Pani od polskiego

wtorek, Wrzesień 9, 2014 0 0

Na studiach przez dwa lata mieszkałam w akademiku z dziewczyną, która deklarowała, że chce zostać nauczycielem, żeby mścić się na dzieciach za swoje krzywdy. Było to tyleż zabawne co przerażające. Zwłaszcza że laska uczy dziś pewnie w jednej z wałbrzyskich szkół. Nie wiem, w jakiej. Nie śledzę jej losów. Łatwo się domyślić, czemu 🙂

Belfer, nauczyciel, „pani/pan od…” – tak ich określamy. Ale czy uświadamiamy sobie, jak ogromny wpływ mają na nasze życie? Ja wiem, co zawdzięczam niektórym nauczycielom i co mam za złe innym. I pewnie każdy z nas tak ma. Jednak czasem warto sobie uświadomić, jaki ci ludzie mają naprawdę na nas wpływ.

Temat ten, który czasem przewija się przez moje życie jak oblatujący je bumerang, powrócił do mnie ostatnio przy dwóch okazjach. Po pierwsze, moja córka rozpoczęła kolejny etap edukacji. Od ponad tygodnia codziennie słyszę o tym czy tamtym nauczycielu tego czy owego przedmiotu, który „jest fajny” lub beznadziejny. Wiem już, że – podobnie jak angielskiego w podstawówce – będzie się z powodu nauczyciela świetnie uczyła niemieckiego w gimnazjum. „Pani od niemieckiego” okazała się bowiem wyjątkowo fajna. Jest tak z jeszcze kilkoma innymi przedmiotami, ale nie będę ich ujawniać, bo zaraz nas zidentyfikują ci, których nie wymienię 😉 A po co mojemu dziecku kwasy w szkole?

Druga okazja to kręcenie reklam Smart Learning Centre – firmy, z którą od niedawna współpracuję. Długie rozmowy z młodymi ludźmi na różne tematy, w tym – szkoła i ulubione przedmioty. Nawet nie sondowałam, ale wyszło, że 100 procent nielubianych przedmiotów jest nielubianych z powodu nauczycieli. I odwrotnie – te, które młodzież lubi, lubi z powodu nauczycieli.

Przypadek?

Na pewno nie.

Tak jak znaczenie ma to, jaki na tym ziemskim padole trafi Ci się rodzic i rodzina, tak ma znaczenie, na jakiego trafisz w szkole belfra. „Kto chce zapalać innych, sam musi płonąć” – mówił Ludwik Hirszfeld. Ja wiem, że gdyby nie paru z nich, nie byłabym dzisiaj tym kim jestem. W siódmej klasie podstawówki (ciekawe, że to ten sam budynek, w którym dziś mieści się gimnazjum mojej córki) odkryła mnie pani Gawałek. Dosłownie – odkryła, bo kto by zwrócił uwagę na wiecznie wystraszoną chudą dziewczynkę w drugiej ławce? Odkryła, bo napisałam coś, co ją zaintrygowało. Wysłała mnie na olimpiadę i jak matka prowadziła przez cały proces prawie za rękę. W liceum – prof. Grześkowiak, mimo że na lekcjach siedziałam cicho i najchętniej schowałabym się pod ławkę, żeby nie musieć nic mówić, odkrył we mnie to samo. Że pisać umiem. Też poszłam na olimpiadę, ale wyłożyłam się na gadaniu (zupełnie jak dzisiaj w teatrze – kto był, ten wie). I na studiach – doktor Bobowski, mój późniejszy promotor z teorii filmu… Gdy na czwartym roku napisałam pracę o „Pulp Fiction”, zapytał, czy sama ją pisałam. Był w szoku. Nic dziwnego – w końcu całymi miesiącami na zajęciach się nie odzywałam. Nieśmiałość blokowała mnie skutecznie.

A jednak ci ludzie, a potem jeszcze zawodowo Krzysiek Wierzęć, więcej niż nauczyciel, ktoś, kto odkrył mój talent i zobaczył we mnie więcej niż ja sama – to moje kamienie milowe. Moje drogowskazy i aniołowie stróże, których spotykałam na swojej drodze. Nigdy nie będę w stanie wytłumaczyć, dlaczego oni, dlaczego wtedy i chyba do końca nie pojmę, ile im zawdzięczam. Ale wiem, że gdyby nie oni, moje życie dziś wyglądałoby inaczej. I na pewno nie byłoby tak wielobarwne jak teraz.

Dlatego kibicuję wszystkim nauczycielom z pasją, tym, którzy żyją swoją pracą i kochają młodzież. Jeśli potrafią zarażać, będą mieli na koncie tysiące tak wdzięcznych absolwentów jak ja. Taaak, wieeem… nie byłoby tego, gdyby nie moje wrodzone zdolności. Ale jednak – nie wyszłyby one na światło dzienne, gdybym nie spotkała na swojej drodze tych właśnie ludzi.

Przez mgnienie oka (dziewięć miesięcy) sama uczyłam w szkole. Byłam „panią od polskiego”. Ci, którzy mnie dobrze znają, wiedzą, że nauczanie w szkolnym drylu to nie moje klimaty. Trzydziestoosobowa klasa, schemat, kanon lektur itd. Dałam radę, ale odchodząc wiedziałam już na pewno, że to nie dla mnie. A jednak… Gdy zdarza mi się po latach spotkać z moimi byłymi uczniami, słyszę od nich, że to były najlepsze lekcje polskiego, jakie mieli. Miłe 🙂 Bo chyba liczy się właśnie pasja. I normalność. Swoją panią od niemieckiego moja córka określiła właśnie jako „normalną”. A więc mimo że każdy z nas chciałby być oryginalny (i na swój sposób jest), to jednak po latach doświadczeń w różnych dziedzinach wiem, że „bycie normalnym”, że to największy komplement.

Komentarze

komentarz

Brak komentarzy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *