HOMO SUM… MOJA ŻYCIOWA SPOWIEDŹ

środa, Kwiecień 26, 2017 0 0

Wady… Kto ich nie ma? Ale kto się do nich przyznaje? Zwłaszcza przed samym sobą? To jedna z najtrudniejszych rzeczy na świecie. Ludzie często mówią: „znam swoje wady”. Naprawdę?

Naprawdę to nawet jeśli je znasz, nic z tego nie wynika, dopóki nie zaczniesz się im przyglądać z uwagą. Jakie są? Czy są powodem, że masz w życiu problemy, że radzisz sobie gorzej, że tracisz ukochane osoby, że odchodzą Twoi przyjaciele, że psują się Twoje związki, że ludzie nie chcą Cię słuchać, że Tobie samemu bywa ze sobą niełatwo, że nie osiągasz celów, że nie umiesz ich wytyczać, że nie chudniesz, nie tyjesz, nie ćwiczysz, za dużo ćwiczysz, że masz kłopoty w pracy, że masz problemy z dziećmi, z mężem, z żoną, z mamą, babcią, teściową, teściem i dziadkiem. Ciotkami i wujkami. Przyjaciółmi. Kolegami z biura czy z taśmy. Tą zbyt miłą ekspedientką w sklepie, obrażoną na cały świat kasjerką. Wszystkim.

Wady są z jednej strony super. To one wspólnie z zaletami sprawiają, że jesteśmy JACYŚ. Kreślą nasz obraz w oczach innych, z którego nie zdajemy sobie sprawy, dopóki czasem nie spojrzymy na siebie cudzymi oczami.

Jak oni nas widzą? Bo nigdy tak, jak my sami siebie. I czy to ważne, jak nas widzą? Bo przecież powinniśmy być przede wszystkim sobą. Akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy. Czuć się dobrze w swoim własnym towarzystwie. Żyć po swojemu. Myśleć, tak jak chcemy myśleć. Słuchać zdania innych, ale szanować własne. Korzystać z ich rad, ale tylko wtedy, kiedy uważamy, że będzie to dobre dla nas.

Ja mam wady. Taaaakie wady, że czasami aż nie wierzę, że jeszcze z nimi żyję.

Najgorsza jest ufność i łatwowierność. W sumie dziwne, bo życie dało mi wystarczająco wiele dowodów i powodów, żeby nie ufać i nie wierzyć. A jednak. Zanim przychodzi sceptycyzm (na szczęście, czasem przychodzi), szarogęszą się ufność i wiara w dobre intencje innych. Zawsze, ale to zawsze zakładam dobre intencje. Możecie mnie więc oczarować uroczą mową i ja w nią uwierzę. I będę potrzebowała dłuższej chwili, zanim dotrze do mnie, czy faktycznie Wasze intencje są dobre, czy złe. Gdy to drugie, zwykle już jest za późno na reakcję i dostaję po dupie 😉

Kolejna moja wada to ogromny problem z przyjmowaniem krytyki. Niby umiem. Bo wiem, że tak. Ale tylko wtedy, kiedy jestem przygotowana, że krytyka może wystąpić. Na przykład wtedy, kiedy wysyłam komuś moją książkę i wręcz oczekuję krytyki, bo wiem, że każda opinia jest na wagę złota pod kątem przyszłej czytelniczej percepcji. Ale kiedy ktoś krytykuje mnie znienacka, a zwłaszcza gdy ta krytyka następuje po czymś, co wymagało ode mnie dużo wysiłku – zamieniam się w walczącą o swoje lwicę. Nawet jeśli nie mam racji 😀

Nieśmiałość… Taaak, wiem… Pewnie nikt z moich znajomych, nawet bardzo bliskich, nie przypisałby mi takiej cechy.

Gdybyście jednak wiedzieli, ile wysiłku kosztuje mnie czasem zwykła rozmowa z kimś, kto mi w jakiś sposób imponuje lub wobec kogo czuję się gorsza (z różnych powodów)… Jeszcze na studiach bałam się odezwać słowem na zajęciach, chowałam się w najdalszych kątach i płonęłam żywym ogniem wydobywającym się z moich policzków, gdy proszono mnie o wypowiedź lub – nie daj Boże – chwalono. I dziwne, bo dzisiaj – kiedy moja córka ma problem z przyjmowaniem pochwał – ja się dziwię. A przecież ona jest identyczna jak ja w jej wieku!

Słaba silna wola 😉 Oj, o tym mogłabym napisać książkę albo stworzyć nowego bloga 😂 Ileż to razy zaczynałam coś i nie kończyłam? Obiecywałam sobie coś i nie dotrzymywałam słowa? Chciałam i zaraz natychmiast znajdywałam powody, „żeby nie”? 😀 Cóż… ciekawe jest to, że kiedy robię coś dla kogoś, to nie ma, że nie dotrzymam słowa, nie ma, że będę wyszukiwać powody, „żeby nie”, nie ma w ogóle opcji, żeby nie zrobić czegoś, o co ktoś mnie poprosi (obojętnie, czy prywatnie, czy zawodowo).

Czemu więc nie umiem zadowalać i sprawiać, że jestem dumna sama z siebie?

I jeszcze coś – ten nieznośny brak wiary w siebie! Dacie wiarę? A jednak! Bo niby co powstrzymuje mnie przez wypełnieniem „nakazu Tkaczyka” – „real artists ship” (prawdziwi artyści wypuszczają swoje dzieła w świat, nawet jeśli narażają się tym samym na krytykę, bo jednocześnie dają sobie i swoim dziełom szansę)? Niby dlaczego nigdy do końca nie wierzę, kiedy ktoś mnie chwali? Niby dlaczego nie umiem sobie powiedzieć „yes, you can!” I niby dlaczego tak często tutaj piszę w tonie „yes, you can”. Bo tym samym siebie samą zagrzewam do walki 😀 😂

Cóż… Nobody’s perfect! Ta stara prawda wygłoszona w jednej z najsłodszych komedii wszech czasów „Pół żartem, pół serio” każe mi jednak cieszyć się z moich wad. Choć źle mi czasem z nimi – na przykład wtedy, kiedy wkurzam się na córkę, że w domu jest bajzel (zwłaszcza na podłodze – tę moją schizę już znacie), a przecież nie jestem, nie będę i nawet nie chcę być perfekcyjną panią domu (no bo… wiadomo, że tylko nudne kobiety… itp. itd.). Albo kiedy nawet mnie łatwiej byłoby powiedzieć: „ok” albo „tak jest” albo „masz rację”, niż wykłócać się o rzeczy, które w perspektywie życia są zupełnie nieistotne.

Z drugiej strony… dzięki moim wadom i ich świadomości i ciągłej pracy, żeby – nie, nie żeby się ich pozbyć, bo to moim zdaniem jest prawie niemożliwe, ale żeby nad nimi chociaż trochę panować – wiem, że jestem prawdziwa.

Jestem sobą i jestem, jaka jestem.

I czasem mi z tym źle, a czasem zajebiście. I czasem żyje mi się cudownie, a czasem mam ochotę nie żyć. I czasem nie potrzeba mi nikogo, by żył razem ze mną, a czasem nie wyobrażam sobie starzeć się samej. I mam jeszcze i tę wadę, że nigdy, ale to nigdy nie tracę nadziei. Contra spem…

PS No i wady fizyczne… Ma je każdy. Ja też. I czasem ciężko z nimi żyć. Kiedy nie byłam samotna, one nie istniały. Czy to logiczne? Nie wiem, ale tak było. A jak Wy myślicie? I jak Wy dajecie sobie z nimi radę?

Co mi zrobili Tkaczyk i Opydo? ;)

czwartek, Kwiecień 20, 2017 0 2

Dwóch Pawłów wyznacza ostatnio kierunki moich myśli i idących w ślad za nimi czynów. Jak wiecie, skończyłam książkę. Niestety, mam z nią pewien kłopot… A właściwie mam ze samą sobą kłopot…

Nigdy nie byłam typem perfekcjonisty. Nigdy nie czepiałam się detali. Nigdy nie zaprzątałam sobie głowy drobiazgami, zwłaszcza tymi, nad którymi większość ludzi mogłaby przejść do porządku dziennego. Mój dom nie wygląda jak spod igły (zresztą podobno tylko nudne kobiety mają sterylnie czyste domy). Ja nie zawsze mam perfekcyjną fryzurę czy makijaż (co ja mówię – prawie nigdy nie mam! 😂). Moja córka nie ma idealnej mamy, a moje koty – idealnej właścicielki. Jedynie w pracy staram się nie mieć bajzlu, ale jak się dużo robi, to… sami pewnie wiecie 🙂

Tymczasem w przypadku książki… którą tak naprawdę skończyłam w sierpniu 2015 roku, nie mam skrupułów – obrabiam, przerabiam, przetwarzam, zmieniam wątki, dokładam, odejmuję, słowem – certolę się z nią jak z małym dzieckiem. Wybieram znajomych, którym daję ją do przeczytania, z których każdy żyje inaczej i zajmuje się czym innym, żeby na nich „przetestować” efekt (dzięki nim też udoskonalam ją) i wszyscy mówią „fajna książka”, ale… tutaj pojawiam się ja. Moja nieznana dotąd natura perfekcjonisty, która nagle objawiła się, gdy stawką jest coś, co przez całe życie było moim marzeniem i co zawsze chciałam zrobić, każe mi przetwarzać to miliony razy.

Powiem Wam, że nie znałam siebie z tej strony i już mi ze mną źle 😂

A przecież wiem, że potrafię pisać i wiem, że jeśli wydam tę książkę i uda się znaleźć paru czytelników, to pisanie (moja życiowa pasja) zyska nowy wymiar, bo głowę mam pełną kolejnych historii, różnych bohaterów, zapamiętanych drobnych niesamowitości, które czynią ludzi tak fascynującymi „obiektami” dla kogoś, kto pisze i tworzy historie…

A jednak! Perfekcjonizm w tej materii doprowadza mnie do szału. I jak by tego było mało… mniej więcej w tym czasie, kiedy oczekiwałam na dostawę „Narratologii” Pawła Tkaczyka, moja córka podsunęła mi vloga Pawła Opydo i jego serię „Złe książki”

I nastało ZŁO 😀

Bo Anita z jednej strony pochłaniała książkę Tkaczyka, a z drugiej – vlogi Opydo. I z jednej strony była „Narratologia”, która teoretycznie uczy, jak opowiadać historie w biznesie w celach promocyjno-reklamowo-sprzedażowych, a tak naprawdę ktoś taki jak ja odczytywał w niej jeszcze instrukcje dla siebie jak pisarza, a z drugiej – „Złe książki”, które sprawiały, że ktoś taki jak ja porównywał swoją z nimi. Czy jest sens i logika? Czy bohaterowie nie są głupkowaci? Czy jak ze sobą rozmawiają, a nawet myślą o czymś, to jest to wiarygodne? I tak dalej, i tak dalej. I przyszły nowe rozmyślania nad książką. I nowe czytania – już prawie codziennie, prawie jak Listów Apostolskich na mszach 😂

Listów Pawłów dwóch 😉

Ale teraz już wiem. Nareszcie wiem, że to nie jest „zła książka”, że to jest ciekawa historia, że to jest podobne (jak budowanie opowieści zaleca Naczelny Narratolog Kraju) do tego, co już znamy, a jednak inne, inaczej ujęte, odwrócone, pokazujące inne punkty widzenia. Że – trochę też dzięki moim recenzentom – bohaterowie nie są plastikowi, że akcja wciąga, nawet tak, że i łzy się pojawiają i że – do jasnej cholery! – czas wypuścić to dziecko w świat, bo inaczej nigdy się nie dowiecie, co ja właściwie napisałam, a ja nigdy się nie dowiem, czy naprawdę potrafię to robić 😀

Tak więc… chwilunia, jeszcze trochę ją „wyprasuję”, a gdzieniegdzie podniszczę i tak jak moja córka, która w tym roku wyrusza do świetnej szkoły, ale z internatem, wyruszy w świat.

Amen.

PAPKA Z MUZGÓ

wtorek, Kwiecień 11, 2017 0 0

„Pójść na żywioł czy czekać? Kiedy wg naukowców najlepiej zacząć uprawiać seks?”, „3 rzeczy, które sprawią, że Wasz związek będzie silniejszy”, „Co data urodzenia mówi o Twoim życiu seksualnym?”, „11 powodów, żeby trzymać się za ręce”, „Z którym ciachem powinnaś spędzić walentynkowy wieczór?”…

Przyznam, że cały mój wpis mógłby być wypełniony takimi i podobnymi tytułami, ale doszłam do wniosku, że nie chcę już oglądać niczego, co robiłoby mi papkę z mózgu. Wręcz przeciwnie. Chciałabym jak najczęściej widzieć coś, co mnie wzbogaci, rozwinie, do czegoś natchnie…

Tymczasem jedynym kanałem w telewizji, jaki da się obejrzeć od rana do wieczora (testowałam w jeden zimny i ponury weekend, kiedy byłam chora) jest HGTV, który poznałam będąc w USA i który – ku mojej nieopisanej radości – pojawił się dzięki TVN-owi w Polsce.

Na każdym innym możesz natknąć się na:

a) seriale dokumentalne grane przez amatorskich amatorów i ze scenariuszami tak głupimi, że – jak by powiedziała moja przyjaciółka – od samego słuchania aż zęby bolą,

b) telewizyjne show, w których to rolnik szuka żony albo jakaś para bierze ślub nie mając pojęcia o tym, kto kim jest (nawet w aranżowanych małżeństwach w krajach, gdzie tej zwyczaj nadal funkcjonuje, z grubsza się wie, że on jest synem tego i tamtego oraz ma to i to)

c) seriale fabularne, których fabuła jest tak przewidywalna jak to, że mój kot rano będzie drapał w drzwi sypialni, żebym już wyszła, bo usłyszał, że wstałam

d) w najlepszym wypadku – wiadomości różnej jakości, w zależności od kanału, lub rozmowy polityków, którzy jednak prezentują coraz niższy poziom i coraz mniej się tego da słuchać.

Czy to my jesteśmy coraz głupsi, czy media myślą, że tacy jesteśmy? Z drugiej strony – pracowałam w mediach i wiem, że ich robota polega na tym, że reagują na potrzeby odbiorcy, więc?… Naprawdę aż tak nam się nasze społeczne IQ obniżyło czy może jesteśmy już tak zagonieni w codzienności, że wszystko nam jedno, co nam serwują, byleby zapchać mózg niczym brzuch w McDonaldzie, papką pełną jakichś nieistotnych informacji i byleby przestać myśleć o przyziemnych sprawach, jak kredyt do spłacenia, zepsuty samochód czy opłacenie studiów syna?

Wierzę, że nie jest jeszcze z nami tak źle. Sama od pewnego czasu przekształcam swoją tablicę na Facebooku w miejsce, do którego chce się zaglądać. Sukcesywnie eliminuję ludzi, których posty powodują, że czuję się głupsza niż jestem w istocie (co więcej, czuję, że oni są głupsi niż w istocie są!), odlajkowuję fanpage, które niczego ciekawego nie wnoszą do mojej codziennej rzeczywistości, zalajkowuję te, z których mogę się czegoś ciekawego dowiedzieć lub które mogą stanowić jakąś inspirację. O ironio, tym sposobem większość tego, co regularnie fejsbuk mi wyświetla to… kulinaria! Hahaha 😀

CHWAŁA WYNALAZCOM :)

niedziela, Marzec 19, 2017 0 0

Jakoś tak wczoraj przy sobotnim obiadku u mamy wywiązała się rozmowa o zmywaniu naczyń i przypomniało mi się, jak kupno zmywarki ucięło moje i męża kłótnie o to, dlaczego jak jest moja kolej zmywania, to zawsze jest czysto, a jak mojego męża – to trwa „zbieranie pełnego zlewu”. Nawet przez kilka dni! 😉 Męża już nie mam, zmywarkę – tak i przyznam, że bez niej nie wyobrażam sobie życia. Bo podobnie jak Agata Christie, nienawidzę zmywać naczyń 😀 I tak zaczęłam się zastanawiać, jakie jeszcze wynalazki znam, które stały się taką oczywistością, że gdyby ich zabrakło, byłoby… miałabym z tym naprawdę spory problem. I jakoś tak wiele z nich ma coś wspólnego z jakimś rodzajem wolności. Ciekawe 🙂

Oto moja subiektywna lista. Jak macie ochotę, dodajcie swoje. Kolejność przypadkowa 😉

Soczewki kontaktowe

Okularnicą zostałam w wieku lat 18, ku wielkiej swojej radości, bowiem jako mól książkowy, nerd i jak tam jeszcze się nazywa takie osobniki (ale nie kujon, bo lubiłam się uczyć tylko tego, czego lubiłam się uczyć :D) marzyłam o tym, żeby nosić okulary. Wiadomo przecież było powszechnie, że człowiek w okularach, o ile oczywiście nie były to denka od słoików, wygląda inteligentniej niż ten sam człowiek bez okularów 😉 Marzenie się spełniło, ale kiedy okazało się, że wada postępuje, szkła coraz cięższe, coraz trudniej bez okularów się obyć, a w dodatku – na moim nosie odciskały się już po 5 sekundach, zjeżdżały z niego, gdy się latem pociłam, że gdy zamieniam je na przeciwsłoneczne, jestem ślepa jak kura w czasie nowiu i czuję się po prostu ułomna, odkryłam soczewki 🙌 ⚡ i było to, jak grom z jasnego nieba. Nagle świat stał się zupełnie oswojony, ja wolna i z nieograniczonymi możliwościami. Co więcej – makijaż przestał być mordęgą, a stał się przyjemnością.

Tampony

Panowie, możecie pominąć tę część 😉 A może niekoniecznie? Zawsze to jakiś element edukacyjny 😀 Do sedna jednak, a właściwie do pewnej kolonii w NRD w latach 80., notabene dla kujonów w nagrodę za zwycięstwa w różnych konkursach 😉 Cisza poobiednia, leżymy z koleżankami na piętrowych łóżkach, raczymy niebotycznymi porcjami słodyczy, o których w Polsce mogliśmy tylko pomarzyć i rozprawiamy o życiu, czyli jak to nastolatki – o ważnych dla nas sprawach. Na przykład problemach z podpaskami, które wtedy (gimby tego nie znajo) w Polsce były powszechnie dostępne w postaci przyklejającej się sami-wiecie-do-czego waty uformowanej w podpaskę dzięki siateczce, w którą ją zapakowano, ewentualnie, jeśli ktoś miał szczęście i trafił akurat na dostawę w aptece, mniej chłonną, ale bardziej higieniczną formę przypominającą dzisiejsze podpaski. Z rozmowy tej zrodził się pomysł, by następnym razem podczas enerdowskiego shoppingu, który jeszcze wtedy nie nazywał się shoppingiem, tylko zakupami, obczaić podpaski dostępne w tej krainie mlekiem i miodem płynącej. Oj, poszalałyśmy wtedy w sklepie! A potem z trudem zamykałyśmy walizki i plecaki 😉

Druga część tej pasjonującej historii rozgrywa się już w wolnej Polsce w latach 90. Mur Berliński dawno runął. W sklepach zaczynają pojawiać się pierwsze nowinki z Zachodu. A w drogeriach (już nie w aptekach) coś o intrygującej nazwie Tampax, reklamowane wówczas hasłem zawierającym wymowne słowo „freedom” (wolność). Tak oto, na długo jeszcze przed soczewkami, poczułam powiew wolności w trudnym czasie menstruacji 😉

Damska torebka 😂

No jakżeby inaczej! Przecież to jest element naszego kobiecego jestestwa! Co nie mieści się w bajzlu naszego mózgu (nie mamy takich szufladek jak panowie), znajdzie swoje miejsce w naszej torebce. Czasem aż sama siebie zadziwiam, co potrafię znaleźć w swojej. Najciekawszą historię – o kobiecie z klamką – już Wam kiedyś na blogu opowiedziałam. Ale wierzę, że jeszcze wiele przede mną. Poza tym – zapewne inne panie po tej lekturze dorzucą swoje ciekawostki torebkowe 😉

Samochód

Taaak, wiem – że przecież można się obejść bez samochodu. Że są autobusy, tramwaje, pociągi, taksówki, samoloty, a w Kijowie nawet marszrutki 😉 Ale czy jadąc gdzieś autobusem czujesz ten sam powiew wolności co wsiadając w samochód, który sam/sama prowadzisz i mogąc w każdej chwili zmienić trasę na mniej uczęszczaną, zatrzymać się, kiedy chcesz, wysiąść i pooddychać wiejskim powietrzem, poleżeć na trawie, zajechać do przydrożnego baru, bo tak. Oczywiście, można też na piechotę, ale kto w dzisiejszym pędzie ma na to czas. Za mną i pewnie przede mną też wiele kilometrów przemaszerowanych pieszo. Ale jednak… samochód to moja miłość. Jeździć umiałam dawno zanim zrobiłam prawo jazdy, a każde moje auto nazywam moim księciem. I nie bez powodu zwykle są w srebrnej zbroi 😉

Komputer, Internet, telefon komórkowy

Tutaj mam trochę ambiwalentne uczucia, bo oczywiście, telefon komórkowy i Internet to wolność, szybkość kontaktów, a sam Internet to dodatkowo łatwość dostępu do informacji, możliwość zarządzania pieniędzmi bez wychodzenia z domu, filmy i muzyka, jakich tylko w danej chwili zapragniesz, słowem – okno na świat, a czasem też sposób na samotność; a jeszcze znacznie szybszy rozwój, który obserwujemy u naszych dzieci itp. itd. Zalet jest znacznie więcej. Ale są też wady, które z drugiej strony tę wolność w pewien sposób ograniczają. Np. gdy zapomnisz wyciszyć telefonu w nocy albo gdy ludzie nie rozumieją, że jest weekend czy wieczór i dzwonią do Ciebie ze sprawami, które mogłyby poczekać do jutra. Albo kiedy musisz pamiętać te wszystkie hasła do różnych kont. Albo kiedy śledzą cię ciasteczka i Wielki Brat Google patrzy i widzi dosłownie wszystko, co robisz w sieci. Ale jednak… odkąd mam komputer, odkąd tylko dorobiłam się pierwszego modemu telefonicznego i z tymi charakterystycznymi dźwiękami przez numer 0-20 21 22 połączyłam się ze światem – jestem on-line niemal non-stop. I dobrze mi z tym! Chyba że mi czasami niedobrze. Wtedy na chwilę znikam 😉

Odkurzacz i mop

Musiał się, tak jak i zmywarka, znaleźć na tej liście, bowiem obsesyjnie nie znoszę brudnej podłogi. Jedni lubią mieć sterylnie czystą kuchnię i łazienkę. Inni – codziennie świeżą pościel. Jeszcze inni – ubrania wyprasowane zaraz po ściągnięciu z suszarki. Ja muszę mieć czyste podłogi i kiedy są choć trochę brudniejsze niż tuż po umyciu, kiedy widzę jakąś plamę, latający kurz czy zwyczajnie – wydaje mi się nie dość czysta, czuję autentyczny niepokój (serio – ktoś powinien mnie zbadać 😂). Najgorzej, że o ile mop się nie psuje, a w razie czego można go zastąpić starym ręcznikiem, o tyle odkurzacz to jeden z tych sprzętów, które psują się zwykle w najmniej odpowiednim momencie, a miotła niestety nie doprowadzi podłogi do takiego poziomu czystości jak odkurzacz.

Tu muszę jeszcze wymienić pralkę automatyczną i żelazko. Bo czy może być coś gorszego niż brudne, przepocone ubranie, które w dodatku wygląda jak psu z gardła wyciągnięte? Brrr! Aaa, i jeszcze suszarkę do włosów i prostownicę. I sztuczne rzęsy. I hybrydowy lakier do paznokci. I ekspres do kawy. I kubek z gwizdkiem do gotowania mleka bez kipienia, który kiedyś kupiłam w NRD i który nadal stoi jako eksponat w mojej szafce, bo przecież do grzania mleka bez kipienia jest mikrofalówka. Właśnie! Mikrofalówka! Wyobrażacie sobie świat bez niej? Walizka na kółkach. Plecak ze stelażem. MacBook i iPhone. Rower. Szpilki. Deska do prasowania. Wózek dziecięcy. Technologię VR! Mikser. Żarówkę. Kodeks drogowy, żebyśmy się wszyscy nie pozabijali. Implanty i przeszczepy. Czipsy z owoców i warzyw. Lekko gazowana woda mineralna. Druk i koło. I ogień. I wodociągi. I kanalizacja… Dosyć! Kończę, bo można by tak wymieniać w nieskończoność 😀

I pomyśleć, że wszystko to ktoś kiedyś gdzieś z jakiegoś powodu odkrył, wynalazł lub wymyślił. Chwała im wszystkim! 🙂

A Wy – bez czego nie potrafilibyście żyć?

GARDEN PARTY Z MOJEJ KSIĄŻKI (fragment na zachętę)

środa, Marzec 8, 2017 0 0

Daaaawno nic tu nie pisałam i czuję się, jakbym porzuciła własne dziecko 🙁 Ale. Pracuję jak głupia. Pracuję w pracy. Pracuję w domu. A jeszcze od początku roku sama sobie wytwarzam dietę pudełkową, więc pracuję jeszcze ekstra jako kucharka i zaopatrzeniowiec. Wystarczy? 🙂 Ale żeby nie było, że się obijam z pisaniem (bo przecież to jedyna rzecz, jaką naprawdę potrafię robić), postanowiłam dzisiaj, z okazji Dnia Kobiet, podrzucić Wam lekturę fragmentu mojej książki. Tak, tak – nie porzuciłam planów wydawniczych. Książka jest właściwie skończona. Prawa do scenariusza na jej podstawie prawdopodobnie zakupi TVN 😉 ha ha ha 😀 A ja wtedy będę pracować tylko w pracy (bo lubię), a w domu – będę pisać książki 😀

No, chyba że po lekturze tego fragmentu powiecie mi, że nie chcielibyście tego przeczytać. To wtedy zamknę się w sobie i znów przez miesiąc nie napiszę nic na blogu ha ha ha 😀 Żarcik 😉

A oto i on:

– My, Polacy, jesteśmy doprawdy dziwnym narodem – dywagowała po swojemu Helena podnosząc do ust porcję surówki z białej kapusty. – Przygarnęliśmy komputer, hot-dog, lunch i weekend, jogging, peeling i lycrę, topless, market, logo, popcorn i dziesiątki innych anglicyzmów w prawie niezmienionej postaci, ale poczciwą sałatkę z szatkowanej kapusty uczyniliśmy Colesławem.

– Nic dziwnego, brzmi swojsko… Władysław, Stanisław, Bolesław – to imiona, które budowały ten kraj – wtórował jej uśmiechnięty wuj Stefan, a wszyscy zgromadzeni przy stole w ogrodzie Elizy wybuchli gromkim śmiechem.

– Właśnie! I Czesław! – dołączyła się Anka.

– Czesław śpiewa! – Maciek i Anka niemal równocześnie zaczęli nucić piosenkę polskiego wokalisty wychowanego w Danii:

Nienawidzę cię Polsko, na to nic nie poradzę

Nienawidzę cię Polsko, bo nade mną masz władzę (…)

Towarzystwo było w komplecie i w wyśmienitych humorach. Wypadające w maju, niemal tego samego dnia, czterdzieste urodziny Elizy i siedemnaste Anki były okazją do zebrania rodziny i przyjaciół w pełnym słońca i kwitnących różaneczników ogrodzie.

Iwona siedziała rozpromieniona jak nigdy wcześniej, choć Elizie zawsze wydawało się, że była najpogodniejszą osobą na świecie, obok wiecznie uśmiechniętego, przemiłego i wyjątkowo utalentowanego żeglarza Marcina, który brodę nosił jeszcze zanim modna stała się drwaloseksualność. Marcin zdobył chyba wszystkie możliwe międzynarodowe laury wśród żeglarzy-adwokatów. Na co dzień spokojny, ustatkowany i wzięty pan mecenas, w każdej wolnej chwili zamieniał się w pływającego po morzach i oceanach, stawiającego sobie kolejne wyzwania, kapitana jachtowego, który w dodatku… miał własny jacht. Poznali się we wrocławskiej klinice, w której Iwona i matka Marcina brały chemię. W życiu nie ma przypadków…

***

To wyjątkowo silne uczucie rozwinęło się błyskawicznie właśnie dzięki przyjaźni tych dwóch kobiet w różnym wieku, dotkniętych jednak tą samą chorobą, które kilkunastokrotnie spotykały się w szpitalu, by toczyć kolejną bitwę z rakiem. Marcin zawsze towarzyszył matce, a Eliza – Iwonie. Zwróciła na niego uwagę, bo ciągle rozmawiał przez telefon chodząc tam i z powrotem za przeszklonymi drzwiami korytarza. Elizę irytowało to, bo ona zawsze wyłączała na ten czas telefon. Koncentrowała się wyłącznie na Iwonie i na tym, żeby po wszystkim towarzyszyć jej bez swoich problemów i trosk.

Któregoś dnia Eliza zobaczyła Iwonę, jak wychodzi z sali, z trudem prowadząc wózek, na którym siedziała starsza kobieta. Rozmawiały ze sobą, jakby znały się od lat, a kobieta wskazywała za przeszklone drzwi. Iwona, tak jak lekarka, też najwyraźniej miała swoją Helenę, choć jej mama żyła i była cudowną osobą.

– Tam jest mój syn, podjedź tam, kochanie – wykrzyknęła dość głośno. Iwona posłusznie podążyła we wskazaną stronę, kiwając po drodze głową na Elizę, żeby szła z nimi.

Wszystkie trzy wyszły przez drzwi w momencie, gdy mężczyzna właśnie skończył rozmowę i spojrzał na Iwonę w ten szczególny sposób, jakiego nie można pomylić z żadnym innym spojrzeniem. Eliza wielokrotnie była właśnie świadkiem tego, jak mężczyźni patrzą na jej piękną przyjaciółkę. Tym razem było jednak w tym spojrzeniu coś więcej. I Eliza zobaczyła to szybciej.

***

– Mówię ci, Iwona, facet wyglądał jakby go piorun pierdolnął ha ha ha – powiedziała jak zwykle klnąca w chwilach silnych emocji Eliza. – Zresztą tego spojrzenia nie da się udawać. Musisz się z nim umówić, bo najwyraźniej tobie też się spodobał, mam rację?

– Fajny facet, co mam ci powiedzieć? – przyjaciółka nie patrzyła na Elizę, tylko gdzieś w przestrzeń za oknem samochodu, a na jej twarzy błąkał się coraz bardziej rozświetlający ją uśmiech.

To było jasne. „Flow”, którego tak długo szukała Iwona, był od pierwszego spotkania, i to obustronny.

– Będą z tego dzieci ha ha ha – Eliza, której udzieliła się radosna magia tamtego poranka, nie mogła się powstrzymać od żartu.

– Ej, przestań! Co ty wygadujesz! Nawet nie wymieniliśmy numerów – opierała się Iwona.

– Wy nie, ale jego mamie dałaś numer? – Eliza uśmiechnęła się nie czekając na odpowiedź. – Zobaczysz, że jutro zadzwoni.

***

Marcin zadzwonił do Iwony jeszcze tego samego wieczora. Zaprosił ją na kolację i od tamtej pory byli nierozłączni. Minęło pół roku. Iwona wygrała tę bitwę chorobą i została żeglarzem jachtowym, a wkrótce miała robić kurs sternika. Mama Marcina straciła obie piersi, ale od kilku tygodni żyła pełnią życia. I pełnią szczęścia swojego syna i ukochanej przyszłej synowej.

***

Maria, mama Marcina, siedziała obok nich obojga i razem z dziećmi Elizy śpiewała kolejną piosenkę Czesława:

Znalazła raz pewna pani aparat do bani.

Sentymentem, wzruszona wzięła go w ramiona.

I czule do niego rzekła: ty jesteś rodem z piekła.

A ja jestem rodem z nieba,

nic więcej nie potrzeba, nic więcej nam nie potrzeba.

Całe towarzystwo podrygiwało w takt włączonej przez Maćka z iPoda przez głośnik muzyki, której dźwięki przerwał stukaniem widelca o kieliszek Marcin. Kiedy Maciek ściszył, pan mecenas wstał i wyprostował się, jakby właśnie miał przemawiać przed sądem. Zapadła cisza, naprawdę jak na rozprawie.

– Uuu, będzie mowa obronna – zaśmiała się Eliza, na fali wcześniejszych wygłupów i widząc tak poważnego nagle Marcina.

– Dzięki, Eliza – żeglarz, najwyraźniej z ulgą, głośno wypuścił powietrze. – Miało być poważnie, ale sam się już tą powagą zdążyłem zestresować ha ha. Kochani! Będziemy szaleć na weselu! Iwona zgodziła się za mnie wyjść!

Złapał Iwonę za rękę, zaprezentował wszystkim pierścionek, głośno cmoknął ją w policzek, po czym podniósł i zakręcił, a ona śmiała się w głos. Maria patrzyła na nich z uśmiechem i uwielbieniem, a w jej oczach szkliły się łzy szczęścia. Anka robiła im właśnie zdjęcie i wrzucała na Facebooka (ciekawe, co powie Iwona…). Maciek zerkał na Kingę, swoją dziewczynę, którą poznał na studiach w Gdańsku i z którą też połączyła ich pasja do żeglowania. A wuj Stefan i Helena…

***

…wuj Stefan i Helena właśnie złapali się za ręce, też wstali i oboje łomotali widelcami w kieliszki, ale nikt nie zwracał na nich uwagi. Nikt, poza Lucky Czarusiem, który oparł się łapami o stół obok Heleny i próbował zrozumieć, co też jego państwo zamierzają w związku z tym hałasem i czy wiąże się to z kolejnym podrzuconym mu smakołykiem.

Podniecony tą najwyraźniej przyjemną wizją pies zaczął podskakiwać, szczekać i ciągnąć za obrus tak niebezpiecznie, że wreszcie Eliza spojrzała w tamtą stronę.

– A wy co tak stoicie? – wykrzyknęła zdziwiona tak głośno, że pies przestał szczekać, a reszta towarzystwa też spojrzała w stronę Heleny i Stefana.

– Bo my… no… bo…my… – Stefan jąkał się jak kiedyś pewnie niejeden jego uczeń przy odpowiedzi.

– Bo my też mamy coś do ogłoszenia – Helena jak zwykle stanowczo wkroczyła do akcji.

– Tak – Stefan wreszcie nabrał pewności siebie. – My też się pobieramy!

– O ja pieprzę! – Eliza jakimś dziwnym zrządzeniem losu powstrzymała swoje emocjonalne zapędy i nie zaklęła mocniej. – A to się porobiło…

***

I co Wy na to? Da się czytać? 🙂

VIVA SAN ESCOBAR!

piątek, Styczeń 20, 2017 0 0

Polska to jest piękny kraj. I chociaż moi krajanie mają wiele wad, mają też mnóstwo zalet. Jedną z nich jest skłonność do obśmiewania trudnej polskiej rzeczywistości (jakoś tak się dzieje, że w kraju nad Wisłą nigdy nie ma lekko). Potrzebowali zaledwie impulsu, by w ślad za polityczną wpadką ministra Waszczykowskiego (2017 m n.p.m) stworzyć całe państwo San Escobar wraz z całą infrastrukturą, administracją, przedsiębiorczością, agencją turystyki, formacją wojskową, liniami lotniczymi o wdzięcznej nazwie El Nino, a nawet dokładną kartografią, nie wspominając o insygniach państwowych, takich jak flaga, hymn czy patriotyczna koszulka z napisem „Keep Calm and San Escobar” 😉

W takich sytuacjach przypomina mi się jeden z felietonów Mariusza Szczygła w „Gazecie Wyborczej” poświęcony płycie. Tak, płycie. Ale nie takiej gramofonowej czy CD albo DVD, tylko płycie wiórowej laminowanej Swiss Krono Group, której klienci Leroy Merlin (starsi czytelnicy bloga pamiętają zapewne również moje zamiłowanie do tego sklepu), poproszeni o opinię na stronie internetowej, poświęcili niezliczoną ilość absurdalnie odjazdowych, kreatywnych, przecudnej urody komentarzy w stylu:

„Rewelacyjna płyta i jak byliśmy ostatnio za granicą na wakacjach w Turcji, to wszyscy pytali, gdzie można taką dostać, i nie chcieli uwierzyć, że taka płyta wychodzi tak tanio”.

albo

„Jak zrobiłem z niej kartę graficzną Swiss Krono HD Graphics 3 GB, to w Crysis 2 na max detalach mam 67 fps. Polecam! PS: Tylko trochę się grzeje, ale z jednej płyty można zrobić 5 kart!”.

albo

„Widziałem tę płytę w sklepie – sama obsługiwała klientów!”.

Więcej znajdziecie TUTAJ

Jak widać, idąc za ciosem ministra Waszczykowskiego i tworząc nieistniejące państwo o wdzięcznej nazwie San Escobar ze stolicą Sano Subito i miejscowościami takimi jak Al Pacino czy La Playa Los Paravanos, Polacy udowadniają, że wciąż mają to niesamowite poczucie humoru, które sprawia, że mimo propozycji nawet od Egipcjan (sic!) za partnera czy męża wybiorę tylko i wyłącznie Polaka. Koniecznie wyposażonego w gigantyczne poczucie humoru; reszta nie musi być aż tak gigantyczna 😉

15994332_267841470301079_8173181406443954903_o

Bo cóż innego nam pozostaje w tym kraju, w którym już było w miarę normalnie? Korupcja na poziomie średniej światowej. Kumoterstwo w normie. Nepotyzm – bez odchyleń od normy. A w którym już nie jest normalnie? W którym jedziesz do pracy, słuchasz wiadomości albo porannej rozmowy w RadioZet i myślisz: „whattafuck?!” W którym wszystko nagle stało się jednym wielkim testem wytrzymałościowym i eksperymentem chemicznym grożącym co najmniej wybuchem w laboratorium (w najlepszym wypadku).

Znacie te momenty, kiedy jesteście w jakiejś podróży, na wycieczce czy wyprawie zjechani na maksa i nagle dopada was głupawka? Śmiejecie z rzeczy absolutnie nieśmiesznych, bo śmiech staje się podświadomie podpowiadaną przez mózg formą rozładowania stresu, zmęczenia i rodzących się z tego negatywnych emocji.

Śmiejecie się, bo to najlepsze, co możecie w takiej sytuacji, na której rozwój już nie macie większego wpływu, zrobić.

Śmiejecie się, bo śmiech pozwala przetrwać to, co wydaje się nie do przetrwania. Miałam wiele takich momentów. Jeden zapamiętałam szczególnie. Wieczór w moim rodzinnym domu po śmierci mojego taty – gdy siedząc w czerni, wśród całego tego smutku, zawieszenia, poczucia pustki i beznadziejności sytuacji – zaczęliśmy sobie przypominać wszystkie śmieszne rzeczy z życia taty, wszystkie jego wpadki, wygłupy, żarty i cokolwiek tylko mogło spowodować, że śmialiśmy się do rozpuku. Przez łzy. Ale jednak.

W takim właśnie momencie znajdujemy się teraz w Polsce. I nie piszcie mi, że dramatyzuję. To smutna prawda, którą może łatwiej nam zaakceptować, bo siedząc w tej społecznościowej, fejsbukowo-instagramowo-youtubowo-twitterowej sieci możemy się z tego wszystkiego pośmiać. Możemy te emocje rozładować, możemy rozprawić się z niepokojem, który pewnie odczuwa większość myślących i świadomych Polaków w tym kraju, możemy – oglądając „Ucho prezesa” – poczuć się prawie jak za komuny, gdy na scenie stali Smoleń i Laskowik albo gdy telewizja emitowała „Alternatywy 4”.

15965892_265550370530189_5364662469267172577_n

Możemy też w tej radosnej odskoczni przenieść się do pięknego, z zasady wiecznie uśmiechniętego kraju San Escobar, jak w dzieciństwie na Wyspy Bergamuty wymyślone przez Jana Brzechwę (notabene na mapie San Escobar jest miejscowość Bergamutas – ustanowiona zapewne w hołdzie genialnemu polskiemu poecie dziecięcemu).

Możemy wierzyć, że jeszcze będzie normalnie… Jak kiedyś.

PS Gdy Ci będzie smutno, źle, wejdź na ten profil i uśmiechnij się 😉

ROK W PODRÓŻY

środa, Styczeń 4, 2017 1 0

Kiedy spojrzę wstecz na kilka ostatnich lat mojego życia, sama nie wierzę, że można w niespełna pięć lat przeżyć więcej niż w ciągu poprzednich dwudziestu i więcej. Tak naprawdę przestałam ostatnio jakoś specjalnie przeżywać otwarcie i zamknięcie kolejnego roku, bo od pięciu lat każdy mój kolejny dzień, tydzień, miesiąc, kwartał czy rok są jednym wielkim otwarciem – na życie, na ludzi, na świat i wreszcie na mnie samą.

Tak, tak, to nie pomyłka. Człowiek żyjący trudnym życiem w pewnym momencie zapomina o własnych potrzebach. Koncentruje się na przetrwaniu w trudnych warunkach. Jedyne, co jest mu znane, to strach i lęk przed złem, które „na pewno się wydarzy”, bo przecież skoro zawsze było źle… to czy można żyć inaczej? Więc przyjmując postawę obronną skupia się na tym, żeby „nie było gorzej”. W każdym związku myśli „nie będę się stawiać na swoim, bo i tak nic nie wskóram, a będę się potem tylko źle czuła, a przecież lepiej nie będzie” albo „czego ja chcę, przecież mogłam trafić gorzej” albo „nie umiem być sama”. Taki człowiek trafia do toksycznych szefów. Ma toksyczne przyjaźnie. I nie wiadomo kiedy zjeżdża po życiowej równi pochyłej do miejsca, w którym do niczego się nie dąży, niczego nie osiąga i powoli gasi w sobie chęć życia.

Ja zatrzymałam się gdzieś w połowie takiej równi pochyłej. Pięć lat temu. I powoli wdrapuję się na swoją ścieżkę. Właściwie już na niej jestem. Czuję grunt pod nogami, zapach wiosny w powietrzu, choć to przecież środek zimy i właśnie spadł śnieg. Wiem, że droga, którą teraz idę, jest właściwa. I o dziwo, odkąd tak myślę, wszystko układa się tak, jak chcę. Niekoniecznie wtedy, kiedy chcę. Ale to tylko dodaje życiu uroku, jeśli wiecie, co mam na myśli 🙂

A więc… nie mam też cezur, ale lubię podsumowania, bo takie spojrzenie wstecz na pewien okres, np. miesiąc czy rok, pozwala uświadomić sobie, jak wiele fajnych rzeczy się zrobiło, jak wiele pięknych chwil przeżyło, w jak wielu miejscach było (a ja – jeszcze tego nie wiecie – jestem urodzoną podróżniczką, w dzieciństwie mówili na mnie „Cyganka”, bo rodzice bez problemów podrzucali mnie komukolwiek i wszędzie mi było dobrze)…

Uświadomiłam sobie niedawno, że 2016 rok spędziłam niemal cały czas w podróży. Dlatego postanowiłam zrobić takie fotopodsumowanie. Oczywiście – bo nie byłabym sobą – z komentarzem, pełnym klimatów, wrażeń, zapachów, smaków i… lokowania produktów (w tym fajnych restauracji i firmy, w której na co dzień pracuję), więc jeśli macie ochotę na małą wirtualną podróż i będziecie mieli tyle cierpliwości, żeby przebrnąć przez moje wypociny, zapraszam na dłuuuugi post 😉

Styczeń

Odkrywanie krakowskiego Kazimierza. Drugiego takiego miejsca nie ma nigdzie na świecie. Była żydowska dzielnica, która po wojnie stała się miejscem zapomnianym przez Boga i ludzi. Jej byli mieszkańcy niechętnie tam wracali, a Kazimierz popadał w ruinę. Komunistyczne władze nieudolnie próbowały tchnąć w niego życie, osiedlając tam w latach 60. XX wieku lokalnych artystów. Ale tak naprawdę dopiero po upadku komunizmu dzielnica ta zaczęła powoli powracać do życia. Choć Żydów jest w Krakowie niewielu, bo wg Wikipiedii ok. 150, to jednak sama dzielnica naprawdę rozkwita. Co ciekawe, to tutaj znajdziecie najwięcej pubów, restauracji, barów, nie wspominając o słynnym okrąglaku – kultowym miejscu na placu Nowym, w którym przez całą noc możesz kupić zapiekanki. Niejednego imprezowicza uratowało to przed śmiercią głodową w środku nocy 😉 Nic dziwnego, że dziś Kazimierz jest sercem nocnego życia Krakowa, i to jakiego życia!

PS Dla miłośników dobrej kuchni

Najlepszy ramen, jaki w życiu jadłam, znajdziecie w Edo Sushi Bar na Bożego Ciała 3. Ciekawa jest możliwość rezerwacji jednego z dwóch zamykanych pokoi w stylu japońskim, gdzie siedzicie sobie we własnym gronie na matach 🙂 Edo ma też drugi lokal na Kazimierzu – na Miodowej 8 spróbujesz azjatyckiej kuchni fusion w najlepszym wydaniu.

styczen_krakow

Tak… taki właśnie jest klimat dzisiejszego Kazimierza. Boski, prawda?

Ale Kraków to nie tylko Kazimierz. Głód i chłód po długim spacerze z przyjaciółmi w mroźne popołudnie oraz przyjemnie brzmiący szyld Enoteka (czyli miejsce, w którym degustuje się wina) Pergamin zaprowadziły nas też do wyjątkowego miejsca na Grodzkiej 39, czyli na Trakcie Królewskim. Najlepsze sery, które można też – podobnie jak różnorakie wędliny – kupić na miejscu, i niesamowity wybór win podawanych przez uroczą sommelierkę, w tym fantastycznych polskich win z Winnicy Srebrna Góra. Dodatkowo czekają nas opowieści o winnicach, rocznikach, szczepach i co najważniejsze – sommelier naprawdę MA dla nas czas!

PS W ofercie znajdziecie też alkohole, w tym cognac za „jedyne” 9999 zł za butelkę (899 zł za kieliszek), czy wina po 33 zł za lampkę (wine by glass) albo szampana Dom Perignon za 1999 zł za butelkę, ale niech Was to nie przeraża. Wystarczy poprosić sommeliera o dobre wina (a nie ma tam złych, uwierzcie mi!) w rozsądnej cenie i na stół wjadą polskie, włoskie, hiszpańskie, francuskie w całkiem rozsądnych cenach, jeśli oczywiście idziecie tam na degustację, a nie popijawę 😉

styczen_enoteka

Sery, orzechy, bagietka, oliwa z oliwek i wino… oraz dobre towarzystwo. Czy można chcieć więcej w zimny, styczniowy wieczór?

Luty

13 PIT-ów, które dostałam na początku tego roku, przyprawiło o zawrót głowy nie tylko mnie (aż zrobiłam pierwszego w życiu mema na swoim prywatnym profilu), ale też – jak się później okazało – urzędników ze skarbówki. Do grudnia próbowaliśmy na zmianę urzędnicy i ja dojść do tego, gdzie tkwi błąd w moim zeznaniu. Wykryła go dopiero moja przyjaciółka Ewcia, która jest księgową. I tak skończyło się moje rumakowanie i prężenie muskułów, że sama potrafię rozliczyć 13 PIT-ów korzystając z pobranego z sieci programu. Co księgowy, to księgowy 😉

luty_pit

Tak wyglądał mój pierwszy w życiu mem. Na szczęście, internety go nie podchwyciły 😉

Luty to też miesiąc, w którym zobaczyłam (nie tylko ja) pierwsze oznaki wiosny. Oby w tym roku było podobnie 😉

Marzec

I dalej w podróży… kulinarnej i nie tylko. Moja przyjaciółka Sylwia (polecam przy okazji superfotografkę sylwiamucha.pl) zaciągnęła mnie we Wrocławiu do Warsztatu Food&Garden na Niedźwiedziej 5. To dawny warsztat samochodowy przearanżowany na lokal z klimatycznym, surowym wystrojem, pysznym jedzeniem i przemiłą obsługą. Bonusem jest to, że możesz zostawić auto w czynnej przy Warsztacie myjni, a po posiłku odjechać czystym samochodem 😉 Menu ubogie, ale za to wszystko top of the top, a domowe pieczywo – bajeczne! Garden w nazwie oznacza uroczy ogródek (ze szklarnią!) z tyłu lokalu, w którym w środku wielkiego miasta można naprawdę przyjemnie spędzić czas wiosną, latem czy wczesną jesienią.

Warsztat Food&Garden we Wrocławiu – można zjeść, popracować i… zostawić auto w myjni.

Żeby nie było tak różowo, czasem odzywa się mój kręgosłup. Tym razem przyszło mi się z nim zmierzyć przed długą podróżą samochodem na południe Europy. Pomógł kinesiotaping, czyli specjalne plastry, które zainstalował mi dr Toruński (spokojnie, to tylko nazwisko) 😉

Plastry… W sumie mogłaby być z tego niezła kreacja na imprezę…

milla_jovovich__kadr_z_filmu_piaty_element

…tylko figura nie taka jak u Milli Jovovich 😉

Dzięki plastrom, podróż jednak była do zniesienia, a widoki wynagrodziły wszystko. Takie jak np. ten, który powitał mnie w Alpach.

marzec_alpy

Albo ten, typowo włoski, który wyfociłam w Bolonii, dokąd pojechaliśmy z Resibo na targi kosmetyczne.

marzec_bolonia_gacie

No i ten… w jednym z moich ukochanych miast – Florencji. Znów odwiedziłam boskiego Dawida 😉

marzec_florencja

PS A oto trochę smaków Florencji…

  • Swojsko, smacznie, bardzo lokalnie i bardzo klimatycznie jest w Trattoria Marione przy Via della Spada 27R, gdzie znajdziecie cudownie gościnną (ale nie mówiącą ni w ząb po angielsku) obsługę, ręcznie pisane i ilustrowane menu, a w nim – m.in. lokalną toskańską zupę ribbolitę, którą je się… widelcem (choć nie jest jakimś niesamowitym przysmakiem, warto spróbować, bo jest to zupa na bazie chleba) oraz wiele innych, lokalnych smaków – pysznych i w przyzwoitych cenach.marione
  • Antica Trattoria da Tito, której hasło reklamowe brzmi „Completely different way of eating” (w wolnym tłumaczeniu: Całkiem nowa jakość jedzenia). Restauracja jest reklamowana w wielu światowych przewodnikach turystycznych, więc lepiej zabukować stolik wcześniej. Warto, bo znajdziecie tam nie tylko wyjątkowo dobre jedzenie, ale też typowo włoski klimat, z grającym ulicznym bandem włącznie 😉
  • Wiosną, latem i jesienią warto przysiąść w ogródku trochę bardziej ekskluzywnej restauracji Rivoire przy Piazza della Signoria. Wystrój we wnętrzu nie bardzo do mnie przemawia, ale na zewnątrz siedzisz naprzeciwko wejścia do Palazzo Vecchcio, gdzie wita Cię replika Dawida autorstwa Michała Anioła, no i jedząc naprawdę genialne desery, jakie serwuje Rivoire, możesz napawać się atmosferą tego wyjątkowego placu.

Kwiecień

Odpoczynek i… podróży ciąg dalszy. Na długi, kwietniowo-majowy weekend wybrałam Czechy. Bo mogłam! 😉 No i wzywała mnie Praga.

Ale najpierw były odwiedziny u przyjaciółki w Trutnovie i… nieznana w Polsce tradycja pálení čarodějnic, które odbywa się w Czechach co roku w nocy z 30 kwietnia na 1 maja. To to samo, co znana w krajach germańskich Noc Walpurgii. Dla Czechów to okazja do spotkań, imprezowania, picia piwa (a jakże by inaczej?) i zajadania się kiełbaskami własnoręcznie upieczonymi na ognisku (niestety, polskie kiełbasy, nawet te najgorsze, nie mają sobie równych na całym świecie, o czym przekonałam się też w USA).

kwiecien_czarodejnice

Praga wzywała mnie i wzywała od lat. W tym roku sama siebie opieprzyłam, że to tak blisko, a ja zawsze znajduję jakiejś wymówki. Skoro potrafię jeździć do Krakowa, dokąd jest 100 km dalej (!), to jak to możliwe, że nie byłam jeszcze w Pradze?! Tak więc pojechałam i… mam na liście kolejne po Krakowie, Wrocławiu i Florencji miasto, w którym mogłabym żyć i byłoby mi tam dobrze. Wszystko tam jest „na tak”!

Maj

Nadal w podróży. Praga jest dokładnie taka, jaka miałam nadzieję, że będzie, choć trzeba się pogodzić z dzikimi tłumami turystów, którzy muszą mieć selfie niemal wszędzie 😉 Rezultat był taki, że przez Most Karola dosłownie z córką przebiegłyśmy (na tyle, na ile te tłumy pozwalały), żeby przedostać się do ścisłego centrum. Ale było warto! Po drugiej stronie czekała nas m.in. urocza gospoda U Tří Zvonků przy ulicy Mosteckiej 47/16, z typowo czeską kuchnią, familiarną obsługą, z którą można pośmiać się i pożartować, mimo bariery językowej.maj_praga

Maj to też zdobycie Śnieżnika, który mimo słabych prognoz, powitał moje przyjaciółki i mnie piękną pogodą i niesamowitymi widokami.

maj_snieznik1

I kolejny wypad do Krakowa…

maj_krakow

…a stąd do Ojcowa na słynnego pstrąga i do Jaskini Łokietka oraz do Sandomierza, uroczego miasteczka, które znacie z serialu „Ojciec Mateusz” i na żywo wygląda dokładnie tak samo. Widok na przełom Wisły z tamtejszego Zamku Królewskiego – po prostu boski!

maj_kazimierz

Czerwiec

Nie uwierzycie, ale zaraz na początku czerwca wróciłam do Krakowa jeszcze dwa razy 😉 Tam bowiem udało się znaleźć samochód, którego szukałam, więc razem z kolegami-ekspertami pojechałam na wycieczkę po Saaba 9-3, mojego nowego „księcia w srebrnej zbroi”, którym stamtąd wróciłam, a potem z Resibo – podszkolić się i popracować. A czasem po prostu „pobyć”.

czerwiec_krakow

PS Więcej czasu w Krakowie oznaczało więcej czasu na nowe smaki, więc…

  • Sąsiedzi to miejsce, które znajdziemy w przewodniku Michelina. Kuchnia smaczna, chociaż bez jakiegoś specjalnego szału. Ale też bez eksperymentów, a to czasem całkiem dobra rekomendacja 😉 Mają przeurocze, zadaszone patio – idealne na nasiadówy z przyjaciółmi, ale i na biznesowe rozmowy. Fajna obsługa, z którą łatwo nawiązać „sąsiedzki” kontakt 🙂
  • Zajrzyjcie też do Zazie Bistro na Józefa 34, jedynej w Krakowie restauracji, która ma odznaczenie Bib Gourmant słynnego przewodnika Michelin nadawane za cenę w połączeniu z jakością jedzenia. Szef kuchni serwuje dania francuskie. Choć niektóre z nich to spory eksperyment, zwłaszcza jeśli chodzi o łączenie smaków, i np. do eksperymentów z mojego ulubionego wrocławskiego bistro Dinette się nie umywają, to jednak atmosfera miejsca jest naprawdę fajna, mule i desery – pyszne, a wino – wyborne. Uwaga! Dodzwonienie się w celu rezerwacji graniczy z cudem, ale nam się cud wydarzył, więc powodzenia 😉
  • Zajezdnia to idealne miejsce na „pubbing” (i nie tylko). Jeśli w gorący, letni wieczór masz ochotę na degustację piwa wylegując się na leżakach i patrząc w gwiazdy w klimatycznym miejscu – to jest to! Wielka Hala Piwna, w której podają piwo warzone na miejscu, może się pochwalić najdłuższym barem w Polsce (!) Jest też Mała Restauracja, która tylko z nazwy jest mała, bardzo klimatycznie i jednocześnie swojsko urządzona. Zjesz w niej zwyczajny polski żurek czy golonkę, ale też znajdziesz w menu parę innych, ciekawych dań.

Czerwiec-lipiec

W czerwcu wyruszyłam też na moje – jak dotychczas – wakacje życia, mój Big America Trip. Wypełnianie formularza wizowego było niczym w porównaniu z zapakowaniem dwóch walizek na ponad trzytygodniową podróż za ocean. Ale udało się 🙂

czerwiec_walizki

Latanie Lufthansą to sama przyjemność, a widoki…

czerwiec_samolot

Gorzej było już w lokalnych amerykańskich liniach United Airlines. Woda kapiąca z klimatyzacji to tylko jedna z „atrakcji” tego zaledwie godzinnego lotu, który po prawie dwudziestu godzinach podróży wydawał się trwać całą dobę 😉 Ale co tam! Czego się nie robi dla wizyty w Nowej Anglii?

lipiec_connecticutriver

lipiec_old_deerfiedl

lipiec_food

Meandry rzeki Connecticut, zabytkowe miasto Old Deerfield i typowo amerykańskie śniadanie w typowo amerykańskim dinerze z kelnerem dolewającym Ci kawy… i chce się żyć.

Słabiej wychodzi mi świętowanie moich urodzin, które przypadają w Dzień Niepodległości USA 4 lipca. Parada w Amherst nie jest już organizowana, do Nowego Jorku jedziemy dopiero za tydzień, więc pozostaje lokalny, farmerski festyn, który… niczym nie różni się od polskiego. A dodatku – sami zobaczcie! – mogłam tam zjeść domowe placki ziemniaczane, gołąbki i KIELBASĘ prosto z foodtrucka ze zdjęciem (a jakże! Krakowa!) 😀

lipiec_4th

Wszystko wynagrodziły jednak Boston – kolejne z kolekcji miast świata, w których mogłabym mieszkać i żyć…

lipiec_boston

lipiec_boston1

…i Nowy Jork, w którym żyć bym raczej nie mogła, ale który jest naprawdę wyjątkowy i – co najważniejsze – dokładnie taki, jakim pokazują go w filmach (z workami wypełnionymi śmieciami przy niemal każdej ulicy włącznie) 😉

Times Square

lipiec_timessquare

Manhattan

lipiec_manhattan

Central Park

lipiec_centralpark

A przede wszystkim Broadway – „Amerykanin w Paryżu” i „Upiór w Operze”. Właśnie dla Broadway’u na pewno tu wrócę.

lipiec_upior

Lipiec cd.

Nie ma to, jak wracać z urlopu i… jechać do pracy na Mazury 🙂 Resibo to firma inna niż wszystkie – np. przez jeden tydzień wakacji pracujemy w wakacyjnych warunkach! Po prostu, jak mawia nasza fotografka, „rzygam tęczą” 😉

mazury_tecza lipiec_bociany

Sierpień

Podróży ciąg dalszy. Tym razem powrót do… Pragi! Trafiam jednak całkiem gdzie indziej – na klimatyczne wzgórze wyszehradzkie na prawym brzegu Wełtawy, a tam – m.in. do gotyckiej bazyliki pw. św. Piotra i Pawła z zabytkowym cmentarzem, na którym przejście między grobami jest tylko od frontu i tyłu. Reszta jest ciasno ułożona jeden obok drugiego. Pochowano na nim najwybitniejszych czeskich kompozytorów, pisarzy, malarzy, muzyków i innych twórców kultury, np. Antoni Dworzak czy Karel Čapek.

Na Wyszehradzie jest też jedyny w swoim rodzaju ogródek piwny – Hospůdka Na hradbách, gdzie w dość plebejskiej, ale przez to innej atmosferze możesz wypić tanie i dobre piwo, podziwiając jednocześnie piękny widok na Wełtawę i jej lewy brzeg.

img_0270

Wrzesień 

A po co siedzieć na miejscu, skoro można lecieć służbowo do… Kijowa? 🙂 Wyczerpująca, jednodniowa wyprawa tam i z powrotem w stylu niemal równie męczącym jak ta, w którą wybrał się Hobbit, przynosi jednak kolejne wrażenia, kolejne ciekawe miejsca, jak słynny Majdan – miejsce nie tak dawnej ukraińskiej rewolucji czy doświadczenia, jak przejazd marszrutką, środkiem transportu, którego próżno szukać gdzie indziej na świecie.

wrzesien_kijow2

Październik

Nadal w podróżach, ale już bliższych – np. do Wrocławia i z powrotem. A z powrotem… można czasem zobaczyć przedziwne zjawiska atmosferyczno-iluzjonistyczne 😉

pazdziernik_komin

Listopad i grudzień 

To zdecydowane wyhamowanie… ale tylko jeśli chodzi o podróże, bo tak naprawdę ledwie wiem, w co ręce włożyć. Zwieńczeniem pracy zawodowej jest dłuuugi urlop, na którym wciąż jestem (ale już niedługo), a działalności charytatywnej – najlepszy prezent, jaki od kilku lat robimy sobie sami z przyjaciółmi na święta.

A na koniec roku – grzane wino Na Stoku (Irenko i Pawle, jak Wam się podoba to hasło, to zapisuję je Wam w gratisie) 😀

15826216_10211517849931265_8437351230896784551_n

Po drodze była parę razy Warszawa. I Norymberga. I mniejsze miasta w Polsce. I parę innych gór i wzgórz, na które się wspięłam. A tak pomiędzy tym wszystkim… jest cała reszta życia, z pracą, zakupami, gotowaniem, praniem sprzątaniem, czytaniem książek, oglądaniem filmów, robieniem swetra na drutach, kotem u weterynarza, dzieckiem u lekarza, mamą w szpitalu… Właśnie dlatego mój zaczęty w Nowy Rok post kończę cztery dni później. Bo życie to nie bajka, ale za to jakie ekscytujące może być, jeśli tylko pomyślicie, że w każdej chwili możecie wsiąść w samochód, pociąg, autobus, na rower, w samolot i ruszyć – gdziekolwiek, nawet tylko w najbliższe góry… I czuć, że żyjecie! Czego Wam na ten cały rok i na kolejne wszystkie lata życzę.

Bo każda wielka podróż zaczyna się od małego kroku. Także ta najważniejsza – przez życie.

TEN PIERWSZY RAZ

wtorek, Grudzień 13, 2016 0 0

Pakujemy z Olą prezent dla dwóch chłopców, których jej klasa postanowiła obdarować w ramach akcji „Podziel się” i kiedy już udało się ogarnąć owinięcie pudełka z dmuchającym bańki mydlane wozem strażackim w papier, w czym obiecałam pomóc, moje dziecko wkracza ze wstążką i pyta „Takie rzeczy też ogarniasz?” I samo sobie odpowiada: „No jasne, że ogarniasz. Przecież jesteś rodzicem”.

I tak oto od słowa do słowa wywiązuje się rozmowa na temat umiejętności. Ola twierdzi z przekonaniem: „Rodzice ogarniają wszystko”, a ja zaczynam się zastanawiać, jak to się właściwie dzieje, że „ogarniamy”. I przypominam sobie…

1. Pierwsze placki ziemniaczane usmażone samodzielnie wg wiedzy wynikającej z podpatrywania rodziców.

Niestety, podpatrywanie nie zakodowało, że do startych ziemniaków i jajek trzeba dodać trochę mąki, żeby masa się nie rozpadała na patelni. W rezultacie podałam rodzinie paćkę plackową 😉 Ale kto by się tam przejmował takimi drobiazgami, gdy wszyscy siedzą, jedzą, uśmiechają się i zapijają mlekiem, żeby „weszło” 😀

I przypominam sobie, a właściwie nie przypominam, jak to się stało, że pewnego dnia gotowanie stało się po prostu czymś tak naturalnym, że wchodzę do kuchni i to robię. A jednak!

2. Pierwsze 1/28 szalika zrobionego samodzielnie na drutach.

Co dziesiąte oczko było opuszczone (nie mylić ze zgubionym, które prowadzi do zwężania wyrobu), połowa była za luźna, połowa za ciasna, połowa ściegiem lewym, a połowa prawym… Ale duma, że przerobiło się kilkadziesiąt rzędów – bezcenna. No i piątka z ZPT (dla gimbazy – to skrót od zajęć praktyczno-technicznych).

I przypominam sobie, a właściwie nie przypominam, jak nagle po prostu zaczęłam robić na tych drutach wszystko, co tylko mi się zamarzyło, najwymyślniejszymi ściegami i bez patrzenia na druty. Tak po prostu.

3. Pierwsza jazda samochodem. Starym dużym fiatem kupionym za dwa tysiące złotych od kogoś, kogo imienia nawet nie pamiętam. Na placu przy ŚFUP-ie.

Umiejętność, która też wykiełkowała z podpatrywania, kiedy siedzisz jako pasażer i mimowolnie rejestrujesz to, co robi kierowca. A potem wsiadasz i – jeśli byłeś wystarczająco uważny – jedziesz. Jedyne, czego jeszcze nie masz, to wprawa. Ale ona przychodzi z czasem.

I przypominam sobie, a właściwie nie przypominam, kiedy właściwie zaczęłam jeździć, jakbym to robiła od zawsze – nie przekładając na zakrętach kierownicy, „jak baba”, manewrując z wyobraźnią przestrzenną, odnajdując się w wielkomiejskich korkach i na świdnickich, ciasnych przyrynkowych parkingach. Po prostu…

4. Pierwszy pocałunek…

Kiedy podpatrywałeś tylko w filmach, i to głównie komunistycznych, więc nijak się to ma do rzeczywistości, ale jednak – choć robisz to niezgrabnie – udaje Ci się poczuć towarzyszące temu emocje.

I przypominam sobie, a właściwie nie przypominam, jak to się stało, że nagle poczułam się także i w tym zaawansowana i całkiem nieźle wyedukowana.

5. Pierwsze dziecko…

W moim przypadku jedyne i ostatnie (chyba że będzie mi dane wychowywać czyjeś, bo losy czasem ciekawie się plotą). Te chwile, kiedy rośnie w Tobie nowe życie i każdego dnia wszystko jet pierwsze, a potem po urodzeniu – każdy dzień jest też tym pierwszym. Pierwsza kupka, pierwszy uśmiech, pierwszy krok, pierwsze słowo… A potem i Ty, i to dziecko nagle „wiecie, jak”. Całe wychowawczo-emocjonalne know-how ludzkości nagle jest w Waszych umysłach i już. Tak po prostu.

To niby takie zwyczajne, a jednocześnie, kiedy spojrzeć na to pod kątem słów Oli: „jasne, że ogarniasz. Przecież jesteś rodzicem”, nabiera tak głębokiego znaczenia.

Kiedyś człowiek był małpą i chodził na czworakach, ale raz po coś się podniósł i zobaczył świat inaczej. I zaczął się uczłowieczać. Kiedyś jadł surowe mięso, ale niechcący wywołał ogień i to mięso upiekł. Kiedyś chodził nago, ale było mu zimno, więc odkrył, że zwierzętom nie jest zimno, bo mają futra. Zaczął więc przyodziewać się w futra upolowanych zwierząt. Kiedyś człowiek nie umiał mówić w dzisiejszym rozumieniu mowy, ale zaczął, bo zauważył pewne prawidłowości. Nie umiał pisać, ale zaczął – z tego samego powodu. Pisał ręcznie, ale niejaki Jan Gutenberg wpadł na pomysł, że po co pisać ciągle te same znaki, skoro można je pojedynczo odwzorować i używać do tworzenia wielu słów, zdań, tekstów…

Kiedyś nie umiałam niczego. A dziś… też wciąż uważam, że jeszcze wiele muszę się nauczyć. A jednak, obiektywnie patrząc, mam tak wiele umiejętności, że moje dziecko może powiedzieć „rodzice ogarniają wszystko” i powiedzieć to z przekonaniem. Oczywiście, prawda jest taka, że jeśli pracujesz nad sobą, to ciągle chcesz umieć więcej. Ale też wiesz, że umiesz się tego nauczyć. Wystarczy tylko zacząć. Bo zawsze, we wszystkim, co robisz, musi być ten pierwszy raz.

No i niech ktoś z tym polemizuje 😉

POMAGANIE JEST PIĘKNE!

środa, Listopad 23, 2016 0 0

Tak, tak… To jest TEN CZAS, kiedy będę zamulać na maksa. Ale wiem, że to akurat zamulanie lubicie i że tak troszkę się nawet przyczyniam do tego, że jest nas coraz więcej. NAS, czyli tych, którzy mają mega frajdę, kiedy mogą się dzielić.

Jestem człowiekiem słowa. Żonglowanie słowem, zabawa językiem, słowne żarty, dziwne tych słów zestawianie to jest coś, co po prostu uwielbiam i wiem, że wiele osób to docenia (a niektórzy nawet mi chcą za to płacić! :D). Piszę o tym, bo dziś – nie wiem, dlaczego – przypomniało mi się, jak pierwszy raz usłyszałam polski idiom ” potrafi oddać komuś ostatnią koszulę”, który opisuje ludzi umiejących się dzielić, pełnych empatii, współczucia – po prostu dobrych. Byłam dzieckiem i rozbierałam (nomen omen) te słowa całkiem dosłownie, więc w mojej dziecięcej głowie rozbijały się od brzegu do brzegu pytania: „jak to? a jak będzie mi zimno?”, „ale co ja potem zrobię?” itp. itd.

Oczywiście, szybko zrozumiałam, że to tylko takie powiedzenie i w ogóle na czym polega uroda idiomów i że jak ten gość, którego nazwiska żaden świdnicki urzędnik nie potrafi napisać bezbłędnie – Jan Baudouin de Courtenay (Polak, notabene), miał rację mówiąc: „granice mojego języka są granicami mojego świata”. To dlatego „thank you from the mountain” mówi Anglikowi mniej więcej tyle, że ma do czynienia z a) idiotą, b) obcokrajowcem, najprawdopodobniej Polakiem 😉 (PS Dla niewtajemniczonych – chodzi o dosłowne tłumaczenie powiedzenia „dziękuję z góry”) To był krok milowy.

A jak wiadomo – każda podróż zaczyna się od jednego kroku. Tak więc teraz jako „już całkiem duża dziewczynka” rozumiem jeszcze więcej. I rozumiem, że aby pomagać, wcale nie trzeba oddawać ostatniej koszuli. Przeciwnie – żeby naprawdę pomagać, fajnie jest samemu czuć się dobrze. Ze sobą. Z innymi. W życiu. Tak po prostu. Fajnie też jest mieć więcej. Bo wtedy jest się czym dzielić. Czasem chodzi tylko o „więcej czasu”.

Od czterech lat udowadniamy w naszej akcji Podziel się, że pomaganie jest proste. Wystarczy tylko chcieć. Nic więcej. Chcesz – pomagasz. A jak – to nie ma znaczenia.

A więc – zamulam: http://facebook.com/podzielsiezinnymi. Dołączajcie! Teraz działamy w Świdnicy i w Rybniku, jest nasza akcja rozrasta się jak kula śnieżna, a że wyróżnia ją to, że dociera do ludzi lokalnie, ludzi, których znamy, to chyba nie ma lepszej rekomendacji.

Dzielcie się! To Wasz najlepszy prezent na święta <3

https://www.facebook.com/pg/podzielsiezinnymi/videos/?ref=page_internal

MEMENTO… VITAE

wtorek, Listopad 1, 2016 0 0

Kiedyś nie znosiłam pogrzebów. Uważałam, że za dużo bliskich pogrzebałam, jak na mój młody wówczas wiek. I to jest prawda. Ale odkąd musiałam pogrzebać mojego męża (uwierzcie, że to jest nawet gorsze niż sama śmierć), przestałam. Nie znosić pogrzebów. Nie, żebym stała przed tablicą z nekrologami i wyszukiwała, w czyjej by tu ostatniej drodze wziąć udział 😉 Przeciwnie – nadal jak nie muszę, to nie idę. Ale wiecie… chyba się starzeję. Bo coraz częściej jednak zerkam na tę tablicę przy deptaku na Łukowej i coraz częściej przyłapuję się na tym, że Święto Zmarłych to ważne święto. To także nasze święto, jakkolwiek by to nie zabrzmiało 😉

Oczywiście nie jest świętem dlatego, że będę miała okazję poświecić na cmentarzu nowymi kozakami, zamachnąć się połą wczoraj kupionego płaszcza czy pofalować przed zgromadzoną przy tym czy innym grobie rodziną nowym blondem na moich puklach. I nie jest świętem dlatego, że cieszę się, że pogrzebałam tylu bliskich mi ludzi (ja i inni nasi wspólni bliscy). Ale jest świętem, jak wiele innych, stworzonym po to, żeby o czymś sobie przypomnieć. Jak Boże Narodzenie – co wiecie zapewne z hollywoodzkich filmów oraz „Opowieści wigilijnej” Dickensa – jest po to, żeby sobie przypomnieć, że jesteśmy ludźmi i jesteśmy z gruntu dobrzy i że chcemy być z innymi ludźmi, dzielić się z nimi, śmiać się z nimi, cieszyć się z nimi tym, co przeżywamy. Tak Święto Zmarłych (pamiętajcie – przypada jutro, nie dzisiaj) jest po to, żebyśmy pamiętali, jak krótki i kruchy jest ten czas, który mamy tu, na Ziemi. I jak ważne, żeby go naprawdę dobrze wykorzystać!

W liceum i na studiach zgłębiałam tajniki średniowiecznego zawołania „memento mori”. Dzisiaj spacerując po cmentarzach zastanawiam się, jakie zawołanie słyszymy najczęściej w dzisiejszych czasach. „Bądź sobą”? „Żyj, jak chcesz”? „To twoje życie i nikt go za Ciebie nie przeżyje”?

„Żyj wolniej”? (slow food, slow life, slow motion…) czy przeciwnie – „Żyj szybko, bo życie jest krótkie”? (gaz do dechy and… go get it!).

Ale właściwie nie wiem, po co się nad tym zastanawiałam. Bo to, co zostaje w literaturze czy na kartach historii, w większości rzadko jest tym, co było naprawdę. Naprawdę żyjemy, jak umiemy – ani jak chcemy, ani jak nie chcemy. Jak umiemy. Jak nam się udaje. Większość z nas po prostu płynie z prądem, bierze to, co przyniesie los. Dobre czy złe. Ale czy te życia są gorsze niż tych, którzy płyną pod prąd, którzy nie godzą się z losem?

W finale wszyscy znajdziemy mniej lub bardziej spokojną, mniej lub bardziej malowniczą, z biedniejszym albo bogatszym nagrobkiem przystań w jednym i tym samym miejscu.

Czym więc właściwie jest życie? I po co żyjemy? Może po to, żeby w tym miejscu, do którego trafią po śmierci nasze ciała, inni, którzy nas znali, NAPRAWDĘ chcieli nas odwiedzić? Nie po to, żeby pokazać nowe kozaki, płaszcz czy blond na włosach. Nie po to, żeby zapalić znicz (najlepiej jak najdroższy i najbardziej wypasiony), „bo tak trzeba”. I nie dlatego, że jest akurat 1 listopada. Ale dlatego, że o nas myślą, że im nas brakuje, że mimo że nas już nie ma, oni wciąż w jakiś sposób chcą być w pobliżu. Może właśnie po to… Jak na grób Emily Dickinson w Amherst przychodzą fani jej twórczości i zostawiają wiersze, ołówki, pióra oraz… szpilki. Nieważne co. Ważne, że przychodzą, bo chcą.

IMG_9355

Stojąc dzisiaj przy grobie mojego taty (zmarł mając równo 40 lat), patrząc na nagrobek i uświadamiając sobie, że przeżyłam już więcej lat niż dane było jemu, a potem – że jestem już nawet rok starsza niż mój mąż, kiedy zmarł… A potem, że mój szwagier przeżył swojego ojca o zaledwie dwa lata. A potem – że prababcia mojej córki żyła cztery lata dłużej niż jej babcia. A jeszcze potem, kiedy zobaczyłam nagrobek mojej zmarłej w tym roku samotnie cioci (to właściwie taka ciocia-babcia była)… Mówię Wam – wielka, granitowa nówka-nieśmigana z gigantyczną grawerką ŚP ODACHOWSCY… Najwyraźniej ciocia i wujek – brat i bratowa wspomnianej cioci-babci – przygotowali już także dla siebie… A jeszcze potem, kiedy pomyślałam sobie, gdzie ja bym chciała być pochowana i na szczęście trafiłam na fejsie na temat ekologicznych trumien, dzięki którym moje ciało może być (jak inne, ale jakby bardziej „świadomie”, jeśli w ogóle można użyć takiego słowa w tym kontekście) pożywką dla jakiejś roślinki, np. drzewa i już nie musiałam się nad tym zastanawiać, to…

To zrozumiałam, że cmentarze to jest w gruncie rzeczy mądra rzecz wymyślona przez ludzi. Jak nie znoszę stawiania pomników (wiecie zresztą, co na ten temat myślę), a im bardziej wypasiony nagrobek, tym bardziej jestem sceptyczna co do intencji tych członków rodziny, którzy pozostali, tak uwierzcie mi – cmentarze to naprawdę mądra rzecz. To takie miejsce, w którym w łatwy, bo bezpośredni (dosłownie!) sposób możesz się uziemić, docisnąć w wyobraźni swoje bose stopy do zimnej, wilgotnej ziemi i stanąć na niej naprawdę mocno. Rozejrzeć się i zrozumieć, że TO JEST TEN MOMENT! Na wszystko. Że nie będzie innego. Że jeśli chcesz coś zrobić, zrób to. Jeśli marzysz o czymś, zacznij działać. Jeśli chcesz uciec, uciekaj. A jeśli chcesz zostać, zostań. Jeśli marzy Ci się inne życie niż prowadzisz teraz, zmień je. Podróż dookoła świata – kiedy, jeśli nie teraz? Zmiana pracy – a na co czekać? Jeśli czujesz, że stoisz w miejscu, rusz się. Nie od dzisiaj wiadomo, że każda wielka podróż zaczyna się od małego kroku. Jeśli chcesz kogoś przeprosić – zrób to. Dzisiaj. Nie jutro. Jutro Ciebie albo jego może już nie być.

Jeśli pragniesz miłości – szukaj jej aż Ci tchu zabraknie. Bo nawet gdyby miał być to już ten ostatni oddech – warto.

Jeśli chcesz zrobić coś dobrego – do roboty! Jeśli złego – zastanów się dwa razy, ale gdyby okazało się, że ma Ci to sprawić radość – dawaj! It’s your life! To Twoje życie. Tylko jedno. Drugiego nikt Ci nie da, bo któż z nas, nawet gdybyśmy byli najzagorzalszymi katolikami, wie, jak wygląda życie wieczne? Ok – żeby pogodzić wierzących i niewierzących: TAKIE życie będzie tylko jedno. WASZE życie. YOUR way of living 😉

Tę piosenkę znacie dobrze – także z mojego bloga, ale przywołam ją znowu, bo jest wiecznie aktualna, a dziś – do tego wpisu – wręcz idealna:

Wiecie, co powtarzam tutaj bardzo, bardzo często? To nie tylko mój blogowy tekst. Powtarzam to też na żywo. „Dzisiaj jestem, a jutro…” Memento… vitae! 🙂

PS I wbrew pozorom, to nie jest pesymistyczny tekst!