Who’s the winner?

niedziela, Maj 18, 2014 0 0

Film… Wyobrażacie sobie świat bez niego? W czasie moich studiów akurat przypadała rocznica stulecia kina. Dzięki temu, że akurat studiowałam, a ówczesne wrocławskie kina (kilka już nie istnieje) stanęły na wysokości zdania, mogłam nie tylko obejrzeć „wszystko, co najważniejsze” w kinie, ale jeszcze uzupełnić to cyklem „100 filmów na stulecie kina”, który wtedy leciał TVP, nie pamiętam, czy 1, czy 2.

Nie pamiętam, kiedy zrodziła się moja dozgonna miłość do filmu. Przyszła nagle  – jak każda. Ta jednak, w przeciwieństwie do innych, trwa. Bo nic jej nie zakłóca. Ani świat naokoło. Ani ludzie. Kiedy siedzę w kinie albo w domu przed ekranem, jestem tylko ja i film. W takich chwilach często przypomina mi się autobiografia Ingmara Bergmana „Laterna magica” („Magiczna latarnia”). Bergman pisze w niej o tym, jak zrodziła się jego miłość do kina/kinematografu:

„(…) nie rozumiałem, o co chodzi z tym czasem: musisz się wreszcie nauczyć punktualności, dostałeś przecież zegarek, nauczyłeś się, jak go używać. Mimo to czas jakby nie istniał. Spóźniałem się do szkoły, spóźniałem się na posiłki. Wałęsałem się beztrosko po szpitalnym parku, wypatrywałem i fantazjowałem, czas przestawał istnieć, coś przypominało mi, że prawdopodobnie jestem głodny, no i wybuchała awantura. (…) A potem przyszedł kinematograf. (…) Ogarnęła mnie gorączka, która nigdy nie przeszła”.

Też tak macie, kiedy włączacie film? Ta magia? To oczekiwanie na to, co przyniesie filmowa historia? Ten dreszczyk emocji na myśl o emocjach, które z pewnością Was czekają? Dobrych, złych, trudnych… Ile wrażeń może wywołać film trwający nawet pół godziny? Nieprawdopodobnie wiele, jeśli jest dobry. Nie dorówna temu żadna książka, choć czytać też uwielbiam. I pewnie dlatego to kino jest miłością mojego życia. Ale nie tylko.

Wykształciłam się w tym kierunku i oglądanie filmów sprawia mi dodatkową przyjemność – przyjemność dostrzegania niuansów, dygresji, piękna zdjęć, montażu, zadziwiających czasem decyzji reżysera. Rok temu będąc we Florencji byłam „okiem i uchem” mojego przyjaciela Larry’ego Siddalla podczas zwiedzania najważniejszych miejsc. Pamiętam to jak dziś. Staliśmy w Galerii Uffizi przed „Primaverą” Botticellego, a ja musiałam relacjonować Larry’emu (niestety, nie dowidzi) każdy szczegół, który dostrzegam. Tamten obraz, wcześniej przecież dobrze znany, nabrał dla mnie dzięki temu zupełnie nowego wyrazu. Tak samo mam z filmem.

Owszem, hollywoodzkie produkcje też oglądam – jak każdy kinoman. Zawsze mam sporo do powiedzenia na temat każdej z nich. Do niedawna mówiłam, że nie żałuję, że nie zostałam krytykiem filmowym, jak mi na studiach przepowiadano, ale teraz… gdy otrząsnęłam się z kieratu… myślę, że trochę jednak tak.

Na szczęście, dzięki temu otrząśnięciu, mam wreszcie czas, by moją pasję na nowo odkrywać. Dziś uzupełniając braki filmowo-rozrywkowe obejrzałam Galę Oscarów. To raczej taki przerywnik, chęć przypomnienia sobie moich dawnych emocji – gdy potrafiłam nie spać całą noc, żeby zobaczyć, „who’s the winner” 😉 Na szczęście – po raz drugi – nadeszły czasy, gdy nie ma potrzeby nie spać, by móc obejrzeć galę.

Niestety, są to też czasy, gdy w kinie najważniejsze są popcorn i cola pod ręką, a filmów, na których widzowie siedzą na dupach do końca napisów, już nie ma. Choć właściwie powinnam chyba powiedzieć – że to widzów takich już prawie nie ma. Jestem dinozaurem, ale dobrze mi z tym. A jak mi źle – robię sobie kino domowe. Tu można oglądać wszystko. I Bergmana też. A czasem fajnie się dowiedzieć, w tym życiowym pędzie, „gdzie rosną poziomki”…

PS A na koniec wracając jeszcze do gali – taka dygresja, bo coś równie zabawnego co mądrego powiedział odbierając Oscara za główną rolę Matthew McConaughey: „Miałem 15 lat i ktoś zapytał mnie: kto jest twoim bohaterem? Powiedziałem: nie wiem, muszę się zastanowić. Wrócił po kilku tygodniach i zadał mi to samo pytanie. Powiedziałem: wiem, to ja za 10 lat. Minęło trochę czasu, doszedłem do wieku 25 lat i wpadam na tę samą osobę. Pyta mnie: i co? zbliżyłeś się już do swojego ideału? Odpowiedziałem: nie, nawet odrobinę. Zapytał, dlaczego. Powiedziałem, że mój bohater ma teraz 35 lat, więc każdego dnia, każdego tygodnia, mój bohater jest dziesięć lat starszy. Nigdy nie będę swoim bohaterem (…) Najważniejsze, żeby go ciągle gonić”.

Komentarze

komentarz

Brak komentarzy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *