STATE OF MIND

czwartek, Czerwiec 23, 2016 0 0

Nie blokujcie mojego fanpejdża ani profilu na fejsbuku, kiedy będę w mojej podróży życia do USA, tylko kierujcie się w stronę własnych marzeń. Jeśli chcielibyście opłynąć glob statkiem, pomagać chorym i samotnym, zjeść najdziwniejsze potrawy świata – to działajcie! Nie ma rzeczy, które mogą Was powstrzymać przed realizacją tych pragnień. Wiem, wiem – myślicie, że są. Bo za dużo myślicie! Wszystkie przeszkody są wyłącznie w Waszej głowie.

Pamiętacie jak byliście dziećmi? Pewnie średnio. Ale na pewno pamiętacie, jak mogliście godzinami bawić się na dworze z kolegami, bez względu na warunki atmosferyczne. Nieważne, że w czasie upałów spływaliście potem. A zimą, gdy wracaliście do domu z sanek przemarznięci do kości, wystarczyło „ogrzać” dłonie pod strumieniem zimnej wody. Czy ktoś się w ogóle przejmował jakimikolwiek trudnościami?!

Że daleko, że ciasno, że mokro, że sucho, że mroźno, że pada, że śniegu za mało, że śniegu za dużo… Nie było opcji. Liczyła się tylko dobra zabawa.

Pamiętam największą reprymendę, jaką dostałam od rodziców w całym moim życiu. Miałam może z 4-5 lat i starsze koleżanki (jakaś pierwsza-druga klasa podstawówki, ale dla mnie były absolutnie dorosłe). Koleżanki (zawsze byłam lubiana przez takie „starsze”, byłam ich maskotką) rozmawiały przy mnie o tym, że idą nad rzekę się pluskać i opalać. Ja też chciałam! I poszłam! Wzięłam niebiesko-biały koc w kotki (który potem w czasie stanu wojennego rodzice zostawili w pociągu relacji Łomża – Warszawa) i jakiś ręcznik z kuchni (łazienki nie mieliśmy). I poszłam! I było cudnie! Pierwszy raz w życiu byłam NAD WODĄ (nic to, że były to brudne nurty rzeki Bystrzycy, choć wówczas jeszcze wypełniającej dość mocno swoje koryto). Pierwszy raz w życiu się opalałam na kocu! Pierwszy raz w życiu poszłam gdzieś sama bez rodziców…

Tyle że… nie bardzo miałam pojęcie, że powinnam im o tym powiedzieć.

Mama była prawdopodobnie w pracy. Tato możliwe, że u sąsiadów, bo nikt mnie nie zatrzymał w czasie przygotowań do tej mojej wielkiej wycieczki. Ale jednak ktoś zauważył. I gdy wróciłam (trudno powiedzieć, po ilu godzinach, bo z poczuciem czasu to dzieci niespecjalnie sobie radzą), dostałam to, na co zasłużyłam. W właściwie sama to sobie zafundowałam. Bo nagle wchodząc do bramy zrozumiałam, że powinnam była rodzicom powiedzieć, zapytać o zgodę. Usiadłam więc na schodach i w ogóle bałam się wejść do domu. Moje starsze koleżanki już dawno były w swoich domach, a ja… wciąż siedziałam, wydłużając czas nieobecności. Wreszcie jedna z nich wyszła wyrzucić śmieci. I zobaczyła mnie. „A co ty tu Anitka robisz?” – zapytała. „Boję się iść do domu” – powiedziałam. „Ale musisz, już wieczór” – usłyszałam. A jednak strach był silniejszy. Wreszcie pojawiła się bezpośrednia sąsiadka rodziców, która niemal siłą zaprowadziła mnie do domu strofując: „Dziecko, przecież Twoi rodzice wariują, co się z Tobą stało”.

Owszem, wariowali. Krzyki mamy, klapsy taty – pamiętam to do dzisiaj. Czy trafiły? Chyba tak. Zrobiłam się karna i nigdy już, nawet jako zbuntowana nastolatka, nie poczyniłam ważnych kroków bez poinformowania/poradzenia się rodziców (potem już tylko mamy). Ale… nigdy nie przestałam marzyć. I nigdy tak naprawdę nie żałowałam tamtego wypadu nad rzekę. Wręcz przeciwnie, częściej wspominam właśnie to pluskanie się i leniwe wygrzewanie się na trawie niż późniejszą reprymendę rodziców.

Bo… ostatecznie to już wtedy było MOJE życie, moje wspomnienia i moje wybory. I moje błędy. I moja radocha, że „poszłam w świat”. Bo chciałam.

I tak mam przez całe życie. Czasem boję się, ale to i tak mnie nie powstrzymuje przed tym, żeby iść dalej, marzyć i szukać sposobów, żeby te marzenia spełniać. A są! Tylko trzeba się uważnie rozglądać.

A więc… na dosłownie pięć dni przed moją podróżą życia, podczas której odwiedzę kawałek Stanów Zjednoczonych, bo urodziłam się jak USA 4 lipca i zawsze chciałam tam właśnie świętować swoje urodziny, jeszcze raz proszę – nie blokujcie mnie na FB, tylko sami znajdźcie sposób, żeby zrealizować własne marzenia. Bo one są jak Nowy Jork. To stan umysłu 🙂 Jak w tej piosence Billy Joela [wrzucam najbardziej amerykańskie wykonanie ever Springsteen&Joel) 😀

PS Czemu ja o tym blokowaniu piszę? Bo od kilku osób w sympatycznych żartach usłyszałam komentarz, że na czas mojej wyprawy do USA zablokują mnie na FB 😉 Wiem, że tego nie zrobią. To były tylko żarty i nieźle się z tego śmiałam. Ale też wiem, że powinnam nie tylko te osoby, ale i każdego, kto to czyta, zachęcić – weźcie się za realizację własnych marzeń. To wcale nie jest takie trudne 🙂

Komentarze

komentarz

Brak komentarzy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *