Spotkania z Azją. Gary

wtorek, Czerwiec 19, 2018 0 0

Gary to moja pierwsza znajomość zawarta przez aplikację Showaround. Appka skupia ludzi z całego świata, którzy zarobkowo albo dla przyjemności oprowadzają innych po swoim mieście, wsi, kraju itd. Z doświadczenia wiem, że miejsca najlepiej poznaje się przez ludzi. I nie chciałam, żeby to było przypadkowe. Gary’ego wybrałam, bo miał dobre recenzje i oprowadzał za darmo. Nie żebym na to skąpiła. Po prostu uznałam, że jeśli ktoś robi coś takiego dla przyjemności, to po prostu to lubi 🙂 I miałam rację.

Gary, tak jak Ariff, ma żonę i troje dzieci, tyle że prawie dorosłych – najmłodszy syn ma 15 lat. Najstarsze dziecko – 23. Gary może być mniej więcej w moim wieku, choć wygląda młodziej, jak zresztą większość Azjatów. Żona Gary’ego, tak jak żona Ariffa, też nie pracuje. Kiedy go spotykamy, jest właśnie na urlopie w… Korei. Bo tam chłodniej. Faktycznie, Kuala Lumpur to jedno z najgorętszych miast w Azji.

Gary jest – jak mówi o sobie – chińskim Malezyjczykiem. Chińczykiem, którego już trzecie pokolenie mieszka w Malezji. Pracuje jako doradca inwestycyjny w dużej, międzynarodowej firmie. Żyje na całkiem innym poziomie niż Ariff. Dużo podróżuje. Dotychczas był w ponad 30 krajach świata. Właśnie wrócił z USA, a gdy ja wypoczywam na Bali, on już jest w Singapurze. Mieszka z rodziną w 200-metrowym mieszkaniu na dużym osiedlu w Kuala Lumpur. Jeździ nie Produą, tylko dużą, komfortową Toyotą Avanza.

Z Ariffem ma jeszcze coś wspólnego. W trakcie naszej wycieczki pokazuje nam na telefonie wycinek z gazety. Właściwie nie wycinek, tylko zdjęcie okładki biznesowego magazynu, na której jest on z kolegą – doradcy inwestycyjni. W środku – cały artykuł napisany z ich udziałem. Gratulujemy mu, wchodząc właśnie do przepięknej chińskiej świątyni Thean Hou, do której zabrał nas zaraz po tym, jak wspólnie wspięliśmy się po 272 schodach do hinduskiej świątyni Sri Mahamariamman niosąc po wiadrze z piaskiem służącym do jej renowacji.

Przed kolacją poprosiłyśmy go jeszcze, żeby pokazał nam Putra Raya, nowe centrum administracyjne stolicy Malezji, gdzie urzęduje premier kraju. „Nowe” to raczej określenie umowne, bo do Putra Raya administracja rządowa przeniosła się w 1999 roku. To ogromna dzielnica, pełna nie tylko biurowców, ale też mieszkań dla pracujących w nim urzędników. Putra Raya jedynie objeżdżamy samochodem, bo jest naprawdę wielkie, a zaczynamy robić się głodni. Ale mam okazję porozmawiać w tym czasie z Garym o tym i tamtym.

Dopytuję więc o to współistnienie narodowości, które tego dnia miałam okazję poznać poprzez świątynie. Malezja to Malajowie, Chińczycy i Hindusi. W procentach wygląda to mniej więcej tak: 54%, 25%, ok. 8%. Gary opowiada różne ciekawostki. Że rodowity Malezyjczyk z mocy prawa musi być muzułmaninem. Że Malezyjczycy, choć bardzo otwarci na świat i tolerancyjny, wcale nie są aż tak „święci” i też, jak to się dzieje w wielu innych krajach, nie wyłączając Polski, dyskryminują pozostałe dwie mniejszości. Dostają gorsze prace, zarabiają mniej. Widziałam to na lotnisku, kiedy wylądowałam. W utrzymaniu czystości pracują głównie Hindusi. Tak jak na lotniskach w Nowym Jorku Hindusi i czarni nie-Afroamerykanie.

Gary jest też w mniejszości, jeśli chodzi o religię. Jest chrześcijaninem. Z wyboru. Protestantem. Bo może. Tego nikt mu tutaj, w tym muzułmańskim kraju, nie zabrania…

Dzień kończymy kolacją na Jalan Alor, ulicy ze streetfoodem. Gary nie jada tam za często. Mówi, że to miejsce dla turystów. No cóż, my płacimy więc musi przecierpieć. Ale gdy na stół, cudem wyczarowany dla nas przez poznanego dzień wcześniej kelnera i naganiacza klientów Teme (Timi), wjeżdżają pyszne tajskie dania, zajada tak jak i my – ze smakiem i zachwytem. A Teme będzie bohaterem jutrzejszej historii 🙂

Komentarze

komentarz

Brak komentarzy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *