PRZYWIĄZANIE

sobota, Listopad 24, 2018 0 0

Znacie film „Mój przyjaciel Hatchiko” z Richardem Gere? To największy wyciskacz łez niebędący klasycznym wyciskaczem łez, jaki widziałam. No, może poza „Tańcząc w ciemnościach” z Bjork, na którym od pewnego momentu już do końca filmu zalana byłam łzami. Hatchiko to imię psa, z którym Richard Gere się „zaprzyjaźnia”, z którym się nawzajem do siebie przywiązują. I których rozdziela śmierć jednego z nich. Historia o Hatchiko wydarzyła się naprawdę. Ten pies nieprzerwanie przez 10 lat, dopóki nie umarł, czekał każdego dnia w tym samym miejscu na przyjazd swojego pana na jeden z tokijskich dworców.

W mijającym tygodniu zaginęła moja kotka Roxy. Jest ze mną, podobnie jak jej brat Pompon, od 7 lat. Oba zwierzaki przeżyły ze mną najgorsze chwile w życiu. I najlepsze. Bo tak wyszło, że w ciągu tych siedmiu lat i jedne, i drugie się pojawiły. Jakieś dwa miesiące temu Roxy wypadł ząb, lewy kieł, i wygląda bez niego dość zadziornie. Ogólnie nazywamy ją z Olą „miejski dres”, bo taką właśnie ma postawę wobec życia. To ona jest dominująca w stadzie. To ona pierwsza je, mimo że jest o połowę mniejsza od Pompona. To ona ma męski głos, podczas gdy Pompon – nasz kochany futrzasty gej – piszczy jak nastolatka. Tak więc bez zęba na przedzie jest jeszcze bardziej zadziorną dziewczyną niż zwykle.

Roxy to naprawdę MOJA kotka. Właściciele zwierzaków zrozumieją to, co teraz napiszę. Łączy nas szczególna więź. Dla Roxy ja jestem najważniejsza. Może kochać Olę i też nie szczędzi jej czułości, ale to ja jestem dla niej najważniejszym człowiekiem w domu. Dla równowagi Pompon zdecydowanie jest Oli 🙂 Nie szczędzi mi czułości, ale to Ola jest dla niego najważniejszym człowiekiem w domu.

Roxy ze mną rozmawia. Przekomarza się. Odpowiada mi na to, co do niej mówię, tak jakby rozumiała, co mówię. Czeka na mnie pod drzwiami razem z Pomponem, kiedy słyszy, że idę po schodach, mimo że normalnie boi się podchodzić do drzwi. Kategorycznie żąda pieszczot i nie ma dyskusji, kiedy ŻĄDA. Taka właśnie jest Roxy.

Jest! Bo znalazłam ją. Po trzech dniach prawie-że-żałoby. Tak, nie boję się użyć tego słowa. Przywiązanie potrafi być naprawdę silne. I sama nie wiem, czy bardziej zwierzęta przywiązują się do nas, czy my do nich.

Na co dzień na nie psioczymy, denerwuje nas wszechobecna sierść, to że wymiotują (tak, koty wymiotują, bo myją się same, językiem, i muszą jakoś oczyszczać układ pokarmowy), to że są zbyt przylepne (albo dla odmiany, jak kot mojej przyjaciółki, za mało przylepne czy wręcz wredne). Ale kiedy nagle są w stanie zagrożenia, np. są chore albo właśnie, tak jak Roxy, zaginą, uświadamiamy sobie, jak bardzo są dla nas ważne. Jaką istotną przestrzeń wypełniają w naszym życiu.

Roxy zaginęła w trakcie remontu mojego mieszkania. To remont niegroźny dla kotów, choć duży. Mają swoje miejsce i są w swoim domu. To ważne. Choć po tej akcji skapitulowałam i dałam je na przechowanie siostrzenicy. Nie znoszą tego najlepiej, ale ja przynajmniej wiem, że są bezpieczne. Ja mieszkam tymczasowo u mojej przyjaciółki. Ale pracuję w Świdnicy i codziennie po pracy jadę do kotów, karmię je, przytulam i uspokajam. Przy okazji kontroluję po pracy postęp remontu. Kiedy mimo intensywnych nawoływań i poszukiwań w poniedziałek nie znalazłam Roxy, cały wieczór przepłakałam. To było niezależne ode mnie. Płakałam już w mieszkaniu, kiedy pojęłam, że jej tam nie ma. Płakałam informując o tym rodzinę, przyjaciół i znajomych. A do mojej noclegowni u Ani jechałam przez 18 km dosłownie zalana łzami. Niebezpieczne.

Ktoś, kto nie ma zwierząt i nigdy nie miał, pewnie nie jest w stanie tego zrozumieć. Ale przywiązanie do zwierząt w zasadzie niczym nie różni się od przywiązania do ludzi. Może jedynie tym, że szybciej się z niego otrząsamy i trauma jest mniej dotkliwa. Wiem z doświadczenia, bo już jednego psa i kota straciłam.

I tak sobie myślę, po tym wszystkim, że nasz poziom empatii chyba wyznacza nasz stosunek do zwierząt. Istot, które – te udomowione – zwykle są zdane na naszą łaskę i niełaskę. Zależne od nas w taki czy inny sposób. Waleczne, ale w gruncie rzeczy bezbronne. Bez nas i naszego wsparcia narażone są na bardzo trudne dla nich sytuacje. Jeśli to rozumiemy, to naprawdę jesteśmy ludźmi przez duże L. Jeśli nie, to znaczy, że coś nas w życiu ominęło. Coś ważnego. Nie bez powodu psychologowie mówią, że dzieci powinny mieć zwierzęta, bo to uczy je empatii. Uczy je jeszcze czegoś ważnego. Doświadczania straty. Bo zwierzęta żyją krócej.

Ja przez trzy dni w tym tygodniu żyłam jak w żałobie. Doświadczałam straty. Nie po raz pierwszy po zwierzaku. Ale po raz pierwszy tak intensywnie, bo nigdy wcześniej aż tak mocno nie przywiązałam się do żadnego zwierzęcia. I teraz, gdy odwiedzam moje koty u siostrzenicy, i dopiero, kiedy ja przychodzę i z nimi rozmawiam, zaczynają się czuć „swojo”, rozumiem, jak wielkie może być takie przywiązanie.

Historia zaginięcia Roxy zakończyła się happy endem. Kotka i jej pani znów są razem. No, prawie. Jeszcze ze dwa tygodnie remontu i tak właśnie będzie. Ale była to dla mnie ważna lekcja. Po pierwsze tego, jak bardzo zwierzęta potrafią wypełnić i NAPEŁNIĆ nasz świat. Swoim urokiem, czasem charakterkiem, potrzebą przytulania czy obecnością po prostu. Zupełnie jak ludzie. Jeszcze do niedawna myślałam, że kiedy Roxy i Pompon umrą, nie będę chciała więcej żadnych zwierząt. I w sumie nie wiem, czy będę chciała, czy nie. Ale wiem, że jeśli nadal będę sama, to TAK! Będę chciała mieć w domu zwierzaki. Bo wypełniają pewien rodzaj emocjonalnej przestrzeni, który całkiem pusty po prostu jest bolesny.

Bo tak zwierzak, jak i człowiek to zwierzęta stadne 🙂

PS A jeśli chcecie się dowiedzieć, jak odnalazła się Roxy, to wklejam tutaj odpowiedź na to pytanie zadane przez pewnego znajomego kolegi Inżyniera na moim prywatnym profilu na FB:

A więc tak, Panie Inżynierze… Melduję posłusznie, że było to tak. Otóż… dzisiaj ekipa remontowa poszukiwała kotki m.in. w piwnicy, która nie jest jakąś tam sobie zwykłą piwnicą, ale składem wszystkiego, co zgromadzili moi nieżyjący lub niemieszkający w budynku sąsiedzi. Normalka… puszki po piwie, butelki po wódce, wózek dla lalek, stare ubrania dla każdego 😂resztki węgla i drewna. Co Pan sobie tylko wymarzy w potrzebie… I oto na kontroli inwestycji rozprawiam z szefem ekipy remontowej o sprawie zaginionej kotki, a tenże szef mówi mi, że wydawało mu się, że podczas pobytu w rzeczonej piwnicy słyszał kota. Zapowiedział, że powróci tam jutro z lepszą latarką. Myślę sobie „Jaką, qrwa, lepszą latarką? Ta z ajfona nie ogarnie?” I w te pędy do piwnicy. Oczywiście elegancko ubrana, jak na panią inwestor przystało. Jasny płaszczyk, zamszowe kozaczki, gustowne rękawiczki… 100% klasy w klasie 😎👛 Wpadam do tej piwnicy oświetlając sobie drogę ajfonową latarką i zawoływuję, również elegancko, nie rozpaczliwie, jak na damę przystało: „Roxyyyyy, Roxulkaaaaa, Łokaaaa, Łokusiuuuu”, chodząc po tych piwnicach jak mama Mareczka nad Bałtykiem w ostatnim odcinku „Czterech pancernych i psa” i jako i ona wołając. Z tym, że ona wołała „Maaaareeek, Mareeeeczkuuu”, a nie „Roxyyyy, Roxuuulkaaa”, Aż tu nagle na moje zawoływanie nastąpiło odwoławcze, słabowite i nieśmiałe, ledwo słyszalne i niemalże nieuchwytne, ale jak się tak człowiek, znaczy dama, przysłuchała między zawołaniami, to nabrała przekonania graniczącego niemal z pewnością, że to, co słyszy, to nie jest jakieś tam byle jakie „piii-piii” ani też prostackie „hau-hau”, tylko wyrafinowane i pełne wdzięku „MIAUUUUU”. Rzuciłam się zatem w tę stronę, z której owo miau dobiegało, potęgując moje zawoływania i oto oczom moim ukazała się przecudnej urody artystyczna instalacja złożona ze wspomnianych już puszek, butelek, wózków, odzieży, węgla, drewna, kurzu, brudu i chuj wie, czego jeszcze, spod której to instalacji dobiegało owo, tak już znajome, miau. Rzuciłam się więc na tę hałdę i dawaj ją rozgrzebywać, rozkopywać. Do diabła z instalacją i zamysłem artysty. Kota tam uwięził! Mojego kota! A własność to dla mnie priorytetowa sprawa. Więc w tym jasnym płaszczyku, w tych zamszowych kozaczkach, tymi gustownymi rękawiczkami dawaj rozwalać artystyczny nieład więżący moją kotkę. Prawie leżąc na tej hałdzie utorowałam wreszcie biednemu, wystraszonemu, głodnemu, miauczącemu nieszczęściu drogę, by wyskoczyło z pułapki i padło w moje ramiona.
PS Steve Jobs byłby dumny, do jakich bohaterskich celów wykorzystywane są jego sprzęty 😉

 

Komentarze

komentarz

Brak komentarzy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *