I <3 NEW YORK

czwartek, Lipiec 21, 2016 0 0

„I like New York in June, How about you?…” Pamiętacie tę piosenkę? Śpiewa ją Robin Williams w tragikomedii „The Fisher King”, gdzie gra pogrążonego w szaleństwie po śmierci żony profesora literatury. Towarzyszy mu zakochany w sobie prezenter radiowy, grany przez Jeffa Bridgesa, który jest pośrednią przyczyną śmierci nie tylko żony profesora, ale i kilkorga innych ludzi zabitych w restauracji przez jego słuchacza. Los styka ich przypadkiem, gdy wyrzucony z radia Jack stacza się, chce popełnić samobójstwo, a ratuje go bezdomny kloszard Parry (dawniej Henry Seagan, profesor literatury). Jeśli nie pamiętacie lub nie oglądaliście, koniecznie go znajdźcie. Ale do rzeczy.

W filmie Terry’ego Gilliama, „tego od Monty Pythona”, Parry obsesyjnie poszukuje Świętego Graala, który ma go uzdrowić. Jego wrogiem i źrodłem strachu jest przerażający Czerwony Rycerz, pojawiający się w najmniej odpowiednich momentach i zmuszający do natychmiastowej ucieczki. A wszystko to rozgrywa się na ulicach współczesnego Nowego Jorku.

Nowy Jork, zwany przez Amerykanów New York City (w odróżnieniu od stanu o tej samej nazwie), odgrywa w tym filmie niemal tak samo ważną rolę co bohaterowie. To tu, w przypominającej zamek dawnej zbrojowni na Upper East Side, znajduje się według Parry’ego Święty Graal i tutaj, w niezliczonych zakamarkach Central Parku, oszalały wdowiec znajduje schronienie. Nie bez powodu w filmie przewija się wylansowana w latach czterdziestych przez Judy Garland i Mickey Rooney’a piosenka „How about you?” o tym, jak piękny jest Nowy Jork w czerwcu…

Wspominam o tym filmie i piosence, bo to właśnie wtedy pierwszy raz poczułam chęć zobaczenia Nowego Jorku. Dlaczego muzycy, filmowcy i zwykli ludzie tak wariują na punkcie tego miasta? Dlaczego uważają, że Nowy Jork to stan umysłu, jak śpiewał nowojorczyk Billy Joel? I o co chodzi z tym Big Apple? I wreszcie miałam szansę to zrozumieć.

WHERE ARE YOU FROM?

Nasze standardowe pytanie do taksówkarzy ze słynnych Yellow Cabs. Skąd jesteś? Bangladesz, Ghana, Pakistan, Nepal, znowu Bangladesz… Próżno wśród nich szukać Amerykanów. Jak już pisałam, nisko płatne prace wykonują tu imigranci ze wszystkich niemal stron świata. Wbrew temu, co czytałam wcześniej, daje się z nimi całkiem sensownie dogadać, choć próżno oczekiwać harwardzkiego akcentu 😉 W zasadzie są tacy, jak taksówkarze na całym świecie – jedni rozgadani do przesytu, inni milczący aż się robi nieprzyjemnie. A jednak wszyscy bardzo uprzejmi, bardzo pomocni, bardzo uczciwi,
jeżdżący czystymi samochodami (z jednym wyjątkiem, ale pewnie potwierdzającym regułę).

image

Nie bez powodu pytaliśmy taksówkarzy, skąd są. Według statystyk, w NY mówi się ponad 800 (!) językami świata i jest to najbardziej zróżnicowane etnicznie miasto na naszym globie. Ta współczesna Wieża Babel liczy ponad 8,5 mln mieszkańców żyjących na powierzchni 790 km2, co oznacza, że jest najgęściej zaludnionym miastem w Stanach i jednym z najgęściej zaludnionych na świecie.

Spotkasz tu ludzi każdej narodowości. Jesz kolację w Arturro’s w Greenwich Village, restauracji założonej przez włoskich emigrantów w latach 60., a potem wchodzisz do pobliskiego sklepu z kapeluszami, a tam za ladą Rosjanka, a przed ladą – Polak 🙂 Tak tu prostu jest.

STATE OF MIND

Czasem to samo słowo określa dwie różne rzeczy, rzadziej się zdarza, że dokładnie tak samo jest w dwóch różnych językach. Jak stan, ang. state, który oznacza zarówno stan jako nazwę jednostki terytorialnej w USA, jak też stan człowieka, np. stan ducha czy właśnie stan umysłu.

Rację miał Billy Joel śpiewając, że jego rodzinne miasto to stan umysłu. To takie miejsce, które albo od razu pokochasz, albo znienawidzisz. Jest przytłaczająco wielkie, nigdy nie zasypia (to prawda!), ludzie żyją tu szybko i w wiecznym pośpiechu, nawet turyści, bo w krótkim czasie chcą zobaczyć jak najwięcej. Potężny ruch samochodowy, co chwila klaksony samochodów, zwłaszcza taksówkarzy, silny gwar ludzkich głosów na ulicach mogą dać w kość każdemu miłośnikowi ciszy i spokoju. W upalne dni, tak jak wtedy, kiedy my zwiedzaliśmy NY, to potężne blokowisko kumulujące ciepło bywa nie do wytrzymania, zwłaszcza że nawet w metrze, mimo że jest pod ziemią, jest gorąco jak w piekle, więc tym bardziej doceniasz, kiedy wsiadasz wreszcie do klimatyzowanego wagonu.

Z drugiej strony jest tak prosty topograficznie, że Boston czy Wrocław przy nim to prawdziwe labirynty. Z południa (downtown) na północ (uptown) prowadzą aleje, z których najbardziej znaną jest piąta – Fifth Avenue, a z zachodu na wschód i odwrotnie – ulice nazwane po prostu numerami, np. West 70th Street (czyli Siedemdziesiąta Zachodnia), na której były nasze apartamenty, wynajmowane na co dzień artystom z Broadway’u. Wyjątek stanowi Broadway – najstarszy nowojorski szlak, który jest jednocześnie aleją (biegnie z południa na północ), jak i ulicą (z zachodu na wschód). Tak wyglada centrum, bo dalej ulice mają już klasyczne nazwy. Tak samo proste jak to, co nad ziemią, jest nowojorskie metro, czyli Subway. Jedziesz albo Uptown, albo Downtown. Proste? 🙂

Słynny Times Square, który bardziej jest ulicą niż placem, ze wszystkimi tymi gigantycznymi billboardami, neonami, światłami i tysiącami turystów powoduje za pierwszym razem ból głowy tak silny, że chcesz uciekać jak najdalej. Ale kiedy tam wracasz i na przykład wychodzisz ze spektaklu na Broadway’u nocą w taką jasność, że nie wiesz, czy to dzień, czy noc… Bezcenne!

image

No i Central Park… 341 hektarów (!) zieleni, krętych ścieżek, starych drzew, pięknych trawników, skwerków, alejek, fontann, mostów i tajemnic… Jak toto uchowało się w samym środku tej betonowej dżungli, nie pytajcie. Grunt, że się uchowało, bo nie ma drugiego takiego miejsca na świecie. I nic dziwnego, że tak często „występuje w filmach” 🙂

BIG APPLE

Dopiero w Nowym Jorku dowiedziałam się, dlaczego nazywają go Big Apple. Wcześniej przyjmowałam, że to ma jakiś związek z topografią (dwie połówki jabłka czy coś w tym stylu), ale jak widzicie wyżej, nic z tych rzeczy.
Nazwa ta pochodzi od… wyścigów konnych (!), a konkretnie nowojorskiego toru, który przez dżokejów z całego kraju był w latach dwudziestych nazywany Big Apple. Podsłuchał to dziennikarz „New York Morning Telegraph”, niejaki John J. Fitz Gerald, i tak nazwał swoją kolumnę na temat wyścigów konnych – „Around Big Apple”. Wkrótce taka nazwa NY weszła do słownictwa potocznego nowojorczyków. A spopularyzowali ją w latach trzydziestych muzycy jazzowi (a jakże!) z Harlemu, jednej z dzielnic NY. Potem nazwę trochę zapomniano, ale w latach siedemdziesiątych zaczęto lansować hasło „I <3 NEW YORK” oraz dawne „przezwisko” miasta – właśnie Big Apple, które pojawiło się wtedy dosłownie na wszystkich materiałach reklamowych NY. I zostało do dzisiaj.

image

Cóż… Wielkie Jabłko jest tak wielkie, że gdziekolwiek ugryziesz, smak jest inny. Dlatego nie zanudzam, bo do opowieści o NY jeszcze na pewno wrócę. Może już jutro, w samolocie powrotnym do kraju nad Wisłą?…