CZYM WŁAŚCIWIE JEST PREZENT?

piątek, Październik 28, 2016 0 0

Mój przyjaciel Larry, 86-letni Amerykanin, którego znacie z mojego bloga i tegorocznej American Trip, co roku od prawie dwudziestu lat (tyle się znamy) powtarza, że Thanksgiving jest dla niego o wiele piękniejszym świętem niż Boże Narodzenie, bo… nie trzeba tyle myśleć o prezentach. Liczy się obecność i wspólne spędzanie czasu. Nie, nie… Larry absolutnie nie jest materialistą ani Scroodgem z Dickensowskiej „Opowieści Wigilijnej”, mimo że bardzo skrupulatnie prowadzi swoje domowe finanse. Przeciwnie – uwielbia dawać prezenty, zwłaszcza takie, które niosą za sobą jakieś emocje. Prawdopodobnie to jedna z rzeczy, które nas, mimo tak ogromnej różnicy wieku (uświadomiłam sobie właśnie, że w tym roku jest dwukrotnie starszy niż ja), uczyniły przyjaciółmi 🙂

Bo najlepsze w życiu prezenty, jakie dostałam i jakie dałam, to te, za którymi kryło się całe morze (a czasem zaledwie małe źródełko) pozytywnych emocji. Bo chcąc zrobić naprawdę dobry prezent, trzeba się w kogoś wsłuchać. Obserwować, poczuć jego pasje, w pewnym sensie „podsłuchać” jego myśli. Poobserwować… Czasem z pozoru błaha informacja, parę puzzli połączonych niby „od czapy” potrafi pokierować nami dokładnie w tym kierunku, w którym kryje się sedno.

Dla mnie… najlepsze prezenty to te niematerialne.

Niepotrzebna mi modna torebka, kosztowna biżuteria czy nowa suszarka do włosów. To wszystko oraz nowy samochód potrafię sobie sprawić sama 😉 Potrzebne mi emocje. Potrzebna mi świadomość, że ktoś robiąc mi prezent na choćby chwilę naprawdę skupił się na mnie, na tym, co sprawiłoby mi radość.

I tak samo działam w drugą stronę. Jeśli tylko mogę, staram się drugiemu człowiekowi podarować emocje. Wczuć się w niego, poczuć jego pragnienia. Pomyśleć nad tym, co naprawdę mogłoby mu sprawić radość. Bo nie ma lepszego prezentu. Uwierzcie mi, że nie ma. Nawet jeśli w finale odpakowujesz coś zupełnie materialnego, ale jednak wiesz jednocześnie, że

są w tym jakieś emocje, masz świadomość, że ten kto ten prezent dla Ciebie przygotował, naprawdę dobrze wiedział, co Ci sprawi radość, to jest to!

Pewnie dlatego moje najlepsze prezenty dla mnie to te, które podarowałam komuś, nie sobie (chociaż…) Potrzebującym w ramach naszej akcji „Podziel się”, niepełnosprawnym, do których dawno temu chodziłam jako klaun, chorym, dla których wysłałam SMS czy zrobiłam przelew albo przyjaciółce, dla której zorganizowałam party-niespodziankę jak z filmu, gromadząc w jednym miejscu tak wielu różnych jej znajomych i przyjaciół, że ja sama byłam w szoku, a co dopiero ona 😉 I sama nie wiem, kto ma z tego większą frajdę. Bo mam wrażenie, że jednak ja 🙂

Nie ma bowiem materialnego prezentu, który dałby mi taki power, jaki daje mi co roku kilkadziesiąt wizyt u ludzi, którzy mają zupełnie zwyczajne potrzeby. Nie ma takiego giftu, który przyniósłby mi takie pozytywne emocje, jakich wtedy doświadczam (nie tylko ja, bo przecież jest nas w tej akcji wielu).

Nie ma lepszego Thanksgiving niż kilkanaście razy dziennie powtarzane przez moją córkę „Kocham Cię”.

Na żywo, przez telefon, na Messengerze czy w iMessage. Nie ma w życiu w ogóle niczego lepszego niż emocje, które można sobie i innym podarować.

Nie zrozumcie mnie źle – wszystko, co mamy i co pozwala nam żyć tak, jak chcemy, czyli dobra materialne – to są rzeczy bardzo ważne. Ale jak bardzo bledną w obliczu emocji?… I czym są wobec całego życia? A jak bardzo pomogą w chwili śmierci? Emocje albo ich wywoływanie za pomocą rzeczy materialnych świadomie wybranych – to jest istota prezentu.

Zbliża się czas prezentów. Za pasem Boże Narodzenie. Za kilka dni Wszystkich Świętych, a tuż po nim – rozkręci się wielka prezentowa machina. I my wszyscy jak te trybiki będziemy latać po sklepach, przeczesywać sieć w poszukiwaniu książek, krawatów, skarpetek, szalików, zabawek i innych prezentów, które prezentami są tak naprawdę tylko z nazwy… Bo czym właściwie jest prezent? Widomym znakiem, że ktoś o Tobie myśli. Świadectwem, że znaczysz dla niego dużo więcej niż ktoś spotkany przypadkowo na ulicy.

I czy naprawdę chcesz tego kogoś obdarować nowym krawatem albo skarpetkami? Tu przypomina mi się tradycja tzw. rózgi dawanej „niegrzecznym dzieciom” (pomińmy na chwilę fakt, że nie ma niegrzecznych dzieci, są tylko nieprzygotowani rodzice), którą… cóż… niejeden raz dostałam (pewnie niezasłużenie, z dzisiejszego punktu widzenia, ale wystarczyło, że raz nie poodkurzałam domu po powrocie ze szkoły ;)) Bo w sumie… czasem taki „z dupy” prezent też ma jakiś ciężar gatunkowy. Potrafi wiele „powiedzieć”. Dać coś do zrozumienia. To ZAWSZE jest jakiś ZNAK!

Czemu ja akurat o tym piszę? Bo to jest taki rok, kiedy zaczęłam świadomie myśleć o obdarowywaniu innych. Sama sobie umiem zrobić prezent – w sumie wystarczy mi „Dzień jeden w roku”.

Ale jak zrobić otaczającym mnie ludziom PRAWDZIWY PREZENT, niosący te emocje, które sama lubię czuć, dający tę świadomość, którą sama lubię czuć – że ktoś na tę jedną małą chwilę skupił się na mnie, że nie kupował prezentu od czapy, że naprawdę go przemyślał… Ale od moich pierwszych od wielu lat prawdziwych wakacji JUŻ WIEM. I mam nadzieję, że w większości przypadków mi się udaje. A jeśli nie, to wciąż nad tym pracuję. Bo ludzie to jest prawdziwa istota całego życia. Wielu z nas wciąż o tym nie wie i przekonuje się w tym ostatnim momencie. O wiele za późno.

7 RZECZY, KTÓRE WARTO WIEDZIEĆ O SAMOTNYCH RODZICACH

wtorek, Październik 18, 2016 0 1

Ten artykuł piszę w imieniu wszystkich samotnych rodziców. Od niedawna mocniej kręcę się wokół tego tematu. Wszystko przez to, że Robert Korólczyk, pomysłodawca akcji „Podziel się”, w której mam od kilku lat swój skromny udział, uznał, że powinniśmy w tym roku zwrócić uwagę także na tę grupę społeczną (do tej pory zajmowaliśmy się starszymi osobami samotnymi, i to zostaje, oraz rodzinami wielodzietnymi).

Fakt, że sama jestem samotnym rodzicem oczywiście nie ma tu nic do rzeczy. Ten kierunek pomocy to decyzja Roberta. Ale sam pomysł kazał mi się przyjrzeć naszemu życiu trochę z zewnątrz. Naszemu, czyli właśnie samotnych rodziców. A pomogli mi w tym, jak zwykle, bliżsi i dalsi znajomi, najczęściej zupełnie niechcący (zarówno z dobrymi, jak i złymi przykładami). Ale i tak dziękuję!

I tak od słowa do słowa, od wątku do wątku uświadomiłam sobie, że ludzie wokół nie bardzo rozumieją, jak to właściwie jest być samotnym rodzicem. Niby wiedzą, ale czy naprawdę rozumieją? I tak zrodziła mi się w głowie lista 7 rzeczy, na które zwykle nie zwraca się uwagi w przypadku samotnych rodziców, a które – wierzcie mi – mają kolosalny wpływ na życie nasze i naszych dzieci. Jest to wynik doświadczeń moich i innych rodziców samotnie wychowujących dzieci, bo jakoś tak się dziwnie dzieje, że się przyciągamy w czasoprzestrzeni.

A oto lista (kolejność tym razem zupełnie przypadkowa):

1. Samotny rodzic występuje w liczbie pojedynczej 😉

To znaczy, że jak dziecko się obudzi w nocy, odwodnione, wymiotujące, z 40 stopniami gorączki, to nie ma komu polecieć po samochód, żeby jechać na pogotowie, kiedy Ty je jedną ręką ubierasz, drugą sprzątając wymiociny, a trzecią (tak, czasem samotni rodzice miewają nawet czwartą i piątą rękę) ubierając siebie, szukając kluczyków do auta i głaszcząc siebie samą po ramieniu, że wszystko będzie dobrze.

To znaczy, że kiedy jednocześnie trzeba jechać z dzieckiem do ortodonty i iść na wywiadówkę do szkoły, zawsze trzeba wybierać. Więc wybierasz to, co ważniejsze dla przyszłości dziecka, bo się nie rozdwoisz. Ja wybieram ortodontę. Bo szkołę zawsze da się nadrobić, a tego, co się dzieje z rosnącym organizmem – nie 😉

Albo kiedy w tym samym czasie i rodzic, i dziecko mają coś naprawdę ważnego, w czym oboje powinni wzajemnie uczestniczyć. Taką sytuację nazywa się rodzinnym dramatem, bo żadne rozwiązanie nie jest dobre 🙂

2. Samotny rodzic ogarnia wszystko sam

Niby to takie oczywiste, ale wyobraź sobie, że sama/sam każdego dnia, bez względu na pogodę, porę roku, świątek, piątek czy niedzielę, ogarniasz zakupy, jedzenie, gotowanie, pranie, mieszkanie, samochód, naprawy starych sprzętów, zakupy nowych, wymianę żarówek, przepychanie kibla, pieczenie ciasta do szkoły, rachunki, wizyty u lekarzy, weterynarzy, wszystkie święta ruchome i nieruchome, sprawy przypisane facetom i sprawy przypisane kobietom. Aha, no i jeszcze pracę zawodową i samą/samego siebie, bo z czegoś trzeba żyć i jakoś wyglądać.

I nie ma się komu wypłakać w ramię, kiedy momentami już naprawdę się tego nie ogarnia.

3. Samotny rodzic to zwykle jedna pensja, bo z alimentami różnie bywa, a renty po młodo zmarłych rodzicach są w tym kraju śmieszne

Tak więc samotny rodzic żyje z jednej pensji, a jeśli ma kredyt (a kto ich w Polsce nie ma – obojętnie, czy bogaty, czy biedny?), to spłaca go sam – z tej jednej pensji. A jeśli chce ubrać dziecko i siebie – to też z tej jednej pensji. I jeśli chce pojechać z dzieckiem na wczasy, to nadal musi to finansować z tej jednej pensji. Kiedyś słyszałam od pewnej znajomej singielki (też ich trochę mam w otoczeniu): „No, ale ja też muszę wszystko sama!” Teoretycznie tak, tylko że jako singielka czy singiel – musi sam pojedynczo, a samotny rodzic – musi sam podwójnie, a czasem i potrójnie albo poczwórnie. Ot, taka subtelna różnica 😉

4. Samotny rodzic potrzebuje uczuć i miłości tak samo jak niesamotny rodzic i tak samo jak bezdzietny singiel

Ten punkt wziął się stąd, że kiedy rozmawiam z bezdzietnymi singlami, którzy mi się zwierzają, że im czasem trudno/smutno/źle, to słyszę: „Ty przynajmniej masz córkę”. Oh, really? I to oznacza, że nie muszę już chcieć ułożyć sobie życia? Bo co? Bo związek jest po to, żeby mieć dziecko i już? A przecież miłość dziecięco-rodzicielska to zupełnie inna miłość niż ta partnerska. Czy to tak trudno zrozumieć? 🙂

Jeszcze jeden przykład z mojego otoczenia: Odbierając życzenia urodzinowe rok temu usłyszałam: „…i fajnego faceta. A właściwie… po co Ci facet? Tak dobrze sobie radzisz!” No jasne! Bo facet/kobieta są potrzebni do „radzenia sobie”, tak? 😉 Najczęściej wtedy zadaję pytanie: „A co byś zrobił/zrobiła bez… (i tu podaję imię jego/jej faceta/kobiety)?” I następuje milczenie. Całkiem wymowne. Bo czym jesteśmy bez drugiego, bliskiego człowieka? Dzieci, owszem, są bliskie, najbliższe, krew z krwi, ale tak jak wspomniałam w poprzednim wpisie – to odrębny byt, żyjący własnym życiem. I prędzej czy później wyjdą z domu i będą żyć swoim życiem po swojemu. Z tym wiąże się kolejny punkt.

5. Samotnemu rodzicowi trudniej znaleźć nowego partnera

Bo kto chce rozwódkę z dwójką dzieci? Kiedy ona w ogóle znajdzie czas, żeby się z kimś spotykać?! Albo kto zechce wdowca z małym synkiem? Kto obejrzy się za dzieciatą wdową? No, obejrzą się, bo samotna wdówka to zawsze dobra opcja 😉 Robi się jednak mało ciekawa, kiedy okazuje się, że ma dziecko. No bo kto by chciał wychowywać cudze dziecko, prawda? Tak już, niestety, jest. Nie mówiąc już o tym, że zwyczajnie trudniej nam wyjść z domu, nie tylko na randkę, ale w ogóle, zwłaszcza kiedy dzieci są małe.

6. Samotny rodzic najczęściej pracuje ponadprzeciętnie

No tak. Jakoś przecież trzeba dorobić tę drugą, brakującą pensję. Albo przynajmniej jej część, rekompensującą wyraźne braki budżetowe widoczne w domach samotnych rodziców. Tak więc samotny rodzic rzadko ma czas na cokolwiek innego, poza pracą, domem i wychowaniem dzieci, a i na to momentami ledwie wystarcza czasu.

7. Samotny rodzic, choć występuje w liczbie pojedynczej, to spełnia podwójną rolę – jest matką i ojcem jednocześnie

Właściwie to mogłabym to zawrzeć w punkcie 1, ale wydaje mi się, że zasługuje to na podkreślenie. Bo zwykle wychodzimy z domu mniej czy bardziej ukształtowani przez oboje rodziców. Ale gdy jesteśmy samotnymi rodzicami, to nawet jeśli jest to skutek rozwodu, a dzieci widują się z tym drugim rodzicem regularnie – nadal większość czasu spędzają tylko z jednym (znam, owszem, jeden przypadek opieki 50/50, ale mam poczucie, że nie jest do dobre dla dziecka – nikt nie jest w stanie długo wytrwać w szpagacie). Tak więc to, które jest z dzieckiem na co dzień, siłą rzeczy musi być trochę ojcem, trochę matką. Najtrudniej tym rodzicom, którzy zostali w wychowaniu całkiem sami. Na matkę/ojca nie ma co liczyć, więc trzeba dublować tę drugą rolę, samemu nie mając dublera 😉 Jakie to bywa czasem trudne – wiedzą tylko ci, którzy tego doświadczyli.

I tak to właśnie z nami jest. Większość z nas stara się jednak żyć „normalnie”. Być może właśnie dlatego mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak to naprawdę jest. A jest… właśnie tak. Zresztą – jak znam życie – to inni samotni rodzice dopiszą tutaj także swoje doświadczenia. Na co bardzo liczę…

Bo kiedy dowiedziałam się, że w tym roku skierujemy pomoc do osób samotnie wychowujących dzieci, do ludzi takich jak ja, tylko trochę gorzej radzących sobie w życiu niż ja i moi znajomi samotni rodzice, a przez to zmuszonych do korzystania z pomocy społecznej, aż podskoczyłam. Tak! To jest ta część społeczeństwa, na którą naprawdę warto rzucić solidny snop jasnego światła. I bynajmniej nie dlatego, że ja do tej części należę. Mam nadzieję, że się odezwiecie – inni samotni rodzice. Chyba warto, żeby pozostali zrozumieli różnicę 🙂

PS A przy okazji jeszcze trochę prywaty – ale nie dla mnie. Polubcie nasz profil na FB, nawet jeśli nie przyłączycie się do akcji, na pewno dacie się zarazić tym dobrem, które z niej płynie: Podziel się

LUBIĘ TO! O Borówkowym Chłopcu i wychowaniu dzieci

sobota, Październik 15, 2016 0 0

Lidl. Popularny dyskont spożywczy. Sobota przed południem. Mały, może czteroletni chłopczyk sięga po opakowanie borówek i wkłada do koszyka prowadzonego przez ojca. Po chwili ojciec orientuje się, wyciąga borówki i odkłada je na miejsce. „Nie lubisz tego” – mówi do synka. „Lubię to” – odpowiada mały niezbyt głośno i chwyta opakowanie z powrotem. „To są borówki. Nie lubisz tego” – ojciec konsekwentnie odkłada owoce. „LUBIĘ TO!” – krzyczy chłopiec. „Nie lubisz. To są borówki” – ojciec odpowiada ze spokojem, odkłada borówki i rusza dalej w sklep. „LUBIĘ TO! LUBIĘ! LUBIĘ TO! LUBIĘ TO! LUBIĘ TO! LUUUUUBIĘĘĘĘ! LUUUUBIĘĘĘĘ!!!” – wrzeszczy przez łzy jego syn.

Kto z nas nie zna takich historii z własnego życia? Dziecko upiera się, że czegoś chce i rozpoczyna się próba sił, z której nie zawsze rodzic wychodzi obronną ręką 😉

Ekspertem od rodzicielstwa nie jestem. Sama popełniam błędy i żadna ze mnie idealna matka. Zresztą, kto jest ideałem? Ale mam to szczęście, że kiedy się na czymś nie znam, pozwalam sobie działać intuicyjnie i to się sprawdza. Bo rodzicielstwo jest jak Nowy Jork – to stan umysłu. Taką moją interpretację wydrukowała nawet kiedyś „Polityka”, więc się jej trzymam hahaha 😀 Po mojemu to jest taki stan, w którym im częściej stawiasz się w roli dziecka, tym lepiej – dla Ciebie i dla niego. Im częściej choćby przez chwilę zastanawiasz, się „jaka ja byłam wtedy?”, tym więcej jesteś w stanie zrozumieć ze świata swojej córki czy syna.

Bo w wychowaniu dzieci nie chodzi o system nakazów i zakazów, o odbieranie borówek aż do skutku, „bo nie lubi”, o „szlabany”, gdy coś przeskrobie… Ale o to, żeby pozwalać dziecku doświadczać świata

– moczyć się w deszczu i skakać po kałużach, włazić na drzewa i z nich spadać, biegać jak wariat, zdzierać kolana, łamać ręce, próbować jedzenia, które mu nie smakuje, dostawać jedynki i szóstki, przegrywać w konkursach i w nich zwyciężać – towarzysząc mu w tym jednocześnie, na drugim planie, dyskretnie, uważnie, by w razie potrzeby służyć wsparciem. Tylko i aż tyle. Bo to wbrew pozorom, nie taka prosta sprawa. Ale możliwa i przynosząca nieprawdopodobną satysfakcję.

Piszę to z przekonaniem i doświadczeniem matki prawie 15-letniej córki, z którą nigdy się nie nudzę, z którą urządzamy sobie czasem „korepetycje muzyczne” z Youtuba, poznając wzajemnie to, co nam się podoba, z którą rozmawiamy o książkach szczerze i bez Ferdydurkowego zadęcia, z którą razem oglądamy filmy i bajki, gotujemy, jemy, jeździmy na szoping i na protesty, dla której może nie zawsze mam tyle, czasu, ile by chciała, ale staram się i ona to widzi i docenia. I która wręcz do znudzenia potrafi powtarzać „kocham Cię, mamo”, nie krępując się tego nawet przy koleżankach… Bezcenne!

Przyznam Wam się szczerze, że słysząc płacz tego chłopca i jego „Luuubięęę toooo!”, chciałam kupić mu te borówki i wręczyć, gdy wyjdziemy ze sklepu. Niestety, jak pamiętacie #niewpieprzamsie 😉 To jego rodzic, a mnie nic do tego, jak go wychowuje i czy mały naprawdę lubi borówki, czy po prostu miał akurat klasyczny kryzys wieku dziecięcego 😉 w którym chodzi głównie o to, żeby coś na rodzicu wymóc i robi się to w możliwie najbardziej publicznym miejscu w możliwie najgłośniejszy sposób 😀 (zastanawiałam się też chwilę, czy może to po prostu za drogi zakup, ale zajrzałam do koszyka i biedy w nim nie widziałam).

Też to przerabiałam. Najsłynniejsza akcja to na wakacjach w Sarbinowie, kiedy dwuletnia Ola zobaczyła, jak jej sześcioletni kuzyn świetnie radzi sobie z rodzicami drąc się wniebogłosy bez względu na czas, miejsce i otoczenie społeczne, aż wreszcie uzyskuje dokładnie to, czego chciał. A najbardziej spektakularna – kiedy trzeba było już wyjść z aquaparku, miejsca zawierającego tysiące litrów żywiołu, który w dzieciństwie mojego dziecka spełniał momentami funkcję rodzica zastępczego (gdy np. siedziała godzinami w wannie) 😉

Ale przetrwałam. Przetrwaliśmy z mężem. Ola też przetrwała. Wyrosła, „zmężniała”, jak sama żartuje. Ale jedno się nie zmieniło. Cały czas próbuje. A ja jej cały czas to umożliwiam. Gitara? Proszę bardzo. Keyboard? Czemu nie! Lekcje śpiewu? Jasne! Jazda konna? Sama nawet jako kadra na obozy jeździłam. I tak samo ze wszystkim innym. Moje dziecko nie wybrzydza na jedzenie. Szpinak wcina jak Popeye, a owoce morza – jakby urodziła się na morskiej wyspie. Ale wie też, że nie lubi fasolki po bretońsku czy żurku. Ale nie dlatego że – jak wiele dzieci – tak sobie wymyśliła. Tylko dlatego, że spróbowała, i to nie raz. I przekonała się sama, że nie lubi. I już. Od kilku lat ma swoją pasję, dzięki której objawił się jej do niedawna ukryty, a już dziś wiemy, że największy talent w jej życiu – plastyczny.

Ale nie odkryłaby go, a ja nie pękałabym z dumy widząc, jak odbiera nagrodę za wyraźnie wyróżniającą się pośród innych pracę na konkursie, gdyby nie to, że ktoś dał jej szansę próbować i wspierał, gdy nie wychodziło. Nie narzekał, że gitara leży w kącie. Że wydał kasę na keyboard. Że nie chce jej się już jeździć konno, chociaż jej koleżanka odnosi w tym wielkie sukcesy. Po prostu był.

Bo jak mamy się dowiedzieć, że coś lubimy lub nie, że coś chcemy robić lub nie, że to nam smakuje, a tamto – niekoniecznie, jeśli nie będziemy próbować?

Tak więc, drogi rodzicu „Borówkowego Chłopca”, jeśli przypadkiem kiedyś natkniesz się na ten wpis, albo inny rodzicu – pozwólcie swoim dzieciom próbować, nawet i po sto razy, nawet jeśli wiecie, że czegoś nie lubią (może w końcu polubią, borówki w końcu są zdrowe 😉 ), nawet jeśli zrobią sobie przy tym jakąś krzywdę, nawet jeśli będą przeżywały porażki, nawet jeśli dostaną jedynkę, nawet jeśli ten chłopak czy dziewczyna, według Was, nie jest dla nich… Prawda jest bowiem taka, że choć to Wy wydaliście je na ten świat, jest to już tak naprawdę ich życie. Możecie im tylko pomóc jak najlepiej się w tym życiu odnaleźć. Tylko i aż tyle 🙂

I koniecznie obejrzyjcie ten filmik! 😀

https://www.facebook.com/WallStickersForKids.ie/videos/1216075528463063/

PS 1 Na razie mi rodzicielstwo wychodzi. Ale obiecuję, że przyznam się, jeśli pewnego dnia coś spieprzę 😉 Bo to praca, jak każda inna, podobna trochę do pracy nad związkiem. I tu nie ma weekendów i dni wolnych 😀

PS 2 Przy okazji przypomniał mi się mój inny dziecięco-rodzicielski wpis – ciekawe, że inspiracje pochodzą z tego samego dyskontu. Chyba muszę tam częściej zaglądać 😉

MÓJ FILMOWY KANAŁ

poniedziałek, Październik 10, 2016 0 0

Miało być o czym innym, bo od pewnego czasu mam w głowie parę tematów, np. o składaniu i dotrzymywaniu obietnic. Ale dzisiaj trudno takiej kinomaniaczce jak ja przejść obojętnie wobec odejścia – nie ma się co oszukiwać – legendy polskiego filmu, Andrzeja Wajdy. Mam ku temu jeszcze jeden, bardzo osobisty powód. Otóż to jego „Kanał” oglądany, gdy byłam dzieckiem, był pierwszym w moim życiu filmem, po którym autentycznie nie mogłam dojść do siebie, płakałam po kątach, rodzice nie mogli mnie uspokoić, a ja nie bardzo chciałam im powiedzieć, że to z powodu filmu. Mogłam mieć wtedy może z osiem lat…

Wszystko przez ostatnią scenę. Tę  kratę, na którą trafiają na końcu swojej i tak przecież już tragicznie beznadziejnej wędrówki powstańcy szukający wyjścia z kanału. To ich ostatnia szansa na ocalenie. A gdy już widzą „światełko” w tym śmierdzącym, dusznym tunelu, okazuje się, że to nie początek.

To koniec. Prawdziwy. Nieubłagany. Ostateczny. Boże, jak ja płakałam!…

Było to moje pierwsze zetknięcie z filmowym katharsis, które wiele lat później miało być wybranym przez mojego promotora tematem obrony magisterki (zresztą to mnie nadal fascynuje). I choć oczywiście widziałam później mnóstwo filmów wbijających w fotel i nie pozwalających dojść do siebie, takich, po których wychodzisz z kina i nie chce ci się z nikim gadać, takich, po których siedzisz jeszcze długo przed telewizorem i nawet nie próbujesz nic mówić, bo wszystko brzmiałoby banalnie. Ale dla mnie właśnie „Kanał” jest pod tym względem wyjątkowy. To od niego, mimo trudnych, jak dla kilkulatki emocji, zaczęła się moja wielka nieskończona miłość do kina, zwieńczona po latach obroną pracy z teorii filmu. Wpadłam dosłownie jak w kanał.

A „Kanał” to cały, świętej pamięci, Wajda. To jego pierwszy film, mimo że powstały w Polsce w smętnych latach 50., który został zauważony i nagrodzony na Zachodzie. Co ciekawe, w Cannes zdobył Srebrną Palmę ex aequo z kolejnym filmem, po którym „nie chciało mi się z nikim gadać” – „Siódmą pieczęcią” Ingmara Bergmana.

A potem przyszły kolejne, niektóre bliskie także ze względu na moją kolejną fascynację Zbyszkiem Cybulskim – chłopakiem zza miedzy, z dzierżoniowskiej Radiobudy, który choć już dawno nie żył, gdy ja zachwycałam się jego rolą w „Popiele i diamencie”, to nadal budził bicie serca takie, jakie dzisiaj u nastolatek budzi na ten przykład Leo di Caprio, Zac Efron, Ryan Gossling czy pirat z Karaibów Johnny Depp 😉

I to jest oczywisty dowód na magię kina. Ono po prostu żyje, bez względu na to, w jakiej czasoprzestrzeni się znajdujemy.

I mimo że po moralnym niepokoju Wajdy, Zanussiego (którego dziś nazywam Zanudzim – kto oglądał, ten wie, dlaczego) i innych przyszła mi fascynacja kinem gangsterskim, niesłabnąca zresztą do dzisiaj, to jednak moje „przedszkole” filmowe było właśnie u Wajdy…

Kiedy odbierał swoją ostatnią nagrodę za swój ostatni film „Powidoki”, słuchałam w radiu, szykując się do pracy, jak mówi, że już ma pomysł na kolejny. Smutne, że nie zrobi go tutaj, na Ziemi, bo o ile Zanussi już nam nic ciekawego do powiedzenia od dawna nie miał, o tyle Wajda – owszem, tak. I choć robił filmy gorsze, jak „Pan Tadeusz”, „Zemsta” czy „Panna Nikt”, to jednak większość to dzieła wybitne. Absolutnie kultowe i ponadczasowe, jak „Człowiek z marmuru”, „Człowiek z żelaza” czy jedna z najwybitniejszych adaptacji filmowych, jakie w życiu widziałam, „Ziemia obiecana”. Zresztą – można by jednym tchem wymienić tutaj większość filmów Wajdy. Bałabym się nawet robić jakiegoś rankingu, bo mało kto potrafił tak malować (dosłownie!) kamerą jak właśnie on.

I choć trochę się wstydziliśmy wszyscy, kiedy odbierał Oscara i wyglądając jakby kij połknął, zaczął mówić po angielsku, a potem stwierdził:

„Będę mówił po polsku, bo chcę powiedzieć, to, co myślę, a myślę zawsze po polsku”

(a potem było jeszcze gorzej – bo mówił sztywniacko i w widoczny sposób czytał z promptera), to jednak biorąc pod uwagę fakt, że Wajda był reżyserem polskim także przez stale podejmowaną w filmach tematykę – adaptacje wybitnych dzieł polskiej literatury, zatrzymywanie w kadrach niesamowitych obrazów polskich malarzy, opowiadanie o Polsce i Polakach w jemu tylko właściwy sposób – t0 dziś, z perspektywy czasu, nie jest mi wstyd. Wręcz uważam za symboliczne, że mówił wtedy po polsku. Bo NAPRAWDĘ myślał po polsku, i to także w przenośni.

Smutny jest ten dzień nie tylko dla polskiego, ale też światowego kina. Ludzi wybitnych w kulturze jakby coraz mniej. W masie ginie wiele prawdziwych talentów, a wszechobecna komercja zabija autentyczną sztukę. I więcej chyba już nie mnie coś dodawać. Niech przemówi sam mistrz:

„Moim celem jako reżysera nie jest po prostu dostarczyć ludziom dobrej wieczornej rozrywki. Najważniejszą rzeczą jest zmusić ludzi do myślenia”.