WELCOME TO AMERICA

wtorek, Lipiec 5, 2016 0 0

– Welcome to United States of America – powiedziała jedna z nielicznych nie-Afroamerykanek na lotnisku Newark. Zanim wylądowaliśmy, z pokładu Lufthansy, zobaczyliśmy rzekę Hudson i słynne wieżowce Manhattanu. Na ten widok, tak znany z filmów, czekałam, odkąd regularnie byłam zapraszana do USA przez Larry’ego, mojego przyjaciela, którego poznałam w Świdnicy prawie 20 lat temu i któremu regularnie odmawiałam, bo ciągle coś… Tym razem sama zaproponowałam, że przylecę.
Ameryka. Ziemia Obiecana milionów ludzi z całego świata, którzy przybywali tu za chlebem i w poszukiwaniu lepszego życia. Kraj kultur i tradycji tak wielu, że z jednej strony trudno to ogarnąć, a z drugiej – kiedy w supermarkecie Big Y znajdujesz opakowanie bułek (ang. rolls) o wdzięcznej nazwie Bulkie albo pijesz wodę mineralną ze źrodła Poland Springs, czujesz, że także i “nasi” mają w tej tradycji i kulturze swój spory udział.

image
Samolot po polsku powiedziałabym „podmiejskiej” 😉 linii United z Newark do Hartford (Connecticut) przylatuje z dwugodzinnym opóźnieniem. Siedzimy w hali odlotów obserwując setki ludzi przemierzających ją w rożne strony świata, walcząc ze zmęczeniem i uświadamiając sobie, że jesteśmy na nogach od blisko 24 godzin, z niewielkimi przerwami na spanie, mimo wielkiej wygody Airbusa 340-600, którym dziewięć godzin przez Atlantyk wiozła nas Lufthansa.
Jakiś Afroamerykanin ogarnia liczne śmietniki, nie mniej czarnoskóra kobieta wozi pasażerów i bagaże, inny czarny mężczyzna obsługuje pobliski bar. Wsród obsługi lotniska doprawdy próżno szukać ludzi rasy – powiedzmy – europejskiej. (-Well, they don’t pay much, so the most of these jobs are taken by people from Jamaica and places like this – wyjaśni mi kilka dni pózniej Larry. Nie płacą tam zbyt dobrze, więc większość takich prac wykonują ludzie z Jamajki i podobnych miejsc).
Wreszcie poruszenie naszych przyszłych współpasażerów i posłuszne ustawienie się w kolejkę do wejścia na pokład daje nam do zrozumienia, że czas już zgarniać naszą uśmiechniętą różową torbę podręczną i resztę bajzlu i też stawać w kolejce. Wchodzimy do samolotu tak zmęczone, że gdy tylko zapinamy pasy, wszystko nam jedno, co się dzieje wokół. Nawet start samolotu, a wierzcie mi, że airbus to to nie był 😉 ani lodowata klimatyzacja nie zakłóciły nam snu. Dopiero jak podeszliśmy do lądowania, z ociąganiem zaczęłyśmy zbierać rzeczy i siebie.
Ale na lotnisku w Hartford czekali już Larry i jego córka Jennifer, więc zmęczenie ustąpiło miejsca ekscytacji. Godzina drogi do Amherst w Massachusettes, naszej bazy wypadowej, minęła na pilnym, mimo że było już chwilę po północy lustrowaniu drogi, budynków, znaków drogowych, ograniczeń prędkości podawanych w milach i rozmowie. Aż wreszcie Jennifer wyrzuciła nas przed uroczym, parterowym domem swojego ojca, położonym jak wiele domów w Amherst przy drodze, ale jakby w lesie. Niesamowite miejsce. I co ciekawe – kolejny mój przyjaciel okazuje się mieszkać w domu przy cmentarzu. To musi coś znaczyć 🙂

image
A więc jestem… Odpoczywam przed kolejnymi wojażami, bo przed nami i Boston, i Nowy Jork, i wiele innych ciekawych miejsc. I poznaję. Ludzi, kulturę, zwyczaje, Amherst… Szlifuję język, próbuję tutejszych potraw, z których chyba największym zaskoczeniem był popover u Judie’s – coś w rodzaju wytrawnego puddingu, który rwie się na kawałki, smaruje masłem, mimo że w procesie produkcji masła mu nie żałowano, albo Apple butter – masłem jabłkowym, znaczy po prostu marmoladą z jabłek. I można wcinać go sobie np. do sałatki. Warto spróbować!

image

Jak tu jest? Bo mnie o to pytacie. Poza tym, że odległości mierzy się w milach, paliwo i lody sprzedaje w galonach, w sklepach rzadkością jest gazowana woda bez smaku, a Connecticut, nazwę sąsiedniego stanu i rzeki, wymawia bez środkowego C, to zupełnie jak u nas. Tak jak u nas, są bezdomni i pijacy, których codziennie rano spotykam na swojej drodze biegając. Tak jak u nas ludzie spotkają się w restauracjach, barach, knajpach, robią zakupy, żyją codziennym życiem. My z Olą, dzięki temu, że nasz host wkrótce skończy 86 lat, wiedziemy – jak to nazwała Ola – spokojne życie emeryta. I baaardzo nam to teraz pasuje. Zbieramy siły, wygrzewamy się na patio, czytamy książki, spacerujemy po pobliskim starym cmentarzu, gdzie wczoraj znalazłyśmy bliskie naszemu nazwisko Dahowski, a dzisiaj – jak wszyscy Amerykanie – będziemy świętować Independence Day, no i moje urodziny, rzecz jasna. Idziemy na miejski festyn, z zawodami farmerów w jedzeniu apple pie, z pokazami żonglera, występem lokalnego bandu (a jak! Na bogato!) oraz całym tym amerykańskim stuffem, okraszonym na koniec fajerwerkami. Yeah!!!

Komentarze

komentarz

Brak komentarzy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *