. Ciekawa jestem, co sami o tym myślicie 🙂 Podzielcie się koniecznie!

MÓJ PLAN EMERYTALNY

sobota, Czerwiec 10, 2017 0 0

Na starość zamieszkam gdzieś w jakimś ciepłym kraju, np. śródziemnomorskim, blisko morza, którego brzegiem będę co rano biegać, potem popijać kawę na słonecznym tarasie, za dnia pisać książki, a co wieczór delektować się lokalnym winem i zajadać ciabattą maczaną w oliwie z oliwek i zagryzaną caprese ze świeżutkimi pomidorami. Taki był mój emerytalny plan. I wszystko na ten temat miałam już poukładane w głowie dawno temu. Aż pewnego dnia…

Okazało się, że mój organizm ma na ten temat trochę inne zdanie 😉

  • żołądek lepiej ma się bez kawy, więc musiałam ją ograniczyć,
  • cały układ trawienny sprawniej funkcjonuje bez glutenu, więc z menu zniknęło pszenne i żytnie pieczywo,
  • moja skóra odżyła, odkąd w poszukiwaniu źródeł różnych problemów, przestałam ją żywić nabiałem.

Ja zaś sama w kwietniu tego roku zobaczyłam Nałęczów. I to była miłość od pierwszego wejrzenia. Niewiele jest miejsc na świecie, w których się zjawiasz na chwilę i czujesz, jakbyś do nich po prostu należał, tylko okrutny los czy też jakaś dobra wróżka w ostrej menopauzie rzuciła Cię zupełnie gdzie indziej. Gdzie też jest fajnie, ale odkąd znasz to miejsce, często widzisz się właśnie tam.

Siedzę teraz w najprzyjemniejszych okolicznościach przyrody, w przepięknym ogrodzie Willi Ewelina (pozdrawiam moją szefową), gdzie – jak głosi pamiątkowa tablica na osnutym bluszczem murze – w latach 1900-1910 żył i tworzył Bolesław Prus. Oprócz niego, w Nałęczowie bywali i tworzyli także Henryk Sienkiewicz, Stefan Żeromski, Witkacy, Zofia Nałkowska, Ewa Szelburg-Zarembina (na pewno łatwo pisało się tu dla dzieci) czy mój literacki idol czasów licealnych Stanisław Przybyszewski.

Willa Ewelina, w której przez 10 lat mieszkał i tworzył Bolesław Prus. Dziś pensjonat, kawiarnia i restauracja w jednym.

Czyż to nie jest idealne miejsce dla kogoś, kto kocha pisać?! 🙂

Siedzę więc, słucham świergotu ptaków, czytam w Wikipedii (przy okazji – prześlijcie im chociaż dychę, bo chyba nie wyobrażacie sobie dzisiaj świata bez niej?), że Nałęczów to jedyne w Polsce uzdrowisko, które leczy serce. Pomagają tu osobom z chorobą wieńcową, nadciśnieniem czy nerwicą serca, ale też takim nieszczęśnikom jak ja, którzy aktualnie są w trakcie zawodowego maratonu i znajdują się chwilowo w stanie ogólnego wyczerpania psychofizycznego 😂

Co takiego niesamowitego jest w tym miejscu? Zanim powiem Wam, co mówi Wikipedia, opowiem o swoich doświadczeniach. To jedno z tych miejsc, w których jesteś na totalnym chillu, nawet jeśli przyjechałeś z dzieckiem na egzamin do szkoły, który trwa pół dnia, i powinieneś siedzieć w kucki na korytarzu w szkole i do bólu ściskać kciuki 😉 Oprócz parków i lasów, nie widziałam miejsca, w którym byłoby aż tyle drzew i zieleni. Położona na niewysokich wzgórzach miejscowość jest przez to niezwykle malownicza. Wg Wiki w Nałęczowie jest specyficzny „mikroklimat sprzyjający naturalnemu obniżaniu się ciśnienia tętniczego krwi oraz zmniejszeniu dolegliwości serca”. Jest tu przepiękny, 25-hektarowy park zdrojowy, który miałam okazję odwiedzić wczesną wiosną, i w którym – uwaga! – bije Źródło Miłości! ♥️

Park Zdrojowy w Nałęczowie. Kwiecień 2017

Nazwę nadał temu źródełku sam Bolesław Prus, a wiecie z „Lalki”, że o miłości, zwłaszcza tej trudnej, wiedział sporo 😉 Lokalna legenda głosi, że kto napije się wody z tego źródła, natychmiast się zakocha. Ostatnio mi się nie udało, ale dzisiaj – wychylę szklaneczkę na dobrą wróżbę 🙂 Jak będzie za mało, to mogę się w nim nawet i wykąpać. Nago 😂

Wracając jednak do sedna. Odkąd znam to miejsce i odkąd mój misternie układany latami plan emerytalny zaburzają odkrycia różnych nietolerancji trawiennych, rodzi się w mojej głowie nowy plan. Dom wśród drzew przy jednej z pięknych alei z niewielkim ogrodem i wielkim tarasem w miejscu, gdzie co rano będę śmigać na rowerze po okolicznych polach, potem będę piła szklaneczkę Cisowianki lub Nałęczowianki z lokalnych źródeł, zajadać się bezglutenowym pieczywem i świeżymi pomidorami, w ciągu dnia pisać wszystkie książki, których do tamtego czasu nie uda mi się napisać, a wieczorem – chillować przy lampce lubelskiego cydru. Chociaż… żyjąc tu na co dzień i robiąc to, co kocham, czy ja w ogóle będę miała potrzebę się chillować? Cóż, nie dowiem się, dopóki tego nie zrobię. Ale do tego czasu jeszcze mam trochę innych życiowych wyzwań. Czego i Wam, uroczyście wznosząc toast Cisowianką, życzę 🙂

 

PARENTING…

wtorek, Czerwiec 6, 2017 0 0

Co dajemy naszym dzieciom? Czy myślimy o tym, czego nam w dzieciństwie brakowało? Czy chcemy, żeby nasze dzieci osiągały to, czego same chcą, czy to, czego nam nie udało się osiągnąć? Czy w ogóle obchodzi nas to, czego chcą nasze dzieci i jakie są nasze dzieci? Nie ma nawet połowy tygodnia, a ja przeżyłam w tym krótkim czasie tyle w spraw związanych z rodzicielstwem (nie tylko moim), że musiałam wpaść tutaj, żeby się tym z Wami podzielić. Wiem, wiem – nie pisałam od maja, ale to m.in. rodzicielstwo mnie tak zaprząta.

Chciałabym móc opowiedzieć Wam o tym, co moim siostrzeńcom zrobili ich rodzice. Może kiedyś… Ale dzisiaj nie jest odpowiedni czas na to. Dość powiedzieć, że trójka moich siostrzeńców od wielu lat wychowuje się właściwie sama. Są honorowi i choć w dzieciństwie korzystali z naszej (mojej i męża albo babcinej) pomocy w naturalny sposób, teraz – w nastoletnim wieku – mają z tym problem. Musi się więc wydarzyć coś, co naprawdę ich przerasta, żeby teraz zwrócili się po pomoc. A zwrócili się. Przykro mi, ale nie napiszę Wam, o co chodzi. Ani nie będę opowiadać o tym, w czym i jak pomagam (na tyle, na ile mogę, potrafię i mam czas). Ale opowiem Wam o refleksji, jaką mam w tym wszystkim na temat roli rodziców w życiu dzieci. Wiecie, że lubię tę tematykę. Nie żebym była jakimś rodzicielskim ideałem, ale ta rola jest dla mnie równie ważna jak inne, które przyszło mi w życiu pełnić. A zawsze staram się wszystko robić na co najmniej 100%.

Ale zanim do tego… chciałabym móc opowiedzieć Wam o rodzicach kilku chłopców, którzy mieli niezły fun z obrażania (a czasem i obrzucania różnymi przedmiotami) mojej córki, czasem jej koleżanek, a niekiedy i kolegów. Początkowo, słysząc te opowieści, wspominałam końskie zaloty moich kolegów z podstawówki (notabene to ten sam budynek, więc podobieństwa tym silniejsze), kiedy widząc mnie przechodzącą koło nich, nazywali mnie pchłą czy wszą i do dziś nie wiem, czy to dlatego, że byłam najmniejsza w klasie, czy dlatego że nauczyciele ciągle mnie sadzali z takim jednym Adrianem (PS Do dziś nie znoszę tego imienia), który miał odstające uszy i rezydujące między tymi uszami wszy, a które ja nieustannie od niego łapałam 😂, czy może faktycznie dlatego, że wzbudzałam w tych nieco starszych kolegach jakieś uczucia 😉

W sumie dziś, z perspektywy trzydziestu paru lat, to zupełnie nieistotne, więc wróćmy do chłopców, którzy mieli fun z obrażania, wyzywania, poniżania i ogólnie – tzw. bullyingu wybranych koleżanek i kolegów ze szkoły, w tym mojej córki. Przyznam Wam szczerze, że początkowo, kiedy o tym słyszałam, myślałam (i mówiłam to na głos): „końskie zaloty”. Chłopcy w wieku 13-15 lat mają sieczkę w głowie, a ich mózgi nie nadążają za tym, co dzieje się z ciałem. Ale wiecie, ile może zdziałać w życiu powtarzalność. Nie bez powodu mówi się, że kropla drąży skałę 🙂 Kropla naprawdę drąży skałę i z niewielkiego wyżłobienia pewnego dnia powstanie strumyk, a potem rwący potok i rozlana szeroko rzeka.

Ta kropla tak drążyła skałę, że w końcu to nie skała nie wytrzymała, ale całe pasmo górskie, w którym wyrosła. To ja – matka – nie wytrzymałam i uznałam, że bez względu na to, czy chłopcy zrozumieją swoją głupotę, czy nie, warto pokazać im, że w życiu, kiedy pojawia się wina, nieuchronnie pojawia się i kara. Uruchomiłam więc spontanicznie całą machinę – dyrekcję, wychowawców, pedagoga i psychologa – i prawdopodobnie wprawiłam tychże chłopców w niezły szok. Prawdopodobnie wczoraj w nocy spali sobie spokojnie, zastanawiając się, komu rozjadą ego następnego dnia. Ja z kolei miałam nadzieję, że tego właśnie dnia to ich ego zostanie rozjechane. Ale… w sukurs młodocianym chamom przyszli ich właśni rodzice. Wydarzyło się więc coś, czego chyba do końca nie zrozumiem.

Mądre rodzicielstwo nie na tym przecież polega, że stoisz murem za dzieckiem bez względu na wszystko, tylko na tym, że pozwalasz mu doświadczać. Dlatego przez trzy lata tłumaczyłam mojemu dziecku, że te incydenty to „końskie zaloty”, „głupi wiek” itp. itd. i że musi… doświadczać. Nagle jednak zrozumiałam, że czas na końskie zaloty i głupi wiek już minął. Że zarówno moja córka, jak i jej koleżanki i koledzy są na tyle dojrzali, żeby prawidłowo oceniać rzeczywistość, odróżniać dobro od zła, wiedzieć, co wolno, a czego nie wolno, mieć pojęcie o tym, kiedy i jak można kogoś skrzywdzić, i potrafić tego unikać.

I wracam do moich siostrzeńców. Ich nikt nie wychował. Nie miał kto. W zasadzie te przemiłe dzieciaki (2/3 już pełnoletnie) wychowały się same. I jestem pełna podziwu. Niestety, „samowychowywanie” powoduje, że pewne normy społeczne są nieznane (ba! wiele z tych norm nie jest znanych). Co więcej, jeśli macie dorastające i dorosłe dzieci, wiecie, że co i rusz potrzebują Waszego wsparcia, rady albo po prostu obecności. Ale moi siostrzeńcy nie mogli ani nie mogą liczyć na żadną z tych rzeczy. Przez to najstarszy z nich przeżywa teraz bodaj najtrudniejsze doświadczenie swojego krótkiego życia, chociaż nie szczędziło mu ono wielu równie trudnych. A jednak.

A teraz przeskoczę znów do tych nieszczęsnych głupkowatych chłopców… Gdzie w tym wszystkim są ich rodzice? Na kogo ich wychowują? Dlaczego obrażanie koleżanek, nazywanie ich kurwami, wyśmiewanie ich urody, tuszy itd., obrzucanie czymkolwiek, co jest pod ręką, dla tych rodziców nie jest niczym dziwnym? Dlaczego ich bronią, zamiast dać im „doświadczać”? Bo skoro godzą się, żeby doświadczali, jak to jest być młodym gnojkiem, to dlaczego nie godzą się, żeby ponosili tego konsekwencje? Taka jest przecież naturalna kolej rzeczy. Jest wina. Jest zadośćuczynienie. Jest zbrodnia. Jest kara. To życie w najczystszej postaci. Dajcie im tego doświadczać, a będzie choć nikła nadzieja, że mimo tego wszystkiego wyrosną na wartościowych ludzi 🙂 Wspierajcie, ale nie zastawiajcie własną piersią. Pomagajcie, ale nie działajcie za nich. Kiedy osiągną sukces, cieszcie się razem z nimi. Kiedy poniosą klęskę, bądźcie obok. Tylko i aż tyle. Dlaczego tak wielu dorosłych tego nie rozumie?

PS Tyle jest blogów parentingowych. Nie takich jak mój, na którym tylko doraźnie podejmuję temat rodzicielstwa – ale naprawdę aktywnych. Zamiast hejtować życie innych w Internecie, idźcie na te strony i rozwijajcie się. Wasze dzieci, kiedy już będziecie starzy, ale i teraz, jeśli będziecie to mądrze prowadzić, podziękują Wam za to wspaniałym, codziennym „kocham Cię” <3 I kochajcie je wzajemnie! I pokazujcie tę miłość 🙂

 

10 FILMÓW, KTÓRE WARTO OBEJRZEĆ W DŁUGI DESZCZOWY WEEKEND (cz. 2)

sobota, Kwiecień 29, 2017 0 0

 

Jedna z najsłynniejszych scen z „American Beauty” Sama Mendesa – sen na jawie głównego bohatera

 

Wczoraj udostępniłam ten artykuł na swoim prywatnym fejsbukowym profilu i zrobiło się ciekawie, bo pojawiły się sugestie wspaniałych filmów, które także warto obejrzeć. Romek podrzucił kilka pozycji „must have”, ale że większość z nich to filmy nowsze, a ja chcę przypomnieć o tych nieco starszych, to zapraszam na koniec – co nieco Wam zdradzę 😉 A tymczasem…

6. Na kryzysy wieku średniego i każdego – „American Beauty” (rok produkcji 1999)

Wyobraźcie sobie zamożną amerykańską rodzinę tak nudną aż się chce wymiotować. Szablonowa żona, pracoholiczka Carolyn (cudowna Annette Bening), szablonowy mąż, pracujący w biurowym boksie, Lester (wspaniały Kevin Spacey), szablonowa, trochę neurotyczna i gigantycznie zakompleksiona nastolatka Jane (Thora Birch) i szablonowe problemy. Żyją w świecie, w którym nie okazuje się emocji i nie ma się uczuć. Pierwsze namiętności wygasły, miłość dawno opuściła ten dom, a jej miejsce zajęły wzajemna niechęć i obłuda. Praca, zawodowy sukces żony, dom, szkoła to wszystko jest ważniejsze niż wzajemne relacje. Ale – jak w zwiastunie – przyjrzyj się bliżej… Gdzieś tam w tej ciszy, nudzie i szablonowości czai się burza, która wywróci świat całej trójki do góry nogami. Wszystko zmienia się, gdy Lesterowi, uważanemu przez żonę i córkę za nieudacznika, wpada w oko uwodzicielska przyjaciółka córki. Co tu dużo mówić – dojrzały mężczyzna po prostu zakochuje się w gówniarze, marzy o niej i śni na jawie. Co więcej, ona też uważa, że Lester „jest kjut” 😉 Wszyscy wiemy, jak silnym impulsem do działania i zmian może być uczucie. Nie inaczej jest w tym przypadku – Lester rzuca pracę i postanawia „zacząć od nowa”. To z kolei pociąga za sobą całą serię wydarzeń, które nieodwracalnie zmienią życie każdego członka tej rodziny.

Obsypany Oscarami film (najlepszy film, najlepszy reżyser, najlepszy scenariusz, najlepsza pierwszoplanowa rola męska dla Kevina Spacey, najlepsze zdjęcia) to obraz symboliczny. Nie przejdziecie wobec niego obojętnie. Każe Wam także zastanowić się nad własnym życiem. Warto!

Zwiastun znajdziecie tutaj (sam w sobie jest wart obejrzenia)

A film TUTAJ

7. Dla miłośników kryminałów – „Podejrzani” (rok produkcji 1996)

Kiedy pokazywałam ten film mojej córce, pytanie „jak to się skończy” padało średnio co 15 minut (moja córka bardzo wciąga się w filmowe emocje) 😉 Prawda jest jednak taka, że oglądając „Podejrzanych” (Oscar za najlepszy scenariusz i drugoplanową rolę męską dla Kevina Spacey – taaak! też kocham tego faceta!), każdy siedzi jak na szpilkach i nikt nie spodziewa się takiego zakończenia, jakie oferują mu scenarzysta i reżyser.

To historia pokazująca próbę rozwikłania pewnej kryminalnej zagadki. Na statku stojącym w porcie w Los Angeles wybucha gaz i ginie 27 osób. Policja przesłuchuje ocalałego poparzonego mężczyznę, który z przerażeniem w oczach twierdzi, że widział Keysera Soze, którego uważa za diabła. Wśród podejrzanych jest niepełnosprawny Verbal Kint (Kevin Spacey), który w zamian za nietykalność zgadza się współpracować z policją i opowiedzieć, jak doszło do wybuchu. Tak zaczyna się historia pełna niesamowitych opowieści, w której nikt nie jest tym, kim się nam początkowo wydaje. Wciągający aż do zatracenia obraz Bryana Singera słynie z najmniej przewidywalnego finału ever. Jeśli nie widzieliście, to obejrzyjcie koniecznie. I bez przewijania! 😉

Tutaj macie trailer

A TUTAJ jest cały film

8. Dla buntowników – „Buntownik z wyboru” (rok produkcji 1997)

W tym filmie aż boli, że czasem nie da się dosłownie przetłumaczyć tytułu. Oryginalny tytuł obrazu według scenariusza Matta Damona i Bena Afflecka (na co dzień przyjaciół i znanych aktorów, którzy też grają główne role) to „Good Will Hunting”. Bohater nazywa się Will Hunting (Matt Damon), ale tytuł zapisany w taki sposób oznacza „polując na dobrą wolę” (good – dobra, will – wola, hunting – polowanie), a film to zmagania Willa z samym sobą, swoim buntem, nagle odkrytym u niego, bandziora z miejskiego getta, geniuszem matematycznym przerastającym nawet umysły profesorskie, pierwszą miłością i strachem przed zmianą dotychczasowego stylu życia. W tym wszystkim pomaga mu cierpiący po stracie żony psycholog Sean Maguire (zdobywca Oscara za tę rolę Robin Williams), któremu z trudem udaje się przebić przez pancerz młodego buntownika. Z czasem między nim a Willem wywiązuje się niesamowita więź, która nakłania młodego mężczyznę do wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. Świetne role również Damona i Bena Afflecka, który gra jego kumpla z przedmieść. Genialna scena, w której Affleck opowiada Damonowi, jak marzy, że pewnego dnia nie zastanie go w domu… Aktorzy dostali Oscara za scenariusz tego filmu – jednego z tych, do których po prostu się wraca.

Trailer jest tutaj

A cały film TUTAJ

9. Dla tych, którzy wpadli w tarapaty – „Jerry Maguire” (rok produkcji 1996)

Sam film nie dostał Oscara w ważniejszych kategoriach. Statuetkę odebrał za to niesamowity Cuba Gooding Jr. za brawurową rolę młodego futbolisty, który szuka swojego miejsca w świecie sportu, ale przede wszystkim chce, by jego talent zapewnił byt jego rodzinie. W tym próbuje mu pomóc Jerry Maguire (Tom Cruise), menadżer sportowy, który po próbie pokazania kolegom i szefostwu, jak bezduszny tworzą świat, wylatuje z pracy. Z niczym. Ogłasza, że założy agencję według własnych, uczciwych reguł. Ale nikt nie chce do niego dołączyć. Poza Dorothy (Renee Zellweger), młodą, uczuciową sekretarką, samotnie wychowującą uroczego chłopczyka. Oczywiście jest to film o miłości, ale nie takiej tuzinkowej. Wspaniałymi dialogami opowiada o tym, że nawet gdy osiągniesz dno, zawsze możesz się od niego odbić i zmienić swoje życie. No i… co jest rzadkością wśród nas, ludzi – otwarcie mówi, że kasa jest równie ważna jak miłość. Bo pomaga dbać o tych, których kochamy. Słynna scena, w której Gooding Jr. zmusza Cruisea, żeby wrzeszczał do telefonu „Show me the money!” – do oglądania wielokrotnie 😉

Z ciekawostek dodam, że tytułową rolę Cameron Crowe (autor scenariusza i reżyser) napisał z myślą o Tomie Hanksie. Ale para Cruise/Zellweger… Mrrrr!

Zwiastun jest tutaj

A cały film TUTAJ

10. (już? chyba będę to robić częściej) Dla wszystkich – „Forrest Gump” (rok produkcji 1994)

Film o miłości tak wielkiej, że może ona pokonać wszystko. Nawet śmierć. Nawet chęć innego życia. Nawet niepełnosprawność. Miłości matczynej. Miłości mężczyzny do kobiety. I miłości ojcowskiej. I o tym, że każdy z nas jest trochę jak to piórko, które odkleja się od trawy obok buta bohatera w ostatniej scenie – wolny, ale jednocześnie rzucany tam, gdzie los go poniesie. A życie jest jak… pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, co ci się trafi 😉 I że głupi ten, co głupio robi 😀 Cytatów z „Forresta” jest od metra, bo to film po prostu wspaniały, wobec którego nie można przejść obojętnie.

Na tle kilkudziesięciu lat amerykańskiej historii toczy się opowieść o człowieku, którego IQ jest tak niskie, że nie powinien chodzić z rówieśnikami do szkoły. Ale jego serce jest tak wielkie i pełne miłości, że potrafi przezwyciężyć każdą przeciwność losu. A ten mu ich nie szczędzi. Opowiedziana z niezwykłym humorem przez reżysera Roberta Zameckisa historia chłopca, który „zawsze jak gdzieś szedł, to biegł” jest również satyrycznym spojrzeniem na historię Stanów Zjednoczonych (sceny takie jak spotkanie drużyny futbolowej z prezydentem Kennedym czy kiedy mały Forrest uczy tańczyć samego Elvisa Presley’a – bezcenne!).

Oscar dla najlepszego filmu, Oscar za reżyserię, scenariusz, montaż i efekty specjalne (!), Oscar dla Toma Hanksa za genialną rolę główną – absolutnie zasłużone!

Trailerek zobaczcie poniżej

Cały film jest TUTAJ

No i cóż… to by było na tyle. Tak mi się spodobało, że jeszcze powrócę z takimi filmowymi podpowiedziami. W końcu kino ma już 122 lata, więc trochę dzieł powstało 🙂

I na koniec obiecany aneks – od kolegów z FB. Romek poleca także: „Wielkie piękno”, „Młodość”, „Konesera” i „Krupiera”. A Marcin – oprócz ujętego tutaj „American Beauty”, także „Helikopter w ogniu”. Ja bym dodała jeszcze 917297126495695487 filmów, więc na razie się powstrzymam i… do następnego filmowego seansu! 🙂

10 FILMÓW, KTÓRE WARTO OBEJRZEĆ W DESZCZOWY DŁUGI WEEKEND (cz. 1)

piątek, Kwiecień 28, 2017 0 0

Tak, tak… Ten na zdjęciu powyżej to młody Leonardo DiCaprio – w roli, za którą do dzisiaj nie mogę zrozumieć, dlaczego nie dostał Oscara. Zainteresowani?

 

Ta pogoda jest wspaniała! Wystarczy tylko zmienić perspektywę 🙂 Dziś od rana męczyli mnie w pracy, żebym podsunęła jakieś dobre filmy. Może nie wszyscy wiecie, że z wykształcenia tylko oficjalnie jestem polonistką. Tak naprawdę ostatnie lata moich studiów i magisterka kręciły się wokół krytyki filmowej. No i od wieków jestem kinomaniaczką 🙂 Prośba o podsunięcie dobrych filmów podsunęła mi temat na dzisiejszy artykuł. Bo skoro wielu z nas przyjdzie spędzić ten weekend w domu, to znajdźmy najlepsze towarzystwo. Filmowe 😀 I uwaga – będą to filmy stare, niektóre nawet starsze niż ja. Bo z nowymi większość z Was jest na bieżąco. A o starych boskich filmach często nawet nie wiecie. No to Wam powiem 🙂

1. Na wesoło, czyli „Lepiej być nie może” (rok produkcji 1997)

Dwie Oscarowe role – Jacka Nicholsona i Helen Hunt – w genialnej, mądrej, pełnej niezapomnianych postaci komedii Jamesa L. Brooksa. Obok nich równie wspaniali Greg Kinnear i boski, jak zawsze, Cuba Gooding Jr. On – Melvin, introwertyczny autor bestsellerowych powieści dla kobiet z tzw. zespołem obsesyjno-kompulsyjnym, zwanym także nerwicą natręctw, który nie pozwala mu nawet następować na linie na chodniku. Totalnie nieprzystosowany społecznie gbur, cham i… napisałabym nawet gorzej (też na „ch”) 😉 Ona – Carol, mieszkająca z matką i bardzo chorym na astmę synem samotna kobieta, na co dzień pracująca jako kelnerka w restauracji, w której On codziennie jada śniadanie. Plastikowymi sztućcami, które sam przynosi 😀 Każdy człowiek schodzi Melvinowi z drogi, bo albo jest przez niego obrażany, albo nie może z nim wytrzymać. Tylko Carol jest w stanie „normalnie” z nim rozmawiać. Z powodu swojej nerwicy Melvin przywiązuje się do tego, co znane i powtarzalne. Kiedy więc Carol musi z powodu choroby syna zrezygnować z pracy, Melvin uruchamia najlepszego lekarza – żeby tylko kobieta wróciła do pracy i go obsłużyła. W międzyczasie sąsiad Melvina, Simon, utalentowany malarz, zostaje napadnięty w swoim domu i ciężko pobity. Jest gejem, więc uprzedzony do wszystkich pisarz jest uprzedzony do niego podwójnie. W dodatku pies Simona obsikuje klatkę schodową, za co Melvin pewnego dnia zrzuca zwierzaka do zsypu. Przyjemniaczek, nie? 🙂 Po incydencie z napadem menadżer Simona zmusza Melvina do zaopiekowania się psem sąsiada. I tu zaczyna się najlepsza część tej niesamowitej, wyjątkowo pięknej, pozytywnej historii ludzkich emocji, wzajemnych interakcji, uczuć i słabości. Jeśli nie widzieliście, to nawet się nie zastanawiajcie! Zapewniam, że to dwie godziny najlepszego kina i jednocześnie najlepszej rozrywki.

Tutaj macie zwiastun:

A film w dobrej jakości (pamiętajcie tylko, że powstał w 1997 roku) możecie obejrzeć TUTAJ.

2. Na smutno, czyli „Czułe słówka” (rok produkcji 1983)

Ups, znów będzie film Jamesa L. Brooksa (ale mało kto tak jak ten gość potrafi zagrać na naszych emocjach). „Czułe słówka” to Oscarowa adaptacja powieści Larry’ego MacMurtry’ego (chętnym mogę pożyczyć książkę) z kolejnymi niesamowitymi rolami. Oscary za najlepszy film, najlepszą reżyserię, najlepszy scenariusz, najlepszą rolę aktorki pierwszoplanowej (Shirley MacLane), najlepszą rolę aktora drugoplanowego (Jack Nicholson – no, cóż, Brooks go lubi). Matka (Shirley MacLane) i córka (Debra Winger) nie znoszą się. To właśnie dlatego Emma, córka, wcześnie wychodzi za mąż. Chce wyrwać się z domu. Trafia na mężczyznę, którego Aurora, matka, nie akceptuje. Zresztą jak większości wyborów Emmy. Ich relacje aż kipią od negatywnych emocji, złośliwości Aurory i niesamowitego wręcz w tym wszystkim spokoju Emmy. Ten film to niesamowicie wciągająca i wzruszająca historia trudnej miłości… matki i córki, która w pewnym momencie swojego życia dowiaduje się, że ma nieuleczalną chorobę nowotworową, a potem jeszcze – że mąż ją zdradza, jednak postanawia być dzielniejsza od wszystkich. W tle toczy się druga historia – budząca się dojrzała miłość Aurory i jej zwariowanego sąsiada, byłego astronauty, kobieciarza i bonvivanta Garreta (Nicholson).

Ten film po prostu trzeba zobaczyć. Ale uwaga – nie ma takiego człowieka, który by nie potrzebował chociaż własnego rękawa do otarcia łez w scenie rozmowy Emmy w szpitalu z jej dziećmi.

PS Mamy tu polski akcent – piękne zdjęcia Andrzeja Bartkowiaka.

Zwiastun możecie obejrzeć tutaj:

A na cały film zapraszam TUTAJ (pamiętajcie, 1983 rok)

3. Krwawo, ale z humorem, czyli „Pulp Fiction” (rok produkcji 1994)

Filmy Quentina Tarantino trzeba lubić, ale okazuje się, że większość lubi (nawet jeśli nie odczytuje wielu intertekstualnych cytatów). Niesamowitość i wyjątkowość tego reżysera bierze się stąd, że – o czym pewnie mało kto dziś pamięta – ten kinomaniak (mamy coś wspólnego!) swojego fachu uczył się… pracując przez pięć lat w wypożyczalni kaset video (pamięta ktoś jeszcze taki przeżytek?). Żeby rzetelnie informować klientów o tym, co im poleca, oglądał wszystko, jak leci. I tak właśnie stworzył swój – tak inny od wszystkich – warsztat. Właściwie mało jest jego filmów, których bym nie kochała, bo jak można nie kochać „Django” (jednego z najnowszych) czy „Wściekłych psów” (pierwszego filmu Tarantino)? Ale „Pulp Fiction” to jest dla mnie w ogóle jeden z filmów wszech czasów. Zamknięta w konwencji kina gangsterskiego, z genialną obsadą aktorską (wielki come back Johna Travolty w roli Vincenta) historia dwóch płatnych morderców Vincenta i Julesa (wspaniały Samuel L. Jackson), którzy działają trochę tak jak team policyjny, wymierzając na zlecenie gangsterów „sprawiedliwość” z wersetami Biblii na ustach. W patchworkowej kompozycji filmu pojawiają się też niemal równoważne wątki żony gangstera (niezapomniana Uma Thurman) i pary okradającej klientów restauracji (Tim Roth i Amanda Plummer). A wszystkie przeplatają się wzajemnie i łączą, co zresztą uwielbiamy u Tarantino. Złota Palma w Cannes mówi sama za siebie.

Trailerek tutaj:

A film znajdziecie TUTAJ (uwaga, dłuuugi jest – jak zwykle u Tarantino). Aha – niesamowitych ról jest tu znacznie więcej: Harvey Keitel, Bruce Willis, Christopher Walken czy sam reżyser! Naprawdę warto!

4. Bajka dla dorosłych, czyli „Przyczajony tygrys, ukryty smok” (rok produkcji 2000)

Tak, tak… Chińczycy też potrafią robić filmy, i to jak! Ale tylko jeśli mieszkają w USA 😉 Przynajmniej na razie. Sceny walki z tego filmu (choć widziane już wcześniej np. w Matrixie, bo i choreograf ten sam) wyznaczyły trendy na kolejne lata, które dziś możemy już oglądać powszechnie, np. w serialach takich jak „Marco Polo” (dostępny na Netflix.pl). A sam nagrodzony Oscarem w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny obraz Anga Lee (obejrzyjcie też koniecznie jego „Tajemnicę Brokeback Mountain” o miłości gejowskiej w trudnym świecie kowbojów czy „Rozważną i romantyczną”, adaptację powieści Jane Austen) to w rzeczywistości opowiedziana trochę jak bajka dla dorosłych historia miłości. I tyle. Nie powiem Wam więcej, bo tym razem byłby to za duży spoiler 😉 Na pewno coś dla miłośników kultury Wschodu.

Zwiastunik macie tutaj

A film można obejrzeć TUTAJ

5. Gdy życie okazuje się piękne, czyli „Co gryzie Gilberta Grape’a?” (rok produkcji 1993)

Lasse Hallström to jeden z moich ulubionych „reżyserów od emocji”. Ten szwedzki reżyser tworzący w Hollywood jest autorem takich cudownych filmów, jak „Czekolada”, „Wbrew regułom” czy wyciskacz łez dla miłośników zwierząt i nie tylko – „Mój przyjaciel Hachiko” z boskim, jak zawsze, Richardem Gere i wspaniałym psem Hachi (jak potrzebujesz się wypłakać, obejrzyj koniecznie).

„Co gryzie Gilberta Grape’a?” to obraz wyjątkowy nie tylko z powodu genialnej roli nastoletniego Leo DiCaprio (do dzisiaj nie mogę zrozumieć, dlaczego wtedy przegrał w rywalizacji Oscarowej z Tommy Lee Jonesem w „Ściganym”), ale też z powodu całej, okropnie pokręconej historii młodych ludzi (Johnny Depp i Juliette Lewis), którzy trafiają na siebie w małym, nudnym, smutnym, sennym miasteczku gdzieś w USA, w okolicznościach tak niesprzyjających, jak to tylko możliwe (Johnny opiekuje się niepełnosprawnym bratem i monstrualnie grubą matką, Juliette – jest tylko przejezdną turystką) i wywiązuje się między nimi piękne, niezwykłe, pierwsze młodzieńcze uczucie (no i ta para jest taka piękna!). Więcej też nie powiem, bo to po prostu trzeba zobaczyć. Także z tego powodu, że nie tylko DiCaprio był wtedy na początku swojej drogi artystycznej, ale i Johnny Depp, i Juliette Lewis. Wszyscy – wspaniali!

Aha! I zdjęcia robił Sven Nykvist (też Szwed), ulubiony operator Ingmara Bergmana, specjalista od tworzenia obrazów, zamiast zwykłych filmowych ujęć (najlepsze moim zdaniem to „Fanny i Alexander”, zresztą nagrodzone Oscarem).

Tutaj trailer

A cały film TUTAJ

No i zapraszam jutro na ciąg dalszy. A tymczasem życzę emocjonujących seansów 🙂

HOMO SUM… MOJA ŻYCIOWA SPOWIEDŹ

środa, Kwiecień 26, 2017 0 0

Wady… Kto ich nie ma? Ale kto się do nich przyznaje? Zwłaszcza przed samym sobą? To jedna z najtrudniejszych rzeczy na świecie. Ludzie często mówią: „znam swoje wady”. Naprawdę?

Naprawdę to nawet jeśli je znasz, nic z tego nie wynika, dopóki nie zaczniesz się im przyglądać z uwagą. Jakie są? Czy są powodem, że masz w życiu problemy, że radzisz sobie gorzej, że tracisz ukochane osoby, że odchodzą Twoi przyjaciele, że psują się Twoje związki, że ludzie nie chcą Cię słuchać, że Tobie samemu bywa ze sobą niełatwo, że nie osiągasz celów, że nie umiesz ich wytyczać, że nie chudniesz, nie tyjesz, nie ćwiczysz, za dużo ćwiczysz, że masz kłopoty w pracy, że masz problemy z dziećmi, z mężem, z żoną, z mamą, babcią, teściową, teściem i dziadkiem. Ciotkami i wujkami. Przyjaciółmi. Kolegami z biura czy z taśmy. Tą zbyt miłą ekspedientką w sklepie, obrażoną na cały świat kasjerką. Wszystkim.

Wady są z jednej strony super. To one wspólnie z zaletami sprawiają, że jesteśmy JACYŚ. Kreślą nasz obraz w oczach innych, z którego nie zdajemy sobie sprawy, dopóki czasem nie spojrzymy na siebie cudzymi oczami.

Jak oni nas widzą? Bo nigdy tak, jak my sami siebie. I czy to ważne, jak nas widzą? Bo przecież powinniśmy być przede wszystkim sobą. Akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy. Czuć się dobrze w swoim własnym towarzystwie. Żyć po swojemu. Myśleć, tak jak chcemy myśleć. Słuchać zdania innych, ale szanować własne. Korzystać z ich rad, ale tylko wtedy, kiedy uważamy, że będzie to dobre dla nas.

Ja mam wady. Taaaakie wady, że czasami aż nie wierzę, że jeszcze z nimi żyję.

Najgorsza jest ufność i łatwowierność. W sumie dziwne, bo życie dało mi wystarczająco wiele dowodów i powodów, żeby nie ufać i nie wierzyć. A jednak. Zanim przychodzi sceptycyzm (na szczęście, czasem przychodzi), szarogęszą się ufność i wiara w dobre intencje innych. Zawsze, ale to zawsze zakładam dobre intencje. Możecie mnie więc oczarować uroczą mową i ja w nią uwierzę. I będę potrzebowała dłuższej chwili, zanim dotrze do mnie, czy faktycznie Wasze intencje są dobre, czy złe. Gdy to drugie, zwykle już jest za późno na reakcję i dostaję po dupie 😉

Kolejna moja wada to ogromny problem z przyjmowaniem krytyki. Niby umiem. Bo wiem, że tak. Ale tylko wtedy, kiedy jestem przygotowana, że krytyka może wystąpić. Na przykład wtedy, kiedy wysyłam komuś moją książkę i wręcz oczekuję krytyki, bo wiem, że każda opinia jest na wagę złota pod kątem przyszłej czytelniczej percepcji. Ale kiedy ktoś krytykuje mnie znienacka, a zwłaszcza gdy ta krytyka następuje po czymś, co wymagało ode mnie dużo wysiłku – zamieniam się w walczącą o swoje lwicę. Nawet jeśli nie mam racji 😀

Nieśmiałość… Taaak, wiem… Pewnie nikt z moich znajomych, nawet bardzo bliskich, nie przypisałby mi takiej cechy.

Gdybyście jednak wiedzieli, ile wysiłku kosztuje mnie czasem zwykła rozmowa z kimś, kto mi w jakiś sposób imponuje lub wobec kogo czuję się gorsza (z różnych powodów)… Jeszcze na studiach bałam się odezwać słowem na zajęciach, chowałam się w najdalszych kątach i płonęłam żywym ogniem wydobywającym się z moich policzków, gdy proszono mnie o wypowiedź lub – nie daj Boże – chwalono. I dziwne, bo dzisiaj – kiedy moja córka ma problem z przyjmowaniem pochwał – ja się dziwię. A przecież ona jest identyczna jak ja w jej wieku!

Słaba silna wola 😉 Oj, o tym mogłabym napisać książkę albo stworzyć nowego bloga 😂 Ileż to razy zaczynałam coś i nie kończyłam? Obiecywałam sobie coś i nie dotrzymywałam słowa? Chciałam i zaraz natychmiast znajdywałam powody, „żeby nie”? 😀 Cóż… ciekawe jest to, że kiedy robię coś dla kogoś, to nie ma, że nie dotrzymam słowa, nie ma, że będę wyszukiwać powody, „żeby nie”, nie ma w ogóle opcji, żeby nie zrobić czegoś, o co ktoś mnie poprosi (obojętnie, czy prywatnie, czy zawodowo).

Czemu więc nie umiem zadowalać i sprawiać, że jestem dumna sama z siebie?

I jeszcze coś – ten nieznośny brak wiary w siebie! Dacie wiarę? A jednak! Bo niby co powstrzymuje mnie przez wypełnieniem „nakazu Tkaczyka” – „real artists ship” (prawdziwi artyści wypuszczają swoje dzieła w świat, nawet jeśli narażają się tym samym na krytykę, bo jednocześnie dają sobie i swoim dziełom szansę)? Niby dlaczego nigdy do końca nie wierzę, kiedy ktoś mnie chwali? Niby dlaczego nie umiem sobie powiedzieć „yes, you can!” I niby dlaczego tak często tutaj piszę w tonie „yes, you can”. Bo tym samym siebie samą zagrzewam do walki 😀 😂

Cóż… Nobody’s perfect! Ta stara prawda wygłoszona w jednej z najsłodszych komedii wszech czasów „Pół żartem, pół serio” każe mi jednak cieszyć się z moich wad. Choć źle mi czasem z nimi – na przykład wtedy, kiedy wkurzam się na córkę, że w domu jest bajzel (zwłaszcza na podłodze – tę moją schizę już znacie), a przecież nie jestem, nie będę i nawet nie chcę być perfekcyjną panią domu (no bo… wiadomo, że tylko nudne kobiety… itp. itd.). Albo kiedy nawet mnie łatwiej byłoby powiedzieć: „ok” albo „tak jest” albo „masz rację”, niż wykłócać się o rzeczy, które w perspektywie życia są zupełnie nieistotne.

Z drugiej strony… dzięki moim wadom i ich świadomości i ciągłej pracy, żeby – nie, nie żeby się ich pozbyć, bo to moim zdaniem jest prawie niemożliwe, ale żeby nad nimi chociaż trochę panować – wiem, że jestem prawdziwa.

Jestem sobą i jestem, jaka jestem.

I czasem mi z tym źle, a czasem zajebiście. I czasem żyje mi się cudownie, a czasem mam ochotę nie żyć. I czasem nie potrzeba mi nikogo, by żył razem ze mną, a czasem nie wyobrażam sobie starzeć się samej. I mam jeszcze i tę wadę, że nigdy, ale to nigdy nie tracę nadziei. Contra spem…

PS No i wady fizyczne… Ma je każdy. Ja też. I czasem ciężko z nimi żyć. Kiedy nie byłam samotna, one nie istniały. Czy to logiczne? Nie wiem, ale tak było. A jak Wy myślicie? I jak Wy dajecie sobie z nimi radę?

CO MI ZROBILI TKACZYK I OPYDO? ;)

czwartek, Kwiecień 20, 2017 0 2

Dwóch Pawłów wyznacza ostatnio kierunki moich myśli i idących w ślad za nimi czynów. Jak wiecie, skończyłam książkę. Niestety, mam z nią pewien kłopot… A właściwie mam ze samą sobą kłopot…

Nigdy nie byłam typem perfekcjonisty. Nigdy nie czepiałam się detali. Nigdy nie zaprzątałam sobie głowy drobiazgami, zwłaszcza tymi, nad którymi większość ludzi mogłaby przejść do porządku dziennego. Mój dom nie wygląda jak spod igły (zresztą podobno tylko nudne kobiety mają sterylnie czyste domy). Ja nie zawsze mam perfekcyjną fryzurę czy makijaż (co ja mówię – prawie nigdy nie mam! 😂). Moja córka nie ma idealnej mamy, a moje koty – idealnej właścicielki. Jedynie w pracy staram się nie mieć bajzlu, ale jak się dużo robi, to… sami pewnie wiecie 🙂

Tymczasem w przypadku książki… którą tak naprawdę skończyłam w sierpniu 2015 roku, nie mam skrupułów – obrabiam, przerabiam, przetwarzam, zmieniam wątki, dokładam, odejmuję, słowem – certolę się z nią jak z małym dzieckiem. Wybieram znajomych, którym daję ją do przeczytania, z których każdy żyje inaczej i zajmuje się czym innym, żeby na nich „przetestować” efekt (dzięki nim też udoskonalam ją) i wszyscy mówią „fajna książka”, ale… tutaj pojawiam się ja. Moja nieznana dotąd natura perfekcjonisty, która nagle objawiła się, gdy stawką jest coś, co przez całe życie było moim marzeniem i co zawsze chciałam zrobić, każe mi przetwarzać to miliony razy.

Powiem Wam, że nie znałam siebie z tej strony i już mi ze mną źle 😂

A przecież wiem, że potrafię pisać i wiem, że jeśli wydam tę książkę i uda się znaleźć paru czytelników, to pisanie (moja życiowa pasja) zyska nowy wymiar, bo głowę mam pełną kolejnych historii, różnych bohaterów, zapamiętanych drobnych niesamowitości, które czynią ludzi tak fascynującymi „obiektami” dla kogoś, kto pisze i tworzy historie…

A jednak! Perfekcjonizm w tej materii doprowadza mnie do szału. I jak by tego było mało… mniej więcej w tym czasie, kiedy oczekiwałam na dostawę „Narratologii” Pawła Tkaczyka, moja córka podsunęła mi vloga Pawła Opydo i jego serię „Złe książki”

I nastało ZŁO 😀

Bo Anita z jednej strony pochłaniała książkę Tkaczyka, a z drugiej – vlogi Opydo. I z jednej strony była „Narratologia”, która teoretycznie uczy, jak opowiadać historie w biznesie w celach promocyjno-reklamowo-sprzedażowych, a tak naprawdę ktoś taki jak ja odczytywał w niej jeszcze instrukcje dla siebie jak pisarza, a z drugiej – „Złe książki”, które sprawiały, że ktoś taki jak ja porównywał swoją z nimi. Czy jest sens i logika? Czy bohaterowie nie są głupkowaci? Czy jak ze sobą rozmawiają, a nawet myślą o czymś, to jest to wiarygodne? I tak dalej, i tak dalej. I przyszły nowe rozmyślania nad książką. I nowe czytania – już prawie codziennie, prawie jak Listów Apostolskich na mszach 😂

Listów Pawłów dwóch 😉

Ale teraz już wiem. Nareszcie wiem, że to nie jest „zła książka”, że to jest ciekawa historia, że to jest podobne (jak budowanie opowieści zaleca Naczelny Narratolog Kraju) do tego, co już znamy, a jednak inne, inaczej ujęte, odwrócone, pokazujące inne punkty widzenia. Że – trochę też dzięki moim recenzentom – bohaterowie nie są plastikowi, że akcja wciąga, nawet tak, że i łzy się pojawiają i że – do jasnej cholery! – czas wypuścić to dziecko w świat, bo inaczej nigdy się nie dowiecie, co ja właściwie napisałam, a ja nigdy się nie dowiem, czy naprawdę potrafię to robić 😀

Tak więc… chwilunia, jeszcze trochę ją „wyprasuję”, a gdzieniegdzie podniszczę i tak jak moja córka, która w tym roku wyrusza do świetnej szkoły, ale z internatem, wyruszy w świat.

Amen.

PAPKA Z MUZGÓ

wtorek, Kwiecień 11, 2017 0 0

„Pójść na żywioł czy czekać? Kiedy wg naukowców najlepiej zacząć uprawiać seks?”, „3 rzeczy, które sprawią, że Wasz związek będzie silniejszy”, „Co data urodzenia mówi o Twoim życiu seksualnym?”, „11 powodów, żeby trzymać się za ręce”, „Z którym ciachem powinnaś spędzić walentynkowy wieczór?”…

Przyznam, że cały mój wpis mógłby być wypełniony takimi i podobnymi tytułami, ale doszłam do wniosku, że nie chcę już oglądać niczego, co robiłoby mi papkę z mózgu. Wręcz przeciwnie. Chciałabym jak najczęściej widzieć coś, co mnie wzbogaci, rozwinie, do czegoś natchnie…

Tymczasem jedynym kanałem w telewizji, jaki da się obejrzeć od rana do wieczora (testowałam w jeden zimny i ponury weekend, kiedy byłam chora) jest HGTV, który poznałam będąc w USA i który – ku mojej nieopisanej radości – pojawił się dzięki TVN-owi w Polsce.

Na każdym innym możesz natknąć się na:

a) seriale dokumentalne grane przez amatorskich amatorów i ze scenariuszami tak głupimi, że – jak by powiedziała moja przyjaciółka – od samego słuchania aż zęby bolą,

b) telewizyjne show, w których to rolnik szuka żony albo jakaś para bierze ślub nie mając pojęcia o tym, kto kim jest (nawet w aranżowanych małżeństwach w krajach, gdzie tej zwyczaj nadal funkcjonuje, z grubsza się wie, że on jest synem tego i tamtego oraz ma to i to)

c) seriale fabularne, których fabuła jest tak przewidywalna jak to, że mój kot rano będzie drapał w drzwi sypialni, żebym już wyszła, bo usłyszał, że wstałam

d) w najlepszym wypadku – wiadomości różnej jakości, w zależności od kanału, lub rozmowy polityków, którzy jednak prezentują coraz niższy poziom i coraz mniej się tego da słuchać.

Czy to my jesteśmy coraz głupsi, czy media myślą, że tacy jesteśmy? Z drugiej strony – pracowałam w mediach i wiem, że ich robota polega na tym, że reagują na potrzeby odbiorcy, więc?… Naprawdę aż tak nam się nasze społeczne IQ obniżyło czy może jesteśmy już tak zagonieni w codzienności, że wszystko nam jedno, co nam serwują, byleby zapchać mózg niczym brzuch w McDonaldzie, papką pełną jakichś nieistotnych informacji i byleby przestać myśleć o przyziemnych sprawach, jak kredyt do spłacenia, zepsuty samochód czy opłacenie studiów syna?

Wierzę, że nie jest jeszcze z nami tak źle. Sama od pewnego czasu przekształcam swoją tablicę na Facebooku w miejsce, do którego chce się zaglądać. Sukcesywnie eliminuję ludzi, których posty powodują, że czuję się głupsza niż jestem w istocie (co więcej, czuję, że oni są głupsi niż w istocie są!), odlajkowuję fanpage, które niczego ciekawego nie wnoszą do mojej codziennej rzeczywistości, zalajkowuję te, z których mogę się czegoś ciekawego dowiedzieć lub które mogą stanowić jakąś inspirację. O ironio, tym sposobem większość tego, co regularnie fejsbuk mi wyświetla to… kulinaria! Hahaha 😀

CHWAŁA WYNALAZCOM :)

niedziela, Marzec 19, 2017 0 0

Jakoś tak wczoraj przy sobotnim obiadku u mamy wywiązała się rozmowa o zmywaniu naczyń i przypomniało mi się, jak kupno zmywarki ucięło moje i męża kłótnie o to, dlaczego jak jest moja kolej zmywania, to zawsze jest czysto, a jak mojego męża – to trwa „zbieranie pełnego zlewu”. Nawet przez kilka dni! 😉 Męża już nie mam, zmywarkę – tak i przyznam, że bez niej nie wyobrażam sobie życia. Bo podobnie jak Agata Christie, nienawidzę zmywać naczyń 😀 I tak zaczęłam się zastanawiać, jakie jeszcze wynalazki znam, które stały się taką oczywistością, że gdyby ich zabrakło, byłoby… miałabym z tym naprawdę spory problem. I jakoś tak wiele z nich ma coś wspólnego z jakimś rodzajem wolności. Ciekawe 🙂

Oto moja subiektywna lista. Jak macie ochotę, dodajcie swoje. Kolejność przypadkowa 😉

Soczewki kontaktowe

Okularnicą zostałam w wieku lat 18, ku wielkiej swojej radości, bowiem jako mól książkowy, nerd i jak tam jeszcze się nazywa takie osobniki (ale nie kujon, bo lubiłam się uczyć tylko tego, czego lubiłam się uczyć :D) marzyłam o tym, żeby nosić okulary. Wiadomo przecież było powszechnie, że człowiek w okularach, o ile oczywiście nie były to denka od słoików, wygląda inteligentniej niż ten sam człowiek bez okularów 😉 Marzenie się spełniło, ale kiedy okazało się, że wada postępuje, szkła coraz cięższe, coraz trudniej bez okularów się obyć, a w dodatku – na moim nosie odciskały się już po 5 sekundach, zjeżdżały z niego, gdy się latem pociłam, że gdy zamieniam je na przeciwsłoneczne, jestem ślepa jak kura w czasie nowiu i czuję się po prostu ułomna, odkryłam soczewki 🙌 ⚡ i było to, jak grom z jasnego nieba. Nagle świat stał się zupełnie oswojony, ja wolna i z nieograniczonymi możliwościami. Co więcej – makijaż przestał być mordęgą, a stał się przyjemnością.

Tampony

Panowie, możecie pominąć tę część 😉 A może niekoniecznie? Zawsze to jakiś element edukacyjny 😀 Do sedna jednak, a właściwie do pewnej kolonii w NRD w latach 80., notabene dla kujonów w nagrodę za zwycięstwa w różnych konkursach 😉 Cisza poobiednia, leżymy z koleżankami na piętrowych łóżkach, raczymy niebotycznymi porcjami słodyczy, o których w Polsce mogliśmy tylko pomarzyć i rozprawiamy o życiu, czyli jak to nastolatki – o ważnych dla nas sprawach. Na przykład problemach z podpaskami, które wtedy (gimby tego nie znajo) w Polsce były powszechnie dostępne w postaci przyklejającej się sami-wiecie-do-czego waty uformowanej w podpaskę dzięki siateczce, w którą ją zapakowano, ewentualnie, jeśli ktoś miał szczęście i trafił akurat na dostawę w aptece, mniej chłonną, ale bardziej higieniczną formę przypominającą dzisiejsze podpaski. Z rozmowy tej zrodził się pomysł, by następnym razem podczas enerdowskiego shoppingu, który jeszcze wtedy nie nazywał się shoppingiem, tylko zakupami, obczaić podpaski dostępne w tej krainie mlekiem i miodem płynącej. Oj, poszalałyśmy wtedy w sklepie! A potem z trudem zamykałyśmy walizki i plecaki 😉

Druga część tej pasjonującej historii rozgrywa się już w wolnej Polsce w latach 90. Mur Berliński dawno runął. W sklepach zaczynają pojawiać się pierwsze nowinki z Zachodu. A w drogeriach (już nie w aptekach) coś o intrygującej nazwie Tampax, reklamowane wówczas hasłem zawierającym wymowne słowo „freedom” (wolność). Tak oto, na długo jeszcze przed soczewkami, poczułam powiew wolności w trudnym czasie menstruacji 😉

Damska torebka 😂

No jakżeby inaczej! Przecież to jest element naszego kobiecego jestestwa! Co nie mieści się w bajzlu naszego mózgu (nie mamy takich szufladek jak panowie), znajdzie swoje miejsce w naszej torebce. Czasem aż sama siebie zadziwiam, co potrafię znaleźć w swojej. Najciekawszą historię – o kobiecie z klamką – już Wam kiedyś na blogu opowiedziałam. Ale wierzę, że jeszcze wiele przede mną. Poza tym – zapewne inne panie po tej lekturze dorzucą swoje ciekawostki torebkowe 😉

Samochód

Taaak, wiem – że przecież można się obejść bez samochodu. Że są autobusy, tramwaje, pociągi, taksówki, samoloty, a w Kijowie nawet marszrutki 😉 Ale czy jadąc gdzieś autobusem czujesz ten sam powiew wolności co wsiadając w samochód, który sam/sama prowadzisz i mogąc w każdej chwili zmienić trasę na mniej uczęszczaną, zatrzymać się, kiedy chcesz, wysiąść i pooddychać wiejskim powietrzem, poleżeć na trawie, zajechać do przydrożnego baru, bo tak. Oczywiście, można też na piechotę, ale kto w dzisiejszym pędzie ma na to czas. Za mną i pewnie przede mną też wiele kilometrów przemaszerowanych pieszo. Ale jednak… samochód to moja miłość. Jeździć umiałam dawno zanim zrobiłam prawo jazdy, a każde moje auto nazywam moim księciem. I nie bez powodu zwykle są w srebrnej zbroi 😉

Komputer, Internet, telefon komórkowy

Tutaj mam trochę ambiwalentne uczucia, bo oczywiście, telefon komórkowy i Internet to wolność, szybkość kontaktów, a sam Internet to dodatkowo łatwość dostępu do informacji, możliwość zarządzania pieniędzmi bez wychodzenia z domu, filmy i muzyka, jakich tylko w danej chwili zapragniesz, słowem – okno na świat, a czasem też sposób na samotność; a jeszcze znacznie szybszy rozwój, który obserwujemy u naszych dzieci itp. itd. Zalet jest znacznie więcej. Ale są też wady, które z drugiej strony tę wolność w pewien sposób ograniczają. Np. gdy zapomnisz wyciszyć telefonu w nocy albo gdy ludzie nie rozumieją, że jest weekend czy wieczór i dzwonią do Ciebie ze sprawami, które mogłyby poczekać do jutra. Albo kiedy musisz pamiętać te wszystkie hasła do różnych kont. Albo kiedy śledzą cię ciasteczka i Wielki Brat Google patrzy i widzi dosłownie wszystko, co robisz w sieci. Ale jednak… odkąd mam komputer, odkąd tylko dorobiłam się pierwszego modemu telefonicznego i z tymi charakterystycznymi dźwiękami przez numer 0-20 21 22 połączyłam się ze światem – jestem on-line niemal non-stop. I dobrze mi z tym! Chyba że mi czasami niedobrze. Wtedy na chwilę znikam 😉

Odkurzacz i mop

Musiał się, tak jak i zmywarka, znaleźć na tej liście, bowiem obsesyjnie nie znoszę brudnej podłogi. Jedni lubią mieć sterylnie czystą kuchnię i łazienkę. Inni – codziennie świeżą pościel. Jeszcze inni – ubrania wyprasowane zaraz po ściągnięciu z suszarki. Ja muszę mieć czyste podłogi i kiedy są choć trochę brudniejsze niż tuż po umyciu, kiedy widzę jakąś plamę, latający kurz czy zwyczajnie – wydaje mi się nie dość czysta, czuję autentyczny niepokój (serio – ktoś powinien mnie zbadać 😂). Najgorzej, że o ile mop się nie psuje, a w razie czego można go zastąpić starym ręcznikiem, o tyle odkurzacz to jeden z tych sprzętów, które psują się zwykle w najmniej odpowiednim momencie, a miotła niestety nie doprowadzi podłogi do takiego poziomu czystości jak odkurzacz.

Tu muszę jeszcze wymienić pralkę automatyczną i żelazko. Bo czy może być coś gorszego niż brudne, przepocone ubranie, które w dodatku wygląda jak psu z gardła wyciągnięte? Brrr! Aaa, i jeszcze suszarkę do włosów i prostownicę. I sztuczne rzęsy. I hybrydowy lakier do paznokci. I ekspres do kawy. I kubek z gwizdkiem do gotowania mleka bez kipienia, który kiedyś kupiłam w NRD i który nadal stoi jako eksponat w mojej szafce, bo przecież do grzania mleka bez kipienia jest mikrofalówka. Właśnie! Mikrofalówka! Wyobrażacie sobie świat bez niej? Walizka na kółkach. Plecak ze stelażem. MacBook i iPhone. Rower. Szpilki. Deska do prasowania. Wózek dziecięcy. Technologię VR! Mikser. Żarówkę. Kodeks drogowy, żebyśmy się wszyscy nie pozabijali. Implanty i przeszczepy. Czipsy z owoców i warzyw. Lekko gazowana woda mineralna. Druk i koło. I ogień. I wodociągi. I kanalizacja… Dosyć! Kończę, bo można by tak wymieniać w nieskończoność 😀

I pomyśleć, że wszystko to ktoś kiedyś gdzieś z jakiegoś powodu odkrył, wynalazł lub wymyślił. Chwała im wszystkim! 🙂

A Wy – bez czego nie potrafilibyście żyć?