Białą lokomotywą w góry, czyli dzień zaskoczeń

niedziela, Sierpień 10, 2014 0 0

Są takie miejsca, w całkiem bliskiej okolicy, które pozytywnie zaskakują innością. Wystarczyła krótka wycieczka w Góry Stołowe, które przecież niby znam od dziecka, by się o tym przekonać. 

Zaczęło się już po drodze, gdzie zatrzymała mnie… Biała Lokomotywa. A właściwie to ja wraz z moją przyjaciółką zatrzymałam się w niej, bo już od niejednej osoby słyszałam, że kawę podaje się  tam na tak oryginalne sposoby, jakich nie można spotkać nigdzie indziej. Nie ma tam czegoś takiego jak menu. Jeśli chcesz dostać kartę i z niej coś wybierać, nie jedź w tamto miejsce. Jeśli się gdzieś spieszysz, omijaj je z daleka. To nie jest Stop Cafe! Kelnerka lub sam właściciel, Leszek Kopcio – mistrz baristyki – zrobi z Tobą najpierw szczegółowy wywiad, a potem zasypie Cię propozycjami kaw i deserów tak zaskakujących, że najlepiej, żebyś był z kimś, aby zamówić różne wersje kaw i próbować razem.

Podstawą jest oczywiście dobra kawa – tutaj Lavazza. I nie żałuje się na żaden dodatek. Gorzka czekolada, w której utopione i zmrożone zostały maliny, otacza je grubą chrupiącą warstwą. Gałka lodów waniliowych w kawie z owocami leśnymi (serio!) jest gigantyczna i tak pyszna, że jedząc ją, wiesz na pewno, że zrobiono ją na miejscu i z pasją. Tę kawę kelnerka zaoferowała jako deser kawowy, ale już kawę z… jabłkami – jako kawę, taką normalną, do picia. Zamówiłam. Nie było opcji, żeby nie spróbować. Dostałam aromatyczne caffèllatte. Gdzie tu jakieś jabłka? Były – pyszne, przesmażone z odrobiną cukru i cynamonem kosteczki jabłek na dnie szklanki. Efekt smakowy – nieoczekiwanie i zaskakująco pyszny.

Sam lokal? Nie zaskakuje. Może tym, że choć położony w polskiej Nowej Rudzie, mieście mocno nadgryzionym zębem czasu i kopalnianą przeszłością, wygląda jak swojska włoska kawiarnia – z tarasami na kilku poziomach, częściowo w podwórku, na którym w słońcu wygrzewają się koty, a w głębi, na sznurkach – suszy pranie, z meblami, które zmuszają do zastanowienia, czy na nich usiąść, ale nie z powodu ich wyszukanej wytworności i strachu przed ich zniszczeniem lub zabrudzeniem, lecz dlatego że niektóre są trochę sfatygowane. Jak dla mnie – była to oznaka częstego ich używania. Białą Lokomotywę otwierają o 10.00 rano i goście są tam non-stop. Nie ma chyba lepszej rekomendacji.

Ale po kawie, z bananami na twarzy, jedziemy dalej. Celem jest Radków w Górach Stołowych, a właściwie tamtejszy akwen, w którym można popływać i popiknikować na brzegu. Są takie miejsca, w których na miejscu jest wszystko, co potrzebne do odpoczynku – czysta woda, w której można się popływać, zielona trawa, na której można poleżeć, góry, na które można popatrzeć albo w nie pójść, mało ludzi (!) i świetny pstrąg. I taki jest właśnie Radków. 

IMG_3312

Woda w zalewie radkowskim jest czysta, bo leje się z górskiego potoku, a sanepid bada ją regularnie. Trawa jest zielona i przyjemna do leżenia, bo regularnie ją ktoś pielęgnuje. Góry… no co ja będę mówić – są, i to jedne z najpiękniejszych w Europie, gdzie kręcono m.in. jedną z części „Opowieści z Narnii”. Ludzi faktycznie jest mało, jak na takie urokliwe i zadbane miejsce, bo choć byłam tam w sobotę, a przecież jest lato, to naprawdę można było zachować pełną intymność i dystans. A pstrąg po młynarsku w tamtejszym Agro Zajeździe, którego ktoś postanowił upiec w panierce z mąki i musztardy (!)… równie nieoczekiwanie pyszny jak oryginalne kawy w Białej Lokomotywie.

No, dobra. Przerwijmy na chwilę tę sielankę, bo już się zrobiło już mdło od lodów i kawy i ciężko od zbyt dużych ilości pochłoniętego pstrąga.

Agro Zajazdu nie znalazłybyśmy, gdyby nie to, że gmina Radków tego akurat dnia wspólnie z radiem RMF Maxxxx (czy ile tych iksów tam jest) nie postanowiła zorganizować jakieś impry muzycznej (że coś tam 5 lakes czy jakoś tak – nawet w sieci i na stronie radia tego nie znalazłam). Jak zwał, tak zwał. Problem w tym, że przez ten event nie można było wjechać na parking blisko akwenu, bo zamknęli wszystkie drogi. Oszołomiony liczbą aut chętnych, by tam jednak wjechać, miejski czy gminny strażnik pozwolił nam i paru innym osobom wjechać na teren imprezy, ale nie wyjaśnił, że po to, abyśmy zawrócili. Wyjaśnił to po chwili, goniąc za moim autem i waląc w dach, jakiś młody dupek, który nie chciał nawiązać żadnej konwersacji, tylko żądał opuszczenia terenu imprezy. Wyjeżdżając chciałam bo zapytać, czy dupkiem się już urodził, czy to cecha nabyta z wiekiem. Ale postanowiłam nie psuć sobie weekendowego nastroju.

I tak właśnie znalazłyśmy Agro Zajazd. Znaczy myślałyśmy, że parking. Ale nagle wyłonił się jak spod ziemi jeżdżący na rowerze (jak się miało okazać) właściciel i powiadomił, że możemy parkować, ale za dychu. No to powiedziałam, że ok, bylebym mogła zaparkować, bo było to miejsce najbliższe wejścia nad zalew. Ale rozejrzałam się i zobaczyłam, że facet ma stawy hodowlane. I zapytałam, czy serwuje pstrągi. „Jak pani do mnie przyjdzie na pstrąga, to oddam dychę z parking” – powiedział. Nie powiem, żeby to była jakaś zachęta, ale skoro auto już tam stało…

Wreszcie udało się dotrzeć nad zalew, ale na przeszkodzie stanął jeszcze pan Maciek, który przed wejściem sprzedawał wodoodporne, gustownie czerwone opaski na rękę. Znaczy po prostu kasował za wejście, bo zalew jest po prostu miejskim kąpieliskiem. To jakieś naprawdę drobne kwoty, ale po krótkiej, pełnej uśmiechów konwersacji sam zaproponował, że możemy tam wejść za 2 zł każda – czterokrotnie mniej niż na świdnicki basen letni! A okoliczności przyrody… Sami zobaczcie (foto)! No więc powiedziałam panu Maćkowi, że wspomnę o nim na swoim blogu. Nie wierzył, że istniej taki blog jak Pani z Torebką. Panie Maćku, jak Pan czyta, to niech Pan skomentuje 😉

A potem była znów sielanka… Dolce far niente… Woda, trawa, góry w tle ze wszystkich stron. Gazety, książki… Kilo ziębickich borówek…

Ale że późno się robiło i szykowała się ta impra (tak przynajmniej myślałyśmy, a ona de facto już trwała, tylko frekwencja była tak mizerna, że nie było dla kogo muzyki nawet podkręcać), i chmura jakaś nagle nadeszła z gór, to zwinęłyśmy wszystko i na pstrąga. Nieee… tak pięknie to znowu nie było. Bo z powodu tej właśnie impry zamknięto też most, przez który dotarłyśmy nad wodę, a pan ochroniarz (jeden z 109819874186432 – organizator bowiem zatrudnił ich więcej niż samych uczestników imprezy) powiedział, że za cholerę, że nie ma mowy, że nas nie przepuści, bo takie ma wytyczne. Mamy iść naokoło drogą. Cóż było robić? Jak ktoś widział tego małego chodzącego z groźną miną ochroniarza w świdnickim Tesco, to wie, że z ochroną nie ma co zadzierać 😉

IMG_3318

No więc ruszyłyśmy w 10-minutowy spacerek drogą na parking, gdzie dosłownie na 10 metrów przed autem złapał nas deszcz i tylko zdążyłyśmy wrzucić akcesoria plażowe i przeskoczyć do Agro Zajazdu, zanim rozszalała się ulewa.

Wyjeżdżając z satysfakcją zwróciłyśmy uwagę, że na płycie pod sceną bawi się garstka osób. Że więcej jest gości i dziennikarzy żłopiących piwo w sektorze VIP. A wisienką na torcie był widok, już całkiem na wyjeździe z zalewu 10237465372578 policjantów, policjantek, strażników miejskich i ochroniarzy stojących w kupie na skrzyżowaniu przy swoich wozach. Radków chyba rzucił dla ochrony wypasionej letniej imprezy wszystkie siły, jakie miał i ściągnął posiłki. Taaak, to stanowczo był dzień zaskoczeń 😉

Komentarze

komentarz

Brak komentarzy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *