W RYTMIE ŻYCIA

poniedziałek, Luty 1, 2016 0 0

Odkładacie czasem rzeczy na później? Ja tak – zwłaszcza te domowe. Spalona żarówka. Jedna. Druga. Trzecia… (zapasy skończone, a już jestem taka skonana, że nie chce mi się jechać po nową). Niezawieziona do magla pościel (a lubię, oj, lubię, ale ciągle nie po drodze, więc wożę ją w samochodzie). Niezrobione inne rzeczy, które teoretycznie mogą zaczekać (bo praca, bo życie…) Zawodowo też tak czasem mam – są rzeczy, które same się robią, i to od razu, a są takie, które czekają „na lepsze czasy”. I wkurzam się za to na siebie, denerwuję się, że coś jest niezrobione i już wewnętrzna awantura gotowa (bo do kogo mam mieć pretensje, jak nie do siebie?). Aż tu nagle dzieje się coś, co każe mi myśleć, że na wszystko w życiu przychodzi właściwy czas.

Bo to odkładanie zwykle nie odbywa się z premedytacją. Najczęściej naprawdę jest coś innego, pilniejszego do zrobienia. Albo naprawdę jestem już tak zmęczona (spróbujcie mieć wszystko na swojej jednej głowie, to będziecie wiedzieć, o co chodzi), że nie mam siły na kolejny wysiłek. Dlatego coraz rzadziej denerwuję się, że coś czeka.

Wielokrotnie przekonałam się, że czeka po prostu na odpowiedni moment. Na tę chwilę, kiedy wszystkie linie w czasoprzestrzeni zetkną się we właściwym miejscu i wyjdzie to znacznie lepiej niż się tego spodziewamy.

Dwa przykłady. Pierwszy – to ten, który mnie skłonił do popełnienia takiego właśnie wpisu. Czyli te nieszczęsne żarówki. Najpierw spaliła się jedna u Oli nad łóżkiem. Inne działały, a ona i tak dawała słabe światło w porównaniu z nimi, więc priorytetem nie była. Potem spaliła się druga – na suficie. Zrobiło się ciemniej, ale nie aż tak, żeby z megajasną lampką na biurku nie można było rysować 😉 W międzyczasie jednak wyciągnęłam jedną i wrzuciłam do torebki „na wzór”. Po czym po jednym lub dwóch dniach wożenia (bo nie było czasu podjechać i kupić) rozpadła się i trzeba było się jej pozbyć 🙂

Jakoś tak mniej więcej w tym samym czasie spaliła się jedna z żarówek w kuchni. A ja bardzo, ale to bardzo lubię jasność – zwłaszcza w kuchni. Męczyło, no ale druga wciąż działała, więc można było sobie tłumaczyć, że są pilniejsze sprawy, jak choćby ugotowanie i zjedzenie obiadu po pracy 😉

Miarka przebrała się wczoraj. Tym razem padła nie żarówka, ale kabel HDMI, dzięki któremu mogę sobie podłączyć lapka do telewizora i oglądać filmy w dobrej rozdzielczości (błogosławiony ten, który mi kiedyś pokazał ten trick :D). Kabel „zdechł” rozpadłszy się przy jednej wtyczce na czynniki pierwsze wczoraj wieczorem, tuż przed moim snem. Oczywiście, zapomniałam o tym drobnym defekcie, aż do chwili, gdy wróciłam wieczorem z pracy i nie mogłam nawet Faktów obejrzeć 😉 A więc zamiast faktów zrobiłam sobie wycieczkę po kabel, żarówki i parę innych rzeczy, które powinnam była do domu kupić, ale szkoda mi było czasu (bo przecież zakupy z Tesco Ci przywiozą, jak nie masz czasu 😉 )

Zapytacie, jakie z tego mam profity? Np. takie, że pojechałam do centrum handlowego raz, a nie kilka razy. A więc poświęciłam czas raz, paliwo wypaliłam raz i za jednym zamachem, z uśmiechem na ustach (bo śmiałam się sama z siebie) załatwiłam wszystko, co odkładałam od dłuższego czasu.

A drugi przykład? Zawodowy. Mamy oto chorego chłopca, któremu jako firma spełniamy marzenie, a ja jestem za to odpowiedzialna (wiadomo – lubię to! :D). Wszystko jednak od momentu deklaracji wlokło się, dłużyło, kolejne spotkania się przesuwały, terminy zmieniały. Raz nie mogliśmy, bo przygotowania do przeszczepu. Potem – bo przeszczep. Potem – bo po przeszczepie. Wreszcie, choć już naprawdę źle mi z tym było, wszystko SAMO się poukładało, i to nawet lepiej niż to sobie wyobrażałam! I to nie pierwszy raz w moim życiu – zarówno prywatnym, jak i zawodowym.

Bo tak to już jest, że w naszej naturze jest pędzić, ciągle za czymś gonić, spieszyć się.

Tymczasem my swoje, a życie – swoje. Ma własny rytm i własne „terminy”. Potrafi zmienić nam w ciągu sekundy cały scenariusz, wywrócić wszystko do góry nogami, pokrzyżować plany, poplątać ścieżki albo przeciwnie – wszystko wyprostować.

To co zależy od nas? – zapytacie. Wszystko i nic. Po prostu trzeba być gotowym na wszystko i brać życie takim, jakie jest. I nie przyspieszać na siłę. I nie spowalniać. Znajdź swój własny rytm – jak powtarza w trakcie treningów Ewa Chodakowska. Dokładnie. Ważne, żeby to był Twój rytm.

PS I mam jeszcze jedno powiedzenie – autorstwa pewnego klasyka, którego bezskutecznie poszukują wszystkie internety: „Tylko spokój może nas uratować” 😉 Pod ciśnieniem to można co najwyżej wylecieć w powietrze 😀

Komentarze

komentarz

Brak komentarzy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *