POMAGANIE JEST PIĘKNE!

środa, Listopad 23, 2016 0 0

Tak, tak… To jest TEN CZAS, kiedy będę zamulać na maksa. Ale wiem, że to akurat zamulanie lubicie i że tak troszkę się nawet przyczyniam do tego, że jest nas coraz więcej. NAS, czyli tych, którzy mają mega frajdę, kiedy mogą się dzielić.

Jestem człowiekiem słowa. Żonglowanie słowem, zabawa językiem, słowne żarty, dziwne tych słów zestawianie to jest coś, co po prostu uwielbiam i wiem, że wiele osób to docenia (a niektórzy nawet mi chcą za to płacić! :D). Piszę o tym, bo dziś – nie wiem, dlaczego – przypomniało mi się, jak pierwszy raz usłyszałam polski idiom ” potrafi oddać komuś ostatnią koszulę”, który opisuje ludzi umiejących się dzielić, pełnych empatii, współczucia – po prostu dobrych. Byłam dzieckiem i rozbierałam (nomen omen) te słowa całkiem dosłownie, więc w mojej dziecięcej głowie rozbijały się od brzegu do brzegu pytania: „jak to? a jak będzie mi zimno?”, „ale co ja potem zrobię?” itp. itd.

Oczywiście, szybko zrozumiałam, że to tylko takie powiedzenie i w ogóle na czym polega uroda idiomów i że jak ten gość, którego nazwiska żaden świdnicki urzędnik nie potrafi napisać bezbłędnie – Jan Baudouin de Courtenay (Polak, notabene), miał rację mówiąc: „granice mojego języka są granicami mojego świata”. To dlatego „thank you from the mountain” mówi Anglikowi mniej więcej tyle, że ma do czynienia z a) idiotą, b) obcokrajowcem, najprawdopodobniej Polakiem 😉 (PS Dla niewtajemniczonych – chodzi o dosłowne tłumaczenie powiedzenia „dziękuję z góry”) To był krok milowy.

A jak wiadomo – każda podróż zaczyna się od jednego kroku. Tak więc teraz jako „już całkiem duża dziewczynka” rozumiem jeszcze więcej. I rozumiem, że aby pomagać, wcale nie trzeba oddawać ostatniej koszuli. Przeciwnie – żeby naprawdę pomagać, fajnie jest samemu czuć się dobrze. Ze sobą. Z innymi. W życiu. Tak po prostu. Fajnie też jest mieć więcej. Bo wtedy jest się czym dzielić. Czasem chodzi tylko o „więcej czasu”.

Od czterech lat udowadniamy w naszej akcji Podziel się, że pomaganie jest proste. Wystarczy tylko chcieć. Nic więcej. Chcesz – pomagasz. A jak – to nie ma znaczenia.

A więc – zamulam: http://facebook.com/podzielsiezinnymi. Dołączajcie! Teraz działamy w Świdnicy i w Rybniku, jest nasza akcja rozrasta się jak kula śnieżna, a że wyróżnia ją to, że dociera do ludzi lokalnie, ludzi, których znamy, to chyba nie ma lepszej rekomendacji.

Dzielcie się! To Wasz najlepszy prezent na święta <3

https://www.facebook.com/pg/podzielsiezinnymi/videos/?ref=page_internal

MEMENTO… VITAE

wtorek, Listopad 1, 2016 0 0

Kiedyś nie znosiłam pogrzebów. Uważałam, że za dużo bliskich pogrzebałam, jak na mój młody wówczas wiek. I to jest prawda. Ale odkąd musiałam pogrzebać mojego męża (uwierzcie, że to jest nawet gorsze niż sama śmierć), przestałam. Nie znosić pogrzebów. Nie, żebym stała przed tablicą z nekrologami i wyszukiwała, w czyjej by tu ostatniej drodze wziąć udział 😉 Przeciwnie – nadal jak nie muszę, to nie idę. Ale wiecie… chyba się starzeję. Bo coraz częściej jednak zerkam na tę tablicę przy deptaku na Łukowej i coraz częściej przyłapuję się na tym, że Święto Zmarłych to ważne święto. To także nasze święto, jakkolwiek by to nie zabrzmiało 😉

Oczywiście nie jest świętem dlatego, że będę miała okazję poświecić na cmentarzu nowymi kozakami, zamachnąć się połą wczoraj kupionego płaszcza czy pofalować przed zgromadzoną przy tym czy innym grobie rodziną nowym blondem na moich puklach. I nie jest świętem dlatego, że cieszę się, że pogrzebałam tylu bliskich mi ludzi (ja i inni nasi wspólni bliscy). Ale jest świętem, jak wiele innych, stworzonym po to, żeby o czymś sobie przypomnieć. Jak Boże Narodzenie – co wiecie zapewne z hollywoodzkich filmów oraz „Opowieści wigilijnej” Dickensa – jest po to, żeby sobie przypomnieć, że jesteśmy ludźmi i jesteśmy z gruntu dobrzy i że chcemy być z innymi ludźmi, dzielić się z nimi, śmiać się z nimi, cieszyć się z nimi tym, co przeżywamy. Tak Święto Zmarłych (pamiętajcie – przypada jutro, nie dzisiaj) jest po to, żebyśmy pamiętali, jak krótki i kruchy jest ten czas, który mamy tu, na Ziemi. I jak ważne, żeby go naprawdę dobrze wykorzystać!

W liceum i na studiach zgłębiałam tajniki średniowiecznego zawołania „memento mori”. Dzisiaj spacerując po cmentarzach zastanawiam się, jakie zawołanie słyszymy najczęściej w dzisiejszych czasach. „Bądź sobą”? „Żyj, jak chcesz”? „To twoje życie i nikt go za Ciebie nie przeżyje”?

„Żyj wolniej”? (slow food, slow life, slow motion…) czy przeciwnie – „Żyj szybko, bo życie jest krótkie”? (gaz do dechy and… go get it!).

Ale właściwie nie wiem, po co się nad tym zastanawiałam. Bo to, co zostaje w literaturze czy na kartach historii, w większości rzadko jest tym, co było naprawdę. Naprawdę żyjemy, jak umiemy – ani jak chcemy, ani jak nie chcemy. Jak umiemy. Jak nam się udaje. Większość z nas po prostu płynie z prądem, bierze to, co przyniesie los. Dobre czy złe. Ale czy te życia są gorsze niż tych, którzy płyną pod prąd, którzy nie godzą się z losem?

W finale wszyscy znajdziemy mniej lub bardziej spokojną, mniej lub bardziej malowniczą, z biedniejszym albo bogatszym nagrobkiem przystań w jednym i tym samym miejscu.

Czym więc właściwie jest życie? I po co żyjemy? Może po to, żeby w tym miejscu, do którego trafią po śmierci nasze ciała, inni, którzy nas znali, NAPRAWDĘ chcieli nas odwiedzić? Nie po to, żeby pokazać nowe kozaki, płaszcz czy blond na włosach. Nie po to, żeby zapalić znicz (najlepiej jak najdroższy i najbardziej wypasiony), „bo tak trzeba”. I nie dlatego, że jest akurat 1 listopada. Ale dlatego, że o nas myślą, że im nas brakuje, że mimo że nas już nie ma, oni wciąż w jakiś sposób chcą być w pobliżu. Może właśnie po to… Jak na grób Emily Dickinson w Amherst przychodzą fani jej twórczości i zostawiają wiersze, ołówki, pióra oraz… szpilki. Nieważne co. Ważne, że przychodzą, bo chcą.

IMG_9355

Stojąc dzisiaj przy grobie mojego taty (zmarł mając równo 40 lat), patrząc na nagrobek i uświadamiając sobie, że przeżyłam już więcej lat niż dane było jemu, a potem – że jestem już nawet rok starsza niż mój mąż, kiedy zmarł… A potem, że mój szwagier przeżył swojego ojca o zaledwie dwa lata. A potem – że prababcia mojej córki żyła cztery lata dłużej niż jej babcia. A jeszcze potem, kiedy zobaczyłam nagrobek mojej zmarłej w tym roku samotnie cioci (to właściwie taka ciocia-babcia była)… Mówię Wam – wielka, granitowa nówka-nieśmigana z gigantyczną grawerką ŚP ODACHOWSCY… Najwyraźniej ciocia i wujek – brat i bratowa wspomnianej cioci-babci – przygotowali już także dla siebie… A jeszcze potem, kiedy pomyślałam sobie, gdzie ja bym chciała być pochowana i na szczęście trafiłam na fejsie na temat ekologicznych trumien, dzięki którym moje ciało może być (jak inne, ale jakby bardziej „świadomie”, jeśli w ogóle można użyć takiego słowa w tym kontekście) pożywką dla jakiejś roślinki, np. drzewa i już nie musiałam się nad tym zastanawiać, to…

To zrozumiałam, że cmentarze to jest w gruncie rzeczy mądra rzecz wymyślona przez ludzi. Jak nie znoszę stawiania pomników (wiecie zresztą, co na ten temat myślę), a im bardziej wypasiony nagrobek, tym bardziej jestem sceptyczna co do intencji tych członków rodziny, którzy pozostali, tak uwierzcie mi – cmentarze to naprawdę mądra rzecz. To takie miejsce, w którym w łatwy, bo bezpośredni (dosłownie!) sposób możesz się uziemić, docisnąć w wyobraźni swoje bose stopy do zimnej, wilgotnej ziemi i stanąć na niej naprawdę mocno. Rozejrzeć się i zrozumieć, że TO JEST TEN MOMENT! Na wszystko. Że nie będzie innego. Że jeśli chcesz coś zrobić, zrób to. Jeśli marzysz o czymś, zacznij działać. Jeśli chcesz uciec, uciekaj. A jeśli chcesz zostać, zostań. Jeśli marzy Ci się inne życie niż prowadzisz teraz, zmień je. Podróż dookoła świata – kiedy, jeśli nie teraz? Zmiana pracy – a na co czekać? Jeśli czujesz, że stoisz w miejscu, rusz się. Nie od dzisiaj wiadomo, że każda wielka podróż zaczyna się od małego kroku. Jeśli chcesz kogoś przeprosić – zrób to. Dzisiaj. Nie jutro. Jutro Ciebie albo jego może już nie być.

Jeśli pragniesz miłości – szukaj jej aż Ci tchu zabraknie. Bo nawet gdyby miał być to już ten ostatni oddech – warto.

Jeśli chcesz zrobić coś dobrego – do roboty! Jeśli złego – zastanów się dwa razy, ale gdyby okazało się, że ma Ci to sprawić radość – dawaj! It’s your life! To Twoje życie. Tylko jedno. Drugiego nikt Ci nie da, bo któż z nas, nawet gdybyśmy byli najzagorzalszymi katolikami, wie, jak wygląda życie wieczne? Ok – żeby pogodzić wierzących i niewierzących: TAKIE życie będzie tylko jedno. WASZE życie. YOUR way of living 😉

Tę piosenkę znacie dobrze – także z mojego bloga, ale przywołam ją znowu, bo jest wiecznie aktualna, a dziś – do tego wpisu – wręcz idealna:

Wiecie, co powtarzam tutaj bardzo, bardzo często? To nie tylko mój blogowy tekst. Powtarzam to też na żywo. „Dzisiaj jestem, a jutro…” Memento… vitae! 🙂

PS I wbrew pozorom, to nie jest pesymistyczny tekst!

 

CZYM WŁAŚCIWIE JEST PREZENT?

piątek, Październik 28, 2016 0 0

Mój przyjaciel Larry, 86-letni Amerykanin, którego znacie z mojego bloga i tegorocznej American Trip, co roku od prawie dwudziestu lat (tyle się znamy) powtarza, że Thanksgiving jest dla niego o wiele piękniejszym świętem niż Boże Narodzenie, bo… nie trzeba tyle myśleć o prezentach. Liczy się obecność i wspólne spędzanie czasu. Nie, nie… Larry absolutnie nie jest materialistą ani Scroodgem z Dickensowskiej „Opowieści Wigilijnej”, mimo że bardzo skrupulatnie prowadzi swoje domowe finanse. Przeciwnie – uwielbia dawać prezenty, zwłaszcza takie, które niosą za sobą jakieś emocje. Prawdopodobnie to jedna z rzeczy, które nas, mimo tak ogromnej różnicy wieku (uświadomiłam sobie właśnie, że w tym roku jest dwukrotnie starszy niż ja), uczyniły przyjaciółmi 🙂

Bo najlepsze w życiu prezenty, jakie dostałam i jakie dałam, to te, za którymi kryło się całe morze (a czasem zaledwie małe źródełko) pozytywnych emocji. Bo chcąc zrobić naprawdę dobry prezent, trzeba się w kogoś wsłuchać. Obserwować, poczuć jego pasje, w pewnym sensie „podsłuchać” jego myśli. Poobserwować… Czasem z pozoru błaha informacja, parę puzzli połączonych niby „od czapy” potrafi pokierować nami dokładnie w tym kierunku, w którym kryje się sedno.

Dla mnie… najlepsze prezenty to te niematerialne.

Niepotrzebna mi modna torebka, kosztowna biżuteria czy nowa suszarka do włosów. To wszystko oraz nowy samochód potrafię sobie sprawić sama 😉 Potrzebne mi emocje. Potrzebna mi świadomość, że ktoś robiąc mi prezent na choćby chwilę naprawdę skupił się na mnie, na tym, co sprawiłoby mi radość.

I tak samo działam w drugą stronę. Jeśli tylko mogę, staram się drugiemu człowiekowi podarować emocje. Wczuć się w niego, poczuć jego pragnienia. Pomyśleć nad tym, co naprawdę mogłoby mu sprawić radość. Bo nie ma lepszego prezentu. Uwierzcie mi, że nie ma. Nawet jeśli w finale odpakowujesz coś zupełnie materialnego, ale jednak wiesz jednocześnie, że

są w tym jakieś emocje, masz świadomość, że ten kto ten prezent dla Ciebie przygotował, naprawdę dobrze wiedział, co Ci sprawi radość, to jest to!

Pewnie dlatego moje najlepsze prezenty dla mnie to te, które podarowałam komuś, nie sobie (chociaż…) Potrzebującym w ramach naszej akcji „Podziel się”, niepełnosprawnym, do których dawno temu chodziłam jako klaun, chorym, dla których wysłałam SMS czy zrobiłam przelew albo przyjaciółce, dla której zorganizowałam party-niespodziankę jak z filmu, gromadząc w jednym miejscu tak wielu różnych jej znajomych i przyjaciół, że ja sama byłam w szoku, a co dopiero ona 😉 I sama nie wiem, kto ma z tego większą frajdę. Bo mam wrażenie, że jednak ja 🙂

Nie ma bowiem materialnego prezentu, który dałby mi taki power, jaki daje mi co roku kilkadziesiąt wizyt u ludzi, którzy mają zupełnie zwyczajne potrzeby. Nie ma takiego giftu, który przyniósłby mi takie pozytywne emocje, jakich wtedy doświadczam (nie tylko ja, bo przecież jest nas w tej akcji wielu).

Nie ma lepszego Thanksgiving niż kilkanaście razy dziennie powtarzane przez moją córkę „Kocham Cię”.

Na żywo, przez telefon, na Messengerze czy w iMessage. Nie ma w życiu w ogóle niczego lepszego niż emocje, które można sobie i innym podarować.

Nie zrozumcie mnie źle – wszystko, co mamy i co pozwala nam żyć tak, jak chcemy, czyli dobra materialne – to są rzeczy bardzo ważne. Ale jak bardzo bledną w obliczu emocji?… I czym są wobec całego życia? A jak bardzo pomogą w chwili śmierci? Emocje albo ich wywoływanie za pomocą rzeczy materialnych świadomie wybranych – to jest istota prezentu.

Zbliża się czas prezentów. Za pasem Boże Narodzenie. Za kilka dni Wszystkich Świętych, a tuż po nim – rozkręci się wielka prezentowa machina. I my wszyscy jak te trybiki będziemy latać po sklepach, przeczesywać sieć w poszukiwaniu książek, krawatów, skarpetek, szalików, zabawek i innych prezentów, które prezentami są tak naprawdę tylko z nazwy… Bo czym właściwie jest prezent? Widomym znakiem, że ktoś o Tobie myśli. Świadectwem, że znaczysz dla niego dużo więcej niż ktoś spotkany przypadkowo na ulicy.

I czy naprawdę chcesz tego kogoś obdarować nowym krawatem albo skarpetkami? Tu przypomina mi się tradycja tzw. rózgi dawanej „niegrzecznym dzieciom” (pomińmy na chwilę fakt, że nie ma niegrzecznych dzieci, są tylko nieprzygotowani rodzice), którą… cóż… niejeden raz dostałam (pewnie niezasłużenie, z dzisiejszego punktu widzenia, ale wystarczyło, że raz nie poodkurzałam domu po powrocie ze szkoły ;)) Bo w sumie… czasem taki „z dupy” prezent też ma jakiś ciężar gatunkowy. Potrafi wiele „powiedzieć”. Dać coś do zrozumienia. To ZAWSZE jest jakiś ZNAK!

Czemu ja akurat o tym piszę? Bo to jest taki rok, kiedy zaczęłam świadomie myśleć o obdarowywaniu innych. Sama sobie umiem zrobić prezent – w sumie wystarczy mi „Dzień jeden w roku”.

Ale jak zrobić otaczającym mnie ludziom PRAWDZIWY PREZENT, niosący te emocje, które sama lubię czuć, dający tę świadomość, którą sama lubię czuć – że ktoś na tę jedną małą chwilę skupił się na mnie, że nie kupował prezentu od czapy, że naprawdę go przemyślał… Ale od moich pierwszych od wielu lat prawdziwych wakacji JUŻ WIEM. I mam nadzieję, że w większości przypadków mi się udaje. A jeśli nie, to wciąż nad tym pracuję. Bo ludzie to jest prawdziwa istota całego życia. Wielu z nas wciąż o tym nie wie i przekonuje się w tym ostatnim momencie. O wiele za późno.

7 RZECZY, KTÓRE WARTO WIEDZIEĆ O SAMOTNYCH RODZICACH

wtorek, Październik 18, 2016 0 0

Ten artykuł piszę w imieniu wszystkich samotnych rodziców. Od niedawna mocniej kręcę się wokół tego tematu. Wszystko przez to, że Robert Korólczyk, pomysłodawca akcji „Podziel się”, w której mam od kilku lat swój skromny udział, uznał, że powinniśmy w tym roku zwrócić uwagę także na tę grupę społeczną (do tej pory zajmowaliśmy się starszymi osobami samotnymi, i to zostaje, oraz rodzinami wielodzietnymi).

Fakt, że sama jestem samotnym rodzicem oczywiście nie ma tu nic do rzeczy. Ten kierunek pomocy to decyzja Roberta. Ale sam pomysł kazał mi się przyjrzeć naszemu życiu trochę z zewnątrz. Naszemu, czyli właśnie samotnych rodziców. A pomogli mi w tym, jak zwykle, bliżsi i dalsi znajomi, najczęściej zupełnie niechcący (zarówno z dobrymi, jak i złymi przykładami). Ale i tak dziękuję!

I tak od słowa do słowa, od wątku do wątku uświadomiłam sobie, że ludzie wokół nie bardzo rozumieją, jak to właściwie jest być samotnym rodzicem. Niby wiedzą, ale czy naprawdę rozumieją? I tak zrodziła mi się w głowie lista 7 rzeczy, na które zwykle nie zwraca się uwagi w przypadku samotnych rodziców, a które – wierzcie mi – mają kolosalny wpływ na życie nasze i naszych dzieci. Jest to wynik doświadczeń moich i innych rodziców samotnie wychowujących dzieci, bo jakoś tak się dziwnie dzieje, że się przyciągamy w czasoprzestrzeni.

A oto lista (kolejność tym razem zupełnie przypadkowa):

1. Samotny rodzic występuje w liczbie pojedynczej 😉

To znaczy, że jak dziecko się obudzi w nocy, odwodnione, wymiotujące, z 40 stopniami gorączki, to nie ma komu polecieć po samochód, żeby jechać na pogotowie, kiedy Ty je jedną ręką ubierasz, drugą sprzątając wymiociny, a trzecią (tak, czasem samotni rodzice miewają nawet czwartą i piątą rękę) ubierając siebie, szukając kluczyków do auta i głaszcząc siebie samą po ramieniu, że wszystko będzie dobrze.

To znaczy, że kiedy jednocześnie trzeba jechać z dzieckiem do ortodonty i iść na wywiadówkę do szkoły, zawsze trzeba wybierać. Więc wybierasz to, co ważniejsze dla przyszłości dziecka, bo się nie rozdwoisz. Ja wybieram ortodontę. Bo szkołę zawsze da się nadrobić, a tego, co się dzieje z rosnącym organizmem – nie 😉

Albo kiedy w tym samym czasie i rodzic, i dziecko mają coś naprawdę ważnego, w czym oboje powinni wzajemnie uczestniczyć. Taką sytuację nazywa się rodzinnym dramatem, bo żadne rozwiązanie nie jest dobre 🙂

2. Samotny rodzic ogarnia wszystko sam

Niby to takie oczywiste, ale wyobraź sobie, że sama/sam każdego dnia, bez względu na pogodę, porę roku, świątek, piątek czy niedzielę, ogarniasz zakupy, jedzenie, gotowanie, pranie, mieszkanie, samochód, naprawy starych sprzętów, zakupy nowych, wymianę żarówek, przepychanie kibla, pieczenie ciasta do szkoły, rachunki, wizyty u lekarzy, weterynarzy, wszystkie święta ruchome i nieruchome, sprawy przypisane facetom i sprawy przypisane kobietom. Aha, no i jeszcze pracę zawodową i samą/samego siebie, bo z czegoś trzeba żyć i jakoś wyglądać.

I nie ma się komu wypłakać w ramię, kiedy momentami już naprawdę się tego nie ogarnia.

3. Samotny rodzic to zwykle jedna pensja, bo z alimentami różnie bywa, a renty po młodo zmarłych rodzicach są w tym kraju śmieszne

Tak więc samotny rodzic żyje z jednej pensji, a jeśli ma kredyt (a kto ich w Polsce nie ma – obojętnie, czy bogaty, czy biedny?), to spłaca go sam – z tej jednej pensji. A jeśli chce ubrać dziecko i siebie – to też z tej jednej pensji. I jeśli chce pojechać z dzieckiem na wczasy, to nadal musi to finansować z tej jednej pensji. Kiedyś słyszałam od pewnej znajomej singielki (też ich trochę mam w otoczeniu): „No, ale ja też muszę wszystko sama!” Teoretycznie tak, tylko że jako singielka czy singiel – musi sam pojedynczo, a samotny rodzic – musi sam podwójnie, a czasem i potrójnie albo poczwórnie. Ot, taka subtelna różnica 😉

4. Samotny rodzic potrzebuje uczuć i miłości tak samo jak niesamotny rodzic i tak samo jak bezdzietny singiel

Ten punkt wziął się stąd, że kiedy rozmawiam z bezdzietnymi singlami, którzy mi się zwierzają, że im czasem trudno/smutno/źle, to słyszę: „Ty przynajmniej masz córkę”. Oh, really? I to oznacza, że nie muszę już chcieć ułożyć sobie życia? Bo co? Bo związek jest po to, żeby mieć dziecko i już? A przecież miłość dziecięco-rodzicielska to zupełnie inna miłość niż ta partnerska. Czy to tak trudno zrozumieć? 🙂

Jeszcze jeden przykład z mojego otoczenia: Odbierając życzenia urodzinowe rok temu usłyszałam: „…i fajnego faceta. A właściwie… po co Ci facet? Tak dobrze sobie radzisz!” No jasne! Bo facet/kobieta są potrzebni do „radzenia sobie”, tak? 😉 Najczęściej wtedy zadaję pytanie: „A co byś zrobił/zrobiła bez… (i tu podaję imię jego/jej faceta/kobiety)?” I następuje milczenie. Całkiem wymowne. Bo czym jesteśmy bez drugiego, bliskiego człowieka? Dzieci, owszem, są bliskie, najbliższe, krew z krwi, ale tak jak wspomniałam w poprzednim wpisie – to odrębny byt, żyjący własnym życiem. I prędzej czy później wyjdą z domu i będą żyć swoim życiem po swojemu. Z tym wiąże się kolejny punkt.

5. Samotnemu rodzicowi trudniej znaleźć nowego partnera

Bo kto chce rozwódkę z dwójką dzieci? Kiedy ona w ogóle znajdzie czas, żeby się z kimś spotykać?! Albo kto zechce wdowca z małym synkiem? Kto obejrzy się za dzieciatą wdową? No, obejrzą się, bo samotna wdówka to zawsze dobra opcja 😉 Robi się jednak mało ciekawa, kiedy okazuje się, że ma dziecko. No bo kto by chciał wychowywać cudze dziecko, prawda? Tak już, niestety, jest. Nie mówiąc już o tym, że zwyczajnie trudniej nam wyjść z domu, nie tylko na randkę, ale w ogóle, zwłaszcza kiedy dzieci są małe.

6. Samotny rodzic najczęściej pracuje ponadprzeciętnie

No tak. Jakoś przecież trzeba dorobić tę drugą, brakującą pensję. Albo przynajmniej jej część, rekompensującą wyraźne braki budżetowe widoczne w domach samotnych rodziców. Tak więc samotny rodzic rzadko ma czas na cokolwiek innego, poza pracą, domem i wychowaniem dzieci, a i na to momentami ledwie wystarcza czasu.

7. Samotny rodzic, choć występuje w liczbie pojedynczej, to spełnia podwójną rolę – jest matką i ojcem jednocześnie

Właściwie to mogłabym to zawrzeć w punkcie 1, ale wydaje mi się, że zasługuje to na podkreślenie. Bo zwykle wychodzimy z domu mniej czy bardziej ukształtowani przez oboje rodziców. Ale gdy jesteśmy samotnymi rodzicami, to nawet jeśli jest to skutek rozwodu, a dzieci widują się z tym drugim rodzicem regularnie – nadal większość czasu spędzają tylko z jednym (znam, owszem, jeden przypadek opieki 50/50, ale mam poczucie, że nie jest do dobre dla dziecka – nikt nie jest w stanie długo wytrwać w szpagacie). Tak więc to, które jest z dzieckiem na co dzień, siłą rzeczy musi być trochę ojcem, trochę matką. Najtrudniej tym rodzicom, którzy zostali w wychowaniu całkiem sami. Na matkę/ojca nie ma co liczyć, więc trzeba dublować tę drugą rolę, samemu nie mając dublera 😉 Jakie to bywa czasem trudne – wiedzą tylko ci, którzy tego doświadczyli.

I tak to właśnie z nami jest. Większość z nas stara się jednak żyć „normalnie”. Być może właśnie dlatego mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak to naprawdę jest. A jest… właśnie tak. Zresztą – jak znam życie – to inni samotni rodzice dopiszą tutaj także swoje doświadczenia. Na co bardzo liczę…

Bo kiedy dowiedziałam się, że w tym roku skierujemy pomoc do osób samotnie wychowujących dzieci, do ludzi takich jak ja, tylko trochę gorzej radzących sobie w życiu niż ja i moi znajomi samotni rodzice, a przez to zmuszonych do korzystania z pomocy społecznej, aż podskoczyłam. Tak! To jest ta część społeczeństwa, na którą naprawdę warto rzucić solidny snop jasnego światła. I bynajmniej nie dlatego, że ja do tej części należę. Mam nadzieję, że się odezwiecie – inni samotni rodzice. Chyba warto, żeby pozostali zrozumieli różnicę 🙂

PS A przy okazji jeszcze trochę prywaty – ale nie dla mnie. Polubcie nasz profil na FB, nawet jeśli nie przyłączycie się do akcji, na pewno dacie się zarazić tym dobrem, które z niej płynie: Podziel się

LUBIĘ TO! O Borówkowym Chłopcu i wychowaniu dzieci

sobota, Październik 15, 2016 0 0

Lidl. Popularny dyskont spożywczy. Sobota przed południem. Mały, może czteroletni chłopczyk sięga po opakowanie borówek i wkłada do koszyka prowadzonego przez ojca. Po chwili ojciec orientuje się, wyciąga borówki i odkłada je na miejsce. „Nie lubisz tego” – mówi do synka. „Lubię to” – odpowiada mały niezbyt głośno i chwyta opakowanie z powrotem. „To są borówki. Nie lubisz tego” – ojciec konsekwentnie odkłada owoce. „LUBIĘ TO!” – krzyczy chłopiec. „Nie lubisz. To są borówki” – ojciec odpowiada ze spokojem, odkłada borówki i rusza dalej w sklep. „LUBIĘ TO! LUBIĘ! LUBIĘ TO! LUBIĘ TO! LUBIĘ TO! LUUUUUBIĘĘĘĘ! LUUUUBIĘĘĘĘ!!!” – wrzeszczy przez łzy jego syn.

Kto z nas nie zna takich historii z własnego życia? Dziecko upiera się, że czegoś chce i rozpoczyna się próba sił, z której nie zawsze rodzic wychodzi obronną ręką 😉

Ekspertem od rodzicielstwa nie jestem. Sama popełniam błędy i żadna ze mnie idealna matka. Zresztą, kto jest ideałem? Ale mam to szczęście, że kiedy się na czymś nie znam, pozwalam sobie działać intuicyjnie i to się sprawdza. Bo rodzicielstwo jest jak Nowy Jork – to stan umysłu. Taką moją interpretację wydrukowała nawet kiedyś „Polityka”, więc się jej trzymam hahaha 😀 Po mojemu to jest taki stan, w którym im częściej stawiasz się w roli dziecka, tym lepiej – dla Ciebie i dla niego. Im częściej choćby przez chwilę zastanawiasz, się „jaka ja byłam wtedy?”, tym więcej jesteś w stanie zrozumieć ze świata swojej córki czy syna.

Bo w wychowaniu dzieci nie chodzi o system nakazów i zakazów, o odbieranie borówek aż do skutku, „bo nie lubi”, o „szlabany”, gdy coś przeskrobie… Ale o to, żeby pozwalać dziecku doświadczać świata

– moczyć się w deszczu i skakać po kałużach, włazić na drzewa i z nich spadać, biegać jak wariat, zdzierać kolana, łamać ręce, próbować jedzenia, które mu nie smakuje, dostawać jedynki i szóstki, przegrywać w konkursach i w nich zwyciężać – towarzysząc mu w tym jednocześnie, na drugim planie, dyskretnie, uważnie, by w razie potrzeby służyć wsparciem. Tylko i aż tyle. Bo to wbrew pozorom, nie taka prosta sprawa. Ale możliwa i przynosząca nieprawdopodobną satysfakcję.

Piszę to z przekonaniem i doświadczeniem matki prawie 15-letniej córki, z którą nigdy się nie nudzę, z którą urządzamy sobie czasem „korepetycje muzyczne” z Youtuba, poznając wzajemnie to, co nam się podoba, z którą rozmawiamy o książkach szczerze i bez Ferdydurkowego zadęcia, z którą razem oglądamy filmy i bajki, gotujemy, jemy, jeździmy na szoping i na protesty, dla której może nie zawsze mam tyle, czasu, ile by chciała, ale staram się i ona to widzi i docenia. I która wręcz do znudzenia potrafi powtarzać „kocham Cię, mamo”, nie krępując się tego nawet przy koleżankach… Bezcenne!

Przyznam Wam się szczerze, że słysząc płacz tego chłopca i jego „Luuubięęę toooo!”, chciałam kupić mu te borówki i wręczyć, gdy wyjdziemy ze sklepu. Niestety, jak pamiętacie #niewpieprzamsie 😉 To jego rodzic, a mnie nic do tego, jak go wychowuje i czy mały naprawdę lubi borówki, czy po prostu miał akurat klasyczny kryzys wieku dziecięcego 😉 w którym chodzi głównie o to, żeby coś na rodzicu wymóc i robi się to w możliwie najbardziej publicznym miejscu w możliwie najgłośniejszy sposób 😀 (zastanawiałam się też chwilę, czy może to po prostu za drogi zakup, ale zajrzałam do koszyka i biedy w nim nie widziałam).

Też to przerabiałam. Najsłynniejsza akcja to na wakacjach w Sarbinowie, kiedy dwuletnia Ola zobaczyła, jak jej sześcioletni kuzyn świetnie radzi sobie z rodzicami drąc się wniebogłosy bez względu na czas, miejsce i otoczenie społeczne, aż wreszcie uzyskuje dokładnie to, czego chciał. A najbardziej spektakularna – kiedy trzeba było już wyjść z aquaparku, miejsca zawierającego tysiące litrów żywiołu, który w dzieciństwie mojego dziecka spełniał momentami funkcję rodzica zastępczego (gdy np. siedziała godzinami w wannie) 😉

Ale przetrwałam. Przetrwaliśmy z mężem. Ola też przetrwała. Wyrosła, „zmężniała”, jak sama żartuje. Ale jedno się nie zmieniło. Cały czas próbuje. A ja jej cały czas to umożliwiam. Gitara? Proszę bardzo. Keyboard? Czemu nie! Lekcje śpiewu? Jasne! Jazda konna? Sama nawet jako kadra na obozy jeździłam. I tak samo ze wszystkim innym. Moje dziecko nie wybrzydza na jedzenie. Szpinak wcina jak Popeye, a owoce morza – jakby urodziła się na morskiej wyspie. Ale wie też, że nie lubi fasolki po bretońsku czy żurku. Ale nie dlatego że – jak wiele dzieci – tak sobie wymyśliła. Tylko dlatego, że spróbowała, i to nie raz. I przekonała się sama, że nie lubi. I już. Od kilku lat ma swoją pasję, dzięki której objawił się jej do niedawna ukryty, a już dziś wiemy, że największy talent w jej życiu – plastyczny.

Ale nie odkryłaby go, a ja nie pękałabym z dumy widząc, jak odbiera nagrodę za wyraźnie wyróżniającą się pośród innych pracę na konkursie, gdyby nie to, że ktoś dał jej szansę próbować i wspierał, gdy nie wychodziło. Nie narzekał, że gitara leży w kącie. Że wydał kasę na keyboard. Że nie chce jej się już jeździć konno, chociaż jej koleżanka odnosi w tym wielkie sukcesy. Po prostu był.

Bo jak mamy się dowiedzieć, że coś lubimy lub nie, że coś chcemy robić lub nie, że to nam smakuje, a tamto – niekoniecznie, jeśli nie będziemy próbować?

Tak więc, drogi rodzicu „Borówkowego Chłopca”, jeśli przypadkiem kiedyś natkniesz się na ten wpis, albo inny rodzicu – pozwólcie swoim dzieciom próbować, nawet i po sto razy, nawet jeśli wiecie, że czegoś nie lubią (może w końcu polubią, borówki w końcu są zdrowe 😉 ), nawet jeśli zrobią sobie przy tym jakąś krzywdę, nawet jeśli będą przeżywały porażki, nawet jeśli dostaną jedynkę, nawet jeśli ten chłopak czy dziewczyna, według Was, nie jest dla nich… Prawda jest bowiem taka, że choć to Wy wydaliście je na ten świat, jest to już tak naprawdę ich życie. Możecie im tylko pomóc jak najlepiej się w tym życiu odnaleźć. Tylko i aż tyle 🙂

I koniecznie obejrzyjcie ten filmik! 😀

https://www.facebook.com/WallStickersForKids.ie/videos/1216075528463063/

PS 1 Na razie mi rodzicielstwo wychodzi. Ale obiecuję, że przyznam się, jeśli pewnego dnia coś spieprzę 😉 Bo to praca, jak każda inna, podobna trochę do pracy nad związkiem. I tu nie ma weekendów i dni wolnych 😀

PS 2 Przy okazji przypomniał mi się mój inny dziecięco-rodzicielski wpis – ciekawe, że inspiracje pochodzą z tego samego dyskontu. Chyba muszę tam częściej zaglądać 😉

MÓJ FILMOWY KANAŁ

poniedziałek, Październik 10, 2016 0 0

Miało być o czym innym, bo od pewnego czasu mam w głowie parę tematów, np. o składaniu i dotrzymywaniu obietnic. Ale dzisiaj trudno takiej kinomaniaczce jak ja przejść obojętnie wobec odejścia – nie ma się co oszukiwać – legendy polskiego filmu, Andrzeja Wajdy. Mam ku temu jeszcze jeden, bardzo osobisty powód. Otóż to jego „Kanał” oglądany, gdy byłam dzieckiem, był pierwszym w moim życiu filmem, po którym autentycznie nie mogłam dojść do siebie, płakałam po kątach, rodzice nie mogli mnie uspokoić, a ja nie bardzo chciałam im powiedzieć, że to z powodu filmu. Mogłam mieć wtedy może z osiem lat…

Wszystko przez ostatnią scenę. Tę  kratę, na którą trafiają na końcu swojej i tak przecież już tragicznie beznadziejnej wędrówki powstańcy szukający wyjścia z kanału. To ich ostatnia szansa na ocalenie. A gdy już widzą „światełko” w tym śmierdzącym, dusznym tunelu, okazuje się, że to nie początek.

To koniec. Prawdziwy. Nieubłagany. Ostateczny. Boże, jak ja płakałam!…

Było to moje pierwsze zetknięcie z filmowym katharsis, które wiele lat później miało być wybranym przez mojego promotora tematem obrony magisterki (zresztą to mnie nadal fascynuje). I choć oczywiście widziałam później mnóstwo filmów wbijających w fotel i nie pozwalających dojść do siebie, takich, po których wychodzisz z kina i nie chce ci się z nikim gadać, takich, po których siedzisz jeszcze długo przed telewizorem i nawet nie próbujesz nic mówić, bo wszystko brzmiałoby banalnie. Ale dla mnie właśnie „Kanał” jest pod tym względem wyjątkowy. To od niego, mimo trudnych, jak dla kilkulatki emocji, zaczęła się moja wielka nieskończona miłość do kina, zwieńczona po latach obroną pracy z teorii filmu. Wpadłam dosłownie jak w kanał.

A „Kanał” to cały, świętej pamięci, Wajda. To jego pierwszy film, mimo że powstały w Polsce w smętnych latach 50., który został zauważony i nagrodzony na Zachodzie. Co ciekawe, w Cannes zdobył Srebrną Palmę ex aequo z kolejnym filmem, po którym „nie chciało mi się z nikim gadać” – „Siódmą pieczęcią” Ingmara Bergmana.

A potem przyszły kolejne, niektóre bliskie także ze względu na moją kolejną fascynację Zbyszkiem Cybulskim – chłopakiem zza miedzy, z dzierżoniowskiej Radiobudy, który choć już dawno nie żył, gdy ja zachwycałam się jego rolą w „Popiele i diamencie”, to nadal budził bicie serca takie, jakie dzisiaj u nastolatek budzi na ten przykład Leo di Caprio, Zac Efron, Ryan Gossling czy pirat z Karaibów Johnny Depp 😉

I to jest oczywisty dowód na magię kina. Ono po prostu żyje, bez względu na to, w jakiej czasoprzestrzeni się znajdujemy.

I mimo że po moralnym niepokoju Wajdy, Zanussiego (którego dziś nazywam Zanudzim – kto oglądał, ten wie, dlaczego) i innych przyszła mi fascynacja kinem gangsterskim, niesłabnąca zresztą do dzisiaj, to jednak moje „przedszkole” filmowe było właśnie u Wajdy…

Kiedy odbierał swoją ostatnią nagrodę za swój ostatni film „Powidoki”, słuchałam w radiu, szykując się do pracy, jak mówi, że już ma pomysł na kolejny. Smutne, że nie zrobi go tutaj, na Ziemi, bo o ile Zanussi już nam nic ciekawego do powiedzenia od dawna nie miał, o tyle Wajda – owszem, tak. I choć robił filmy gorsze, jak „Pan Tadeusz”, „Zemsta” czy „Panna Nikt”, to jednak większość to dzieła wybitne. Absolutnie kultowe i ponadczasowe, jak „Człowiek z marmuru”, „Człowiek z żelaza” czy jedna z najwybitniejszych adaptacji filmowych, jakie w życiu widziałam, „Ziemia obiecana”. Zresztą – można by jednym tchem wymienić tutaj większość filmów Wajdy. Bałabym się nawet robić jakiegoś rankingu, bo mało kto potrafił tak malować (dosłownie!) kamerą jak właśnie on.

I choć trochę się wstydziliśmy wszyscy, kiedy odbierał Oscara i wyglądając jakby kij połknął, zaczął mówić po angielsku, a potem stwierdził:

„Będę mówił po polsku, bo chcę powiedzieć, to, co myślę, a myślę zawsze po polsku”

(a potem było jeszcze gorzej – bo mówił sztywniacko i w widoczny sposób czytał z promptera), to jednak biorąc pod uwagę fakt, że Wajda był reżyserem polskim także przez stale podejmowaną w filmach tematykę – adaptacje wybitnych dzieł polskiej literatury, zatrzymywanie w kadrach niesamowitych obrazów polskich malarzy, opowiadanie o Polsce i Polakach w jemu tylko właściwy sposób – t0 dziś, z perspektywy czasu, nie jest mi wstyd. Wręcz uważam za symboliczne, że mówił wtedy po polsku. Bo NAPRAWDĘ myślał po polsku, i to także w przenośni.

Smutny jest ten dzień nie tylko dla polskiego, ale też światowego kina. Ludzi wybitnych w kulturze jakby coraz mniej. W masie ginie wiele prawdziwych talentów, a wszechobecna komercja zabija autentyczną sztukę. I więcej chyba już nie mnie coś dodawać. Niech przemówi sam mistrz:

„Moim celem jako reżysera nie jest po prostu dostarczyć ludziom dobrej wieczornej rozrywki. Najważniejszą rzeczą jest zmusić ludzi do myślenia”.

ZNOSIMY ZAKAZY!!!

piątek, Wrzesień 30, 2016 0 0

W Polsce nie będzie islandzkiego kobiecego break-through, jaki przypomniało nam ostatnio wielu użytkowników FB, na czele z ikoną polskiej niepokorności, aktorką Krystyną Jandą. Nie będzie masowego zrywu solidarności Polek, które 3 października pójdą w pizdu na marsze, protesty, wiece albo po prostu na całodniową bumelkę, żeby pokazać mężom, że bez nich to może sobie co najwyżej wodę zagrzać, a i tak się nią poparzy 😉 Nie będzie paraliżu urzędów, instytucji, przedsiębiorstw ani gospodarstw domowych.

Nie będzie, mimo że w ciągu 41 lat od czasów islandzkiego wzorca środki i tempo masowej komunikacji poszły lata świetlne do przodu i zasięg informacji o 3/10 jest niepomiernie szybszy i większy. Nie będzie, bo…

No, właśnie, dlaczego?

Przyznam szczerze, że nie znam dobrej odpowiedzi na to pytanie, chociaż w przypadku tego, co dzieje się obecnie w kwestii praw kobiet w Polsce, myślę, że tak zwana solidarność waginy powinna wziąć górę nad babską zawiścią o droższą torebkę, ładniejsze buty, bogatszego męża i zdolniejsze dzieci. Ale po czarnym proteście, na którym byłam tydzień temu we Wrocławiu, wiem, że tak nie będzie…

Bo ja, mimo że też pojechałam na szoping, to jednak wiedząc, że w tym dniu jest protest w tak ważnych dla nas, kobiet, sprawach, postanowiłam dotrzeć także i na wrocławski Rynek, a propozycję ubrania się na czarno i pójścia tam przyjęły bez obiekcji i moja mama, i moja córka i jej przyjaciółka. Bo nic nas to nie kosztowało, a wsparłyśmy ważną sprawę. Niestety, maszerując Świdnicką, mijając tłumy kolorowych, uśmiechniętych, zadowolonych z życia kobiet w różnym wieku, zrozumiałam, że podobnie jak wiele innych rzeczy, które dzieją się w tym kraju, także i tę większość społeczeństwa ma zwyczajnie w dupie.

Tak jak mamy w dupie to, kto nami rządzi, obojętnie, czy to miasto, gmina, powiat czy kraj. Ba! Nawet w większości nie wiemy za bardzo, kto jest kim i gdzie.

Bo my, Polacy, nie mamy barwy – to właśnie sobie niedawno uświadomiłam. Nie umiemy wprost wyrażać tego, za czym się opowiadamy, co myślimy i kogo popieramy. Mało tego – w większości nawet sami nie mamy o tym bladego pojęcia! Nasz talent strajkowy skończył się wraz z nadejściem kapitalizmu. Każdy strajk, który był później, był tylko i wyłącznie medialną farsą. Bolesna, ale jednak prawda.

Przestaliśmy być JACYŚ. Przestaliśmy umieć walczyć o swoje. Liczymy na to, że ktoś za nas to zrobi, no bo przecież my to musimy do pracy, a potem na jogging, a właściwie to po co się w to mieszać, przecież to jedna klika…

Kiedy więc przychodzi moment, w którym trzeba być JAKIMŚ, trzeba przywdziać barwę (a choćby i czarną – w końcu to królowa barw), to nagle okazuje się, że wolimy być szarzy, nijacy, nieangażujący się, pilnujący swojej małej stabilizacji, byleby nic nie wstrząsnęło naszym życiem.

Piszę to wszystko ogólnie o nas, Polakach, ale oczywiście dotyczy to także kobiet, bo tutaj niczym nie różnią się od mężczyzn.

Konformizm kobiet jest takim samym konformizmem jak konformizm mężczyzn.

Tak więc… nie będzie pospolitego ruszenia bab. 3/10 nie zblokują się ani urzędy, ani instytucje, ani przedsiębiorstwa, ani gospodarstwa domowe. Część z nas, owszem, wyjdzie z pracy, z domów, pójdzie na wiece, protesty i jestem szczęśliwa, że pracuję w firmie, której właścicielka sama takie rzeczy proponuje. Ale część – po prostu BĘDZIE (żeby być). Mimozy, byliny, chwasty i bluszcze… Wybierzcie sobie, kogo akurat znacie, a kto na pewno w protestach nie weźmie udziału.

Tak czy owak – ja nie mam w dupie, będę protestować, będę namawiać do tego innych, zabiorę do samochodu tyle bab, ile prawo pozwala mi zmieścić, zachęcę na blogu tyle, ile zrozumie, że – nawet jeśli to zasłona dymna dla kontrowersyjnych ustaw, umów itd. – to prawa kobiet do decydowania o tym, co się dzieje z ICH CIAŁEM są tak samo ważne i tak samo niezbywalne jak prawo głosu, które przecież mamy wszyscy i może wreszcie nauczymy się z niego mądrze korzystać.

PS 1 Nie jestem feministką. Uważam, że świat bez mężczyzn byłby nieporozumieniem. Ale… jesteśmy takimi samymi ludźmi i powinniśmy mieć takie same prawa. Jeśli panowie mogą stanowić o sobie w 100%, to wara komukolwiek od jakiegokolwiek procenta samostanowienia kobiet!!!

PS 2 #znosimyzakazy

W POSZUKIWANIU QUAN

niedziela, Wrzesień 18, 2016 0 0

O tym, że można przeżyć całe życie z jakimś człowiekiem i dopiero po jego odejściu przekonać się, że w rzeczywistości był kimś zupełnie innym niż myśleliśmy, przekonuje się wielu z nas. Ale o tym, że także z samym sobą można przeżyć całe życie i nie mieć pojęcia, o tym, jakim się naprawdę jest człowiekiem – już mniej.

Być z samym sobą świadomie to cholernie trudna sprawa i szczęściarzami są ci, którym pewnego dnia udaje się spojrzeć na siebie z dystansu. Znamy takie historie z książek i filmów. Jakiś duch z przeszłości zabiera nas w wirtualną podróż po naszym życiu, podczas której pokazuje, jak wyglądamy w oczach innych, jak konsekwencje naszych decyzji i wyborów odbijają się na życiu nie tylko naszym, ale też otaczających nas ludzi, o tym, jak nasze nieuświadamiane cechy charakteru wpływają na innych… Najczęściej bohater takiego filmu po powrocie do rzeczywistości i naprawia wszelkie zło, jakie wyrządził innym, zmienia siebie i swoje życie, odnajdując wreszcie wewnętrzny spokój, którego tak długo nie mógł znaleźć, choć tak naprawdę nigdy nie myślał, że coś takiego w ogóle jest mu potrzebne. Najczęściej mamy tutaj happy end.

W życiu o ten happy end dużo trudniej, bo mimo że to właśnie życie pisze najlepsze scenariusze, niewielu z nas ma taką szansę. Bo potrzebny jest do tego szczęśliwy, a właściwie nieszczęśliwy zbieg okoliczności – coś, co poruszy naszą czasoprzestrzeń, co zachwieje naszym światem i wyobrażeniem o nim, co wstrząśnie nami albo wręcz całkiem wyrzuci nas z drogi, którą podążamy. Nie bez powodu największe przemiany ludzie przechodzą w sytuacjach mocno angażujących emocjonalnie. Jak miłość. Jak śmierć. Jak nagła choroba czy wypadek.

Ale czasem to za mało.

Czasem prawdziwą robotę robią rzeczy z pozoru zwyczajne. Drobne nieporozumienia. Nagle wyjaśnione niedomówienia. Zwykłe rozmowy.

Piszę „zwykłe”, ale jeśli musieliście kiedyś z kimś naprawdę szczerze porozmawiać, dobrze wiecie, że to jedna z najtrudniejszych rzeczy na świecie. Potrafi równie mocno zaangażować emocjonalnie jak burza hormonów, gdy się zakochasz, czy usuwający się spod nóg grunt, kiedy ktoś bliski ci umiera albo kiedy dowiadujesz się, że jesteś bardzo chory. A może nawet mocniej niż takie spektakularne sprawy.

Ja chyba jestem szczęściarą. Życie mnie nie oszczędzało, więc zawsze myślałam, że jestem całkiem świadoma siebie – swoich zalet i swoich wad. Zawsze uważałam, że sama dla siebie jestem całkiem niezłym psychologiem, terapeutą, coachem. Bo upadałam, ale się podnosiłam. Bo kiedy dawno temu wpadłam w depresję, wyszłam z niej całkiem sama – bez wsparcia leków, przyjaciół, rodziny… Bo nie potrafiłam im nawet o tym powiedzieć, więc musiałam sama. Zawsze coś właściwie „musiałam”. Być dzielna, dawać radę, nie mazgaić się, wstawać, otrzepywać się i iść dalej. Bo przecież nikt za mnie nie wstanie i nie pójdzie. Dopiero kilka lat temu przyjęłam pomocną dłoń, a nawet nie tyle przyjęłam, co sama wyciągnęłam do przyjaciół dłoń po pomoc. Pozwoliłam zadecydować za siebie, uwierzyłam, że to, co do tej pory wydawało mi się niemożliwe, jest możliwe. I naprawdę było!

I kiedy ostatnio pisałam o tym, jak to jest być wdową, wydawało mi się, że osiągnęłam TEN MOMENT.

Wewnętrzny spokój. Quan – czy jak to się pisze – o którym mówił Cuba Gooding Jr do Toma Cruise’a w jednym z najbardziej optymistycznych filmów świata „Jerry Maguire”. Pamiętacie tę scenę?

No więc nie osiągnęłam quan. Ale czuję, że jestem blisko. Bo zaczęłam rozmawiać naprawdę szczerze i uważnie słuchać, co kto ma mi do powiedzenia. Inaczej – słyszeć, a nie słuchać. Bo zrozumiałam, że nawet jak się jest całkiem dobrym człowiekiem i stara się wokół siebie robić jak najwięcej dobrych rzeczy, i nawet jak ciągle słyszysz, że jesteś zajebista, to nie wolno ci w to ślepo wierzyć. Bo

zawsze jest coś, co można w sobie zmienić, poprawić. Być lepszym – w domu, w pracy, w przyjaźni, w życiu – po prostu.

Paradoksalnie, okazuje się, że życie z samym sobą to taka sama ciężka praca, jak bycie w związku z kimś. W końcu nawet Jezus nawoływał do tego, żeby kochać siebie samego! A bliźniego – tak jak siebie. A więc nie może to być miłość byle jaka. Bo przecież nie chcemy kochać siebie byle jak 🙂

Ale quan jest blisko. Czuję to wtedy, kiedy z uśmiechem wstaję rano i omijając uruchomione moim przebudzeniem koty, budzę córkę do szkoły, a potem  biegnę szybko do prawdziwej piekarni (choć to nie ta pod moim domem), żeby kupić naprawdę dobry chleb. I kiedy w towarzystwie ulubionej muzyki jadę do pracy. I kiedy nie jest ona właściwie pracą, tylko przyjemnymi, kreatywnymi, chociaż bardzo pracowitymi chwilami spędzonymi w dobrym towarzystwie. I kiedy nieszczęśliwie upadam w czasie imprezy, o mało nie łamiąc wszystkich palców (wiem, co teraz myślicie – impreza + alkohol = się upadek, ale nic z tych rzeczy) i potem spędzam najlepsze pół godziny z całego i tak już bardzo udanego party w toalecie na jakimś osirze, mocząc dłoń w zimnej wodzie, żeby nie spuchła jak balon, w towarzystwie przyjaciół, którzy w przeciwieństwie do wielu mężów, naprawdę „nie opuszczają aż do śmierci”. I kiedy potem wracam do swojego azylu, który jeszcze nie tak dawno był totalnie nieprzyjaznym miejscem, a dziś – jestem po prostu domem, w którym żyje rodzina. Może trochę inna niż taka, o jakiej kiedyś marzyłam (że mąż, żona, miłość aż po grób, że dwoje dzieci, że wspólne niedzielne obiady, że pies i że kot i że co roku wczasy nad morzem…), ale właściwie przez to lepsza, bo nigdy nie jest nudno i nic nie jest przewidywalne. I co najważniejsze – jest w niej mnóstwo miłości. I szczerości. I marzeń. I nadziei. Znacznie więcej niż było przedtem. Tak, quan jest całkiem, całkiem blisko…

JAK TO JEST BYĆ (MŁODĄ) WDOWĄ?

piątek, Sierpień 26, 2016 2 0

To pytanie, którego nikt z Was nigdy mi nie zadał, a jednak często widzę je w Waszych oczach, kiedy dowiadujecie się, że jestem wdową. Wielu z Was wygłasza przyjęte w takich sytuacjach kulturowo słowa „nie wiedziałem/-am, bardzo mi przykro”. I wszyscy dziwicie się, kiedy reaguję mówiąc: „nie ma potrzeby, to już dawno za mną”. Bo można, jak Giulietta Massina, żona Federica Felliniego, umrzeć w niecałe pół roku po śmierci męża, bez którego świat przestał być taki sam. A można jak Jacqueline Kennedy kilka lat po śmierci ukochanego wyjść za mąż za milionera. I można jak ja i parę innych znanych mi wdów – wrócić do pracy kilka dni po śmierci, starając się ze wszystkich sił żyć dalej. I nic nikomu do tego, jak wdowa przeżywa żałobę!

Ale zobligowana tytułem, który sobie wymyśliłam po kolejnej rozmowie na temat mojego „stanu cywilnego”, jaką odbyłam dzisiaj, zupełnie nieoczekiwanie, w pewnej instytucji, pomyślałam, że opowiem Wam dokładnie, jak to było w moim przypadku. Bo już jestem na to gotowa.

Etap I – śmierć

Na to nikt z nas nie jest gotowy – obojętnie, czy dotyczy to nas, czy kogoś nam bliskiego. Ja oswajałam się z nią trzykrotnie, zanim umarł mój mąż. Mogłabym nawet powiedzieć, gdyby to nie zabrzmiało zbyt cynicznie, że miałam niezły trening.

Bo najpierw był mój tata, który umierał na raka od pierwszych wakacji z których wracałam sama (miałam 15 lat), przez początek mojego liceum (czyli mój wielki nastoletni przełom) do listopada, dokładnie 25 listopada (wiele lat później tego dnia, w sytuacji zagrożenia matki i dziecka urodziła się moja córka i dla mnie to nigdy nie będzie przypadek). Umarł błyskawicznie, mimo wsparcia lekarzy, rodziny, a nawet mojego znajomego studenta z enerdówka, który wysyłał nam gotowe odżywki, niedostępne wtedy w Polsce, a utrzymujące tatę w jako takiej kondycji. Nie chcę Wam opowiadać o tamtym Bożym Narodzeniu. Mimo wad mojego ojca, byłam córeczką tatusia, a on był moim tatusiem…

A potem była moja niedoszła teściowa. Z którą na jej prośbę, mimo że wcześniej nie chciała mnie w żadnym wypadku zaakceptować jako dziewczyny swojego syna, zamieszkaliśmy z moim chłopakiem, zanim jeszcze przyszło nam do głowy brać ślub. Była też w terminalnej fazie raka, a my staraliśmy się jej jak tylko potrafiliśmy to umieranie ułatwić. Zapracowani, błogosławiliśmy świdnickie TPCh Hospicjum, którego wolontariuszki przychodziły pobyć z Alicją, kiedy my musieliśmy być w pracy. Nagłe wyjazdy do kliniki we Wrocławiu w czasie powodzi tysiąclecia (bo cewnik wypadł) czy sprzątanie wymiocin spowodowanych morfiną, bo Alicja nie zdążyła do łazienki, to była nasza codzienna norma. Ale i ubieranie mnie na jakąś ważną imprezę i wspólne gotowanie i po prostu obecność – wiem, że zanim Alicja odeszła, dla nas obu była to ważna lekcja.

A potem była babcia Kazia, w której mieszkaniu dzisiaj mieszkam. Babcia mojego męża. Do której mieszkania, będąc w ciąży, wchodziłam na wdechu i biegłam na balkon, by złapać powietrze. Która zbierała wszystko i zewsząd. Która żywiła się resztkami, mimo że na koncie nie brakowało jej pieniędzy. Która węgielki, jakimi paliła w piecu, odmierzała na maleńkiej, starodawnej wadze z odważnikami. Która mimo wycieńczenia organizmu, tak długo zwlekała ze śmiercią, żeby chociaż zdążyć zobaczyć zdjęcie swojej najmłodszej i najbardziej oczekiwanej prawnuczki (bo spłodzonej przez ukochanego wnuka) – mojej córki… Dopiero po tym odeszła w spokoju z tego świata.

A potem był mój mąż. Kilka lat choroby, ale wcześniej i później kilka lat beznadziejnego, momentami trudnego do udźwignięcia życia. Taki klasyk – para na zewnątrz idealna, a wewnątrz… Dużo w tej grze pozorów mojej winy, bo… nie wierzyłam, że potrafię być sama. Ale to nie jest tematem tego wpisu… Wreszcie mój mąż, zmęczony chorobą, chudszy o kilkadziesiąt kilogramów (!) niższy ode mnie z powodu wapnienia kości (!) postanawia przerwać to sam. Raz na zawsze. I przychodzi dzień, kiedy po prostu to robi. Czy „po prostu” – nie wiem. Lecz „po prostu” nagle go nie ma…

II etap – żałoba

To jest coś, co bardzo trudno opisać. Wie o tym, każdy, kto kogoś stracił. Kiedy umarł mój tata, chciałam, żeby cały świat przestał istnieć. Ale potem trzeba było wrócić do szkoły i odpowiadać na polskim u Grześkowiaka, bo przyszedł czas na numer 13, który miałam wtedy w dzienniku. I ta konsternacja, kiedy mówisz, że jesteś nieprzygotowana. Dlaczego? Bo zmarł mój tato. Siadaj!…

Kiedy umarła Alicja, byłam już dojrzalsza. Przypomniałam ją sobie na szpitalnym łóżku, kiedy byliśmy u niej wszyscy, odjechaną na morfinie i spokojną, i pomyślałam, że wreszcie przestała cierpieć. Koniec bólu, który czynił z niej momentami zwierzę! Nareszcie odpocznie…

Kiedy umarła babcia Kazia, byłam jeszcze dojrzalsza. I miałam malutkie, niespełna miesięczne dziecko. Był żal, bo wiem, jak bardzo Kazia chciała poznać swoją prawnuczkę. Ale był też spokój. Bo człowiek samotny z czasem potrafi beznadziejnie zdziwaczeć. A na starość jest coraz gorzej. Więc kiedyś musi przyjść czas na odpoczynek.

Kiedy umarł mój mąż, nie umiałam przez kilka dni spać sama. Poprosiłam mamę, żeby pomieszkała ze mną. Ale szybko ją odprawiłam. Tak jak psychotropy, o które poprosiłam naszego rodzinnego lekarza. Bo co to zmieni? Przecież muszę przejść przez to sama. Przecież potem BĘDĘ SAMA. I wtedy włączyła się we mnie chyba największa dzielność, jaką udało mi się w sobie odnaleźć. I trwa do dzisiaj. Postanowiłam żyć. A wiecie, co to znaczy?…

III etap – młoda wdówka

To znaczy, że kiedy idziesz do kosmetyczki, dowiadujesz się, z kim się spotykasz i z kim śpisz.

To znaczy, że Twój ówczesny szef po pół roku od śmierci męża z przekąsem i ironią w głosie każe Ci pozdrowić swojego narzeczonego, który jest tylko Twoim przyjacielem, pomagającym przejść najgorsze, w dodatku gejem, ale kto Cię upoważnia, żeby to rozgłaszać?

To znaczy, że każde Twoje spotkanie z facetem, nawet tylko służbowe, inni uważają za zabawy „wesołej wdówki”.

To znaczy, że oceniają Cię na każdym kroku. Bo coś powinnaś, czegoś nie powinnaś, a czegoś nie wypada. Serio? A może by tak najpierw ktoś się znalazł w mojej skórze i przeżył to, co ja? Może gdyby po kilku latach wzywania pogotowia, jeżdżenia po szpitalach, klinikach, lekarzach, profesorach, wydawaniu fortuny na leki nagle spadł mu z barków gigantyczny ciężar, o którego istnieniu nawet nie wiedział (bo po prostu musiał żyć i już), spojrzałby na śmierć bliskiej osoby inaczej? Może gdyby w wieczór przed śmiercią podczas poważnej rozmowy, która jednak niczego nie zapowiadała, usłyszał, że przez lata był oszukiwany, że zasługuje na coś lepszego, że powinien wreszcie zacząć żyć, to może, mimo buntu i rozpaczy po stracie, chciałby jednak spełnić ten testament?…

To znaczy, że zaczynasz życie w dużym stopniu od nowa…

IV etap – wdową być

I to jest najtrudniejszy etap. Bo masz świadomość oceniania. Bo czujesz się obserwowana. Bo z jednej strony chciałabyś sobie „ułożyć życie”, jak mówi Twoja ciocia, od nowa, a z drugiej – boisz się wejść drugi raz do tej samej rzeki. Bo już wiesz, co było nie tak. I już wiesz, że na pewne kompromisy nie pójdziesz, choćby nie wiem co. I kiedy spotkasz się z facetami, to nie tylko oni mają trudno (bo skoro wymagasz od siebie, to i od nich też), ale i Ty masz trudniej niż klasyczna singielka, bo już wiesz, kiedy kubek parzy.

Ale zanim to nastąpi, przechodzisz jeszcze kilka etapów:

  • najpierw łapiesz się na byle czułe słówko czy spojrzenie – bo czujesz się samotna, bo nigdy (albo bardzo długo) nie byłaś sama i zwyczajnie tęsknisz za tym, co znasz, a co nie tak dawno straciłaś,
  • potem wchodzisz w fazę eksperymentów – no bo życie jest krótkie, więc po co zwlekać (i „przerabiasz” dziesiątki facetów, z których z większością nie masz nawet ochoty spotkać się po raz drugi),
  • wreszcie wchodzisz w fazę matrymonialną – czytasz w babskich czasopismach, że taka czy inna poznała miłość swojego życia w takich czy innych okolicznościach, więc też robisz wszystko, żeby taka miłość poznać,
  • i na koniec pojawia się faza „ale po co to wszystko”, w której ja obecnie jestem. Kolejnej nie znam. O ile jest.

Ale dziś już wiem, że w życiu nie ma nic na siłę. Bo mojego męża poznałam tylko dlatego, że całe życie przyjaźniłam się z młodszymi od siebie i w jakiś weekend w czasie studiów, kiedy akurat odwiedzałam Świdnicę, zaciągnęli mnie do Bunkra i ON tam był. Bo moją największą dotychczasową „miłość” poznałam zupełnym przypadkiem, w momencie, kiedy kompletnie się tego nie spodziewałam, w absolutnym zaskoczeniu nas obojga i… niestety, z takim samym spektakularnym końcem. I potem jeszcze parę było mniejszych lub większych absolutnie nieoczekiwanych zauroczeń. I wreszcie nastała cisza. Cisza, którą w dużym stopniu sama sprowokowałam. Bo już mi się nie chce. Mieć nadziei. Poszukiwać. Znajdywać. I przeżywać kolejnych rozczarowań. Bo wreszcie zrozumiałam, że co ma być, to będzie.

Wiem, że umiem sama zarobić na rodzinę.

Wiem, że umiem sama ogarnąć psujące się rzeczy w mieszkaniu.

Wiem, że umiem sama ogarnąć samochód.

Wiem, że umiem sama iść do kina (jeśli mam czas).

Wiem, że umiem sama robić wiele innych rzeczy, których wcześniej nie robiłam sama albo dzieliłam na dwoje.

Wiem, że całkiem dobrze czuję się sama ze sobą.

Wiem, że jeśli ktoś inny w moim życiu ma oznaczać daleko idące kompromisy, to… wolę nadal być sama.

I teraz już wreszcie mogę powiedzieć: „Skończyłam żałobę. Mogę żyć dalej”. DOPIERO teraz, choć minęły cztery lata. Tak to właśnie jest być wdową… A jakie Wy macie doświadczenia?

PS1 Na koniec jeszcze jedno. Wiem, że pojawią się osoby, które uznają ten wpis za zbytni ekshibicjonizm. Prawdopodobnie 100% z nich tego nie wyrazi, tylko pomyśli. Prawdopodobnie co najmniej 99% z nich nie przeżyło tego, co ja. Prawdopodobnie jakiś procent z nich zalajkuje ten wpis 😉

PS2 Ale i tak Was wszystkich szanuję i doceniam, że jesteście ze mną 🙂

PS3 Po namyśle dopisałam do tytułu „młodą”, bo mimo że wdowieństwo w każdym wieku jest trudne, to jednak w moim przypadku ta „młodość” + jeszcze mój nie aż tak dojrzały wygląd pobudzały i nadal pobudzają fantazję „oceniaczy” 😉

KIEDY ZACZYNA SIĘ STAROŚĆ

środa, Sierpień 24, 2016 0 0

Czytam właśnie na hiro.pl o dwudziestoparolatkach, którzy „czują się staro” i… czuję się młodo! 😀 No bo jak mam się czuć, kiedy wreszcie osiągnęłam to, do czego oni chcieliby dojść w jakieś umowne pięć minut?! Skończyć studia, od razu mieć pracę, od razu świetnie płatną, od razu długie urlopy i właściwie to najlepiej, żeby od razu przejść na emeryturę… Heloł! A gdzie jakieś życie?! Gdzie czas na dziekanki, beznadziejne rozmowy kwalifikacyjne, narzekania na pensję i szukanie lepiej płatnej roboty, gdzie czas na marzenia o urlopach i gdzie czas na moment, w którym czujemy, że na emeryturę chcemy przejść możliwie jak najpóźniej? GDZIE CZAS NA ŻYCIE?!

Bo tym właśnie ono jest.

Życie to nie ten czas, kiedy wszystko idzie zajebiście i po naszej myśli. Życie to te momenty, kiedy się nie udaje, kiedy trzeba szukać wyjścia, kiedy musimy znaleźć alternatywę, kompromis, wsparcie innych.

Życie to te chwile, kiedy nie mamy czasu myśleć o życiu, bo mamy inne problemy. Życie to bieg z przeszkodami, bo to właśnie one uświadamiają nam, że żyjemy, a nie wegetujemy. Życie to naprawdę solidny wysiłek, jednak satysfakcjonujący tak samo, jak ten właśnie bieg.

Czytam ten tekst wspomniany we wstępie i zastanawiam się, jaka ja byłam, kiedy miałam dwadzieścia parę lat. Głupia i niedoświadczona. Bojąca się życia i niechcąca od niego zbyt wiele. Trochę miłości, trochę pieniędzy. Biedna jak mysz kościelna. Marząca o pracy, bo praca to przecież pieniądze. A pieniądze to mniej biedowania. O życiu na garnuszku rodziców czy jakimkolwiek wsparciu mogłam sobie tylko pomarzyć, tak jak i o pracy… Ale przecież

ani umiałam pracować, ani wiedziałam, co chcę w życiu robić.

Na studiach mi mówili, że będę świetnym krytykiem filmowym. Prenumerowałam „Film” i „Kino”, ale do głowy by mi nie przyszło, żeby zgłosić się do którejś redakcji z propozycją. W przeciwieństwie do większości młodych, zaczynających zawodową karierę ludzi, których spotkałam na swojej drodze (wielu zrekrutowałam i dziś robią całkiem fajne kariery), nie wierzyłam, że jestem dość dobra. Ale miałam trochę szczęścia + chyba jednak byłam dość dobra, bo gdy przypadkowo trafiłam do gazety jako korektor, wkrótce zostałam jej redaktorem naczelnym.

Ale nawet wtedy nadal uważałam, że jestem głupia i niedoświadczona. Ba! Nadal tak w wielu dziedzinach, w których przychodzi mi się zagłębić, uważam. Różnica jest tylko taka, że dzisiaj już wiem dokładnie, w czym jestem dobra, a w czym słaba, w czym – mimo że się na tym nie znam – dam radę, a w czym nie. Bo uczę się przez całe życie – siebie, świata i ludzi.

I nigdy, ale to nigdy nie powiem, że jestem na coś za stara albo że czuję się staro.

Stara, bo starsza każdego dnia, to wiem, że jestem. I czasem tak nawet mówię, bo otaczają mnie w większości młodsi ludzie. Ale ZA STARA? Nigdy! I mam nadzieję, że nigdy nie poczuję się staro 🙂 A tym młodym, którzy się tak czują, radzę – zaakceptujcie, że życie to nie ta łatwa, tylko ta trudna część. I że jest piękne!