MÓJ KONIEC ŚWIATA

piątek, Lipiec 28, 2017 0 0

Gdyby przyszedł armagedon, co chcielibyście jeszcze w tych ostatnich chwilach zrobić? Jak zakończyć swoją ziemską drogę? Kogo chcielibyście mieć tuż obok? Z kim chcielibyście się trzymać za rękę? Co chcielibyście wtedy robić? Wiem, że większość z nas nawet bez armagedonu nie może wybrać tej ostatniej drogi. Ale gdybyście mogli? To jak by wyglądały Wasze ostatnie chwile na Ziemi?

Kiedy byłam dzieckiem, a potem nastolatką, zaczytywałam się (jak przystało na prawdziwą obywatelkę kraju komunistów) w literaturze wojenno-obozowej. Nawet gdy rodzice już gasili światło, ja z latarką pod kołdrą nadal czytałam o okrucieństwie okupanta (a jak!) i o tym, jak nawet w czasach zagłady zwyciężało dobro i to, co najważniejsze – miłość. Wśród wielu życiowych rozmów w stylu „co by było, gdyby…” zawsze wiedziałam, co by było. Najlepiej, oczywiście, wiedziałam, co by było, gdybym wygrała w totolotka 😀 Ale jednego „gdyby” nigdy nie rozpatrywałam w kategoriach „wiem, co by było”, tylko „gdyby, to chciałabym, żeby…” To moje ostatnie chwile, gdyby Ziemię dopadł armagedon.

Miało się to już wydarzyć wiecie, ile razy 😉 I choć się nie wydarzyło, to ja zawsze wiedziałam, jak chciałabym spędzić te ostatnie chwile i z kim. Wiedziałam, bo wiem, że nie ma ważniejszej rzeczy, jaka się nam przydarza na Ziemi, niż…

MIŁOŚĆ

I możecie mi tu opowiadać o tym, że tak, tak, ale miłość to nie wszystko, tak, tak, ale inaczej się kocha, gdy się nie ma problemów, tak, tak, ale inaczej się kocha, gdy wszyscy zdrowi, tak, tak, ale przecież mamy dzieci, które kochamy i które kochają nas.

Ja Wam na to odpowiem: nie, nie – miłość to JEST wszystko, nie, nie – kocha się zawsze tak samo, mimo problemów i nawet w chorobie, nie, nie – nie macie racji, bo inna jest miłość do dzieci, a inna jest ta miłość, której każdy z nas (przyznaje się do tego czy nie) pragnie i szuka w swoim życiu (szczęściarze ci, którzy znaleźli!).

Gdyby nadszedł koniec świata, gdybym była w ogniu wojny, gdybym jechała samochodem, który ulegnie wypadkowi, i były to ostatnie sekundy mojego życia, gdybym umierała w hospicjum na raka, gdybym dowiedziała się właśnie, że niewiele mi dni na tej Ziemi zostało, chciałabym, żeby obok mnie był ktoś, z kim łączy mnie

MIŁOŚĆ.

Wierzę, że na dotychczasowej ziemskiej drodze zapracowałam sobie na przyjaźń i serdeczne gesty wielu ludzi. Przynajmniej staram się na nie zapracować 🙂 Ale – wybaczcie mi – Drodzy – to nie z Wami chciałabym być w tych ostatnich chwilach (choć byłoby pięknie móc myśleć, że mogłabym). W tych ostatnich chwilach chciałabym być z kimś, z kim najzwyczajniej w świecie łączy mnie uczucie, które jest w życiu najważniejsze. Z kimś, kto jest najważniejszy dla mnie i dla kogo najważniejsza jestem ja. Ci, którzy mnie znają, zapytają pewnie, co z córką, bo wiedzą, że to ona jest dla mnie najważniejsza. Jest i będzie. Bardzo ważna. Jedna z najważniejszych. Ale… ja też kiedyś byłam najważniejsza dla rodziców. A potem zaczęłam własne życie, więc… 🙂

MIŁOŚĆ

To powinno być pierwsze i ostatnie uczucie, jakie pamiętamy z Ziemi. Pierwsza – ta matczyna, rodzicielska, nieogarniona, ucząca się, wszechogarniająca i pełna zdziwienia, że można tak kogoś kochać. I ostatnia – ta między dorosłymi ludźmi, którzy mimo wielu przeszkód i przeciwności, odnaleźli się w czasoprzestrzeni przepełnionej milionami innych ludzi tylko dlatego, że byli sobie przeznaczeni. Czy to nie jest piękne? Najpiękniejsze! Tak właśnie chciałabym, żeby wyglądał mój koniec świata. Nawet gdyby to uczucie mogło trwać tylko w tej ostatniej chwili… I żeby chciało się wtedy krzyczeć: „Chwilo, trwaj! Jesteś tak piękna”.

BYĆ JAK RYAN GOSSLING…

piątek, Lipiec 14, 2017 0 0

 

Stoję sobie dziś na balkonie, miziam moją kotkę, która prawdopodobnie oddałaby za mnie swoje małe kocie życie, patrzę i widzę… Ryana Gosslinga. Trochę jakby większy niż oryginał, może bardziej przytyty (ale tylko trochę), ale jednak! Obok stoi moja córka z naszym kocurem, który nie oddałby swojego trochę większego niż kotki życia ani za moją córkę, ani za mnie, ani nawet za swoją kocią siostrę. Bo głupi jest. Taki trochę niepełnosprawny umysłowo kot 😉

Stoimy sobie tak we czwórkę (bo w tyle właśnie stworzeń zamieszkujemy nasze mieszkanie w Rynku) i patrzymy na tego Ryana Gosslinga (moja córka, która jest czepialska co do szczegółów i ma lepszy wzrok niż ja, też potwierdza podobieństwo) i widzimy ojca rodziny prowadzącego pusty wózek, z jednym dzieckiem na ręku, z drugim biegnącym przed wózkiem i z żoną spacerującą u boku. Nie jakąś hollywoodzką pięknością. Taką zwykłą żoną, niespecjalnej urody. Taką, jak nas wiele na świecie. I widzimy jego – takiego zwyczajnego, niezbyt dobrze ubranego. Takiego po prostu… człowieka. Tylko wyglądającego jak Ryan Gossling.

I tak, po tym, co widziałam, siedzę sobie pół wieczoru i myślę.

Myślę o tym, co decyduje. Co decyduje o tym, że jesteś tym, kim jesteś.

Że jesteś w tym miejscu, w którym jesteś. Że wyglądasz jak Ryan Gossling, ale nie jesteś nim. Jesteś – jak to było w „Bracie, gdzie jesteś” z Georgem Clooney’em u braci Cohen pater familias. Ojcem rodziny. Nie celebrytą. Nie hollywoodzkim gwiazdorem, na widok którego ślinią się nie tylko nastolatki, ale i czterdziestolatki. Co o tym decyduje? Kraj, pochodzenie, Twój talent? A może przedziwne zbiegi okoliczności? A może napotkane na Twojej drodze życiowej osoby? A może boski plan albo czyste zrządzenie losu? Czy jesteś jak Kubuś Fatalista, według którego wszystko, co nam sądzone, zostało wcześniej zapisane i zaplanowane? A może jesteś jak to piórko przyklejone do buta Forresta Gumpa, dla którego życie jest jak pudełko czekoladek, w którym nigdy nie wiesz, co Ci się trafi? A może wręcz przeciwnie – to Ty sam kształtujesz swój los?…

Tyle jest teorii na ten temat… Sama po trochu forsowałam niemal każdą z nich. Ale dzisiaj – z tym polskim, lokalnym, rynkowym Ryanem Gosslingiem z tym wózkiem, dwójką dzieci i przeciętnej urody żoną u boku przed oczami – zaczynam myśleć, że właściwie to one wszystkie są po trochu prawdziwe. Że naszym życiem rządzi po trochu wszystko. I to, w jakich rodzinach się wychowaliśmy. I jakie geny dostaliśmy. I czy jakaś siła wyższa (w cokolwiek wierzymy) zapisała nam z góry jakąś ziemską historię. I ślepy los. I ludzie, których spotykamy na drodze. I wreszcie

to, jak sami kierujemy własnym życiem. To, co się z nim dzieje, najwyraźniej musi być wypadkową tych wszystkich sił. I dopiero jak w ten sposób o tym myślę, widzę sens tego wszystkiego, co na przykład dzieje się z moim życiem.

Bo można być JAKIMŚ, ale jednocześnie być nijakim. Można być KIMŚ (każdy z nas kimś jest), ale jednocześnie być nikim. Można  wyglądać kropka w kropkę jak Ryan Gossling, ale nim nie być. Można urodzić się w kraju, do którego się zupełnie nie pasuje. Mieć rasę, która nam nie odpowiada. Być kobietą w ciele mężczyzny i odwrotnie. Być gejem, lesbijką albo zwykłym outsiderem czy człowiekiem chorobliwie nieśmiałym i aspołecznym. Można nie robić nic i poddawać się temu, co przyniesie los. A można wziąć swój los we własne ręce i coś ze swoim życiem zrobić. I czy to wszystko wzajemnie się wyklucza? Absolutnie nie! Wręcz przeciwnie – jestem pewna, że wszystko to się nawzajem uzupełnia, tworząc NASZE ŻYCIE.

Mam jeszcze parę ciekawych (chyba) przemyśleń na ten temat, ale tymczasem… zostawię Was z tymi. Ciekawa jestem, co sami o tym myślicie 🙂 Podzielcie się koniecznie!