GIM2 W ŚWIDNICY. I <3 THIS SCHOOL!

czwartek, Październik 22, 2015 0 0

Usłyszałam wczoraj historię przecudnej urody. Jej opowiedzenie zajęło pewnej młodej damie z jakąś minutę, ale – jak to się mówi w żargonie dziennikarskim – pociągnęłam temat i z satysfakcją zawiadamiam Was, że rośnie nam pokolenie fantastycznych młodych ludzi. A wniosek ten wysnułam nie tylko na podstawie tej historii.

Ale najpierw ona.

Jest blog. Kulinarny. Świdnicki. Bo prowadzi go świdnicka babcia. A właściwie jej wnuczka, bo babcia dopiero co kupiła sobie laptopa i Wiktoria z Gimnazjum nr 2 (znaczy owa wnuczka) pomaga babci. Na blogu są zaledwie trzy (3!) przepisy, ale to jest jasne, że od czegoś trzeba zacząć. No i już widzę babcię i wnuczkę jak siedzą przed lapkiem i babcia dyktuje wnuczce przepis.

Coś fantastycznego! Babcia zgłębiająca nowe technologie i techniki komunikacji i wnuczka, która jej w tym pomaga. Aż chce się powiedzieć „mniam!” 🙂

Jest szkoła – Gimnazjum nr 2 w Świdnicy. W niej uczniowie, na których jedni mówią „młodzież”, a inni „dzieciaki”. Jak oni sami się nazywają, to nie wiem, ale chyba się nie nazywają 😉 Szkoła ta jest mi bliska, bo w tych murach mieściła się onegdaj podstawówka, którą ukończyłam. A dziś bliższa tym bardziej, że uczy się tam moja córka, której ten wybór delikatnie zasugerowałam (naprawdę delikatnie, bo jej się nie da niczego narzucić). Bliższa tym bardziej, że wielokrotnie miałam przyjemność współpracy z dyrekcją i kadrą i przyznam, że nie znam szkoły, w której uczniowie mieliby tyle do powiedzenia. Stąd właśnie ta sugestia dla mojego dziecka – zresztą obecnie pełnego wdzięczności 😉 Bliższa jeszcze bardziej, bo od września prowadzimy tam z przyjaciółmi warsztaty, tworząc z młodzieżą nową szkolną jakość informacji.

I właśnie współpracując z tą warsztatową młodzieżą usłyszałam o blogu babci Asi, poznałam kolejnych cudownych młodych ludzi, którym „się chce” i potwierdziłam tylko tezę, którą już wcześniej miałam w sobie po kontaktach z moją córką i jej przyjaciółkami –

rośnie nam pokolenie fantastycznych młodych ludzi. Z pasjami, z własnym zdaniem (!), które potrafią wyrażać, często już ze sprecyzowanymi planami na przyszłość – oni tak bardzo wiedzą, czego chcą, że aż przyjemnie posłuchać 🙂

Ja taka nie byłam i takich możliwości nie miałam. W mojej „dwójce” dyrektor był spoko, ale uczniowie nie mieli szans wywalczyć sobie „pokoju rozmów”, bo nie chcieli być wzywani na dywanik. Teraz nawet rodzice potrzebujący czy wezwani na rozmowę z wychowawcą spotykają się w tym pokoju, przy okrągłym stoliku, by na spokojnie porozmawiać bez towarzystwa kilkunastu par oczu i uszu.

Teraz rozwiązując trudne szkolne dylematy typu ubiór, makijaż, korzystanie z internetu, telefonu szkoła pyta najpierw o zdanie i rodziców, i uczniów. Coś pięknego!

I pomyśleć, że te niby proste, niby oczywiste, a przecież w tak wielu szkołach niestosowane zasady wprowadziła i kultywuje pani, która kiedyś była wychowawczynią mojego młodszego brata, u której ja robiłam praktyki studenckie i która dzisiaj jest dyrektorem tego gimnazjum – Alicja Matysik. Alu, już dawno miałam Ci to powiedzieć – jestem pod wrażeniem, ale moje zdanie nie miałoby znaczenia, gdyby nie zdanie mojej córki, która w tym gimnazjum odnalazła siebie 🙂 Dziękuję! I oby jak najwięcej takich szkół.

***

Aha! Blog babci Asi (i Wiktorii) znajdziecie pod adresem http://to-i-owo-babci-asi.blogi.pl/ Mikstura na uodpornienie – jak znalazł na dzisiejszą aurę 😉

UCZ SIĘ, UCZ, BO NAUKA TO… FRANCUSKI KLUCZ

sobota, Październik 17, 2015 0 0

Czasem wystarczy kilka sekund, by ktoś uświadomił Ci, że nie jesteś taki zajebisty, jak myślisz. Jakiś czas temu zatkał mi się kibelek. Pewne roboty hydrauliczne, jak np. prosta wymiana baterii, potrafię wykonać sama, ale do przetkania kibelka wiadomo – potrzebny nie tylko francuski klucz, ale i sprzęt. A ze sprzętem – fachowiec. Przyszło ich dwóch. Załatwili sprawę w trzy minuty i zażyczyli sobie 60 zł. „Za co? – wykrzyknęłam. – Za te kilka minut pracy?” Na to jeden z nich, który nie wiem, czemu skojarzył mi się z Janem Kobuszewskim, chociaż nijak do niego nie był podobny zaśmiał się z wyższością i powiedział: „Trzeba się było uczyć” 😀

Nie bez powodu polski hydraulik był swego czasu naszym dobrem narodowym i towarem eksportowym 😉

Bo kiedy masz w ręku fach, który nie jest powszechny, to jesteś gość. Jak ten facet, który przychodzi mi do awarii sprzętów AGD. Odkręci kilka śrubek, coś tam dokręci, skasuje za 10 minut roboty stówkę i wychodzi zostawiając po sobie opary tanich perfum, które się wietrzy pół dnia 😉 Albo budowlańcy, którzy „zamieszkiwali” moje mieszkanie przez dwa pierwsze miesiące tego roku. Przy nich wszystkich – Andrew, znajomy elektryk, który sam o sobie mówi, że jest drogi, tani jest jak barszcz.

I potem człowiek pyta: „Panie, czemu to tyle kosztuje?” A „pan” może się tylko uśmiechnąć. Kosztuje tyle, bo ty tego sama nie zrobisz. Płacisz więc temu, kto potrafi. Kto ma wiedzę. Kto się uczył. Co? Że ty też się uczyłaś? No, ale co ci po tym, że przeczytałaś setki książek i wiesz, co rzecze Zaratustra, jeśli sobie kibla nie przetkasz? 😉

Na szczęście, i mój fach czasem jest komuś potrzebny. I ja też, wzorem pana hydraulika, na pytanie, czemu to tyle kosztuje, mogę odpowiedzieć: „Trzeba się było uczyć” 😀 😀 😀

Wężykiem, wężykiem 😉

PAN AUTOGRAF

środa, Październik 14, 2015 0 0

Pasja – jedno słowo, a tyle znaczeń… Jest szewska pasja – niepohamowany gniew, kiedy ktoś kogoś – mówiąc potocznie – wqrwi na maksa 😉 Jest pasja w postaci utworu przedstawiającego Mękę Chrystusa. Pasjonujący może być człowiek albo dajmy na to film. Jest też wielkie zamiłowanie do czegoś – można lubić/robić coś pasjami, pasjonować się, mieć pasję – czyli hobby na ostro, takie, któremu bywa, że podporządkowuje się całe życie.

Jesteśmy z Resibo na Festiwalu Aktorstwa Filmowego we Wrocławiu. Ustalam wcześniej telefonicznie z operatorem to, co nas czeka, a on zastanawia się: „Ciekawe, czy będzie pan od autografów”. Nie kojarzę w pierwszej chwili, ale zaraz przypomina mi się TEN PAN. Pan Autograf. Pan, którego zna każdy świdniczanin, który kiedykolwiek przyszedł na jakąkolwiek imprezę, gdzie były co najmniej trochę znane postaci z życia publicznego. Jego cierpliwość jest godna podziwu.

W tej swojej szarej, kurtce z papierowym orężem w ręku, potrafi godzinami oczekiwać na ludzi, których autografu jeszcze nie ma w swojej kolekcji. Nie ma znaczenia, czy stoi, czy siedzi. Czy ma towarzystwo, czy nie. Czy pod dachem, czy na dworze.

On po prostu ma to swoje hobby, to kolekcjonowanie autografów (o ile dobrze pamiętam, to zbiera także długopisy) i pod żadnym pozorem nie zamierza z niego rezygnować. I jest w stanie poświęcić mu wiele.

Jedni zbierają znaczki, inni monety, jeszcze inni zaczytują się w książkach, ktoś robi zdjęcia, ktoś inny kręci wideo, ktoś gotuje, moczy kij w wodzie, robi na drutach, śpiewa, gra, tańczy, uprawia sport… Zbiera pluszowe misie, hoduje patyczaki, robi sobie selfie wszędzie, gdzie jest, nagrywa studzienki kanalizacyjne, świętuje Boże Narodzenie przez cały rok… Serio – są takie freaki 😉 A śp. babcia mojego śp. męża zbierała ze śmietników wszystko, co według niej nadawało się do powtórnego użycia, ewentualnie złożenia w coś nowego – np. kilka żelazek w jedno 😀

Ale do rzeczy. Hobby czy mówiąc mocniej – pasja (mówię o tych mniej szalonych) to świetny sposób na trening osobowości, na wyznaczanie sobie celów, na realizowanie siebie, często też bywa, że na spełnianie marzeń.

Okazuje się, że niektórzy nie mając własnego, szukają porad – jakie mogą mieć ciekawe hobby.

Wklepałam w Google „ciekawe hobby” i co wyskoczyło? „10 pomysłów na ciekawe hobby”, „75 fajnych hobby dla faceta” (niezła kopalnia: http://www.wykop.pl/ramka/1715584/75-fajnych-hobby-dla-faceta-odnajdz-swoja-nowa-pasje/), „Pomysły na darmowe hobby”, „Jak znaleźć swoje hobby?”, „Jakie mogę mieć ciekawe i oryginalne hobby?” (to jakaś nastolatka, która w wieku 15 lat i po obejrzeniu „Mam Talent” uznała, że jej życie jest nudne i musi znaleźć pasję) 😉 Jest tego znacznie więcej, co by chyba oznaczało, że mamy taką potrzebę.

Człowiek, który urodził się z jakąś pasją, dostał dar od losu, bo jego życie nigdy, ale to nigdy nie będzie nudne. Bo zawsze będzie miał jakiś cel. Bo realizacja jego pasji często będzie się wiązać z realizacją marzeń. Z pasji rodzą się wielkie talenty, wspaniali artyści, sportowcy, tancerze, aktorzy, pisarze… Długo można wymieniać. Nie zachęcam Was do poszukiwania pasji na siłę. Ale prawdopodobnie każdy ma coś, co lubi bardziej niż co innego. Co go kręci i podnieca, jak w tytule filmu Woody Allena (to też jeden z ludzi z pasją). Warto się chociaż nad tym zastanowić, choć bywa tak, jak u mnie – kręci i podnieca mnie wiele rzeczy, ale tylko niektóre to moje prawdziwe pasje.

No tak, ja tu zamulam, a Pan Autograf czeka… Oj, czeka cierpliwie – we foyer Dolnośląskiego Centrum Filmowego. Mariusz, nasz operator, miał rację! Był tam. Ten sam. W tej samej szarej kurtce. Nie zdziwię się, jak będzie tam także jutro, na Gali Zamknięcia 🙂 Prawdziwy człowiek z pasją.

NASZ KLIENT… NASZ PAN ;)

niedziela, Październik 4, 2015 0 0

„Karta na punkciki?” – zapytała mnie obojętnym tonem kasjerka w Tesco. „Nie mam” – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo za zbieranie tych „punkcików” to ja ludzi szczerze podziwiam (ile trzeba nakupować, żeby potem jakiś kupon wymienić na rabat w wysokości 1 zł?), ale samozaparcia bym do tego nie miała 😉 Spakowałam zakupy i komunikuję: „Zapłacę kartą”. Pani z miną „bez kija nie podchodź” wyciąga do mnie rękę i mówi: „Proszę kartę”. Ja na to, że zbliżeniowo, a pani już nie mówi, tylko warczy „Nie można”. Zwykle bym kontynuowała dyskusję, pytając, dlaczego, skoro zawsze było można, ale mina tej kasjerki plus jej warczenie (nie wiem, może się utożsamiała z obchodzonym dzisiaj Światowym Dniem Zwierząt?) skutecznie mnie przyblokowały.

I nie po raz pierwszy zastanawiam się – kiedy wreszcie Polacy przestaną pracować za karę? I kiedy zaczną rozumieć, że to oni budują wizerunek swojej firmy. OK – kasjerce w Tesco może się nie chcieć, ale… A o tym za chwilę…

Bo żeby nie było – jest już coraz lepiej. Coraz więcej widzimy zza lady czy kasy uśmiechów. Coraz częściej wymieniamy między sobą uprzejmości. Coraz fajniej zasada „klient nasz pan” jest wdrażana w życie, i to z przekonaniem, a nie z przymusu. Ale wciąż jeszcze zdarzają się ludzie, którzy to właśnie w pracy wywalają wszystkie swoje problemy, co niestety umyka w takiej masówie, jaką są supermarkety, jednak zniechęca tak samo, jak i do mniejszych punktów, w których chcesz coś kupić, a masz do czynienia z murem niechęci.

Do niedawna jeszcze byłam przekonana, że w tych małych obiektach, gdzie nie ma anonimowości, nie ma już miejsca na takie rzeczy, ale… Jest taki fastfood w Świdnicy… nie powiem, jedzenie niezłe, świeże, ciekawe, w dobrych cenach… Aż chciałoby się coś tam zakupić częściej. Tyle że jak od progu czujesz, że jesteś tam niechciany, a nasila się to jeszcze w trakcie oczekiwania na zamówienie, to następnym razem już Ci się tam nie chce wracać. Nie qmam, jak można nie rozumieć tak prostych zasad, jak ta, że klienta się wita. Że nie musisz się nawet, znudzona i obrażona na cały świat lasko za ladą, uśmiechać, ale MUSISZ powiedzieć dzień dobry i przyjmować zamówienie tak, żeby klient czuł, że jesteś zainteresowana tym, co on chce zamówić i gotowa, by odpowiedzieć na jakieś nieoczekiwane jego pytanie co do menu. Że nie możesz w tym czasie pitolić sobie o farmazonach z koleżankami, chyba że to klient tę ogólną rozmowę wywołał, bo Ty jesteś w pracy, a Twoje zadanie to obsługa klienta. Że – wreszcie – to Ty odpowiadasz za wizerunek miejsca, w którym pracujesz.

Nie od dziś wiadomo, że atmosfera panująca przy jedzeniu ma ogromny wpływ na jakość posiłku i jego przyswajanie. Nie inaczej jest też i w tych miejscach, w których się je albo bierze jedzenie na wynos.

Kiedy więc wchodzę do knajpy i od progu wita mnie obojętność, a w trakcie rozmowy z obsługą mam wręcz wrażenie, że laska nie ma ochoty odpowiadać na moje pytania, a najbardziej to chciałaby, żebym zarówno ja, jak i pozostali klienci wyszli, bo wtedy będą mogły znów zająć się ploteczkami, to szlag mnie trafia.

Przypominają mi się w tym momencie peerelowskie książki skarg i zażaleń. Pamiętacie je? Niby to relikt przeszłości, ale dzisiaj wciąż bywa, że aż się prosi, żeby je przywrócić. Żebym mogła oczekując na to zamówienie w atmosferze, w której czuję się nie klientem, a intruzem, otworzyć ją i wpisać: „Jedzenie jest niezłe, ale co z tego, jak obsługa chujowa?” Albo przeciwnie: „Pyszne jedzenie, świetna obsługa, oby więcej takich miejsc!”

Na szczęście, dzisiaj mamy Facebook. I powiem Wam, że tu znajduję (jedyne chyba) uzasadnienie dla ikony „dislike”, którą Zuckerberg chce wprowadzić. Bo mam co najmniej kilka takich miejsc, którym aż się prosi, żeby przylepić taką naklejkę. Słaba obsługa? No to już – czekając na zamówienie wchodzę na fejsa i daję im dislike’a. Zanim… mnie nie wciągną na czarną listę i nie zaczną mi pluć do sałatki 😉 Bo niestety FB tym się różni od starej, poczciwej i znienawidzonej przez sektor handlu, usług oraz gastronomii, książki skarg i zażaleń, że nie mogę tego dislajka dać im anonimowo. Bo jedzenie, cholera, dobre, a czasem naprawdę nie ma kiedy gotować 🙁

Fakt, wpadki zdarzają się nawet najlepszym. Ostatnio w świetnej restauracji podano znajomym do obiadu spleśniały chleb. Ale ogólna atmosfera potrafi nawet taką skuchę przysłonić i szybko naprawić.

Mam więc taki pomysł! Wpisujcie w komentarzach miejsca, które w Waszych miastach zasługują na lajka, a które na dislajka. Zróbmy sobie mapę miejsc, które trzeba omijać szerokim łukiem. Może ich trochę podszkolimy, że chociaż nie ma już książki skarg i zażaleń, to klient wciąż jest nasz pan 😉