#ANITAMUSISZ

czwartek, Czerwiec 11, 2015 0 0

Ile czasu od odniesienia sukcesu trzeba, żeby zacząć się jarać własną samozajebistością? Normalnie baaardzo dużo. Właściwie każdy, kto sukces odniesie, wie, że to dopiero początek drogi. Drogi, by jak ta gołębica w gnieździe nie usiąść zbyt mocno tyłkiem na laurach. Sukces wymaga. Pracy, uwagi, wyrzeczeń. Nie tylko przed. Ale i po. Wymaga mądrości, pracowitości, wzniesienia się ponad.

Wie o tym doskonale Stanisław Dzierniejko, pomysłodawca i dyrektor Festiwalu Reżyserii Filmowej, którego pierwszą edycję zjechałam z góry na dół, nazywając Festiwalem Odgrzewanych Kotletów. Panu Staszkowi było przykro, ale przyznał mi rację. A dziś jesteśmy dobrymi znajomymi. Bo on pracował na swój sukces, a ja na swój. I pracujemy ciągle. Czasem nawet wspólnie 🙂

Owszem, byłam na Festiwalu Reżyserii Filmowej w Jeleniej Górze (qrczę, słabo to brzmi nawet, ale co robić?). Tak, widziałam tłumy zadowolonych jeleniogórzan, a wśród nich wielu stęsknionych świdniczan i mieszkańców okolic (podobno ze Świebodzic pojechał cały autokar). Tak, rozmawiałam z gwiazdami. I… tak –

wszystkim poza mieszkańcami i władzami Jeleniej Góry – jest festiwalu w wydaniu świdnickim żal.

Ale ja nabrałam dystansu i myślę sobie, że w sumie to i tak już jest inna Świdnica i nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Sami sobie świdniczanie zgotowali ten los, więc niech będzie tak, jak chcieli.

Tak sobie myślę stojąc za kulisami Teatru im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze i nagle – jak grom z jasnego nieba – spada na mnie imperatyw #anitamusisz. Co? Że co? Ja nic nie muszę! Muszę wrócić bezpiecznie do Świdnicy z całą ekipą, w tym jedną ciężarną – to muszę na pewno. Imperatyw odpływa.

Tak jak inni, biję brawa Janowi Jakubowi Kolskiemu, którego kina jestem od lat tak wielką fanką, którego „Jańcia Wodnika” uwielbiam, a „Jasminum” – jedyny w całej światowej kinematografii film, w którym czuć zapach – kocham, i który odbiera nagrodę Złotego Dzika. Odbiera ją na Festiwalu Reżyserii Filmowej. „W Jeleniej Górze czy w Świdnicy – jakie to ma znaczenie?” – mówię sobie.

Ano, ma. Bo potem wracam do mojego miasta. Jadę te 66 km i przypominam sobie, jak pieszo wracałam po ostatnich świdnickich galach do domu, i znów w głowie ten sam imperatyw #anitamusisz. Nie… no, błagam. Jestem zmęczona, muszę spać. Ooo, właśnie – spać muszę. #anitamusiszspać

Wchodzę na fejsbuka, wrzucam słodkie focie, jest miło, ogarniam pracę na jutro. I natykam się na coś o jakiejś Pracowni Miast (czy mówili o tym w ogólnopolskiej TV?), coś o lokalnych mediach, że ktoś im niby płaci, bo inaczej by widziały, co się dzieje (a co się dzieje?), coś o tym, że władza jest z mieszkańcami „in touch” (sprawdzam to od jakiegoś czasu, ale w sprawie tak ważnej dla pewnej grupy mieszkańców, że lepiej, żebym nie była zmuszona robić wpisu na ten temat)… I COŚ mi tu nie gra.

Ludzie! Albo to ja żyję w matrixie, albo Świdnica pogrążyła się w oparach jakiegoś pełnego poczucia własnej samozajebistości smrodku…

Poprzednia władza, zanim zaczęła robić festiwale, kongresy i inne cuda, które według ówczesnej opozycji, a dzisiejszych rządzących, były permanentnym robieniem sobie selfie, najpierw ciężko harowała. Harowała na to, żeby był chleb. Bo już od czasów rzymskich igrzyska są ważne – ale potem… potem trzeba móc wrócić do domu i zjeść ten chleb, na który się pracowało. A żeby pracować, trzeba mieć gdzie. A żeby mieć gdzie pracować w mieście ze strukturalnym bezrobociem, trzeba żeby władze „zrobiły dobrze” inwestorom. I tak było. A teraz… teraz władze najwyraźniej też robią dobrze, tyle tylko, że nie inwestorom, a… sobie.

I teraz już wiem, czemu to #anitamusisz mi siedziało w głowie.

Musiałam 😉

Komentarze

komentarz

Brak komentarzy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *