TRZY ZDZIWIENIA I JEDNA RADOŚĆ

czwartek, Styczeń 29, 2015 0 0

Rzadziej ostatnio piszę (ale to się za jakiś czas na pewno zmieni – cierpliwości), więc postanowiłam tym razem w sposób nieco syntetyczny spojrzeć na rzeczywistość wokół mnie.

Zacznę od zdziwienia, i to nie mojego, ale zdziwienia, a nawet zdumienia pewnego lokalnego działacza sportowego, który oniemiał na wieść o tym, że pracuję w biurze poselskim. Dosłownie. Zatkało człowieka i musiałam kilkakrotnie zakrzyknąć dziarskie „halo” do słuchawki, żeby przetkać światłowody. Otóż z tego, jak tenże człowiek tłumaczył swoje oniemienie, wynikało, jakoby praca ta (w porównaniu z moją dziennikarską przeszłością) stanowiła jakąś ujmę na honorze, degradację i niemalże upadek zawodowy! 😉 Jeszcze większe osłupienie wywołała informacja, że asystowanie posłance to niejedyne moje zajęcie. Człowiek ten nie mógł dojść do siebie, gdy potwierdziłam, to co myślał, że zawodowo działam także dla jednego z lokalnych urzędów gminy. Zwłaszcza nie docierało do niego słowo „także”.

Bo… rozumiecie ten niuans? W tym kraju (a może tylko w tym mieście, bo ostatnio – kiedy patrzę z dystansu – ciągle mam wrażenie, że Świdnica jest naprawdę jakaś inna) ktoś, kto nie siedzi na dupie na jednym etacie „od-do”, to jest albo jakiś kombinator, albo dziwak, albo – co gorsza – nieudacznik, który nie umie sobie znaleźć jednej posady. Ludziom nie mieści się w głowie, że można określony rodzaj działań zawodowych wykonywać pracując dla różnych pracodawców (a właściwie świadcząc usługi), bo doba nie ma ośmiu, lecz 24 godziny. Spotkałam się nawet z takim stwierdzeniem, że nie mogę sobie znaleźć miejsca, więc się tułam po różnych firmach i instytucjach 😉

Teraz o kolejnym zdziwieniu, tym razem moim. Zdziwieniu tym, jak łatwo jest (mając zapewne trudności z otwarciem własnego umysłu na to, że ludzie obok mają własne poglądy i co więcej – mają do tego prawo) selekcjonować zdarzenia, z góry wyrokując, co jest dobrem, a co złem. Niejeden już dziennikarz czy bloger lub fejsbukowy użytkownik wyraził swoje zdanie w sprawie blogowego wpisu Ireneusza Pałaca, byłego prezydenta, a dziś radnego powiatowego, na temat planowanego w Świdnicy koncertu zespołu Vader. Ja nie będę się zagłębiać, jak inni, w dywagacje, czy to ciemnogród, zaścianek itd. Wystarczą mi kwestie formalne. Bo weźmy taką sytuację. Jest sobie zespół, niech będzie że disco-polo. Albo nie – weźmy granego w radiach Donatana&Cleo. Ich prezentowany na Eurowizji hit „My, Słowianie” dosłownie ocieka erotyzmem i tylko miś o bardzo małym rozumku nie rozumie podtekstów, których podobno w teledysku nie ma 😉 Z innego ich tekstu „Brać” dowiadujemy się, że lubimy dużo pić i spać, że w Polsce jest źle, dlatego „drogi prezydent” powinien wiedzieć, dlaczego chlamy. Mamy tu więc absolutnie przebojową zachętę do picia (narodowy problem nr 1) i promocję nieróbstwa.

No i załóżmy, że ten Donatan z tą Cleo mają menadżera, który mówi: „Jeszcze nie byliśmy w Świdnicy, a gramy obok, w Dzierżoniowie, to zorganizuję Wam tam koncert”. „Dobra” – odpowiadają ochoczo D&C. Koncert to kasa, a kasa jest ważna nawet w życiu artysty. No to ten menadżer dzwoni do pani Oli w ŚOK-u i mówi: „Chcę wynająć salę na koncert wtedy i wtedy”. Pani Ola patrzy w kalendarz i mówi: „Tak, mamy wolny termin”. „To proszę zarezerwować. Jaka jest opłata za wynajem?” – odpowiada menadżer. Pani Ola mówi, że tyle i tyle i cieszy się, bo ŚOK będzie miał kolejny przychód ze swojej działalności, a nie tylko wydatek. I wpisuje koncert do kalendarza. I tak z 89127491635571287 różnymi menadżerami różnych zespołów, wykonawców, teatrów, aktorów itd. co roku.

Nie jestem fanką zespołu Vader. Właściwie – daleko mi do tego, aby nią kiedykolwiek zostać. Ale nie będę się bawić w kilkulatka, który myśli, że jak zasłania oczy, to nikt go nie widzi. Zło na świecie istniało, istnieje i istnieć będzie. Tak samo jak i dobro. Ale też nie trzeba czcić szatana, żeby wywoływać wojny, na których giną tysiące niewinnych ludzi – ciekawe, że wojny to raczej właśnie „w imię boga”. Nie zamierzam też udawać, że taki zespół jest i że ma swoich fanów. Ci fani mają takie samo prawo nimi być, jak ci, którzy słuchają Cleo i Donatana, albo fani disco-polo albo miłośnicy poezji śpiewanej czy pieśni oazowej. Po prostu w demokratycznym kraju je mają i już. I nie sądzę, żeby Vader występując w Świdnicy przyciągnął fanów Donatana, disco-polo czy oazowiczów. A więc gdziekolwiek wystąpi, jeśli nie wystąpi w Świdnicy, to różnica będzie jedynie taka, że zarobi na tym inny ośrodek kultury, a nie świdnicki. I tyle.

Zdziwienie pomieszane z zasmuceniem wywołał we mnie ostatnio także inny lokalny fakt medialny, mianowicie wywiad przeprowadzony przez jedną z moich koleżanek z jednym z moich kolegów (tu chyba powinnam powiedzieć – byłym kolegą, bo kiedy była potrzeba, żeby coś w gazecie o jego poczynaniach napisać, gdy zbawiał miasto od szpetnych reklam, to był bardzo dobrym moim znajomym na FB i poza nim, ale w czasie kampanii wyborczej spostrzegłam, że już wcale nim nie jest – zostałam wyrzucona z grona znajomych ;)) Ale do rzeczy – z wywiadu owego dowiedziałam się mnóstwa rzeczy, z których niewiele wynikało, oraz jednej, która właśnie mnie zasmuciła, mianowicie… że Aglomerację Wałbrzyską mamy „w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego”. Czemu zasmuciła? Nie dlatego że to nieprawda, a nawet absolutna brednia, ale dlatego że wygłosił ją ktoś, kogo uważałam za dobrze wykształconego, inteligentnego i kto jest przedstawiany jako osoba świetnie przygotowana do pełnienia swojego wysokiego stanowiska. To smutne.

I na koniec jednak radość. Z czegoś, dokąd co prawda nie chciałabym musieć trafić ani ja, ani nie życzę tego nikomu, ale jednak jest to miejsce, którego standard do tej pory urągał wszelkim normom i przekraczał najgorsze wyobrażenia o polskiej służbie zdrowia. Mowa o nowym obiekcie Pogotowia Ratunkowego w Świdnicy. Niestety, miałam tam nieszczęście bywać kilkakrotnie w swoim życiu. I powiem Wam, że to jedne z najbardziej przygnębiających chwil w moim życiu. Nie dość, że człowiek przyjeżdżał czy przychodził tam z poważnym problemem, jakim najczęściej jest ból czy męcząca choroba, to jeszcze był zmuszony czekać w obskurnej, ponurej, dołującej poczekalni, by potem zostać przyjętym w nie mniej obskurnym, ponurym i dołującym gabinecie lekarskim. Problemy, z jakimi tam trafiałam, na szczęście chyba tylko raz dotyczyły bezpośrednio mnie, częściej moich bliskich. A jednak przebywając tam miałam momentami wrażenie, że czuję ten sam ból, strach i dołek, jaki czują oni.

Mogę więc z radością powiedzieć: „nareszcie!” Nareszcie chorzy i cierpiący ludzie, którzy w większości raczej woleliby spędzać czas wieczorny czy weekendowy z rodziną przy filmie, książce czy na pogawędce albo z przyjaciółmi na imprezie, albo w jeszcze innym przyjemnym miejscu i towarzystwie, a jednak trafiają tam – przynajmniej zewnętrznie będą czuli komfort. Nareszcie pracownicy będą pracować w warunkach, które pozwolą im się skoncentrować na pacjentach. Nareszcie i ta instytucja wkroczyła w XXI wiek (a żyjemy w nim juz od lat 15). Warto było czekać. Szkoda, że tyle lat…

Foto „podkradłam” z portalu wiadomosci.swidnickie.pl (fot. Wiktor Bąkiewicz)

OTWÓRZMY IM OKNO ŻYCIA

piątek, Styczeń 23, 2015 0 0

Męczą mnie konflikty i wojny. To, że są na świecie choroby. To, że są ludzie, którzy karmią się nienawiścią. I to, że istnieje bieda. I to, że dotyka dzieci. Serce zadrży mi na widok każdego żebraka (choć wiem, że nie powinno się i staram się nie pomagać). I jak moje dziecko płacze. I nawet cierpiące zwierzęta – też mnie męczy, że istnieją. Ale największym bólem wypełniają mnie żyjące w biedzie nie ze swojej winy dzieci. Dzieci w rodzinach i dzieci porzucone. Te mające rodziców i te będące sierotami. Te nasze, polskie. I te z całego świata. Bogu ducha winne małe istoty, o których zapomnieli najbliżsi… Dlatego podziwiam i wspieram Martę Majewską i wszystko to, co robi bardzo daleko stąd – w Ugandzie.

W 2011 roku Marta, która pochodzi z Bielawy, założyła tam dom dziecka dla ugandyjskich sierot. Niby idea, jakich wiele. Niezliczona jest liczba sierocińców na całym świecie. Prowadzonych przez misje, fundacje i zwykłych ludzi… A jednak Afryka to specyficzny kontynent, a Uganda to specyficzny kraj. Tam dziecko nie ma żadnej wartości. Można je po prostu wyrzucić na śmietnik i to na nikim nie robi wrażenia, jak u nas. Można je odesłać do dalszej rodziny, bo rodzice mają już za dużo dzieci. Można… wszystko z nimi zrobić. System edukacji państwowej to zwykła przechowalnia dzieciaków. Edukacja płatna kosztuje fortunę, o jakiej nikt nawet tam nie śnił. A Marta i jej przyjaciele to wszystko ogarniają!

Marta, Maria i mąż Marii, Joseph, dzięki wsparciu przyjaciół w Polsce i na świecie, ratują, wychowują i wskazują „Okno życia” tamtejszym sierotom, tworząc dla nich prawdziwy, ciepły, rodzinny dom. Co najważniejsze – nie tylko opiekują się dziećmi na co dzień, ale też pracują intensywnie nad ich przyszłością, za wszelką cenę wysyłając te starsze do prywatnych, lepszych szkół.

Marta poświęciła wszystko, żeby im ten cudowny dom stworzyć. Po to założyła fundację Window of Life i wciąż na całym świecie szuka pieniędzy na jej wsparcie. Nienachalnie, spokojnie, ale konsekwentnie i z ciągłą myślą o dobru dzieci. Nic dziwnego, że jej inicjatywa zaraża innych, jak choćby Kabaret Młodych Panów i zespół Ditroit. I wielu innych, takich jak ja. I cieszę się jak nie wiem co z tego, że wkrótce będzie nas więcej. Jestem tego absolutnie pewna.

Zresztą… wystarczy, że obejrzycie ten materiał.

I co? Jest już nas więcej?.. 🙂 To dobrze, bo Marta chce dla dzieci wybudować dom dziecka z prawdziwego zdarzenia. Na razie wynajmuje ciasne, małe pomieszczenia. No to co? Pomagamy? Zobaczcie, jakie to łatwe!!!

http://www.window-of-life.org

FAJNĄ GŁOWĘ… ODDAM ZA DARMO

poniedziałek, Styczeń 19, 2015 0 0

Jako że wkrótce będę się pozbywać starych, kaflowych pieców (nie są zabytkowe, nie dzwońcie ;)), a zduni, nawet zaprzyjaźnieni, kroją za ich rozbiórkę jak za zboże, postanowiłam oddać je za darmo – żeby tylko ktoś je rozebrał. Niestety, panowie nie są tak chętni jak do rozbierania, na ten przykład, ładnych dziewczyn, więc sprawa nie jest prosta. Dałam jednak ogłoszenie na tablicy.pl (tak na marginesie – co za dureń zmienił taką cudną nazwę na jakieś bezpłciowe olx.pl), ale pewnie skończy się na współpracy z podopiecznymi schroniska dla bezdomnych, którą na szczęście mam bardzo dobrą 😉

Będąc jednak na tej tablicy czy olx niechcący wczytałam się akurat dzisiaj w kategorię „za darmo”, w której sama się ogłaszałam. Macie pojęcie, co ludzie chcą oddać za darmo? Wśród ogłoszeń o przeróżnych uszkodzonych telefonach, niezniszczonych dziecięcych ubrankach i dorosłych ubraniach, butach itd., meblach, kuchenkach, niezużytych mlekach dla niemowląt, płytach i podręcznikach, poradnikach (w tym np. „Ustawa o Odnawialnych Źródłach Energii 2015 OZE – Komentarz i Analiza”), albumach czy książkach, znalazłam kilka perełek…

Na przykład:

– „oddam obornik koński”, a do kompletu, choć w innej części Polski, „oddam słomę w małych kostkach oraz siano luzem ze stodoły zbiory 2013. likwidacja gospodarstwa”, ewentualnie jeszcze „łąka do skoszenia” – właściciel oddaje za darmo „2ha łąki położonej w okolicach Szklarki Mielęckiej”,

– „odstąpię częściowo spłaconą umowę na świadczenie usług GPS. Urządzenie było zamontowane 2 miesiące w busie ale z przyczyn nie zależnych ode mnie musiałem zmienić operatora. Urządzenie jest gratis. Abonament miesięczny 100 zł netto. Spłacone 10 mieśięcy. Polecam dobry operator,system nie zawiesza się, działa poprawnie”,

– „Książka – Chronię lasy nie kupuję książek prasy” – jej autor ponoć „prezentuje najnowsze innowacje na rynku księgarskim”,

 

– „Instrukcja obsługi do telewizora Grundig Elegance 72 flat. MF72-2510/8 TOP”. Według opisu – pilot do wyżej wymienionego modelu. „Z tego co mi wiadomo – pisze wspaniałomyślny właściciel – działa również przy innych modelach. Brak środkowego przycisku, bez baterii”.

– „Oddam lakier HM nowy świeży, raz użyty”,

– „Głowa Barbie” – opis ogłoszenia: „fajna głowa w super stanie polecam można odebrać racibórz” (MÓJ HIT).

Po przejrzeniu wyrywkowo zaledwie kilkunastu, no może dwudziestu paru stron takich ogłoszeń mózg mam zlasowany, oko ortograficzne – zryte, a wzrok na granicy oczopląsu. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że nie mogę wyjść z podziwu nad kreatywnością Polaków w oszczędzaniu.

Gdy ja starą instrukcję oddałabym na makulaturę, a pilota  bez środkowego przycisku – wraz z innymi zużytymi sprzętami elektronicznymi – wyrzuciłabym w ramach zbiórki elektrośmieci, inni szukają dla nich… drugiego domu! Gdyby książka „Chronię lasy, nie kupuję książek, prasy” trafiła w moje ręce, oddałabym ją na makulaturę (bo zapewne tym bym się łatwiej przyczyniła do ochrony lasów). Jeśli widzę ofertę lakieru H&M w kolorze  – przepraszam za wyrażenie – sraczkowatym, to zastanawiam się, co skłoniło właścicielkę do jego zakupu, a tym bardziej – dlaczego chce nim uraczyć inną bogu ducha winną kobietę 😉

Ogłoszenie o odstąpieniu umowy na GPS akurat nie jest jakieś głupkowate – ktoś musi, nie chce stracić, zrozumiałe. A jednak odnotowałam je z zaskoczenia, że i takimi „rzeczami” można się dzielić/handlować w sieci z innymi. Co do spraw rolnych – raczej ciekawe połączenie różnych ogłoszeń, bo ja się nie znam, a to pewnie rzeczy mogące mieć popyt.

No aleeee… głowa Barbie bije wszystko na głowę. Zwłaszcza jej opis zwalił mnie z nóg, doprowadził do łez ze śmiechu, ale co gorsza… ja teraz myślę, że ja tę głowę muszę koniecznie mieć! Bo kto by nie chciał mieć FAJNEJ GŁOWY W SUPER STANIE? 😀

MIESZKANIOWY BÓL GŁOWY

niedziela, Styczeń 18, 2015 0 0

Bardzo jestem ciekawa, jak nowa władza Świdnicy poradzi sobie z problemem mieszkaniowym. Bo problem ten, o czym na razie się milczy, to nie tylko brak mieszkań dla 300 oczekujących rodzin, nie tylko mieszkanie wielu rodzin w skrajnych warunkach, ale też fakt, że ogromna liczba rodzin nie płaci czynszu nawet za mieszkania socjalne i nawet wtedy, kiedy mają dopłatę. Smutne, ale prawdziwe.

Stan należącej do miasta tak zwanej substancji mieszkaniowej jest katastrofalny. Nie tylko rodziny, które mieszkają w lokalach socjalnych, ale i ci, którzy płacą miastu czynsz jak za lokalne mieszkalne, często żyją w warunkach nieodpowiadających nie tyle standardom XXI, ale nawet XX wieku! Co więcej, stan niektórych lokali tzw. mieszkalnych jest gorszy niż nowo wybudowanych czy wyremontowanych lokali socjalnych.

No i to nagminne niepłacenie czynszów… Wieloletnie próby Miejskiego Zarządu Nieruchomości, by odzyskać chociaż część gigantycznych długów, jakie lokatorzy miejskich mieszkań mają wobec miasta, były jak przysłowiowa walka z wiatrakami. A teraz powiem coś, co będzie jeszcze trudniejszą dla miłościwie nam panującej władzy pigułką do przełknięcia – tych 300 osób, które czekają na miejskie mieszkania, to w co najmniej połowie kolejna grupa potencjalnych niepłacących. Bo kto w dzisiejszych czasach czeka na komunalne albo socjalne mieszkania?…

Pracując jeszcze w „Wiadomościach Świdnickich” nie raz podejmowałam ten temat. Podpowiadałam rozwiązania, nawet drastyczne, jak totalna rewolucja w MZN-ie, najlepiej połączona ze zrównaniem go z ziemią i zbudowaniem od nowa (w przenośni, oczywiście, choć bywam tam i kiedy patrzę, w jakich warunkach pracują tam ludzie, to przestaje mnie dziwić stan pozostałego mienia komunalnego). Abolicja czynszowa, ale solidnie obwarowana spełnieniem odpowiednich warunków, to rzecz, na którą powinna odważyć się już poprzednia władza, jednak nie odważyła się. Ciekawe, czy tę odwagę znajdzie nowa… W gruncie rzeczy to proste – mamy kilka milionów kasy, co do której nie ma się co już oszukiwać, że bezpowrotnie przepadła, a więc wystarczy spojrzeć prawdzie w oczy, zamknąć je na chwilę, żeby mniej bolało, i podnieść do góry rękę nad odpowiednią uchwałą. Budżet tych pieniędzy już nie ujrzy, ale miasto może dzięki temu ujrzeć nowe perspektywy w mieszkaniówce.

To jest temat-rzeka, więc może na dziś poprzestanę na tych paru zdaniach. Ale trzeba być naprawdę aroganckim, żeby w kraju, gdzie nie ma samorządów bez problemu mieszkaniowego, gdzie nie ma dokąd eksmitować ludzi z wyrokami sądowymi, a i sama eksmisja to i tak dopiero początek problemów, zarzucać poprzednikom jakieś zaniedbania. Cóż… zobaczymy…

Fotkę sobie pożyczyłam od Darka Nowaczyńskiego (mam nadzieję, że mnie nie zruga, gdy znów wpadniemy na siebie w mieście – szanse mniejsze, bo rzadziej w Świdnicy ostatnio bywam ;))

POLONEZA CZAS ZACZĄĆ!

czwartek, Styczeń 15, 2015 0 0

Trafiłam dziś, próbując się przedostać do biura, na dorocznego poloneza maturzystów. Po samorządowych zmianach wyglądał ciut inaczej, bo kto inny lansował się z nastolatkami przytupując na rynkowym bruku mniej lub bardziej nieudolnie w rytm tego ludowego tańca. Nowi też byli – rzecz jasna – sami maturzyści. I tylko polonez (oraz prowadzący go niezmiennie od lat Maria i Wojciech Skiślewiczowie) pozostał ten sam…

Chociaż… muzycznie to i on też inny, bo przecież już coraz rzadziej tańczy się do nostalgicznego „Pożegnania ojczyzny” Michała Kleofasa (mogłam tak nazwać kota) Ogińskiego…

…a coraz częściej – do żywszego i weselszego współczesnego dzieła zmarłego przed dwoma laty Wojciecha Kilara z „Pana Tadeusza”.

Krótkie i w zasadzie przymusowe, bo nijak się dostać do bloku śródrynkowego nie dało, przyglądanie się tym pląsom, tej plątaninie nóg i rąk, kobiet i mężczyzn, młodzieży i dorosłych (nie mylić z pełnoletnimi, bo pełnoletnia to młodzież maturalna już jest), uśmiechów i zaciśniętych w skupieniu warg, spowodowało, że gdy tylko udało mi się przemknąć pomiędzy rzadziej gdzieniegdzie rozstawionymi parami, natychmiast podszkoliłam się „z poloneza”.

Ten chodzony taniec nazw ma mnóstwo. Wśród nich znalazłam i takie urocze jak „gęsi” czy „łażony” (to określenie pasowałoby idealnie do pląsów niektórych polityków lansujących się wśród młodzieży). Ale wszem i wobec znany jest właśnie jako polonez, co z kolei pochodzi od nazwy a la polonaise (po polsku, a mówiąc po prostu – taniec polski). Nawet nie wiemy, że do dzisiaj jego rytm zachował się także w niektórych znanych kolędach, takich jak „Bóg się rodzi”, „W żłobie leży” czy „Dzisiaj w Betlejem”. Ciekawe, prawda?

Od lat wiadomo, że na świdnickim polonezie pokazać się można, a nawet trzeba. Że udział tego czy innego starosty, tej czy innej prezydentki, takiej czy owej członkini jakowegoś zarządu przydaje tymże uroku swojskości (bo bawią się z maturalną gawiedzią – rok temu to niektóre panie miały nawet specjalnie nowe fryzury, w tym roku jednak dominowała naturalność, żeby nie powiedzieć naturalizm), a maturzystom i ich belfrom – splendoru (no bo sama władza z nimi tańczy).

Ale do rzeczy, bo łażę wokół meritum jak ci wspomniani politycy po rynkowym bruku. Spojrzałam ci ja na tego poloneza, na te nowe role naszych lokalnych władz i doznałam iluminacji takiej prawie jak w filmie Krzysztofa Zanudziego o tym samym tytule. Olśniło mnie, zwłaszcza po tym, co usłyszałam w ostatnich dniach na temat wątpliwej jakości kompetencji tych i owych nowych samorządowych postaci do rządzenia i kreowania lokalnej rzeczywistości, że przecież i ta ich rola jest tymczasowa. Tak jak poprzedników. Że prezydentem, starostą, wójtem, dyrektorem się bywa. A człowiekiem się jest (choć nie do wszystkich ta zasada się tyczy). Że za cztery lata (a kto wie… może i prędzej) znów wszystko się zmieni i znów będziemy obserwować „nowe”. I że u tych, którzy nie wystąpią ponownie w swojej roli, pozostanie już tylko człowieczeństwo.

Kiedy jednak dowiaduję się o różnych zakusach co niektórych, by za wszelką cenę zgnieść tych niewygodnych lub po prostu znienawidzonych i zmieść ich z powierzchni Ziemi (mnie się to także podobno tyczy), to nad tym człowieczeństwem naprawdę poważnie się zastanawiam. Cóż… polonez to taki taniec, który faktycznie skłania do pewnej zadumy…

TYLKO NERWÓW SZKODA…

sobota, Styczeń 10, 2015 0 1

„Polak Polakowi nawet porażki zazdrości” – te słynne już słowa z filmu o Zbigniewie Relidze „Bogowie” uzupełniłabym o „a co dopiero sukcesu”. Polaków szlag trafia, że komuś jest lepiej. Obywatelskie donosiki do skarbówki, ZUS-u czy gdzie tam się jeszcze da coś donieść, to nasza narodowa specjalność, żeby nie powiedzieć – sport. Zamiast samemu zabrać się za własne życie, Polacy podglądają życie innych i wqrwiają się za każdym razem, kiedy coś im się udaje. A jeszcze gorzej – kiedy miało się nie udać, a udaje się. To ostatnie znam akurat z autopsji i widzę ten trafiający innych szlag w komentarzach na różnych portalach – miała umrzeć, a żyje, miała leżeć, a stoi, miała być zrównana z ziemią, a ciągle ją widać. Niech to szlag! 😀

Mnie z kolei trafia inny szlag – kiedy po raz kolejny, z coraz większym niesmakiem, śledzę nagonkę na Jurka Owsiaka. Nie ma drugiego takiego człowieka, który by tak mocno poruszył polskie serca i jednoczył je od lat we wspólnym celu, w dodatku nie idąc na wojnę, tylko działając pokojowo (no, może wróg jest wspólny – chory od lat system ochrony zdrowia). Niestety, w tym kraju nie da się zjednoczyć wszystkich. Bo w tym kraju nie może Ci się udawać, a jeśli tak się dzieje, zaczynają się też podejrzenia – o oszustwa, kanty, machlojki i inne podejrzane interesy.

Do zaczadzonej własnym smrodkiem nienawiści części naszego narodu do wszystkiego, co dobre i pozytywne, nie jest w stanie dotrzeć prosty argument, że każda organizacja pozarządowa jest prześwietlana jak mało jaka instytucja w tym kraju. Że gdyby ZUS i NFZ, odpowiedzialne za nasze zdrowie, ubezpieczenie i życie, były tak prześwietlane, być może WOŚP nie byłaby wcale potrzebna i nigdy by nie powstała albo w którymś momencie przestała grać. A potrzebna jest i dowodzą tego kolejne szpitale, które znikąd i nigdy w takim czasie nie doczekałyby się takiego sprzętu, jaki funduje im grająca od ponad dwudziestu lat orkiestra Jurka Owsiaka.

Ludzi, którym nie podoba się, że inni mają fajne pomysły i udaje im się je z sukcesem realizować, nie brakuje i na naszym lokalnym podwórku. Likwidacja wszystkiego, „żeby nie było niczego”, którą obserwujemy ostatnio w Świdnicy, to klasyczny przykład działań takich właśnie ludzi. Nie oni powymyślali to czy tamto, więc zamiast wydarzeń o zasięgu potencjalnie światowym będziemy mieć zaściankowe „hop-siup, dana-dana” – „świdniczaninie, zapraszamy Cię na przegląd folklorystyczny niszowego kina litewskiego z towarzyszeniem orkiestry dętej i chóru a capella”. Oł jeeaaa…

I o ile mocno wierzę w lokalnych twórców, o tyle wiem, że podobnie jak wielu innym świdnickim środowiskom trudno im wyjść poza ramy, poza myślenie, że świat kończy się na Świdnicy, a szczytem sukcesu jest pokazanie się i zdobycie nagrody na jednym czy drugim przeglądzie, konkursie, festiwalu itp. Trudno im spojrzeć na to miasto szerzej, z odleglejszej perspektywy. Bo do tego trzeba porzucić wygodne kapcie codziennie tej samej pracy „od-do” i realizowanych co roku według tego samego od lat schematu imprez. A kto by chciał porzucać ciepłe, mięciutkie kapcie, które codziennie stoją przy łóżku?…

Wracając jednak do Owsiaka i jego orkiestry – ja jestem pełna optymizmu. Nie będzie byle prawicowy Polak pluł Owsiakowi w twarz, bo stoją za nim miliony ludzi takich jak ja – normalnych i niewypełnionych nienawiścią jak te purchawki z PiS-u i okolic. Wczoraj Jacek Pochłopień, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika „Forbes”, napisał na Facebooku:

Na WOŚP można spojrzeć tak: Polacy płacą przymusowe składki zdrowotne i cieszą się, że mogą dołożyć więcej wspierając Orkiestrę.
Albo na przykład tak: Polacy wspierają WOŚP, bo wiedzą, że te pieniądze będą wykorzystane lepiej i efektywniej, niż robi to NFZ.
WOŚP kupił przez 23 lata sprzęt za ponad 600 mln zł.
Roczny budżet NFZ to ponad 60 mld złotych.
Byłoby super, gdyby Polacy tyle samo uwagi co WOŚP poświęcali przed wyborami programom polityków dotyczącym ochrony zdrowia.

Nic dodać, nic ująć. Tylko trochę nerwów szkoda…

…WIĘC O CO CI CHODZI?

środa, Styczeń 7, 2015 0 1

Jest super, jest super… Nie będzie już w Świdnicy Festiwalu Reżyserii Filmowej, nie wiadomo, jaka przyszłość czeka Kongres Regionów, a Miasto Dzieci ma robić MDK, którego pracownicy poproszeni rok temu o wsparcie kadrowe tej imprezy pokazali dyrekcji… nie, no aż tak to nie – Kartę Nauczyciela pokazali 😉 Bo komu się chce w wakacje pracować?

Jest super, jest super… Nie ma już wykonawcy robót w Parku Centralnym, bo za wolno pracował, a „Ordnung muss sein”. Tam, gdzie poprzedni prezydent rozmawiałby, próbując znaleźć konsensus, nowa władza nie dyskutuje, tylko ciach – podejmuje „trudne decyzje”.

Jest super, jest super… Nie ma też dotychczasowych (poza dwoma delegatami pracowników) członków Rady Nadzorczej MZEC-u. Jest za to „stara gwardia” – Adam Markiewicz (kiedyś prezydent) i Piotr Mielnik (onegdaj wiceprezydent). No i Jan Łętowski, wiceszef strażników miejskich.

Jest super, jest super… Nie ma też dyrektorów Miejskiego Zarządu Nieruchomości i Świdnickiego Ośrodka Kultury. Pierwszy poszedł na zwolnienie lekarskie, drugiemu wygasła umowa. Ale to już inna para kaloszy, choć losy Eugeniusza Grzesika, dyrektora MZN-u, zapewne i tak byłyby policzone, jak i wielu kolejnych, o których zapewne wkrótce się dowiemy.

Jest super, jest super… Jest naprawdę ciekawie. Z jednej strony to było jasne, że będą zmiany. Że jak ktoś zamieszkuje w nowym domu, to zaczyna od porządków. Że każdy, kto zarządza, woli się otaczać zaufanymi ludźmi. Z drugiej – kiedy pomyślę o sposobie potraktowania Stanisława Dzierniejki, który o tym, że nie będzie Festiwalu Reżyserii Filmowej w Świdnicy, dowiedział się z mediów, mimo że trzy tygodnie temu wysłał pismo do magistratu, to jestem zażenowana. Brakiem klasy przede wszystkim. Bo że pożegnanie z FRF jest tylko kwestią czasu, wszyscy wiedzieliśmy. Ale żeby nie starczyło odwagi cywilnej na to, by facetowi odpisać, tylko najpierw zrobić mu czarny PR w mediach, opowiadając o jego gaży, a dopiero potem zapowiedzieć, że dostanie negatywną odpowiedź?… Cóż, po czynach ich poznacie.

Mamy extra rząd i super prezydenta
Ci wszyscy ludzie to wspaniali fachowcy
Ufam im i wiem, że wybrałem swoją przyszłość
Za rękę poprowadzą mnie do Europy…

Jest super, jest super… – śpiewał szyderczo Muniek Staszczyk z T.Love. Słowa te same przyleciały mi do głowy w ślad za wieściami z zielonego gmachu Urzędowa. No bo jest!… więc o co Ci chodzi? 😀

PS Ilustracja to zdjęcie drzwi do siedziby SLD w Świdnicy, które przypadkiem zrobiłam w poniedziałek, bo zwykle tamtędy nie chodzę. Jak widać, nie wszyscy świdniczanie uważają, że jest super 😉

KSIĘŻNA W KAWIARNI

wtorek, Styczeń 6, 2015 0 0

Dawno, dawno temu, gdy w świdnickim kinie „Gdynia” odbywała się jeszcze cudna impreza pod nazwą Konfrontacje Filmowe, uczęszczałam na nie regularnie wraz z moją śp. koleżanką Kasią, z którą codziennie długo błądząc ulicami omawiałyśmy każdy obejrzany film. Wśród nich był amerykańsko-niemiecki „Bagdad Cafe”, który zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, że do dziś często przychodzą mi do głowy sceny z tego magicznego filmu. Czasem w zupełnie nieoczekiwanych kontekstach… A więc dziś – przy okazji Trzech Króli – będzie o czarach i książętach, a właściwie księżnych. Znaczy jednej księżnej… Ale po kolei.

„Bagdad Cafe” to poniekąd film drogi, choć droga ta właśnie kończy się w zapomnianym przez Boga i ludzi, położonym pośrodku pustyni Mohave, motelu o nazwie równie egzotycznej jak jego „zawartość ludzka”. Nie będę go opisywać, bo warto ten obraz obejrzeć samemu, a wciąż jeszcze krąży gdzieś po sieci (nie mylić z serialem nakręconym później na jego podstawie). Wspomnę tylko, że do tej przedziwnej kawiarni z zepsutym automatem do kawy dociera samotna, konserwatywna Niemka, która postanawia wprowadzić w nim niemiecki ordnung, po czym nagle sama ulega jego czarowi, sama też zaczyna… czarować. Samotna droga doprowadza ją do zmiany życia nie tylko własnego, ale też wszystkich mieszkańców „małej kawiarni na drodze z Vegas donikąd” (specjalnie do tego filmu Jevetta Steele zaśpiewała nominowaną do Oscara piosenkę „Calling You”, którą właśnie cytuję).

Film jest naprawdę przecudnej urody. Pokazuje, jak nawet jedna podróż może zmienić nasz sposób widzenia świata, a bywa, że i całe życie. Dlatego pewnie tak lubię filmy drogi i zapewne też dlatego często, gdy tylko mogę, w krótszą lub dłuższą drogę się wybieram. Ostatnio ciągle dokądś jeżdżę i wracam, a chwilowo nawet nie mieszkam w Świdnicy. Codziennie więc (prawie) dojeżdżam. Każdego dnia przebywam ten mały kawałek drogi tam i z powrotem, żeby dotrzeć do pracy, pozałatwiać sprawy czy zajrzeć do domu. Dzięki temu z innej nieco perspektywy, trochę oderwanej od naszej świdnickiej rzeczywistości, z pewnego dystansu patrzę na to, co dzieje się w moim rodzinnym mieście.

A tu okazuje się, że i tam też wyprawiają się czary… Wyczarowała nam się oto księżna. Skąd to wiem? Jest taki fanpage na FB Świdnica Watch, który obiecuje, że będzie się nowej władzy przyglądał (jak i ja). I znalazłam tam taki oto wpis:

„Prezydent Świdnicy Beata Moskal-Słaniewska nie podjęła jeszcze decyzji odnośnie powołania nowego dyrektora Lokalnej Organizacji Turystycznej – decyzja ta zapadnie po spotkaniu z władzami LOT, które pozwoli przeanalizować dotychczasowe zadania organizacji i podjąć stosowne rozstrzygnięcia”
Ewa Dryhusz, Biuro Prasowe Urzędu Miejskiego w Świdnicy

Na stronie internetowej stowarzyszenia Lokalna Organizacja Turystyczna „Księstwo Świdnicko-Jaworskie” http://www.ks-j.pl wymienionych jest 26 członków, z których każdy na walnym zgromadzeniu ma 1 głos. Również 1 głos posiada Miasto Świdnica. Pozostałych 25 członków nie będzie brało udziału w decyzjach Pani Prezydent?

No i jakbyście to odczytali? Czary! Oto mamy miasto, w którym jeden głos liczy się za kilkadziesiąt innych. Oto rządzi w nim niepodzielnie księżna, która może więcej niż inni. Książęcość w sumie by się zgadzała, wszak LOT ma przydomek „Księstwo”, więc i książę, i księżna być  w nim powinni (swego czasu w „WŚ” wybieraliśmy takowych), a jednak coś tu jest nie tak…

Trudno przecież uwierzyć, że inteligentna osoba albo nie umie liczyć, albo (no, to już byłby wstyd straszny) jej otoczenie nie ma pojęcia o tematach, w których się wypowiada, albo ona sama uwierzyła, że jest wszechwładną księżną, która raz wybrana, może wszystko. Dotarła tam, dokąd dążyła przez całą swoją życiową drogę i teraz wprowadza swój ordnung, jak Jasmine w „Bagdad Cafe”, tyle że Niemka była bohaterką pozytywną 😉 Ciekawa jestem, co na to pozostali członkowie LOT-u.

Informacja cytowana przez Świdnica Watch pochodzi najwyraźniej z komunikatu Biura Prasowego i jest częścią większej całości, cytowanej na wszystkich lokalnych portalach, a dotyczącej zmian na stanowiskach (niestety, po zmianie rzecznika w magistracie wycięto mój adres z listy mailingowej, więc już komunikatów nie dostaję). Wychodzi więc na to, że to BP zaliczyło merytoryczną wpadkę wielką niczym Rów Mariański, przypisując swojej pryncypałce moc iście książęcą. Tyle że obecne księstwo to jedynie powstała za zgodą różnorodnych samorządów i przedsiębiorców oraz osób fizycznych organizacja pozarządowa. A czy jej członkowie także ulegną świdnickim czarom? Pożyjemy, zobaczymy.

PS Co?… Myśleliście, że pazur mi się stępił i znów będę przynudzać o życiowych drogach i ścieżkach? Czasem będę. Ale bez przesady! 😉

NA PROGU NARTOSTRADY

niedziela, Styczeń 4, 2015 0 0

Wczoraj pojechałam na narty. Żaden to wyczyn. Takich jak ja są w samej Polsce tysiące, z czego setki były wczoraj w przeuroczym, zimowym Zieleńcu. Kiedy jednak spojrzeć na to z mojej perspektywy – wyzwanie to było nie lada. Bo ja dopiero chciałam do tych setek i tysięcy dołączyć, o jeździe na nartach mając telewizyjne pojęcie 😉

Oto ja, w wieku lat czterdziestu i dwóch, dałam zakuć moje wrażliwe stopy w buciory, w których czułam się, jakby wstawiono mnie co najmniej w gips, jeśli nie w betonowe skarpetki (a propos tych ostatnich – na szczęście, nikt tam nie chciał mnie zabić, włącznie ze mną samą). Oto ja, dla której najlepszy dotąd sport zimowy, to łóżing z książką i dobrą herbatą, wczoraj ubrałam się w ten grubaśny, ograniczający ruchy, strój, założyłam kask i nawet dość szybko pojęłam, jak się zakłada i ściąga narty. Oto ja, bez instruktora, jedynie z pomocą przyjaciół, samouków, jeszcze przed lekcją śmigałam sobie w miarę świadomie w poprzek stoku, więc ekipa uznała, że będą ze mnie ludzie, znaczy narciarz. A potem to już poszło. Nawet instruktor powiedział, że jeszcze z godzinka i już będę śmigać bez problemów. Na tę „godzinkę” już było szkoda kasy, bo choć są bardzo dobrzy, ci instruktorzy, to jednak już sami nie wiedzą, ile mają brać tej kasy, bo kroją jak za zboże. Postanowiłam więc sama dalej doskonalić swoje umiejętności, a co najważniejsze – ku uciesze mojej przyjaciółki, ZŁAPAŁAM BAKCYLA! 😉

Okazuje się, że nie tylko rower (moja odwieczna miłość) może kręcić, i to nie pedałami, lecz atrakcyjnością i chęcią pokonywania samej siebie. Tak jak na rowerze człowiek wyznacza sobie coraz to nowe cele i do nich dąży, mimo że wcale nie jest i nie chce być wyczynowcem, tak i tutaj – po wczorajszym „złapać podstawy i/lub bakcyla” jest dzisiejsze (znaczy wtorkowe) „będę się doskonalić”. Mam jeszcze kilka takich rekreacyjno-sportowych własnych wyzwań, a właściwie noworocznych postanowień, w tym jedno związane z przełamaniem dużej traumy. Ale dam radę.

Kilka dni temu, zdaje się, 2 stycznia, w Radiu Zet pytano ludzi o ich noworoczne postanowienia, których „już dzisiaj” nie zrealizowali. Sporo tego było. Zaczęłam się wtedy zastanawiać, czy ci ludzie nie mają poczucia porażki. Myślę, że jednak nie. Wczoraj w sieci natknęłam się na rysunkowy dowcip bezbłędnego, jak zawsze, Marka Raczkowskiego na temat postanowień noworocznych (ilustracja).

3860_cdf6

Robimy je co roku, przynajmniej większość z nas. Ale jak niewielka nas część naprawdę je realizuje. A to bywa takie proste, zwłaszcza kiedy człowiek pomyśli, że nie musi sam, że jest wokół wsparcie, a często nawet bodźce, ze strony znajomych czy przyjaciół. Wystarczy tylko je pozytywnie odbierać. Mówisz sobie „zawsze chciałam się nauczyć jeździć na nartach”. Znajomi proponują Ci wyjazd. Mówisz: „eee, nie mam stroju, nie mam butów, nie mam nart…” Oni odpowiadają: „już wszystko załatwione”. I co? Wycofasz się? Ha ha ha 🙂 Nie ma opcji.

Jeśli więc sami nie macie w sobie tyle samozaparcia, wesprzyjcie się ludźmi dookoła. Chcesz się odchudzać? Zapytaj koleżankę, czy nie chce chodzić na jakąś zumbę czy siłownię. Zbierz kilka takich babek i zróbcie sobie zawody, która szybciej zrzuci określoną liczbę kilogramów. Chcesz przestać palić? Zróbcie sobie z kolegą ranking – kto szybciej, dłużej, kto na zawsze. Motywacja gwarantowana. Bo realizacja postanowień nie musi być tylko pokonywaniem samego siebie. Można też zrobić z nich zdrową rywalizację. Na końcu czeka nagroda tak wielka, że trudno ją nawet opisać – zadowolenie z własnych dokonań.

Aaa, i jeszcze jedno, co wiem z doświadczenia – najlepiej realizuje się postanowienia noworoczne i każde inne na totalnym spontanie, z całkowitym wyłączeniem myślenia, tak jak dzieci uczą się jazdy na nartach. Instruktor Piotrek, młody człowiek świeżo po studiach, powiedział mi coś ciekawego – dzieci uczą się tak szybko, dlatego że nie myślą o możliwych konsekwencjach, upadkach, kontuzjach itd.

To pisałam ja – obolała, początkująca, czterdziestodwuletnia narciarka stojąca na progu nartostrady, ale już z nartami na nogach i pozytywnym myśleniem w głowie 😉