Będę wójtem, choćby się zes…

wtorek, Sierpień 26, 2014 0 0

Dwa tygodnie milczenia? Sama jestem na siebie zła 😉 Ale w sumie nie tak bardzo, bo robiłam w międzyczasie ciekawe rzeczy. Potraktujmy to jako urlop od bloga. A propos urlopu, czasu wolnego i umiejętności jego spędzania, to po zmianach w moim życiu zawodowym nareszcie zrozumiałam, jak wielkie ma to znaczenie. Ale dziś nie o tym chcę pisać, bo na osłodę po milczeniu mam coś wyjątkowo smacznego, chociaż… nie wiem, czy to dobre określenie.

Otóż niektórzy ludzie jeszcze nie przyzwyczaili się do tego, że nie jestem dziennikarką, i podrzucają mi do torebki różne ciekawostki. Zwykle je pomijam, ale ta jest przecudnej urody. Otóż weszłam w posiadanie pewnego nagrania… Od razu zdementuję wszelkie przyszłe plotki i domysły, jakobym latała z dyktafonem po knajpach i nakłaniała ludzi do zwierzeń na mniej lub bardziej osobiste tematy (chociaż może wtedy nie miałabym dwutygodniowych przestojów, bo tematy zjeżdżałyby z taśmy w tempie jeden dziennie – jak na stronie „Wprostu” w czasie afery taśmowej). Nie. Ja po prostu otrzymałam nagranie fragmentu jednej z sesji Rady Gminy Marcinowice, na którym obecny wójt Jerzy Guzik krzyczy do przewodniczącego rady Zdzisława Grabowskiego, że… „choćby ten się zesrał (sic!), to on i tak będzie dalej wójtem”.

Wójt Guzik jest znanym specjalistą od wywoływania ogólnej wesołości w różnych gremiach, bo mówi, co mu ślina na język przyniesie i nie przejmuje się konsekwencjami. Wali prosto z mostu, bez ogródek, nie udając wcale inteligentniejszego niż jest w rzeczywistości. Czasem wójt wychodzi z urzędu i trafia na przykład do takiej stolicy powiatu, gdzie parę razy wybił się ponad przeciętność. Na przykład wtedy, kiedy na jednej z gospodarczych debat powiedział Leszkowi Balcerowiczowi, że powinno się przywrócić pegeery 😀 Albo wtedy, kiedy chciał nazwać ulicę nazwiskiem żyjącego biznesmena, ponoć dobroczyńcy gminy, co to wesprze i pomoże, a jak radni się nie zgodzili na to imię, to już nie wesprze i nie pomoże, bo wstyd prosić – tak mówi wójt. 

Nie od dzisiaj w gminie Marcinowice mówi się, że wójt nie dopuszcza do siebie myśli, że mógłby przestać być wójtem. Doszły mnie słuchy, że jeśli go nie chcą tam, to czeka na niego Sobótka, Świdnica, a nawet… fotel starosty. Czemu nie? W końcu wójt Guzik – jak niewielu samorządowców (gdzie by tam prezydent Świdnicy mógł przyjąć tyle ludzi co on, wójt małej gminy) – jest dostępny dla mieszkańców, o czym przekonuje nas sam w tym filmiku:

Są jednak i tacy, którzy mówią, że wcale taki dostępny ani fajny nie jest, bo w ciągu niespełna dwóch kadencji zdążył już zrazić do siebie nie tylko sporą część mieszkańców, ale prawie wszystkich radnych. Tych ostatnich do tego stopnia, że na jednej z tegorocznych sesji przewodniczący rady chcąc wójta – mówiąc po ludzku – wqrwić, zapowiedział, że będzie kandydować na wójta. Ponoć nie ma takich zamiarów, więc zaczepka była obliczona tylko na wywołanie owego wqrwa. Bo to wójta czuły punkt. I udało się. Wójt Guzik ponoć zapienił się na maksa, a wąs – jak wynika z relacji naocznych świadków – mu się wydłużył z emocji, i zakrzyknął do całej sali: „Choćby się zesrał, to ja i tak będę dalej wójtem i tak!”.

Nie wierzycie? Posłuchajcie!

PS Ten gwar nie oznacza, że była to przerwa w sesji. To była robocza część obrad 😉

Foto zaczerpnęłam ze strony www.marcinowice.pl

Co może niebieski ptak?

środa, Sierpień 13, 2014 0 0

„Przepraszam…” Akurat wracałam do domu, gdy z zamyślenia wyrwał mnie głos siedzącego na schodach niebieskiego ptaka. Przytomniejącym wzrokiem spojrzałam na niego szybko włączając asertywność, aby odmówić 50 groszy brakujących zapewne na piwo, gdy z tym charakterystycznym, pijackim bełkotliwym L, usłyszałam: „aLe pani jest śLiczna”. Z zatkania wykrztusiłam „dziękuję” i poszłam dalej śmiejąc się w głos.

Zaczęłam rozmyślać, że mam jakieś niebywałe szczęście (zresztą nie tylko ja, bo moje koleżanki też zgłaszają takie przypadki) do zbierania komplementów ze strony miejskiego, wiejskiego czy jaki tam się trafi lumpenproletariatu. Być może wyczuwają z daleka moje zamiłowanie do dobrego wina, choć pewnie dla nich byłoby to coś, co przełknęliby tylko w sytuacji ostatecznej (czytaj: gdy suszy, a kwesta uliczna zakończyła się fiaskiem). A może po prostu jestem w ich typie, nawet jak mam na sobie sukienkę, którą moje dziecko nazywa futerałem hahaha 😀

W sumie trochę mnie to wkurza, że śliczną nie nazwie mnie na ulicy jakiś – na ten przykład – dobrze ubrany i pachnący przystojniak, tylko taki jeden z drugim lumpenproletariusz siedzący z kolegą na schodach pod bankiem czy stojący w bramie haha 😉

Ale w sumie tu nie ma się na co wkurzać, bo po pierwsze, dostaję przecież komplementy, a po drugie… w tej psychologicznej łamigłówce chyba o co innego chodzi…

Otóż dobrze ubrany i pachnący przystojniak nie powie kobiecie na ulicy, że jest śliczna, bo w najlepszym razie wyjdzie na podrywacza, a w najgorszym – na potencjalnego stalkera czy zboczeńca. Dobrze ubrany i pachnący przystojniak nie popatrzy na ładną kobietę bezczelnie, jak menel, tylko zerknie dyskretnie spod oka udając, że patrzy gdzie indziej, bo jeszcze kobieta „sobie coś pomyśli”. A taki niebieski ptak od rana nurzający się w oparach trunków, na które akurat tego dnia było go stać, w dupie ma, co kobieta sobie pomyśli i w ogóle co ktokolwiek sobie pomyśli, bo ten tekst do mnie na pewno słyszało kilka mijających się osób. No i w oparach takich trunków nawet kobieta w futerale może się przecież podobać haha 😀

Dobrze ubrany i pachnący przystojniak (a nawet nie-przystojniak, ale też pachnący itd.) będzie się obawiał reakcji kobiety (cholera wie, czy w futerale nie kryje się kałasznikow albo przynajmniej tłuczek), więc będzie wolał unikać bezpośredniej konfrontacji. A żul ma w serdecznym poważaniu, co kobieta zrobi, bo i tak wie, że w najlepszym razie – tak jak ja dzisiaj – podziękuje. A w najgorszym – zignoruje. Bo jaka kobieta by się siłowała słownie z takim lumpem? I po co?

Dobrze ubranemu i pachnącemu przystojniakowi (lub nie) nawet zresztą do głowy by nie przyszło, żeby taką kobietę zaczepić, nawet gdyby był spragniony jak rekin ludojad z Przylądka Dobrej Nadziei idący środkiem Pustyni Błędowskiej. A takiemu niebieskiemu ptakowi wsio rawno, bo i tak wie, że za wyrażeniem podziwu dla kobiecej urody nie pójdzie nic, bo nie raz już to robił i zawsze kończyło się tak samo. Czyli jak wyżej.

Próżno też wypatrywać dobrze ubranego i pachnącego przystojniaka na schodach pod bankiem czy w bramie, bo to facet odpowiedzialnie podchodzący do życia i w życiu nie będzie go trwonił na przesiadywanie z kolegą na schodach pod bankiem, bo tam nie wpłaci kasy na lokatę. A taki lumpenproletariusz może sobie przesiadywać na schodach pod bankiem, za bankiem (tak, z tyłu też tacy siedzą), w bramie, pod bramą, on w ogóle może przesiadywać i stać gdzie chce i może robić, co chce, bo nic nie musi. Może więc zaczepić dowolną kobietę i powiedzieć jej, że jest śliczna (albo ma śliczne nóżki – to tekst z zeszłego tygodnia od innego menela), bez obawy jakichkolwiek konsekwencji. No, może takich, że ta kobieta akurat jest blogerką i postanowi ten akt ulicznego zachwytu utrwalić na swoim blogu hahaha 😉

Białą lokomotywą w góry, czyli dzień zaskoczeń

niedziela, Sierpień 10, 2014 0 0

Są takie miejsca, w całkiem bliskiej okolicy, które pozytywnie zaskakują innością. Wystarczyła krótka wycieczka w Góry Stołowe, które przecież niby znam od dziecka, by się o tym przekonać. 

Zaczęło się już po drodze, gdzie zatrzymała mnie… Biała Lokomotywa. A właściwie to ja wraz z moją przyjaciółką zatrzymałam się w niej, bo już od niejednej osoby słyszałam, że kawę podaje się  tam na tak oryginalne sposoby, jakich nie można spotkać nigdzie indziej. Nie ma tam czegoś takiego jak menu. Jeśli chcesz dostać kartę i z niej coś wybierać, nie jedź w tamto miejsce. Jeśli się gdzieś spieszysz, omijaj je z daleka. To nie jest Stop Cafe! Kelnerka lub sam właściciel, Leszek Kopcio – mistrz baristyki – zrobi z Tobą najpierw szczegółowy wywiad, a potem zasypie Cię propozycjami kaw i deserów tak zaskakujących, że najlepiej, żebyś był z kimś, aby zamówić różne wersje kaw i próbować razem.

Podstawą jest oczywiście dobra kawa – tutaj Lavazza. I nie żałuje się na żaden dodatek. Gorzka czekolada, w której utopione i zmrożone zostały maliny, otacza je grubą chrupiącą warstwą. Gałka lodów waniliowych w kawie z owocami leśnymi (serio!) jest gigantyczna i tak pyszna, że jedząc ją, wiesz na pewno, że zrobiono ją na miejscu i z pasją. Tę kawę kelnerka zaoferowała jako deser kawowy, ale już kawę z… jabłkami – jako kawę, taką normalną, do picia. Zamówiłam. Nie było opcji, żeby nie spróbować. Dostałam aromatyczne caffèllatte. Gdzie tu jakieś jabłka? Były – pyszne, przesmażone z odrobiną cukru i cynamonem kosteczki jabłek na dnie szklanki. Efekt smakowy – nieoczekiwanie i zaskakująco pyszny.

Sam lokal? Nie zaskakuje. Może tym, że choć położony w polskiej Nowej Rudzie, mieście mocno nadgryzionym zębem czasu i kopalnianą przeszłością, wygląda jak swojska włoska kawiarnia – z tarasami na kilku poziomach, częściowo w podwórku, na którym w słońcu wygrzewają się koty, a w głębi, na sznurkach – suszy pranie, z meblami, które zmuszają do zastanowienia, czy na nich usiąść, ale nie z powodu ich wyszukanej wytworności i strachu przed ich zniszczeniem lub zabrudzeniem, lecz dlatego że niektóre są trochę sfatygowane. Jak dla mnie – była to oznaka częstego ich używania. Białą Lokomotywę otwierają o 10.00 rano i goście są tam non-stop. Nie ma chyba lepszej rekomendacji.

Ale po kawie, z bananami na twarzy, jedziemy dalej. Celem jest Radków w Górach Stołowych, a właściwie tamtejszy akwen, w którym można popływać i popiknikować na brzegu. Są takie miejsca, w których na miejscu jest wszystko, co potrzebne do odpoczynku – czysta woda, w której można się popływać, zielona trawa, na której można poleżeć, góry, na które można popatrzeć albo w nie pójść, mało ludzi (!) i świetny pstrąg. I taki jest właśnie Radków. 

IMG_3312

Woda w zalewie radkowskim jest czysta, bo leje się z górskiego potoku, a sanepid bada ją regularnie. Trawa jest zielona i przyjemna do leżenia, bo regularnie ją ktoś pielęgnuje. Góry… no co ja będę mówić – są, i to jedne z najpiękniejszych w Europie, gdzie kręcono m.in. jedną z części „Opowieści z Narnii”. Ludzi faktycznie jest mało, jak na takie urokliwe i zadbane miejsce, bo choć byłam tam w sobotę, a przecież jest lato, to naprawdę można było zachować pełną intymność i dystans. A pstrąg po młynarsku w tamtejszym Agro Zajeździe, którego ktoś postanowił upiec w panierce z mąki i musztardy (!)… równie nieoczekiwanie pyszny jak oryginalne kawy w Białej Lokomotywie.

No, dobra. Przerwijmy na chwilę tę sielankę, bo już się zrobiło już mdło od lodów i kawy i ciężko od zbyt dużych ilości pochłoniętego pstrąga.

Agro Zajazdu nie znalazłybyśmy, gdyby nie to, że gmina Radków tego akurat dnia wspólnie z radiem RMF Maxxxx (czy ile tych iksów tam jest) nie postanowiła zorganizować jakieś impry muzycznej (że coś tam 5 lakes czy jakoś tak – nawet w sieci i na stronie radia tego nie znalazłam). Jak zwał, tak zwał. Problem w tym, że przez ten event nie można było wjechać na parking blisko akwenu, bo zamknęli wszystkie drogi. Oszołomiony liczbą aut chętnych, by tam jednak wjechać, miejski czy gminny strażnik pozwolił nam i paru innym osobom wjechać na teren imprezy, ale nie wyjaśnił, że po to, abyśmy zawrócili. Wyjaśnił to po chwili, goniąc za moim autem i waląc w dach, jakiś młody dupek, który nie chciał nawiązać żadnej konwersacji, tylko żądał opuszczenia terenu imprezy. Wyjeżdżając chciałam bo zapytać, czy dupkiem się już urodził, czy to cecha nabyta z wiekiem. Ale postanowiłam nie psuć sobie weekendowego nastroju.

I tak właśnie znalazłyśmy Agro Zajazd. Znaczy myślałyśmy, że parking. Ale nagle wyłonił się jak spod ziemi jeżdżący na rowerze (jak się miało okazać) właściciel i powiadomił, że możemy parkować, ale za dychu. No to powiedziałam, że ok, bylebym mogła zaparkować, bo było to miejsce najbliższe wejścia nad zalew. Ale rozejrzałam się i zobaczyłam, że facet ma stawy hodowlane. I zapytałam, czy serwuje pstrągi. „Jak pani do mnie przyjdzie na pstrąga, to oddam dychę z parking” – powiedział. Nie powiem, żeby to była jakaś zachęta, ale skoro auto już tam stało…

Wreszcie udało się dotrzeć nad zalew, ale na przeszkodzie stanął jeszcze pan Maciek, który przed wejściem sprzedawał wodoodporne, gustownie czerwone opaski na rękę. Znaczy po prostu kasował za wejście, bo zalew jest po prostu miejskim kąpieliskiem. To jakieś naprawdę drobne kwoty, ale po krótkiej, pełnej uśmiechów konwersacji sam zaproponował, że możemy tam wejść za 2 zł każda – czterokrotnie mniej niż na świdnicki basen letni! A okoliczności przyrody… Sami zobaczcie (foto)! No więc powiedziałam panu Maćkowi, że wspomnę o nim na swoim blogu. Nie wierzył, że istniej taki blog jak Pani z Torebką. Panie Maćku, jak Pan czyta, to niech Pan skomentuje 😉

A potem była znów sielanka… Dolce far niente… Woda, trawa, góry w tle ze wszystkich stron. Gazety, książki… Kilo ziębickich borówek…

Ale że późno się robiło i szykowała się ta impra (tak przynajmniej myślałyśmy, a ona de facto już trwała, tylko frekwencja była tak mizerna, że nie było dla kogo muzyki nawet podkręcać), i chmura jakaś nagle nadeszła z gór, to zwinęłyśmy wszystko i na pstrąga. Nieee… tak pięknie to znowu nie było. Bo z powodu tej właśnie impry zamknięto też most, przez który dotarłyśmy nad wodę, a pan ochroniarz (jeden z 109819874186432 – organizator bowiem zatrudnił ich więcej niż samych uczestników imprezy) powiedział, że za cholerę, że nie ma mowy, że nas nie przepuści, bo takie ma wytyczne. Mamy iść naokoło drogą. Cóż było robić? Jak ktoś widział tego małego chodzącego z groźną miną ochroniarza w świdnickim Tesco, to wie, że z ochroną nie ma co zadzierać 😉

IMG_3318

No więc ruszyłyśmy w 10-minutowy spacerek drogą na parking, gdzie dosłownie na 10 metrów przed autem złapał nas deszcz i tylko zdążyłyśmy wrzucić akcesoria plażowe i przeskoczyć do Agro Zajazdu, zanim rozszalała się ulewa.

Wyjeżdżając z satysfakcją zwróciłyśmy uwagę, że na płycie pod sceną bawi się garstka osób. Że więcej jest gości i dziennikarzy żłopiących piwo w sektorze VIP. A wisienką na torcie był widok, już całkiem na wyjeździe z zalewu 10237465372578 policjantów, policjantek, strażników miejskich i ochroniarzy stojących w kupie na skrzyżowaniu przy swoich wozach. Radków chyba rzucił dla ochrony wypasionej letniej imprezy wszystkie siły, jakie miał i ściągnął posiłki. Taaak, to stanowczo był dzień zaskoczeń 😉

Życie za zakrętem

czwartek, Sierpień 7, 2014 0 0

Jeśli uważasz, że masz wielu przyjaciół, odważ się i pójdź raz własną drogą 🙂 Takie nowe przysłowie ukułam po dzisiejszej wieczornej rozmowie w moim aucie z przyjaciółką, która podobnie jak ja przechodzi od pewnego czasu fazę zmian. Uświadomiłam sobie to co prawda dopiero dzisiaj, ale jak tak spojrzę na ostatnie lata – to faktycznie. Sprawdza się!

Jeśli tkwisz w jakimś środowisku od lat, zmień cokolwiek, a już część osób zacznie się zastanawiać, czy wszystko z tobą w porządku i nie potrzebujesz przypadkiem pomocy psychologicznej. Gdy po śmierci mojego męża dość szybko „się ogarnęłam” i postanowiłam cieszyć się życiem (bo o to prosił mnie przed śmiercią mój mąż i w końcu nie ma nic gorszego, jak zafundować dorastającej nastolatce sfrustrowaną, rozgoryczoną i zamkniętą w sobie matkę) usłyszałam od „przyjaciół”, że się o mnie martwią. Martwili się, bo się uśmiechałam i wyglądałam na szczęśliwą! Dacie wiarę?! Pewnie jawiłam im się jak wariatka z piosenki Maryli Rodowicz (wolę w wersji Kasi Groniec).

Czytałam ostatnio w „Wysokich Obcasach Extra” wywiad z Anią Rusowicz. To naprawdę dziewczyna po przejściach. Powiedziała w nim, że ludzie najbardziej boją się zmiany. Lepsze znane zło niż nieznane nie-wiadomo-co. A każdy, kto chce czegoś więcej, coś zrobić inaczej, kto poszukuje, przede wszystkim siebie, jest uważany za wariata, kamikadze, bo po co iść nową drogą, jak nie wiadomo, co czai się za zakrętem?

Ja jednak postanowiłam pójść tą własną drogą. I nie żałuję żadnego postawionego na niej kroku, ani jednej sekundy, którą na niej spędziłam, ani jednego potknięcia na nierównościach i ani jednej ominiętej czy pokonanej przeszkody. Wróćmy jednak do przyjaciół/znajomych. Gdy weszłam na własną drogę, nieliczni jeszcze pomachali, ktoś zadzwonił sprawdzić, czy dalej nią idę, ktoś inny – czy aby nie stłukłam sobie kolana na wybojach. Trwało to chwilę. Dosłownie mgnienie oka. I ustało. Nie zwracałam na to uwagi, aż do dzisiejszej rozmowy, bo okazało się, że moja przyjaciółka, która wyszła ze swojego środowiska, przeżywa dokładnie to samo. Umarł król, niech żyje król.

Ale po chwili uznałyśmy, że to właściwie dobrze. Ziarno od plew zostało oddzielone. Widać, kto był naprawdę przyjacielem czy dobrym znajomym, a kto tylko pasożytował na nas szukając wsparcia i pomocy, w rewanżu udając przyjaźń. A więc… jak mówi krążąca w sieci sentencja, nie oglądaj się za siebie – nie idziesz tą drogą.

Ja podążam dalej swoją. Całkiem nową, w której każdy dzień jest inny i na której w krótkim czasie dzieje się o wiele więcej niż wydarzyło się całymi latami na tej starej. Idąc tak, przekonuję się, co jest za kolejnymi zakrętami i jak wiele mnie w życiu ominęło tylko dlatego, że bałam się zmian. A życie za zakrętem okazało się taaakie piękne 🙂

Tymczasem najlepsze kino psychologiczne to kino drogi. Nie dowiesz się, kim jesteś, póki nie ruszysz własną drogą, która jest jednocześnie podróżą w głąb siebie. Nigdy nie poznasz smaku życia, jeśli zwykle będziesz jadł te same potrawy (bo znasz ich smak), jeśli będziesz zawsze jeździł w te same miejsca na urlop czy krótkie wypady, jeśli każdy twój dzień – w domu czy w pracy – będzie podobny do poprzedniego. A zwykle jest, nawet jeśli wydaje ci się, że jest inaczej. Będziesz siedział w swoim rowie przy drodze, wciąż tym samym, spoglądał na horyzont i myślał, że w sumie ciekawi cię, co jest za tym zakrętem, ale bezpieczniej jest siedzieć w znanym rowie. Tak to działa. I to niezależnie od statusu majątkowego, środowiska itp. itd.

Pewien znany świdnicki biznesmen, gdy skończył 60 lat, na imprezie urodzinowej zapytał swoich znajomych, co by na jego miejscu zrobili. Ma stabilizację finansową, dobrze prosperujące firmy. Właściwie żadnych zobowiązań. Po prostu nic już nie musi. Co więc zrobić dalej ze swoim życiem?

Sto procent gości odpowiedziało, że zaczęliby podróżować po świecie. Od tamtej pory biznesmen nie wyjechał w żadną daleką podróż. Bo po co coś zmieniać?…

Foto zrobiłam podczas mojej dzisiejszej wyprawy rowerowej

Wyjątkowo smaczne filmowe menu

sobota, Sierpień 2, 2014 0 0

Ang Lee, amerykański reżyser, autor „Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka” czy „Tajemnicy Brokeback Mountain”, powiedział kiedyś, że „jedzenie i seks to najważniejsze części składowe naszego życia, stanowiące klucz do naszych pragnień”. Może nie całkiem się z tym zgadzam, bo wymieniłabym jeszcze inne ważne składniki naszego życiowego przepisu, ale jednak z całą pewnością myślą tak twórcy coraz częściej pojawiających się na ekranie tzw. komedii kulinarnych, które – mam nieodparte wrażenie – wypierają komedie romantyczne.

Te ostatnie, na przełomie XX i XXI wieku tłuczone na tony na różnych poziomach filmowego warsztatu, od hollywoodzkiej klasy A, poprzez B, C i daleko w abecadło idąc, były uwielbiane przez publiczność. Za sprawą umiejętnie napisanych scenariuszy i światowej klasy gwiazd takie hity jak „Kiedy Harry poznał Sally”, „Pretty Woman”, „Bezsenność w Seattle”, „Ja cię kocham, a ty śpisz”, „Czego pragną kobiety”, „Francuski pocałunek”… (długo by wymieniać) podbijały serca widzów na całym świecie, zapewniając pełną kieszeń dystrybutorom, producentom i wszystkim, którzy czerpali z nich korzyści. Tylko że… ile można gadać o samej tylko miłości. Robi się płasko aż wstyd, jak zwykł mawiać o terenach nizinnych mój profesor od geografii. A właściwie – płytko, aż wstyd.

Nic dziwnego, że tym coraz bardziej mdłym ekranowym związkom trzeba było zacząć dodawać pikanterii. Pamiętam, że zaczęło się jeszcze w latach 80. – i to bardzo, bardzo ostro. Od obrazu Petera Greenawaya „Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek”, który po raz pierwszy oglądałam w czasie świdnickich Konfrontacji (ktoś jeszcze pamięta tę imprezę?). Potem adaptacja klasyki „Przepiórki w płatkach róży”, wreszcie mój ulubiony „film kulinarny” –  „Uczta Babette”, a potem poszło jak z tego różanego płatka. „Kobieta na topie” z Penelope Cruz, „Życie od kuchni” z Catherine Zeta-Jones i Aaronem Eckhartem, „Czekolada” z Juliette Binoche i Johny Deppem, „Julie i Julia” z boską jak zwykle Meryl Streep, „Faceci od kuchni” z Jeanem Reno…

Niedawno w sieci zauważyłam, że ukuto dla nich nazwę filmowego podgatunku „komedia kulinarna”. Niech i tak będzie, choć nie wiem, co komediowego można znaleźć na przykład w „Czekoladzie”. Ale w końcu jedzenie to radość, radość to uśmiech, a uśmiech i śmiech kojarzą się z komedią, więc niech będzie.

I powiem wam, że już się tak trochę mdło znów zaczęło robić, mimo tych wszystkich pięknych i niemal pachnących z ekranu potraw serwowanych na ekranie. Podobne schematy – „przez żołądek do serca”, „niedoceniany szef kuchni”, „rywalizacja kucharzy”…

Ale dziś zobaczyłam „Szefa”. Jon Favreau, facet od „Iron Mana”, proponuje w nim nie tylko absolutnie innowacyjne, jak na ten „podgatunek” filmowo-kulinarne menu, ale też przy okazji tak smaczne i kompletne, że przywraca wiarę w „komedie kulinarne”.

Reżyser sam wciela się w rolę głównego bohatera, rozwiedzionego, zakochanego w gotowaniu kucharza w rozmiarze XXL, który poza swoją pasją nie widzi niczego. Traci małżeństwo, nie potrafi nawiązać kontaktu z synem, od lat gotuje to samo w cudzej restauracji, choć robi to po mistrzowsku. I pewnie tak by żył dalej, gdyby nie pewien złośliwy, ale przede wszystkim także kochający jedzenie krytyk kulinarny, który jego niezmieniane od dekady (bo właściciel nie pozwala) menu objeżdża z góry na dół, a jego samego miesza z błotem, a nawet gorzej. „Szef” próbuje, owszem, wyjść przed szereg. Ale gdy przychodzi co do czego, kładzie uszy po sobie i wypełnia polecenia właściciela restauracji. Do czasu.

O fabule więcej nic nie powiem, bo to wspaniała uczta filmowo-kulinarno-emocjonalna, ze składnikami dobranymi w idealnych proporcjach. Mamy tu i dramat psychologiczny, i kino drogi, i film familijny, w którym ojciec nie może nawiązać więzi z synem, i romans, i komedię romantyczną. Wszystko to doskonale przyprawione nieprzewidywalnymi zwrotami akcji, świetnymi dialogami, typową dla Stanów Zjednoczonych mieszanką kultur, a co za tym idzie – smaków i zapachów, perfekcyjnie dobraną muzyką (która także „gra w filmie”)  i wreszcie – niczym wisienkami na torcie – aktorami drugoplanowymi, jak zmysłowa kelnerka Scarlett Johansson (w wersji black), irytujący właściciel-dorobkiewicz Dustin Hoffman i  chyba najbardziej zapadający w pamięć neurotyczny eksmąż eksżony głównego bohatera Robert Downey Jr (znany także jako Iron Man haha ;)) To wszystko z lekkim dodatkiem… Twittera daje urzekającą całość.

Z pewnością nie jest to arcydzieło, jak „Uczta Babette”. Ale to naprawdę wyjątkowo smaczny film. Idźcie do kina, bo warto. Tylko nie na głodnego 😉