Kandydatom – wstęp wzbroniony!

sobota, Maj 24, 2014 0 0

Dziś rano, gdy otworzyłam lodówkę, po raz pierwszy od dawna była w niej tylko żywność i lakier do paznokci, bo podobno lepiej się trzyma, kiedy się go schłodzi. Nie wyskoczył na mnie stamtąd żaden kandydat, a i w telewizji jakoś się tak dziwnie normalnie zrobiło.

Jadąc rano moje kilometry na rowerku i oglądając TVN24 nie oglądałam w przerwach reklam wyborczych i nie słuchałam polityka, który przeszedł z jednej strony na drugą, a potem znalazł jeszcze trzecią i wciąż uważa, że jest wiarygodny. A gdy dziś pójdę na piwo, to mogę mieć pewność, że w ogródku nie dopadnie mnie kandydat jeden z drugim wciskając mi ulotkę.

Właśnie. Czy kampania wyborcza oznacza, że można w kawiarni przerwać komuś intymną rozmowę z przyjaciółką albo ciekawą konwersację ze znajomymi? Czy można zaczepiać ludzi, którzy w swoich własnych sprawach idą sobie ulicą i nie mają ochoty, żeby ktoś ich zatrzymywał, zaczepiał czy z nimi rozmawiał? I jakim prawem właściwie kandydaci to robią? Jeśli organizują wiece i ludzie na nie przychodzą – okej: wasz wiec, wasze małpy. Ale na ulicy? Kiedy idę sobie sama ze swoimi myślami i nawet telefon odbieram tylko jeśli chcę? Albo w kawiarni, restauracji, pubie, piwnym ogródku? Ludzie przychodzą tam przecież na prywatne spotkania i nikt nie ma prawa im tego czasu zakłócać.

Dlatego postuluję przed nadchodzącymi wyborami samorządowymi, aby wszystkie lokale gastronomiczne wystawiły tabliczki: „Kandydatom w wyborach – wstęp wzbroniony!” Nie, nie tylko z ulotkami – całkiem! No entry! Betreten verboten! Défense d’entrer! Zona restringida! Bo kto zagwarantuje, że nie zaczepią tego czy owego bogu ducha winnego człowieczka i nie wcisną mu wyborczej ulotki? Kto da gwarancję, że moich plotek z przyjaciółką nie zakłóci zbyt głośna wyborcza rozmowa przy stoliku obok? Po wyborach – niech wracają. Ale na ten czas – niech szukają innych sposobów dotarcia do ludzi.

Ja zapewne pójdę głosować. Ale zagłosuję na osobę, która nie wyskakiwała mi z lodówki każdego dnia, która swoją pracą udowodniła, że wie, po co jest w Parlamencie Europejskim, która śmiga na językach jak poliglota, więc mam pewność, że dotrze tam, gdzie trzeba „w sprawie polskiej” bez konieczności angażowania tłumacza, i która prowadziła dyskretną, spokojną kampanię. I co najważniejsze – obecna była publicznie przez cały czas, bo uczciwie w PE pracowała, a nie – jak większość – wyskoczyła na trasie jak Filip z konopi i na ostatniej prostej ganiała się z innymi na oślep, jak w chowanego berka. I nie ma tu dla mnie znaczenia polityczna opcja. Jak zawsze, głosuję na człowieka.