VIVA SAN ESCOBAR!

piątek, Styczeń 20, 2017 0 0

Polska to jest piękny kraj. I chociaż moi krajanie mają wiele wad, mają też mnóstwo zalet. Jedną z nich jest skłonność do obśmiewania trudnej polskiej rzeczywistości (jakoś tak się dzieje, że w kraju nad Wisłą nigdy nie ma lekko). Potrzebowali zaledwie impulsu, by w ślad za polityczną wpadką ministra Waszczykowskiego (2017 m n.p.m) stworzyć całe państwo San Escobar wraz z całą infrastrukturą, administracją, przedsiębiorczością, agencją turystyki, formacją wojskową, liniami lotniczymi o wdzięcznej nazwie El Nino, a nawet dokładną kartografią, nie wspominając o insygniach państwowych, takich jak flaga, hymn czy patriotyczna koszulka z napisem „Keep Calm and San Escobar” 😉

W takich sytuacjach przypomina mi się jeden z felietonów Mariusza Szczygła w „Gazecie Wyborczej” poświęcony płycie. Tak, płycie. Ale nie takiej gramofonowej czy CD albo DVD, tylko płycie wiórowej laminowanej Swiss Krono Group, której klienci Leroy Merlin (starsi czytelnicy bloga pamiętają zapewne również moje zamiłowanie do tego sklepu), poproszeni o opinię na stronie internetowej, poświęcili niezliczoną ilość absurdalnie odjazdowych, kreatywnych, przecudnej urody komentarzy w stylu:

„Rewelacyjna płyta i jak byliśmy ostatnio za granicą na wakacjach w Turcji, to wszyscy pytali, gdzie można taką dostać, i nie chcieli uwierzyć, że taka płyta wychodzi tak tanio”.

albo

„Jak zrobiłem z niej kartę graficzną Swiss Krono HD Graphics 3 GB, to w Crysis 2 na max detalach mam 67 fps. Polecam! PS: Tylko trochę się grzeje, ale z jednej płyty można zrobić 5 kart!”.

albo

„Widziałem tę płytę w sklepie – sama obsługiwała klientów!”.

Więcej znajdziecie TUTAJ

Jak widać, idąc za ciosem ministra Waszczykowskiego i tworząc nieistniejące państwo o wdzięcznej nazwie San Escobar ze stolicą Sano Subito i miejscowościami takimi jak Al Pacino czy La Playa Los Paravanos, Polacy udowadniają, że wciąż mają to niesamowite poczucie humoru, które sprawia, że mimo propozycji nawet od Egipcjan (sic!) za partnera czy męża wybiorę tylko i wyłącznie Polaka. Koniecznie wyposażonego w gigantyczne poczucie humoru; reszta nie musi być aż tak gigantyczna 😉

15994332_267841470301079_8173181406443954903_o

Bo cóż innego nam pozostaje w tym kraju, w którym już było w miarę normalnie? Korupcja na poziomie średniej światowej. Kumoterstwo w normie. Nepotyzm – bez odchyleń od normy. A w którym już nie jest normalnie? W którym jedziesz do pracy, słuchasz wiadomości albo porannej rozmowy w RadioZet i myślisz: „whattafuck?!” W którym wszystko nagle stało się jednym wielkim testem wytrzymałościowym i eksperymentem chemicznym grożącym co najmniej wybuchem w laboratorium (w najlepszym wypadku).

Znacie te momenty, kiedy jesteście w jakiejś podróży, na wycieczce czy wyprawie zjechani na maksa i nagle dopada was głupawka? Śmiejecie z rzeczy absolutnie nieśmiesznych, bo śmiech staje się podświadomie podpowiadaną przez mózg formą rozładowania stresu, zmęczenia i rodzących się z tego negatywnych emocji.

Śmiejecie się, bo to najlepsze, co możecie w takiej sytuacji, na której rozwój już nie macie większego wpływu, zrobić.

Śmiejecie się, bo śmiech pozwala przetrwać to, co wydaje się nie do przetrwania. Miałam wiele takich momentów. Jeden zapamiętałam szczególnie. Wieczór w moim rodzinnym domu po śmierci mojego taty – gdy siedząc w czerni, wśród całego tego smutku, zawieszenia, poczucia pustki i beznadziejności sytuacji – zaczęliśmy sobie przypominać wszystkie śmieszne rzeczy z życia taty, wszystkie jego wpadki, wygłupy, żarty i cokolwiek tylko mogło spowodować, że śmialiśmy się do rozpuku. Przez łzy. Ale jednak.

W takim właśnie momencie znajdujemy się teraz w Polsce. I nie piszcie mi, że dramatyzuję. To smutna prawda, którą może łatwiej nam zaakceptować, bo siedząc w tej społecznościowej, fejsbukowo-instagramowo-youtubowo-twitterowej sieci możemy się z tego wszystkiego pośmiać. Możemy te emocje rozładować, możemy rozprawić się z niepokojem, który pewnie odczuwa większość myślących i świadomych Polaków w tym kraju, możemy – oglądając „Ucho prezesa” – poczuć się prawie jak za komuny, gdy na scenie stali Smoleń i Laskowik albo gdy telewizja emitowała „Alternatywy 4”.

15965892_265550370530189_5364662469267172577_n

Możemy też w tej radosnej odskoczni przenieść się do pięknego, z zasady wiecznie uśmiechniętego kraju San Escobar, jak w dzieciństwie na Wyspy Bergamuty wymyślone przez Jana Brzechwę (notabene na mapie San Escobar jest miejscowość Bergamutas – ustanowiona zapewne w hołdzie genialnemu polskiemu poecie dziecięcemu).

Możemy wierzyć, że jeszcze będzie normalnie… Jak kiedyś.

PS Gdy Ci będzie smutno, źle, wejdź na ten profil i uśmiechnij się 😉

ROK W PODRÓŻY

środa, Styczeń 4, 2017 1 0

Kiedy spojrzę wstecz na kilka ostatnich lat mojego życia, sama nie wierzę, że można w niespełna pięć lat przeżyć więcej niż w ciągu poprzednich dwudziestu i więcej. Tak naprawdę przestałam ostatnio jakoś specjalnie przeżywać otwarcie i zamknięcie kolejnego roku, bo od pięciu lat każdy mój kolejny dzień, tydzień, miesiąc, kwartał czy rok są jednym wielkim otwarciem – na życie, na ludzi, na świat i wreszcie na mnie samą.

Tak, tak, to nie pomyłka. Człowiek żyjący trudnym życiem w pewnym momencie zapomina o własnych potrzebach. Koncentruje się na przetrwaniu w trudnych warunkach. Jedyne, co jest mu znane, to strach i lęk przed złem, które „na pewno się wydarzy”, bo przecież skoro zawsze było źle… to czy można żyć inaczej? Więc przyjmując postawę obronną skupia się na tym, żeby „nie było gorzej”. W każdym związku myśli „nie będę się stawiać na swoim, bo i tak nic nie wskóram, a będę się potem tylko źle czuła, a przecież lepiej nie będzie” albo „czego ja chcę, przecież mogłam trafić gorzej” albo „nie umiem być sama”. Taki człowiek trafia do toksycznych szefów. Ma toksyczne przyjaźnie. I nie wiadomo kiedy zjeżdża po życiowej równi pochyłej do miejsca, w którym do niczego się nie dąży, niczego nie osiąga i powoli gasi w sobie chęć życia.

Ja zatrzymałam się gdzieś w połowie takiej równi pochyłej. Pięć lat temu. I powoli wdrapuję się na swoją ścieżkę. Właściwie już na niej jestem. Czuję grunt pod nogami, zapach wiosny w powietrzu, choć to przecież środek zimy i właśnie spadł śnieg. Wiem, że droga, którą teraz idę, jest właściwa. I o dziwo, odkąd tak myślę, wszystko układa się tak, jak chcę. Niekoniecznie wtedy, kiedy chcę. Ale to tylko dodaje życiu uroku, jeśli wiecie, co mam na myśli 🙂

A więc… nie mam też cezur, ale lubię podsumowania, bo takie spojrzenie wstecz na pewien okres, np. miesiąc czy rok, pozwala uświadomić sobie, jak wiele fajnych rzeczy się zrobiło, jak wiele pięknych chwil przeżyło, w jak wielu miejscach było (a ja – jeszcze tego nie wiecie – jestem urodzoną podróżniczką, w dzieciństwie mówili na mnie „Cyganka”, bo rodzice bez problemów podrzucali mnie komukolwiek i wszędzie mi było dobrze)…

Uświadomiłam sobie niedawno, że 2016 rok spędziłam niemal cały czas w podróży. Dlatego postanowiłam zrobić takie fotopodsumowanie. Oczywiście – bo nie byłabym sobą – z komentarzem, pełnym klimatów, wrażeń, zapachów, smaków i… lokowania produktów (w tym fajnych restauracji i firmy, w której na co dzień pracuję), więc jeśli macie ochotę na małą wirtualną podróż i będziecie mieli tyle cierpliwości, żeby przebrnąć przez moje wypociny, zapraszam na dłuuuugi post 😉

Styczeń

Odkrywanie krakowskiego Kazimierza. Drugiego takiego miejsca nie ma nigdzie na świecie. Była żydowska dzielnica, która po wojnie stała się miejscem zapomnianym przez Boga i ludzi. Jej byli mieszkańcy niechętnie tam wracali, a Kazimierz popadał w ruinę. Komunistyczne władze nieudolnie próbowały tchnąć w niego życie, osiedlając tam w latach 60. XX wieku lokalnych artystów. Ale tak naprawdę dopiero po upadku komunizmu dzielnica ta zaczęła powoli powracać do życia. Choć Żydów jest w Krakowie niewielu, bo wg Wikipiedii ok. 150, to jednak sama dzielnica naprawdę rozkwita. Co ciekawe, to tutaj znajdziecie najwięcej pubów, restauracji, barów, nie wspominając o słynnym okrąglaku – kultowym miejscu na placu Nowym, w którym przez całą noc możesz kupić zapiekanki. Niejednego imprezowicza uratowało to przed śmiercią głodową w środku nocy 😉 Nic dziwnego, że dziś Kazimierz jest sercem nocnego życia Krakowa, i to jakiego życia!

PS Dla miłośników dobrej kuchni

Najlepszy ramen, jaki w życiu jadłam, znajdziecie w Edo Sushi Bar na Bożego Ciała 3. Ciekawa jest możliwość rezerwacji jednego z dwóch zamykanych pokoi w stylu japońskim, gdzie siedzicie sobie we własnym gronie na matach 🙂 Edo ma też drugi lokal na Kazimierzu – na Miodowej 8 spróbujesz azjatyckiej kuchni fusion w najlepszym wydaniu.

styczen_krakow

Tak… taki właśnie jest klimat dzisiejszego Kazimierza. Boski, prawda?

Ale Kraków to nie tylko Kazimierz. Głód i chłód po długim spacerze z przyjaciółmi w mroźne popołudnie oraz przyjemnie brzmiący szyld Enoteka (czyli miejsce, w którym degustuje się wina) Pergamin zaprowadziły nas też do wyjątkowego miejsca na Grodzkiej 39, czyli na Trakcie Królewskim. Najlepsze sery, które można też – podobnie jak różnorakie wędliny – kupić na miejscu, i niesamowity wybór win podawanych przez uroczą sommelierkę, w tym fantastycznych polskich win z Winnicy Srebrna Góra. Dodatkowo czekają nas opowieści o winnicach, rocznikach, szczepach i co najważniejsze – sommelier naprawdę MA dla nas czas!

PS W ofercie znajdziecie też alkohole, w tym cognac za „jedyne” 9999 zł za butelkę (899 zł za kieliszek), czy wina po 33 zł za lampkę (wine by glass) albo szampana Dom Perignon za 1999 zł za butelkę, ale niech Was to nie przeraża. Wystarczy poprosić sommeliera o dobre wina (a nie ma tam złych, uwierzcie mi!) w rozsądnej cenie i na stół wjadą polskie, włoskie, hiszpańskie, francuskie w całkiem rozsądnych cenach, jeśli oczywiście idziecie tam na degustację, a nie popijawę 😉

styczen_enoteka

Sery, orzechy, bagietka, oliwa z oliwek i wino… oraz dobre towarzystwo. Czy można chcieć więcej w zimny, styczniowy wieczór?

Luty

13 PIT-ów, które dostałam na początku tego roku, przyprawiło o zawrót głowy nie tylko mnie (aż zrobiłam pierwszego w życiu mema na swoim prywatnym profilu), ale też – jak się później okazało – urzędników ze skarbówki. Do grudnia próbowaliśmy na zmianę urzędnicy i ja dojść do tego, gdzie tkwi błąd w moim zeznaniu. Wykryła go dopiero moja przyjaciółka Ewcia, która jest księgową. I tak skończyło się moje rumakowanie i prężenie muskułów, że sama potrafię rozliczyć 13 PIT-ów korzystając z pobranego z sieci programu. Co księgowy, to księgowy 😉

luty_pit

Tak wyglądał mój pierwszy w życiu mem. Na szczęście, internety go nie podchwyciły 😉

Luty to też miesiąc, w którym zobaczyłam (nie tylko ja) pierwsze oznaki wiosny. Oby w tym roku było podobnie 😉

Marzec

I dalej w podróży… kulinarnej i nie tylko. Moja przyjaciółka Sylwia (polecam przy okazji superfotografkę sylwiamucha.pl) zaciągnęła mnie we Wrocławiu do Warsztatu Food&Garden na Niedźwiedziej 5. To dawny warsztat samochodowy przearanżowany na lokal z klimatycznym, surowym wystrojem, pysznym jedzeniem i przemiłą obsługą. Bonusem jest to, że możesz zostawić auto w czynnej przy Warsztacie myjni, a po posiłku odjechać czystym samochodem 😉 Menu ubogie, ale za to wszystko top of the top, a domowe pieczywo – bajeczne! Garden w nazwie oznacza uroczy ogródek (ze szklarnią!) z tyłu lokalu, w którym w środku wielkiego miasta można naprawdę przyjemnie spędzić czas wiosną, latem czy wczesną jesienią.

Warsztat Food&Garden we Wrocławiu – można zjeść, popracować i… zostawić auto w myjni.

Żeby nie było tak różowo, czasem odzywa się mój kręgosłup. Tym razem przyszło mi się z nim zmierzyć przed długą podróżą samochodem na południe Europy. Pomógł kinesiotaping, czyli specjalne plastry, które zainstalował mi dr Toruński (spokojnie, to tylko nazwisko) 😉

Plastry… W sumie mogłaby być z tego niezła kreacja na imprezę…

milla_jovovich__kadr_z_filmu_piaty_element

…tylko figura nie taka jak u Milli Jovovich 😉

Dzięki plastrom, podróż jednak była do zniesienia, a widoki wynagrodziły wszystko. Takie jak np. ten, który powitał mnie w Alpach.

marzec_alpy

Albo ten, typowo włoski, który wyfociłam w Bolonii, dokąd pojechaliśmy z Resibo na targi kosmetyczne.

marzec_bolonia_gacie

No i ten… w jednym z moich ukochanych miast – Florencji. Znów odwiedziłam boskiego Dawida 😉

marzec_florencja

PS A oto trochę smaków Florencji…

  • Swojsko, smacznie, bardzo lokalnie i bardzo klimatycznie jest w Trattoria Marione przy Via della Spada 27R, gdzie znajdziecie cudownie gościnną (ale nie mówiącą ni w ząb po angielsku) obsługę, ręcznie pisane i ilustrowane menu, a w nim – m.in. lokalną toskańską zupę ribbolitę, którą je się… widelcem (choć nie jest jakimś niesamowitym przysmakiem, warto spróbować, bo jest to zupa na bazie chleba) oraz wiele innych, lokalnych smaków – pysznych i w przyzwoitych cenach.marione
  • Antica Trattoria da Tito, której hasło reklamowe brzmi „Completely different way of eating” (w wolnym tłumaczeniu: Całkiem nowa jakość jedzenia). Restauracja jest reklamowana w wielu światowych przewodnikach turystycznych, więc lepiej zabukować stolik wcześniej. Warto, bo znajdziecie tam nie tylko wyjątkowo dobre jedzenie, ale też typowo włoski klimat, z grającym ulicznym bandem włącznie 😉
  • Wiosną, latem i jesienią warto przysiąść w ogródku trochę bardziej ekskluzywnej restauracji Rivoire przy Piazza della Signoria. Wystrój we wnętrzu nie bardzo do mnie przemawia, ale na zewnątrz siedzisz naprzeciwko wejścia do Palazzo Vecchcio, gdzie wita Cię replika Dawida autorstwa Michała Anioła, no i jedząc naprawdę genialne desery, jakie serwuje Rivoire, możesz napawać się atmosferą tego wyjątkowego placu.

Kwiecień

Odpoczynek i… podróży ciąg dalszy. Na długi, kwietniowo-majowy weekend wybrałam Czechy. Bo mogłam! 😉 No i wzywała mnie Praga.

Ale najpierw były odwiedziny u przyjaciółki w Trutnovie i… nieznana w Polsce tradycja pálení čarodějnic, które odbywa się w Czechach co roku w nocy z 30 kwietnia na 1 maja. To to samo, co znana w krajach germańskich Noc Walpurgii. Dla Czechów to okazja do spotkań, imprezowania, picia piwa (a jakże by inaczej?) i zajadania się kiełbaskami własnoręcznie upieczonymi na ognisku (niestety, polskie kiełbasy, nawet te najgorsze, nie mają sobie równych na całym świecie, o czym przekonałam się też w USA).

kwiecien_czarodejnice

Praga wzywała mnie i wzywała od lat. W tym roku sama siebie opieprzyłam, że to tak blisko, a ja zawsze znajduję jakiejś wymówki. Skoro potrafię jeździć do Krakowa, dokąd jest 100 km dalej (!), to jak to możliwe, że nie byłam jeszcze w Pradze?! Tak więc pojechałam i… mam na liście kolejne po Krakowie, Wrocławiu i Florencji miasto, w którym mogłabym żyć i byłoby mi tam dobrze. Wszystko tam jest „na tak”!

Maj

Nadal w podróży. Praga jest dokładnie taka, jaka miałam nadzieję, że będzie, choć trzeba się pogodzić z dzikimi tłumami turystów, którzy muszą mieć selfie niemal wszędzie 😉 Rezultat był taki, że przez Most Karola dosłownie z córką przebiegłyśmy (na tyle, na ile te tłumy pozwalały), żeby przedostać się do ścisłego centrum. Ale było warto! Po drugiej stronie czekała nas m.in. urocza gospoda U Tří Zvonků przy ulicy Mosteckiej 47/16, z typowo czeską kuchnią, familiarną obsługą, z którą można pośmiać się i pożartować, mimo bariery językowej.maj_praga

Maj to też zdobycie Śnieżnika, który mimo słabych prognoz, powitał moje przyjaciółki i mnie piękną pogodą i niesamowitymi widokami.

maj_snieznik1

I kolejny wypad do Krakowa…

maj_krakow

…a stąd do Ojcowa na słynnego pstrąga i do Jaskini Łokietka oraz do Sandomierza, uroczego miasteczka, które znacie z serialu „Ojciec Mateusz” i na żywo wygląda dokładnie tak samo. Widok na przełom Wisły z tamtejszego Zamku Królewskiego – po prostu boski!

maj_kazimierz

Czerwiec

Nie uwierzycie, ale zaraz na początku czerwca wróciłam do Krakowa jeszcze dwa razy 😉 Tam bowiem udało się znaleźć samochód, którego szukałam, więc razem z kolegami-ekspertami pojechałam na wycieczkę po Saaba 9-3, mojego nowego „księcia w srebrnej zbroi”, którym stamtąd wróciłam, a potem z Resibo – podszkolić się i popracować. A czasem po prostu „pobyć”.

czerwiec_krakow

PS Więcej czasu w Krakowie oznaczało więcej czasu na nowe smaki, więc…

  • Sąsiedzi to miejsce, które znajdziemy w przewodniku Michelina. Kuchnia smaczna, chociaż bez jakiegoś specjalnego szału. Ale też bez eksperymentów, a to czasem całkiem dobra rekomendacja 😉 Mają przeurocze, zadaszone patio – idealne na nasiadówy z przyjaciółmi, ale i na biznesowe rozmowy. Fajna obsługa, z którą łatwo nawiązać „sąsiedzki” kontakt 🙂
  • Zajrzyjcie też do Zazie Bistro na Józefa 34, jedynej w Krakowie restauracji, która ma odznaczenie Bib Gourmant słynnego przewodnika Michelin nadawane za cenę w połączeniu z jakością jedzenia. Szef kuchni serwuje dania francuskie. Choć niektóre z nich to spory eksperyment, zwłaszcza jeśli chodzi o łączenie smaków, i np. do eksperymentów z mojego ulubionego wrocławskiego bistro Dinette się nie umywają, to jednak atmosfera miejsca jest naprawdę fajna, mule i desery – pyszne, a wino – wyborne. Uwaga! Dodzwonienie się w celu rezerwacji graniczy z cudem, ale nam się cud wydarzył, więc powodzenia 😉
  • Zajezdnia to idealne miejsce na „pubbing” (i nie tylko). Jeśli w gorący, letni wieczór masz ochotę na degustację piwa wylegując się na leżakach i patrząc w gwiazdy w klimatycznym miejscu – to jest to! Wielka Hala Piwna, w której podają piwo warzone na miejscu, może się pochwalić najdłuższym barem w Polsce (!) Jest też Mała Restauracja, która tylko z nazwy jest mała, bardzo klimatycznie i jednocześnie swojsko urządzona. Zjesz w niej zwyczajny polski żurek czy golonkę, ale też znajdziesz w menu parę innych, ciekawych dań.

Czerwiec-lipiec

W czerwcu wyruszyłam też na moje – jak dotychczas – wakacje życia, mój Big America Trip. Wypełnianie formularza wizowego było niczym w porównaniu z zapakowaniem dwóch walizek na ponad trzytygodniową podróż za ocean. Ale udało się 🙂

czerwiec_walizki

Latanie Lufthansą to sama przyjemność, a widoki…

czerwiec_samolot

Gorzej było już w lokalnych amerykańskich liniach United Airlines. Woda kapiąca z klimatyzacji to tylko jedna z „atrakcji” tego zaledwie godzinnego lotu, który po prawie dwudziestu godzinach podróży wydawał się trwać całą dobę 😉 Ale co tam! Czego się nie robi dla wizyty w Nowej Anglii?

lipiec_connecticutriver

lipiec_old_deerfiedl

lipiec_food

Meandry rzeki Connecticut, zabytkowe miasto Old Deerfield i typowo amerykańskie śniadanie w typowo amerykańskim dinerze z kelnerem dolewającym Ci kawy… i chce się żyć.

Słabiej wychodzi mi świętowanie moich urodzin, które przypadają w Dzień Niepodległości USA 4 lipca. Parada w Amherst nie jest już organizowana, do Nowego Jorku jedziemy dopiero za tydzień, więc pozostaje lokalny, farmerski festyn, który… niczym nie różni się od polskiego. A dodatku – sami zobaczcie! – mogłam tam zjeść domowe placki ziemniaczane, gołąbki i KIELBASĘ prosto z foodtrucka ze zdjęciem (a jakże! Krakowa!) 😀

lipiec_4th

Wszystko wynagrodziły jednak Boston – kolejne z kolekcji miast świata, w których mogłabym mieszkać i żyć…

lipiec_boston

lipiec_boston1

…i Nowy Jork, w którym żyć bym raczej nie mogła, ale który jest naprawdę wyjątkowy i – co najważniejsze – dokładnie taki, jakim pokazują go w filmach (z workami wypełnionymi śmieciami przy niemal każdej ulicy włącznie) 😉

Times Square

lipiec_timessquare

Manhattan

lipiec_manhattan

Central Park

lipiec_centralpark

A przede wszystkim Broadway – „Amerykanin w Paryżu” i „Upiór w Operze”. Właśnie dla Broadway’u na pewno tu wrócę.

lipiec_upior

Lipiec cd.

Nie ma to, jak wracać z urlopu i… jechać do pracy na Mazury 🙂 Resibo to firma inna niż wszystkie – np. przez jeden tydzień wakacji pracujemy w wakacyjnych warunkach! Po prostu, jak mawia nasza fotografka, „rzygam tęczą” 😉

mazury_tecza lipiec_bociany

Sierpień

Podróży ciąg dalszy. Tym razem powrót do… Pragi! Trafiam jednak całkiem gdzie indziej – na klimatyczne wzgórze wyszehradzkie na prawym brzegu Wełtawy, a tam – m.in. do gotyckiej bazyliki pw. św. Piotra i Pawła z zabytkowym cmentarzem, na którym przejście między grobami jest tylko od frontu i tyłu. Reszta jest ciasno ułożona jeden obok drugiego. Pochowano na nim najwybitniejszych czeskich kompozytorów, pisarzy, malarzy, muzyków i innych twórców kultury, np. Antoni Dworzak czy Karel Čapek.

Na Wyszehradzie jest też jedyny w swoim rodzaju ogródek piwny – Hospůdka Na hradbách, gdzie w dość plebejskiej, ale przez to innej atmosferze możesz wypić tanie i dobre piwo, podziwiając jednocześnie piękny widok na Wełtawę i jej lewy brzeg.

img_0270

Wrzesień 

A po co siedzieć na miejscu, skoro można lecieć służbowo do… Kijowa? 🙂 Wyczerpująca, jednodniowa wyprawa tam i z powrotem w stylu niemal równie męczącym jak ta, w którą wybrał się Hobbit, przynosi jednak kolejne wrażenia, kolejne ciekawe miejsca, jak słynny Majdan – miejsce nie tak dawnej ukraińskiej rewolucji czy doświadczenia, jak przejazd marszrutką, środkiem transportu, którego próżno szukać gdzie indziej na świecie.

wrzesien_kijow2

Październik

Nadal w podróżach, ale już bliższych – np. do Wrocławia i z powrotem. A z powrotem… można czasem zobaczyć przedziwne zjawiska atmosferyczno-iluzjonistyczne 😉

pazdziernik_komin

Listopad i grudzień 

To zdecydowane wyhamowanie… ale tylko jeśli chodzi o podróże, bo tak naprawdę ledwie wiem, w co ręce włożyć. Zwieńczeniem pracy zawodowej jest dłuuugi urlop, na którym wciąż jestem (ale już niedługo), a działalności charytatywnej – najlepszy prezent, jaki od kilku lat robimy sobie sami z przyjaciółmi na święta.

A na koniec roku – grzane wino Na Stoku (Irenko i Pawle, jak Wam się podoba to hasło, to zapisuję je Wam w gratisie) 😀

15826216_10211517849931265_8437351230896784551_n

Po drodze była parę razy Warszawa. I Norymberga. I mniejsze miasta w Polsce. I parę innych gór i wzgórz, na które się wspięłam. A tak pomiędzy tym wszystkim… jest cała reszta życia, z pracą, zakupami, gotowaniem, praniem sprzątaniem, czytaniem książek, oglądaniem filmów, robieniem swetra na drutach, kotem u weterynarza, dzieckiem u lekarza, mamą w szpitalu… Właśnie dlatego mój zaczęty w Nowy Rok post kończę cztery dni później. Bo życie to nie bajka, ale za to jakie ekscytujące może być, jeśli tylko pomyślicie, że w każdej chwili możecie wsiąść w samochód, pociąg, autobus, na rower, w samolot i ruszyć – gdziekolwiek, nawet tylko w najbliższe góry… I czuć, że żyjecie! Czego Wam na ten cały rok i na kolejne wszystkie lata życzę.

Bo każda wielka podróż zaczyna się od małego kroku. Także ta najważniejsza – przez życie.

TEN PIERWSZY RAZ

wtorek, Grudzień 13, 2016 0 0

Pakujemy z Olą prezent dla dwóch chłopców, których jej klasa postanowiła obdarować w ramach akcji „Podziel się” i kiedy już udało się ogarnąć owinięcie pudełka z dmuchającym bańki mydlane wozem strażackim w papier, w czym obiecałam pomóc, moje dziecko wkracza ze wstążką i pyta „Takie rzeczy też ogarniasz?” I samo sobie odpowiada: „No jasne, że ogarniasz. Przecież jesteś rodzicem”.

I tak oto od słowa do słowa wywiązuje się rozmowa na temat umiejętności. Ola twierdzi z przekonaniem: „Rodzice ogarniają wszystko”, a ja zaczynam się zastanawiać, jak to się właściwie dzieje, że „ogarniamy”. I przypominam sobie…

1. Pierwsze placki ziemniaczane usmażone samodzielnie wg wiedzy wynikającej z podpatrywania rodziców.

Niestety, podpatrywanie nie zakodowało, że do startych ziemniaków i jajek trzeba dodać trochę mąki, żeby masa się nie rozpadała na patelni. W rezultacie podałam rodzinie paćkę plackową 😉 Ale kto by się tam przejmował takimi drobiazgami, gdy wszyscy siedzą, jedzą, uśmiechają się i zapijają mlekiem, żeby „weszło” 😀

I przypominam sobie, a właściwie nie przypominam, jak to się stało, że pewnego dnia gotowanie stało się po prostu czymś tak naturalnym, że wchodzę do kuchni i to robię. A jednak!

2. Pierwsze 1/28 szalika zrobionego samodzielnie na drutach.

Co dziesiąte oczko było opuszczone (nie mylić ze zgubionym, które prowadzi do zwężania wyrobu), połowa była za luźna, połowa za ciasna, połowa ściegiem lewym, a połowa prawym… Ale duma, że przerobiło się kilkadziesiąt rzędów – bezcenna. No i piątka z ZPT (dla gimbazy – to skrót od zajęć praktyczno-technicznych).

I przypominam sobie, a właściwie nie przypominam, jak nagle po prostu zaczęłam robić na tych drutach wszystko, co tylko mi się zamarzyło, najwymyślniejszymi ściegami i bez patrzenia na druty. Tak po prostu.

3. Pierwsza jazda samochodem. Starym dużym fiatem kupionym za dwa tysiące złotych od kogoś, kogo imienia nawet nie pamiętam. Na placu przy ŚFUP-ie.

Umiejętność, która też wykiełkowała z podpatrywania, kiedy siedzisz jako pasażer i mimowolnie rejestrujesz to, co robi kierowca. A potem wsiadasz i – jeśli byłeś wystarczająco uważny – jedziesz. Jedyne, czego jeszcze nie masz, to wprawa. Ale ona przychodzi z czasem.

I przypominam sobie, a właściwie nie przypominam, kiedy właściwie zaczęłam jeździć, jakbym to robiła od zawsze – nie przekładając na zakrętach kierownicy, „jak baba”, manewrując z wyobraźnią przestrzenną, odnajdując się w wielkomiejskich korkach i na świdnickich, ciasnych przyrynkowych parkingach. Po prostu…

4. Pierwszy pocałunek…

Kiedy podpatrywałeś tylko w filmach, i to głównie komunistycznych, więc nijak się to ma do rzeczywistości, ale jednak – choć robisz to niezgrabnie – udaje Ci się poczuć towarzyszące temu emocje.

I przypominam sobie, a właściwie nie przypominam, jak to się stało, że nagle poczułam się także i w tym zaawansowana i całkiem nieźle wyedukowana.

5. Pierwsze dziecko…

W moim przypadku jedyne i ostatnie (chyba że będzie mi dane wychowywać czyjeś, bo losy czasem ciekawie się plotą). Te chwile, kiedy rośnie w Tobie nowe życie i każdego dnia wszystko jet pierwsze, a potem po urodzeniu – każdy dzień jest też tym pierwszym. Pierwsza kupka, pierwszy uśmiech, pierwszy krok, pierwsze słowo… A potem i Ty, i to dziecko nagle „wiecie, jak”. Całe wychowawczo-emocjonalne know-how ludzkości nagle jest w Waszych umysłach i już. Tak po prostu.

To niby takie zwyczajne, a jednocześnie, kiedy spojrzeć na to pod kątem słów Oli: „jasne, że ogarniasz. Przecież jesteś rodzicem”, nabiera tak głębokiego znaczenia.

Kiedyś człowiek był małpą i chodził na czworakach, ale raz po coś się podniósł i zobaczył świat inaczej. I zaczął się uczłowieczać. Kiedyś jadł surowe mięso, ale niechcący wywołał ogień i to mięso upiekł. Kiedyś chodził nago, ale było mu zimno, więc odkrył, że zwierzętom nie jest zimno, bo mają futra. Zaczął więc przyodziewać się w futra upolowanych zwierząt. Kiedyś człowiek nie umiał mówić w dzisiejszym rozumieniu mowy, ale zaczął, bo zauważył pewne prawidłowości. Nie umiał pisać, ale zaczął – z tego samego powodu. Pisał ręcznie, ale niejaki Jan Gutenberg wpadł na pomysł, że po co pisać ciągle te same znaki, skoro można je pojedynczo odwzorować i używać do tworzenia wielu słów, zdań, tekstów…

Kiedyś nie umiałam niczego. A dziś… też wciąż uważam, że jeszcze wiele muszę się nauczyć. A jednak, obiektywnie patrząc, mam tak wiele umiejętności, że moje dziecko może powiedzieć „rodzice ogarniają wszystko” i powiedzieć to z przekonaniem. Oczywiście, prawda jest taka, że jeśli pracujesz nad sobą, to ciągle chcesz umieć więcej. Ale też wiesz, że umiesz się tego nauczyć. Wystarczy tylko zacząć. Bo zawsze, we wszystkim, co robisz, musi być ten pierwszy raz.

No i niech ktoś z tym polemizuje 😉

POMAGANIE JEST PIĘKNE!

środa, Listopad 23, 2016 0 0

Tak, tak… To jest TEN CZAS, kiedy będę zamulać na maksa. Ale wiem, że to akurat zamulanie lubicie i że tak troszkę się nawet przyczyniam do tego, że jest nas coraz więcej. NAS, czyli tych, którzy mają mega frajdę, kiedy mogą się dzielić.

Jestem człowiekiem słowa. Żonglowanie słowem, zabawa językiem, słowne żarty, dziwne tych słów zestawianie to jest coś, co po prostu uwielbiam i wiem, że wiele osób to docenia (a niektórzy nawet mi chcą za to płacić! :D). Piszę o tym, bo dziś – nie wiem, dlaczego – przypomniało mi się, jak pierwszy raz usłyszałam polski idiom ” potrafi oddać komuś ostatnią koszulę”, który opisuje ludzi umiejących się dzielić, pełnych empatii, współczucia – po prostu dobrych. Byłam dzieckiem i rozbierałam (nomen omen) te słowa całkiem dosłownie, więc w mojej dziecięcej głowie rozbijały się od brzegu do brzegu pytania: „jak to? a jak będzie mi zimno?”, „ale co ja potem zrobię?” itp. itd.

Oczywiście, szybko zrozumiałam, że to tylko takie powiedzenie i w ogóle na czym polega uroda idiomów i że jak ten gość, którego nazwiska żaden świdnicki urzędnik nie potrafi napisać bezbłędnie – Jan Baudouin de Courtenay (Polak, notabene), miał rację mówiąc: „granice mojego języka są granicami mojego świata”. To dlatego „thank you from the mountain” mówi Anglikowi mniej więcej tyle, że ma do czynienia z a) idiotą, b) obcokrajowcem, najprawdopodobniej Polakiem 😉 (PS Dla niewtajemniczonych – chodzi o dosłowne tłumaczenie powiedzenia „dziękuję z góry”) To był krok milowy.

A jak wiadomo – każda podróż zaczyna się od jednego kroku. Tak więc teraz jako „już całkiem duża dziewczynka” rozumiem jeszcze więcej. I rozumiem, że aby pomagać, wcale nie trzeba oddawać ostatniej koszuli. Przeciwnie – żeby naprawdę pomagać, fajnie jest samemu czuć się dobrze. Ze sobą. Z innymi. W życiu. Tak po prostu. Fajnie też jest mieć więcej. Bo wtedy jest się czym dzielić. Czasem chodzi tylko o „więcej czasu”.

Od czterech lat udowadniamy w naszej akcji Podziel się, że pomaganie jest proste. Wystarczy tylko chcieć. Nic więcej. Chcesz – pomagasz. A jak – to nie ma znaczenia.

A więc – zamulam: http://facebook.com/podzielsiezinnymi. Dołączajcie! Teraz działamy w Świdnicy i w Rybniku, jest nasza akcja rozrasta się jak kula śnieżna, a że wyróżnia ją to, że dociera do ludzi lokalnie, ludzi, których znamy, to chyba nie ma lepszej rekomendacji.

Dzielcie się! To Wasz najlepszy prezent na święta <3

https://www.facebook.com/pg/podzielsiezinnymi/videos/?ref=page_internal

MEMENTO… VITAE

wtorek, Listopad 1, 2016 0 0

Kiedyś nie znosiłam pogrzebów. Uważałam, że za dużo bliskich pogrzebałam, jak na mój młody wówczas wiek. I to jest prawda. Ale odkąd musiałam pogrzebać mojego męża (uwierzcie, że to jest nawet gorsze niż sama śmierć), przestałam. Nie znosić pogrzebów. Nie, żebym stała przed tablicą z nekrologami i wyszukiwała, w czyjej by tu ostatniej drodze wziąć udział 😉 Przeciwnie – nadal jak nie muszę, to nie idę. Ale wiecie… chyba się starzeję. Bo coraz częściej jednak zerkam na tę tablicę przy deptaku na Łukowej i coraz częściej przyłapuję się na tym, że Święto Zmarłych to ważne święto. To także nasze święto, jakkolwiek by to nie zabrzmiało 😉

Oczywiście nie jest świętem dlatego, że będę miała okazję poświecić na cmentarzu nowymi kozakami, zamachnąć się połą wczoraj kupionego płaszcza czy pofalować przed zgromadzoną przy tym czy innym grobie rodziną nowym blondem na moich puklach. I nie jest świętem dlatego, że cieszę się, że pogrzebałam tylu bliskich mi ludzi (ja i inni nasi wspólni bliscy). Ale jest świętem, jak wiele innych, stworzonym po to, żeby o czymś sobie przypomnieć. Jak Boże Narodzenie – co wiecie zapewne z hollywoodzkich filmów oraz „Opowieści wigilijnej” Dickensa – jest po to, żeby sobie przypomnieć, że jesteśmy ludźmi i jesteśmy z gruntu dobrzy i że chcemy być z innymi ludźmi, dzielić się z nimi, śmiać się z nimi, cieszyć się z nimi tym, co przeżywamy. Tak Święto Zmarłych (pamiętajcie – przypada jutro, nie dzisiaj) jest po to, żebyśmy pamiętali, jak krótki i kruchy jest ten czas, który mamy tu, na Ziemi. I jak ważne, żeby go naprawdę dobrze wykorzystać!

W liceum i na studiach zgłębiałam tajniki średniowiecznego zawołania „memento mori”. Dzisiaj spacerując po cmentarzach zastanawiam się, jakie zawołanie słyszymy najczęściej w dzisiejszych czasach. „Bądź sobą”? „Żyj, jak chcesz”? „To twoje życie i nikt go za Ciebie nie przeżyje”?

„Żyj wolniej”? (slow food, slow life, slow motion…) czy przeciwnie – „Żyj szybko, bo życie jest krótkie”? (gaz do dechy and… go get it!).

Ale właściwie nie wiem, po co się nad tym zastanawiałam. Bo to, co zostaje w literaturze czy na kartach historii, w większości rzadko jest tym, co było naprawdę. Naprawdę żyjemy, jak umiemy – ani jak chcemy, ani jak nie chcemy. Jak umiemy. Jak nam się udaje. Większość z nas po prostu płynie z prądem, bierze to, co przyniesie los. Dobre czy złe. Ale czy te życia są gorsze niż tych, którzy płyną pod prąd, którzy nie godzą się z losem?

W finale wszyscy znajdziemy mniej lub bardziej spokojną, mniej lub bardziej malowniczą, z biedniejszym albo bogatszym nagrobkiem przystań w jednym i tym samym miejscu.

Czym więc właściwie jest życie? I po co żyjemy? Może po to, żeby w tym miejscu, do którego trafią po śmierci nasze ciała, inni, którzy nas znali, NAPRAWDĘ chcieli nas odwiedzić? Nie po to, żeby pokazać nowe kozaki, płaszcz czy blond na włosach. Nie po to, żeby zapalić znicz (najlepiej jak najdroższy i najbardziej wypasiony), „bo tak trzeba”. I nie dlatego, że jest akurat 1 listopada. Ale dlatego, że o nas myślą, że im nas brakuje, że mimo że nas już nie ma, oni wciąż w jakiś sposób chcą być w pobliżu. Może właśnie po to… Jak na grób Emily Dickinson w Amherst przychodzą fani jej twórczości i zostawiają wiersze, ołówki, pióra oraz… szpilki. Nieważne co. Ważne, że przychodzą, bo chcą.

IMG_9355

Stojąc dzisiaj przy grobie mojego taty (zmarł mając równo 40 lat), patrząc na nagrobek i uświadamiając sobie, że przeżyłam już więcej lat niż dane było jemu, a potem – że jestem już nawet rok starsza niż mój mąż, kiedy zmarł… A potem, że mój szwagier przeżył swojego ojca o zaledwie dwa lata. A potem – że prababcia mojej córki żyła cztery lata dłużej niż jej babcia. A jeszcze potem, kiedy zobaczyłam nagrobek mojej zmarłej w tym roku samotnie cioci (to właściwie taka ciocia-babcia była)… Mówię Wam – wielka, granitowa nówka-nieśmigana z gigantyczną grawerką ŚP ODACHOWSCY… Najwyraźniej ciocia i wujek – brat i bratowa wspomnianej cioci-babci – przygotowali już także dla siebie… A jeszcze potem, kiedy pomyślałam sobie, gdzie ja bym chciała być pochowana i na szczęście trafiłam na fejsie na temat ekologicznych trumien, dzięki którym moje ciało może być (jak inne, ale jakby bardziej „świadomie”, jeśli w ogóle można użyć takiego słowa w tym kontekście) pożywką dla jakiejś roślinki, np. drzewa i już nie musiałam się nad tym zastanawiać, to…

To zrozumiałam, że cmentarze to jest w gruncie rzeczy mądra rzecz wymyślona przez ludzi. Jak nie znoszę stawiania pomników (wiecie zresztą, co na ten temat myślę), a im bardziej wypasiony nagrobek, tym bardziej jestem sceptyczna co do intencji tych członków rodziny, którzy pozostali, tak uwierzcie mi – cmentarze to naprawdę mądra rzecz. To takie miejsce, w którym w łatwy, bo bezpośredni (dosłownie!) sposób możesz się uziemić, docisnąć w wyobraźni swoje bose stopy do zimnej, wilgotnej ziemi i stanąć na niej naprawdę mocno. Rozejrzeć się i zrozumieć, że TO JEST TEN MOMENT! Na wszystko. Że nie będzie innego. Że jeśli chcesz coś zrobić, zrób to. Jeśli marzysz o czymś, zacznij działać. Jeśli chcesz uciec, uciekaj. A jeśli chcesz zostać, zostań. Jeśli marzy Ci się inne życie niż prowadzisz teraz, zmień je. Podróż dookoła świata – kiedy, jeśli nie teraz? Zmiana pracy – a na co czekać? Jeśli czujesz, że stoisz w miejscu, rusz się. Nie od dzisiaj wiadomo, że każda wielka podróż zaczyna się od małego kroku. Jeśli chcesz kogoś przeprosić – zrób to. Dzisiaj. Nie jutro. Jutro Ciebie albo jego może już nie być.

Jeśli pragniesz miłości – szukaj jej aż Ci tchu zabraknie. Bo nawet gdyby miał być to już ten ostatni oddech – warto.

Jeśli chcesz zrobić coś dobrego – do roboty! Jeśli złego – zastanów się dwa razy, ale gdyby okazało się, że ma Ci to sprawić radość – dawaj! It’s your life! To Twoje życie. Tylko jedno. Drugiego nikt Ci nie da, bo któż z nas, nawet gdybyśmy byli najzagorzalszymi katolikami, wie, jak wygląda życie wieczne? Ok – żeby pogodzić wierzących i niewierzących: TAKIE życie będzie tylko jedno. WASZE życie. YOUR way of living 😉

Tę piosenkę znacie dobrze – także z mojego bloga, ale przywołam ją znowu, bo jest wiecznie aktualna, a dziś – do tego wpisu – wręcz idealna:

Wiecie, co powtarzam tutaj bardzo, bardzo często? To nie tylko mój blogowy tekst. Powtarzam to też na żywo. „Dzisiaj jestem, a jutro…” Memento… vitae! 🙂

PS I wbrew pozorom, to nie jest pesymistyczny tekst!

 

CZYM WŁAŚCIWIE JEST PREZENT?

piątek, Październik 28, 2016 0 0

Mój przyjaciel Larry, 86-letni Amerykanin, którego znacie z mojego bloga i tegorocznej American Trip, co roku od prawie dwudziestu lat (tyle się znamy) powtarza, że Thanksgiving jest dla niego o wiele piękniejszym świętem niż Boże Narodzenie, bo… nie trzeba tyle myśleć o prezentach. Liczy się obecność i wspólne spędzanie czasu. Nie, nie… Larry absolutnie nie jest materialistą ani Scroodgem z Dickensowskiej „Opowieści Wigilijnej”, mimo że bardzo skrupulatnie prowadzi swoje domowe finanse. Przeciwnie – uwielbia dawać prezenty, zwłaszcza takie, które niosą za sobą jakieś emocje. Prawdopodobnie to jedna z rzeczy, które nas, mimo tak ogromnej różnicy wieku (uświadomiłam sobie właśnie, że w tym roku jest dwukrotnie starszy niż ja), uczyniły przyjaciółmi 🙂

Bo najlepsze w życiu prezenty, jakie dostałam i jakie dałam, to te, za którymi kryło się całe morze (a czasem zaledwie małe źródełko) pozytywnych emocji. Bo chcąc zrobić naprawdę dobry prezent, trzeba się w kogoś wsłuchać. Obserwować, poczuć jego pasje, w pewnym sensie „podsłuchać” jego myśli. Poobserwować… Czasem z pozoru błaha informacja, parę puzzli połączonych niby „od czapy” potrafi pokierować nami dokładnie w tym kierunku, w którym kryje się sedno.

Dla mnie… najlepsze prezenty to te niematerialne.

Niepotrzebna mi modna torebka, kosztowna biżuteria czy nowa suszarka do włosów. To wszystko oraz nowy samochód potrafię sobie sprawić sama 😉 Potrzebne mi emocje. Potrzebna mi świadomość, że ktoś robiąc mi prezent na choćby chwilę naprawdę skupił się na mnie, na tym, co sprawiłoby mi radość.

I tak samo działam w drugą stronę. Jeśli tylko mogę, staram się drugiemu człowiekowi podarować emocje. Wczuć się w niego, poczuć jego pragnienia. Pomyśleć nad tym, co naprawdę mogłoby mu sprawić radość. Bo nie ma lepszego prezentu. Uwierzcie mi, że nie ma. Nawet jeśli w finale odpakowujesz coś zupełnie materialnego, ale jednak wiesz jednocześnie, że

są w tym jakieś emocje, masz świadomość, że ten kto ten prezent dla Ciebie przygotował, naprawdę dobrze wiedział, co Ci sprawi radość, to jest to!

Pewnie dlatego moje najlepsze prezenty dla mnie to te, które podarowałam komuś, nie sobie (chociaż…) Potrzebującym w ramach naszej akcji „Podziel się”, niepełnosprawnym, do których dawno temu chodziłam jako klaun, chorym, dla których wysłałam SMS czy zrobiłam przelew albo przyjaciółce, dla której zorganizowałam party-niespodziankę jak z filmu, gromadząc w jednym miejscu tak wielu różnych jej znajomych i przyjaciół, że ja sama byłam w szoku, a co dopiero ona 😉 I sama nie wiem, kto ma z tego większą frajdę. Bo mam wrażenie, że jednak ja 🙂

Nie ma bowiem materialnego prezentu, który dałby mi taki power, jaki daje mi co roku kilkadziesiąt wizyt u ludzi, którzy mają zupełnie zwyczajne potrzeby. Nie ma takiego giftu, który przyniósłby mi takie pozytywne emocje, jakich wtedy doświadczam (nie tylko ja, bo przecież jest nas w tej akcji wielu).

Nie ma lepszego Thanksgiving niż kilkanaście razy dziennie powtarzane przez moją córkę „Kocham Cię”.

Na żywo, przez telefon, na Messengerze czy w iMessage. Nie ma w życiu w ogóle niczego lepszego niż emocje, które można sobie i innym podarować.

Nie zrozumcie mnie źle – wszystko, co mamy i co pozwala nam żyć tak, jak chcemy, czyli dobra materialne – to są rzeczy bardzo ważne. Ale jak bardzo bledną w obliczu emocji?… I czym są wobec całego życia? A jak bardzo pomogą w chwili śmierci? Emocje albo ich wywoływanie za pomocą rzeczy materialnych świadomie wybranych – to jest istota prezentu.

Zbliża się czas prezentów. Za pasem Boże Narodzenie. Za kilka dni Wszystkich Świętych, a tuż po nim – rozkręci się wielka prezentowa machina. I my wszyscy jak te trybiki będziemy latać po sklepach, przeczesywać sieć w poszukiwaniu książek, krawatów, skarpetek, szalików, zabawek i innych prezentów, które prezentami są tak naprawdę tylko z nazwy… Bo czym właściwie jest prezent? Widomym znakiem, że ktoś o Tobie myśli. Świadectwem, że znaczysz dla niego dużo więcej niż ktoś spotkany przypadkowo na ulicy.

I czy naprawdę chcesz tego kogoś obdarować nowym krawatem albo skarpetkami? Tu przypomina mi się tradycja tzw. rózgi dawanej „niegrzecznym dzieciom” (pomińmy na chwilę fakt, że nie ma niegrzecznych dzieci, są tylko nieprzygotowani rodzice), którą… cóż… niejeden raz dostałam (pewnie niezasłużenie, z dzisiejszego punktu widzenia, ale wystarczyło, że raz nie poodkurzałam domu po powrocie ze szkoły ;)) Bo w sumie… czasem taki „z dupy” prezent też ma jakiś ciężar gatunkowy. Potrafi wiele „powiedzieć”. Dać coś do zrozumienia. To ZAWSZE jest jakiś ZNAK!

Czemu ja akurat o tym piszę? Bo to jest taki rok, kiedy zaczęłam świadomie myśleć o obdarowywaniu innych. Sama sobie umiem zrobić prezent – w sumie wystarczy mi „Dzień jeden w roku”.

Ale jak zrobić otaczającym mnie ludziom PRAWDZIWY PREZENT, niosący te emocje, które sama lubię czuć, dający tę świadomość, którą sama lubię czuć – że ktoś na tę jedną małą chwilę skupił się na mnie, że nie kupował prezentu od czapy, że naprawdę go przemyślał… Ale od moich pierwszych od wielu lat prawdziwych wakacji JUŻ WIEM. I mam nadzieję, że w większości przypadków mi się udaje. A jeśli nie, to wciąż nad tym pracuję. Bo ludzie to jest prawdziwa istota całego życia. Wielu z nas wciąż o tym nie wie i przekonuje się w tym ostatnim momencie. O wiele za późno.

7 RZECZY, KTÓRE WARTO WIEDZIEĆ O SAMOTNYCH RODZICACH

wtorek, Październik 18, 2016 0 0

Ten artykuł piszę w imieniu wszystkich samotnych rodziców. Od niedawna mocniej kręcę się wokół tego tematu. Wszystko przez to, że Robert Korólczyk, pomysłodawca akcji „Podziel się”, w której mam od kilku lat swój skromny udział, uznał, że powinniśmy w tym roku zwrócić uwagę także na tę grupę społeczną (do tej pory zajmowaliśmy się starszymi osobami samotnymi, i to zostaje, oraz rodzinami wielodzietnymi).

Fakt, że sama jestem samotnym rodzicem oczywiście nie ma tu nic do rzeczy. Ten kierunek pomocy to decyzja Roberta. Ale sam pomysł kazał mi się przyjrzeć naszemu życiu trochę z zewnątrz. Naszemu, czyli właśnie samotnych rodziców. A pomogli mi w tym, jak zwykle, bliżsi i dalsi znajomi, najczęściej zupełnie niechcący (zarówno z dobrymi, jak i złymi przykładami). Ale i tak dziękuję!

I tak od słowa do słowa, od wątku do wątku uświadomiłam sobie, że ludzie wokół nie bardzo rozumieją, jak to właściwie jest być samotnym rodzicem. Niby wiedzą, ale czy naprawdę rozumieją? I tak zrodziła mi się w głowie lista 7 rzeczy, na które zwykle nie zwraca się uwagi w przypadku samotnych rodziców, a które – wierzcie mi – mają kolosalny wpływ na życie nasze i naszych dzieci. Jest to wynik doświadczeń moich i innych rodziców samotnie wychowujących dzieci, bo jakoś tak się dziwnie dzieje, że się przyciągamy w czasoprzestrzeni.

A oto lista (kolejność tym razem zupełnie przypadkowa):

1. Samotny rodzic występuje w liczbie pojedynczej 😉

To znaczy, że jak dziecko się obudzi w nocy, odwodnione, wymiotujące, z 40 stopniami gorączki, to nie ma komu polecieć po samochód, żeby jechać na pogotowie, kiedy Ty je jedną ręką ubierasz, drugą sprzątając wymiociny, a trzecią (tak, czasem samotni rodzice miewają nawet czwartą i piątą rękę) ubierając siebie, szukając kluczyków do auta i głaszcząc siebie samą po ramieniu, że wszystko będzie dobrze.

To znaczy, że kiedy jednocześnie trzeba jechać z dzieckiem do ortodonty i iść na wywiadówkę do szkoły, zawsze trzeba wybierać. Więc wybierasz to, co ważniejsze dla przyszłości dziecka, bo się nie rozdwoisz. Ja wybieram ortodontę. Bo szkołę zawsze da się nadrobić, a tego, co się dzieje z rosnącym organizmem – nie 😉

Albo kiedy w tym samym czasie i rodzic, i dziecko mają coś naprawdę ważnego, w czym oboje powinni wzajemnie uczestniczyć. Taką sytuację nazywa się rodzinnym dramatem, bo żadne rozwiązanie nie jest dobre 🙂

2. Samotny rodzic ogarnia wszystko sam

Niby to takie oczywiste, ale wyobraź sobie, że sama/sam każdego dnia, bez względu na pogodę, porę roku, świątek, piątek czy niedzielę, ogarniasz zakupy, jedzenie, gotowanie, pranie, mieszkanie, samochód, naprawy starych sprzętów, zakupy nowych, wymianę żarówek, przepychanie kibla, pieczenie ciasta do szkoły, rachunki, wizyty u lekarzy, weterynarzy, wszystkie święta ruchome i nieruchome, sprawy przypisane facetom i sprawy przypisane kobietom. Aha, no i jeszcze pracę zawodową i samą/samego siebie, bo z czegoś trzeba żyć i jakoś wyglądać.

I nie ma się komu wypłakać w ramię, kiedy momentami już naprawdę się tego nie ogarnia.

3. Samotny rodzic to zwykle jedna pensja, bo z alimentami różnie bywa, a renty po młodo zmarłych rodzicach są w tym kraju śmieszne

Tak więc samotny rodzic żyje z jednej pensji, a jeśli ma kredyt (a kto ich w Polsce nie ma – obojętnie, czy bogaty, czy biedny?), to spłaca go sam – z tej jednej pensji. A jeśli chce ubrać dziecko i siebie – to też z tej jednej pensji. I jeśli chce pojechać z dzieckiem na wczasy, to nadal musi to finansować z tej jednej pensji. Kiedyś słyszałam od pewnej znajomej singielki (też ich trochę mam w otoczeniu): „No, ale ja też muszę wszystko sama!” Teoretycznie tak, tylko że jako singielka czy singiel – musi sam pojedynczo, a samotny rodzic – musi sam podwójnie, a czasem i potrójnie albo poczwórnie. Ot, taka subtelna różnica 😉

4. Samotny rodzic potrzebuje uczuć i miłości tak samo jak niesamotny rodzic i tak samo jak bezdzietny singiel

Ten punkt wziął się stąd, że kiedy rozmawiam z bezdzietnymi singlami, którzy mi się zwierzają, że im czasem trudno/smutno/źle, to słyszę: „Ty przynajmniej masz córkę”. Oh, really? I to oznacza, że nie muszę już chcieć ułożyć sobie życia? Bo co? Bo związek jest po to, żeby mieć dziecko i już? A przecież miłość dziecięco-rodzicielska to zupełnie inna miłość niż ta partnerska. Czy to tak trudno zrozumieć? 🙂

Jeszcze jeden przykład z mojego otoczenia: Odbierając życzenia urodzinowe rok temu usłyszałam: „…i fajnego faceta. A właściwie… po co Ci facet? Tak dobrze sobie radzisz!” No jasne! Bo facet/kobieta są potrzebni do „radzenia sobie”, tak? 😉 Najczęściej wtedy zadaję pytanie: „A co byś zrobił/zrobiła bez… (i tu podaję imię jego/jej faceta/kobiety)?” I następuje milczenie. Całkiem wymowne. Bo czym jesteśmy bez drugiego, bliskiego człowieka? Dzieci, owszem, są bliskie, najbliższe, krew z krwi, ale tak jak wspomniałam w poprzednim wpisie – to odrębny byt, żyjący własnym życiem. I prędzej czy później wyjdą z domu i będą żyć swoim życiem po swojemu. Z tym wiąże się kolejny punkt.

5. Samotnemu rodzicowi trudniej znaleźć nowego partnera

Bo kto chce rozwódkę z dwójką dzieci? Kiedy ona w ogóle znajdzie czas, żeby się z kimś spotykać?! Albo kto zechce wdowca z małym synkiem? Kto obejrzy się za dzieciatą wdową? No, obejrzą się, bo samotna wdówka to zawsze dobra opcja 😉 Robi się jednak mało ciekawa, kiedy okazuje się, że ma dziecko. No bo kto by chciał wychowywać cudze dziecko, prawda? Tak już, niestety, jest. Nie mówiąc już o tym, że zwyczajnie trudniej nam wyjść z domu, nie tylko na randkę, ale w ogóle, zwłaszcza kiedy dzieci są małe.

6. Samotny rodzic najczęściej pracuje ponadprzeciętnie

No tak. Jakoś przecież trzeba dorobić tę drugą, brakującą pensję. Albo przynajmniej jej część, rekompensującą wyraźne braki budżetowe widoczne w domach samotnych rodziców. Tak więc samotny rodzic rzadko ma czas na cokolwiek innego, poza pracą, domem i wychowaniem dzieci, a i na to momentami ledwie wystarcza czasu.

7. Samotny rodzic, choć występuje w liczbie pojedynczej, to spełnia podwójną rolę – jest matką i ojcem jednocześnie

Właściwie to mogłabym to zawrzeć w punkcie 1, ale wydaje mi się, że zasługuje to na podkreślenie. Bo zwykle wychodzimy z domu mniej czy bardziej ukształtowani przez oboje rodziców. Ale gdy jesteśmy samotnymi rodzicami, to nawet jeśli jest to skutek rozwodu, a dzieci widują się z tym drugim rodzicem regularnie – nadal większość czasu spędzają tylko z jednym (znam, owszem, jeden przypadek opieki 50/50, ale mam poczucie, że nie jest do dobre dla dziecka – nikt nie jest w stanie długo wytrwać w szpagacie). Tak więc to, które jest z dzieckiem na co dzień, siłą rzeczy musi być trochę ojcem, trochę matką. Najtrudniej tym rodzicom, którzy zostali w wychowaniu całkiem sami. Na matkę/ojca nie ma co liczyć, więc trzeba dublować tę drugą rolę, samemu nie mając dublera 😉 Jakie to bywa czasem trudne – wiedzą tylko ci, którzy tego doświadczyli.

I tak to właśnie z nami jest. Większość z nas stara się jednak żyć „normalnie”. Być może właśnie dlatego mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak to naprawdę jest. A jest… właśnie tak. Zresztą – jak znam życie – to inni samotni rodzice dopiszą tutaj także swoje doświadczenia. Na co bardzo liczę…

Bo kiedy dowiedziałam się, że w tym roku skierujemy pomoc do osób samotnie wychowujących dzieci, do ludzi takich jak ja, tylko trochę gorzej radzących sobie w życiu niż ja i moi znajomi samotni rodzice, a przez to zmuszonych do korzystania z pomocy społecznej, aż podskoczyłam. Tak! To jest ta część społeczeństwa, na którą naprawdę warto rzucić solidny snop jasnego światła. I bynajmniej nie dlatego, że ja do tej części należę. Mam nadzieję, że się odezwiecie – inni samotni rodzice. Chyba warto, żeby pozostali zrozumieli różnicę 🙂

PS A przy okazji jeszcze trochę prywaty – ale nie dla mnie. Polubcie nasz profil na FB, nawet jeśli nie przyłączycie się do akcji, na pewno dacie się zarazić tym dobrem, które z niej płynie: Podziel się

LUBIĘ TO! O Borówkowym Chłopcu i wychowaniu dzieci

sobota, Październik 15, 2016 0 0

Lidl. Popularny dyskont spożywczy. Sobota przed południem. Mały, może czteroletni chłopczyk sięga po opakowanie borówek i wkłada do koszyka prowadzonego przez ojca. Po chwili ojciec orientuje się, wyciąga borówki i odkłada je na miejsce. „Nie lubisz tego” – mówi do synka. „Lubię to” – odpowiada mały niezbyt głośno i chwyta opakowanie z powrotem. „To są borówki. Nie lubisz tego” – ojciec konsekwentnie odkłada owoce. „LUBIĘ TO!” – krzyczy chłopiec. „Nie lubisz. To są borówki” – ojciec odpowiada ze spokojem, odkłada borówki i rusza dalej w sklep. „LUBIĘ TO! LUBIĘ! LUBIĘ TO! LUBIĘ TO! LUBIĘ TO! LUUUUUBIĘĘĘĘ! LUUUUBIĘĘĘĘ!!!” – wrzeszczy przez łzy jego syn.

Kto z nas nie zna takich historii z własnego życia? Dziecko upiera się, że czegoś chce i rozpoczyna się próba sił, z której nie zawsze rodzic wychodzi obronną ręką 😉

Ekspertem od rodzicielstwa nie jestem. Sama popełniam błędy i żadna ze mnie idealna matka. Zresztą, kto jest ideałem? Ale mam to szczęście, że kiedy się na czymś nie znam, pozwalam sobie działać intuicyjnie i to się sprawdza. Bo rodzicielstwo jest jak Nowy Jork – to stan umysłu. Taką moją interpretację wydrukowała nawet kiedyś „Polityka”, więc się jej trzymam hahaha 😀 Po mojemu to jest taki stan, w którym im częściej stawiasz się w roli dziecka, tym lepiej – dla Ciebie i dla niego. Im częściej choćby przez chwilę zastanawiasz, się „jaka ja byłam wtedy?”, tym więcej jesteś w stanie zrozumieć ze świata swojej córki czy syna.

Bo w wychowaniu dzieci nie chodzi o system nakazów i zakazów, o odbieranie borówek aż do skutku, „bo nie lubi”, o „szlabany”, gdy coś przeskrobie… Ale o to, żeby pozwalać dziecku doświadczać świata

– moczyć się w deszczu i skakać po kałużach, włazić na drzewa i z nich spadać, biegać jak wariat, zdzierać kolana, łamać ręce, próbować jedzenia, które mu nie smakuje, dostawać jedynki i szóstki, przegrywać w konkursach i w nich zwyciężać – towarzysząc mu w tym jednocześnie, na drugim planie, dyskretnie, uważnie, by w razie potrzeby służyć wsparciem. Tylko i aż tyle. Bo to wbrew pozorom, nie taka prosta sprawa. Ale możliwa i przynosząca nieprawdopodobną satysfakcję.

Piszę to z przekonaniem i doświadczeniem matki prawie 15-letniej córki, z którą nigdy się nie nudzę, z którą urządzamy sobie czasem „korepetycje muzyczne” z Youtuba, poznając wzajemnie to, co nam się podoba, z którą rozmawiamy o książkach szczerze i bez Ferdydurkowego zadęcia, z którą razem oglądamy filmy i bajki, gotujemy, jemy, jeździmy na szoping i na protesty, dla której może nie zawsze mam tyle, czasu, ile by chciała, ale staram się i ona to widzi i docenia. I która wręcz do znudzenia potrafi powtarzać „kocham Cię, mamo”, nie krępując się tego nawet przy koleżankach… Bezcenne!

Przyznam Wam się szczerze, że słysząc płacz tego chłopca i jego „Luuubięęę toooo!”, chciałam kupić mu te borówki i wręczyć, gdy wyjdziemy ze sklepu. Niestety, jak pamiętacie #niewpieprzamsie 😉 To jego rodzic, a mnie nic do tego, jak go wychowuje i czy mały naprawdę lubi borówki, czy po prostu miał akurat klasyczny kryzys wieku dziecięcego 😉 w którym chodzi głównie o to, żeby coś na rodzicu wymóc i robi się to w możliwie najbardziej publicznym miejscu w możliwie najgłośniejszy sposób 😀 (zastanawiałam się też chwilę, czy może to po prostu za drogi zakup, ale zajrzałam do koszyka i biedy w nim nie widziałam).

Też to przerabiałam. Najsłynniejsza akcja to na wakacjach w Sarbinowie, kiedy dwuletnia Ola zobaczyła, jak jej sześcioletni kuzyn świetnie radzi sobie z rodzicami drąc się wniebogłosy bez względu na czas, miejsce i otoczenie społeczne, aż wreszcie uzyskuje dokładnie to, czego chciał. A najbardziej spektakularna – kiedy trzeba było już wyjść z aquaparku, miejsca zawierającego tysiące litrów żywiołu, który w dzieciństwie mojego dziecka spełniał momentami funkcję rodzica zastępczego (gdy np. siedziała godzinami w wannie) 😉

Ale przetrwałam. Przetrwaliśmy z mężem. Ola też przetrwała. Wyrosła, „zmężniała”, jak sama żartuje. Ale jedno się nie zmieniło. Cały czas próbuje. A ja jej cały czas to umożliwiam. Gitara? Proszę bardzo. Keyboard? Czemu nie! Lekcje śpiewu? Jasne! Jazda konna? Sama nawet jako kadra na obozy jeździłam. I tak samo ze wszystkim innym. Moje dziecko nie wybrzydza na jedzenie. Szpinak wcina jak Popeye, a owoce morza – jakby urodziła się na morskiej wyspie. Ale wie też, że nie lubi fasolki po bretońsku czy żurku. Ale nie dlatego że – jak wiele dzieci – tak sobie wymyśliła. Tylko dlatego, że spróbowała, i to nie raz. I przekonała się sama, że nie lubi. I już. Od kilku lat ma swoją pasję, dzięki której objawił się jej do niedawna ukryty, a już dziś wiemy, że największy talent w jej życiu – plastyczny.

Ale nie odkryłaby go, a ja nie pękałabym z dumy widząc, jak odbiera nagrodę za wyraźnie wyróżniającą się pośród innych pracę na konkursie, gdyby nie to, że ktoś dał jej szansę próbować i wspierał, gdy nie wychodziło. Nie narzekał, że gitara leży w kącie. Że wydał kasę na keyboard. Że nie chce jej się już jeździć konno, chociaż jej koleżanka odnosi w tym wielkie sukcesy. Po prostu był.

Bo jak mamy się dowiedzieć, że coś lubimy lub nie, że coś chcemy robić lub nie, że to nam smakuje, a tamto – niekoniecznie, jeśli nie będziemy próbować?

Tak więc, drogi rodzicu „Borówkowego Chłopca”, jeśli przypadkiem kiedyś natkniesz się na ten wpis, albo inny rodzicu – pozwólcie swoim dzieciom próbować, nawet i po sto razy, nawet jeśli wiecie, że czegoś nie lubią (może w końcu polubią, borówki w końcu są zdrowe 😉 ), nawet jeśli zrobią sobie przy tym jakąś krzywdę, nawet jeśli będą przeżywały porażki, nawet jeśli dostaną jedynkę, nawet jeśli ten chłopak czy dziewczyna, według Was, nie jest dla nich… Prawda jest bowiem taka, że choć to Wy wydaliście je na ten świat, jest to już tak naprawdę ich życie. Możecie im tylko pomóc jak najlepiej się w tym życiu odnaleźć. Tylko i aż tyle 🙂

I koniecznie obejrzyjcie ten filmik! 😀

https://www.facebook.com/WallStickersForKids.ie/videos/1216075528463063/

PS 1 Na razie mi rodzicielstwo wychodzi. Ale obiecuję, że przyznam się, jeśli pewnego dnia coś spieprzę 😉 Bo to praca, jak każda inna, podobna trochę do pracy nad związkiem. I tu nie ma weekendów i dni wolnych 😀

PS 2 Przy okazji przypomniał mi się mój inny dziecięco-rodzicielski wpis – ciekawe, że inspiracje pochodzą z tego samego dyskontu. Chyba muszę tam częściej zaglądać 😉

MÓJ FILMOWY KANAŁ

poniedziałek, Październik 10, 2016 0 0

Miało być o czym innym, bo od pewnego czasu mam w głowie parę tematów, np. o składaniu i dotrzymywaniu obietnic. Ale dzisiaj trudno takiej kinomaniaczce jak ja przejść obojętnie wobec odejścia – nie ma się co oszukiwać – legendy polskiego filmu, Andrzeja Wajdy. Mam ku temu jeszcze jeden, bardzo osobisty powód. Otóż to jego „Kanał” oglądany, gdy byłam dzieckiem, był pierwszym w moim życiu filmem, po którym autentycznie nie mogłam dojść do siebie, płakałam po kątach, rodzice nie mogli mnie uspokoić, a ja nie bardzo chciałam im powiedzieć, że to z powodu filmu. Mogłam mieć wtedy może z osiem lat…

Wszystko przez ostatnią scenę. Tę  kratę, na którą trafiają na końcu swojej i tak przecież już tragicznie beznadziejnej wędrówki powstańcy szukający wyjścia z kanału. To ich ostatnia szansa na ocalenie. A gdy już widzą „światełko” w tym śmierdzącym, dusznym tunelu, okazuje się, że to nie początek.

To koniec. Prawdziwy. Nieubłagany. Ostateczny. Boże, jak ja płakałam!…

Było to moje pierwsze zetknięcie z filmowym katharsis, które wiele lat później miało być wybranym przez mojego promotora tematem obrony magisterki (zresztą to mnie nadal fascynuje). I choć oczywiście widziałam później mnóstwo filmów wbijających w fotel i nie pozwalających dojść do siebie, takich, po których wychodzisz z kina i nie chce ci się z nikim gadać, takich, po których siedzisz jeszcze długo przed telewizorem i nawet nie próbujesz nic mówić, bo wszystko brzmiałoby banalnie. Ale dla mnie właśnie „Kanał” jest pod tym względem wyjątkowy. To od niego, mimo trudnych, jak dla kilkulatki emocji, zaczęła się moja wielka nieskończona miłość do kina, zwieńczona po latach obroną pracy z teorii filmu. Wpadłam dosłownie jak w kanał.

A „Kanał” to cały, świętej pamięci, Wajda. To jego pierwszy film, mimo że powstały w Polsce w smętnych latach 50., który został zauważony i nagrodzony na Zachodzie. Co ciekawe, w Cannes zdobył Srebrną Palmę ex aequo z kolejnym filmem, po którym „nie chciało mi się z nikim gadać” – „Siódmą pieczęcią” Ingmara Bergmana.

A potem przyszły kolejne, niektóre bliskie także ze względu na moją kolejną fascynację Zbyszkiem Cybulskim – chłopakiem zza miedzy, z dzierżoniowskiej Radiobudy, który choć już dawno nie żył, gdy ja zachwycałam się jego rolą w „Popiele i diamencie”, to nadal budził bicie serca takie, jakie dzisiaj u nastolatek budzi na ten przykład Leo di Caprio, Zac Efron, Ryan Gossling czy pirat z Karaibów Johnny Depp 😉

I to jest oczywisty dowód na magię kina. Ono po prostu żyje, bez względu na to, w jakiej czasoprzestrzeni się znajdujemy.

I mimo że po moralnym niepokoju Wajdy, Zanussiego (którego dziś nazywam Zanudzim – kto oglądał, ten wie, dlaczego) i innych przyszła mi fascynacja kinem gangsterskim, niesłabnąca zresztą do dzisiaj, to jednak moje „przedszkole” filmowe było właśnie u Wajdy…

Kiedy odbierał swoją ostatnią nagrodę za swój ostatni film „Powidoki”, słuchałam w radiu, szykując się do pracy, jak mówi, że już ma pomysł na kolejny. Smutne, że nie zrobi go tutaj, na Ziemi, bo o ile Zanussi już nam nic ciekawego do powiedzenia od dawna nie miał, o tyle Wajda – owszem, tak. I choć robił filmy gorsze, jak „Pan Tadeusz”, „Zemsta” czy „Panna Nikt”, to jednak większość to dzieła wybitne. Absolutnie kultowe i ponadczasowe, jak „Człowiek z marmuru”, „Człowiek z żelaza” czy jedna z najwybitniejszych adaptacji filmowych, jakie w życiu widziałam, „Ziemia obiecana”. Zresztą – można by jednym tchem wymienić tutaj większość filmów Wajdy. Bałabym się nawet robić jakiegoś rankingu, bo mało kto potrafił tak malować (dosłownie!) kamerą jak właśnie on.

I choć trochę się wstydziliśmy wszyscy, kiedy odbierał Oscara i wyglądając jakby kij połknął, zaczął mówić po angielsku, a potem stwierdził:

„Będę mówił po polsku, bo chcę powiedzieć, to, co myślę, a myślę zawsze po polsku”

(a potem było jeszcze gorzej – bo mówił sztywniacko i w widoczny sposób czytał z promptera), to jednak biorąc pod uwagę fakt, że Wajda był reżyserem polskim także przez stale podejmowaną w filmach tematykę – adaptacje wybitnych dzieł polskiej literatury, zatrzymywanie w kadrach niesamowitych obrazów polskich malarzy, opowiadanie o Polsce i Polakach w jemu tylko właściwy sposób – t0 dziś, z perspektywy czasu, nie jest mi wstyd. Wręcz uważam za symboliczne, że mówił wtedy po polsku. Bo NAPRAWDĘ myślał po polsku, i to także w przenośni.

Smutny jest ten dzień nie tylko dla polskiego, ale też światowego kina. Ludzi wybitnych w kulturze jakby coraz mniej. W masie ginie wiele prawdziwych talentów, a wszechobecna komercja zabija autentyczną sztukę. I więcej chyba już nie mnie coś dodawać. Niech przemówi sam mistrz:

„Moim celem jako reżysera nie jest po prostu dostarczyć ludziom dobrej wieczornej rozrywki. Najważniejszą rzeczą jest zmusić ludzi do myślenia”.

ZNOSIMY ZAKAZY!!!

piątek, Wrzesień 30, 2016 0 0

W Polsce nie będzie islandzkiego kobiecego break-through, jaki przypomniało nam ostatnio wielu użytkowników FB, na czele z ikoną polskiej niepokorności, aktorką Krystyną Jandą. Nie będzie masowego zrywu solidarności Polek, które 3 października pójdą w pizdu na marsze, protesty, wiece albo po prostu na całodniową bumelkę, żeby pokazać mężom, że bez nich to może sobie co najwyżej wodę zagrzać, a i tak się nią poparzy 😉 Nie będzie paraliżu urzędów, instytucji, przedsiębiorstw ani gospodarstw domowych.

Nie będzie, mimo że w ciągu 41 lat od czasów islandzkiego wzorca środki i tempo masowej komunikacji poszły lata świetlne do przodu i zasięg informacji o 3/10 jest niepomiernie szybszy i większy. Nie będzie, bo…

No, właśnie, dlaczego?

Przyznam szczerze, że nie znam dobrej odpowiedzi na to pytanie, chociaż w przypadku tego, co dzieje się obecnie w kwestii praw kobiet w Polsce, myślę, że tak zwana solidarność waginy powinna wziąć górę nad babską zawiścią o droższą torebkę, ładniejsze buty, bogatszego męża i zdolniejsze dzieci. Ale po czarnym proteście, na którym byłam tydzień temu we Wrocławiu, wiem, że tak nie będzie…

Bo ja, mimo że też pojechałam na szoping, to jednak wiedząc, że w tym dniu jest protest w tak ważnych dla nas, kobiet, sprawach, postanowiłam dotrzeć także i na wrocławski Rynek, a propozycję ubrania się na czarno i pójścia tam przyjęły bez obiekcji i moja mama, i moja córka i jej przyjaciółka. Bo nic nas to nie kosztowało, a wsparłyśmy ważną sprawę. Niestety, maszerując Świdnicką, mijając tłumy kolorowych, uśmiechniętych, zadowolonych z życia kobiet w różnym wieku, zrozumiałam, że podobnie jak wiele innych rzeczy, które dzieją się w tym kraju, także i tę większość społeczeństwa ma zwyczajnie w dupie.

Tak jak mamy w dupie to, kto nami rządzi, obojętnie, czy to miasto, gmina, powiat czy kraj. Ba! Nawet w większości nie wiemy za bardzo, kto jest kim i gdzie.

Bo my, Polacy, nie mamy barwy – to właśnie sobie niedawno uświadomiłam. Nie umiemy wprost wyrażać tego, za czym się opowiadamy, co myślimy i kogo popieramy. Mało tego – w większości nawet sami nie mamy o tym bladego pojęcia! Nasz talent strajkowy skończył się wraz z nadejściem kapitalizmu. Każdy strajk, który był później, był tylko i wyłącznie medialną farsą. Bolesna, ale jednak prawda.

Przestaliśmy być JACYŚ. Przestaliśmy umieć walczyć o swoje. Liczymy na to, że ktoś za nas to zrobi, no bo przecież my to musimy do pracy, a potem na jogging, a właściwie to po co się w to mieszać, przecież to jedna klika…

Kiedy więc przychodzi moment, w którym trzeba być JAKIMŚ, trzeba przywdziać barwę (a choćby i czarną – w końcu to królowa barw), to nagle okazuje się, że wolimy być szarzy, nijacy, nieangażujący się, pilnujący swojej małej stabilizacji, byleby nic nie wstrząsnęło naszym życiem.

Piszę to wszystko ogólnie o nas, Polakach, ale oczywiście dotyczy to także kobiet, bo tutaj niczym nie różnią się od mężczyzn.

Konformizm kobiet jest takim samym konformizmem jak konformizm mężczyzn.

Tak więc… nie będzie pospolitego ruszenia bab. 3/10 nie zblokują się ani urzędy, ani instytucje, ani przedsiębiorstwa, ani gospodarstwa domowe. Część z nas, owszem, wyjdzie z pracy, z domów, pójdzie na wiece, protesty i jestem szczęśliwa, że pracuję w firmie, której właścicielka sama takie rzeczy proponuje. Ale część – po prostu BĘDZIE (żeby być). Mimozy, byliny, chwasty i bluszcze… Wybierzcie sobie, kogo akurat znacie, a kto na pewno w protestach nie weźmie udziału.

Tak czy owak – ja nie mam w dupie, będę protestować, będę namawiać do tego innych, zabiorę do samochodu tyle bab, ile prawo pozwala mi zmieścić, zachęcę na blogu tyle, ile zrozumie, że – nawet jeśli to zasłona dymna dla kontrowersyjnych ustaw, umów itd. – to prawa kobiet do decydowania o tym, co się dzieje z ICH CIAŁEM są tak samo ważne i tak samo niezbywalne jak prawo głosu, które przecież mamy wszyscy i może wreszcie nauczymy się z niego mądrze korzystać.

PS 1 Nie jestem feministką. Uważam, że świat bez mężczyzn byłby nieporozumieniem. Ale… jesteśmy takimi samymi ludźmi i powinniśmy mieć takie same prawa. Jeśli panowie mogą stanowić o sobie w 100%, to wara komukolwiek od jakiegokolwiek procenta samostanowienia kobiet!!!

PS 2 #znosimyzakazy