Moje pudełko czekoladek

sobota, Lipiec 20, 2019 8 2

„Życie jest jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz, co ci się trafi” – mówi Forrest Gump, jeden z moich ulubionych filmowych bohaterów. Moje pudełko było zwykle gorzkie, zepsute i do wyplucia. A jednak jadłam te czekoladki jedna po drugiej przez całą drogę, często z trudem je przełykając. Jadłam je, aż kilka lat temu nagle zaczęły być słodkie. Oto jest moja historia.

Powiesiłam wczoraj w moim salonie zdjęcie starego mężczyzny. Żebraka z balijskiej plaży. Nie pięknego krajobrazu, nie ciekawej przestrzeni miejskiej, nie przecudnego obrazka natury, choć przecież mam takich wiele. Wybrałam zdjęcie starego, ubogiego człowieka, który chciał mi zagrać na gamelanie w zamian za drobny datek. Znajomy, który chciał mi podziękować za podwózkę do Warszawy, zaproponował, że wydrukuje mi wielkoformatowe zdjęcie, jakie wybiorę. Wybrałam żebraka, bo to jedno z najlepszych moich zdjęć. Ale przecież nie wiesza się w salonie zdjęcia, tylko dlatego że jest najlepsze. Wybrałam to, bo ma mi ono przypominać o tym, kim jestem, skąd pochodzę i przez co przeszłam, by dziś być tu, gdzie jestem.

Tak łatwo zapomnieć…

Patrzę ostatnio na niektórych moich znajomych i myślę… jak łatwo jest stracić kontakt z rzeczywistością, oderwać się, zapomnieć, kim się było, kiedy nie miało się tego, co ma się teraz. Nie dziwi mnie to. Wystarczy przypomnieć sobie całkiem przyziemne rzeczy. Na przykład jak przesiadłam się ze starego opla na saaba i potem po kilku tygodniach musiałam na chwilę z powrotem wsiąść do opla. Albo jak cudownie jest wracać zimą do ciepłego mieszkania z własnym, centralnym ogrzewaniem, a przecież jeszcze nie tak dawno po powrocie z pracy musiałam iść do piwnicy po węgiel i rozpalić w piecach, zanim w ogóle zaczęłam jakiekolwiek domowe życie. Człowiek tak szybko przyzwyczaja się do dobrego…

I nie chodzi o to, żeby się nie przyzwyczajał. Przeciwnie! To dobrze, że jest nam coraz lepiej. W końcu po to też żyjemy, żeby się rozwijać, poprawiać swój komfort życia i coś w nim osiągać. Ale chodzi o to, żeby nie zapominać. Bo kiedy zapomnimy, skąd się wzięliśmy, jaka była nasza droga do miejsca, w którym jesteśmy teraz, ile nas to kosztowało pracy, potu, wyrzeczeń, wzlotów i upadków, to kim się właściwie stajemy? Czy nadal jesteśmy sobą? Czy jesteśmy szczerzy wobec siebie? Czy jesteśmy prawdziwi?

Moje życie naprawdę nie było łatwe. I myślę sobie, że chyba o tym w końcu napiszę, bo często to powtarzam, a czasem widzę podejrzliwość w oczach rozmówców. Bo przecież moje życie, które widzicie w social mediach, jest takie fascynujące! Podróżuję po świecie, robię ciekawe rzeczy, wkręcam się w wyjątkowe inicjatywy. Tak więc dzisiaj, dla porządku i odczarowania tego mojego wow-życia, będzie naprawdę totalny ekshibicjonizm. Czemu? Bo mogę. Bo do tego dojrzałam. Bo czuję, że może to komuś w czymś pomóc. Bo mam od Was sygnały, że tym, co piszę i moim podejściem do życia daję Wam często siłę i nadzieję…

Listy przedślubne

Byłam pierwszym, bardzo chcianym dzieckiem w rodzinie dwójki młodych ludzi, którzy wyemigrowali z podlaskiej wsi i tutaj, na Dolnym Śląsku szukali szansy na nowe, lepsze życie. Czytałam ich listy, kiedy tato był już tutaj, a mama jeszcze tam. Przedślubne listy. Ile w nich było miłości! Ile nadziei! Ile pięknych, wspólnych planów! I to wszystko cudownie przeplatane zwykłymi, ludzkimi, codziennymi sprawami. Bardzo piękne, ludzkie listy. Niestety, tych dwoje pogubiło się w nowej rzeczywistości. Nie mogąc znaleźć mieszkania trafili w miejsce, w którym swoim piętnem naznaczyła ich patologia. Do takich naszych małomiasteczkowych slamsów. Tam mieszkałam do szóstego roku życia. Tam przyszło na świat moje rodzeństwo. Rok młodsza siostra i pięć lat młodszy brat. Tam napatrzyłam się na rzeczy, których dzieci nie powinny oglądać. Ale tam też byłam bardzo, ale to bardzo kochana. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.

Prawdziwe mieszkanie

Gdy czas był do zerówki, rodzice w końcu dostali mieszkanie. Nowe miejsce, nowe życie, nowi znajomi. I starzy, niestety, też. Piętno ze slamsów miało się ciągnąć się za nimi… za nami już zawsze, choć oczywiście będąc dzieckiem nie zdawałam sobie z tego sprawy. Degradacja społeczna całej naszej pięcioosobowej rodziny to nie była rewolucja. Nie stała się z dnia na dzień. Ale każdego dnia postępowała. Długo myślałam, że po prostu jesteśmy biedni, bo tato jest na rencie, a mama nie zarabia za wiele. Pierwszy raz zrozumiałam, że to jest coś gorszego, gdy byłam na koloniach (finansowanych przez mamy zakład pracy), a rodzice przyjechali mnie odwiedzić… Przyjechali „wesołym autobusem”. Wstyd, jaki wtedy poczułam – pierwszy raz w życiu – wobec moich koleżanek, uwierzcie mi, że czuję do dzisiaj na samą myśl.

Najprawdziwsza bieda

Potem było tylko gorzej. Błogosławiłam okresy, gdy nie było pieniędzy. Bo wtedy nie było alkoholu. Nie musiałam być maskotką na imprezach, na których zjawiali się ci wszyscy dziwni znajomi. Nie musiałam zastępować rodziców rano, żeby wyprawić siebie, siostrę i brata do szkoły. Nie musiałam razem z siostrą sprzątać po szkole po nocnych libacjach. Ale jak nie było pieniędzy, nie było ich też na inne rzeczy. A pieniędzy właściwie nie było ciągle, bo kończyły się w monopolowym krótko po wypłacie. Nie jeździłam więc na szkolne rajdy i wycieczki. Nie kupowałam sobie ubrań. Nie miałam żadnych nowych rzeczy. Nosiłam rzeczy po kimś, kto akurat postanowił podzielić się z moimi rodzicami, bo wiedział, że bieda. Bo była bieda. Taka prawdziwa. Najprawdziwsza bieda.

Zdolne dziecko

Miałam w tym wszystkim wielkie szczęście, bo byłam zdolna. Uczyłam się bardzo dobrze od samego początku szkoły i dzięki temu wszyscy chcieli mi pomagać. Dzisiejsze pisanie urodziło się właśnie wtedy. Pisałam. W szkole. W domu. Na kartce. W głowie. Wszędzie. Tato, w tych swoich przebłyskach normalności, czytał książkę za książką. Wchłonęłam to. Czytałam od piątego roku życia. To on mnie wciągnął w ten świat. To dzięki niemu zaczęłam rozumieć, że mogę więcej, choć nigdy mi tego wprost nie powiedział. Prosty człowiek, rencista, z jedną nogą krótszą od urodzenia, od dziecka wyrzucany poza nawias. To, że byłam taka zdolna, wprawiało rodziców w dumę. I dlatego – wbrew całej reszcie rodziny, która mówiła: „idź do zawodówki, będziesz miała fach w ręku”, ja wybrałam liceum. Rodzice mnie w tym wspierali.

Życie bez ojca

Po dwóch miesiącach od rozpoczęcia nauki w liceum straciłam tatę. Chorował od wakacji. Nikt nie wiedział, na co. Leczyliśmy go nawet wspólnie z moim znajomym studentem z Drezna, który był opiekunem kolonijnej grupy, gdy byłam na harcerskich koloniach w NRD (oczywiście, za darmo, bo w rodzinie bieda). Bez skutku. Gasł w oczach. Gdy zmarł, mama nie zgodziła się na otwarcie trumny. Tato ważył wtedy 30 kg. Podejrzewali raka krtani. Ale kto by tam się angażował w badania, jak faceta już praktycznie nie było. Żadnemu lekarzowi przez cały ten czas nie przyszło do głowy prześwietlić mu płuca. A to była… gruźlica!

I tak mając 15 lat zostałam bez taty i z mamą, która nie umiała sobie z tym poradzić. Nigdy nie zapomnę, jak krzyczała w nocy przez sen krzykiem tak przerażającym, że musiałam budzić siostrę i dopiero w jej towarzystwie miałam odwagę iść i obudzić mamę z kolejnego koszmaru. Nadszedł też czas, kiedy poznałam, jak smakuje głód. W Polsce transformacja, mama ciągle tracąca pracę, renta po ojcu nie zaspokajająca nawet najbardziej podstawowych potrzeb i trójka dzieci. Czasem widzę dziś dzieci, które są głodne. Głód widać. Mimo że miałam wtedy już naście lat, patrzyłam na jedzenie tak jak one. Nie wiem, czy potrafię Wam to opisać, ale głód naprawdę widać w oczach.

Skok w dorosłość

Ale skończyłam liceum, zdałam maturę i poszłam na studia. Wyprowadziłam się z domu z satysfakcją, w nadziei na kolejną zmianę. Tak głupia życiowo i tak zahukana, że nie wiem, jakim cudem się w ogóle odnalazłam na uczelni i w wielkim mieście. Chyba dlatego, że zawsze jakaś niewidzialna siła pchała mnie do przodu. Znalazłam sobie pracę – korepetycje z polskiego i angielskiego, na które dla kilkudziesięciu złotych miesięcznie jeździłam dwa razy w tygodniu przez cały Wrocław. W weekendy wracałam do domu. Na spotkania ze znajomymi i po słoiki. Bo mama trochę się ogarnęła i nawet poznała faceta, którego nie bardzo akceptowałam, ale właściwie mnie tam nie było, więc nie przejmowałam się specjalnie.

Wielka miłość

W czasie takich spotkań ze znajomymi poznałam mojego przyszłego męża. Nigdy bym tego wtedy nie powiedziała. Ale prawda jest taka, że łączyło nas wszystko. Złe dzieciństwo. Patologiczne rodziny. Parcie na to, żeby osiągnąć więcej niż nasi rodzice. To była wielka miłość. Naprawdę ogromna. To on pokazał mi świat. Pokazał mi mój potencjał. Wierzył we mnie, jak do wtedy nigdy nikt. To dzięki niemu osiągnęłam pierwsze w życiu prawdziwe sukcesy. I to on potem ciągnął mnie w dół… Przerosłam go. Prześcignęłam w tym chceniu więcej. Ja osiągałam cele. On nie. Ja się rozwijałam. On nie. Dziś wiem, że w pewnym momencie to już nie on nie chciał. To jego nałóg nie chciał. Nałóg, który negowałam latami. Tak jak latami negowałam nałóg rodziców. Typowa kalka DDA.

Było już bardzo źle między nami, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Pamiętam pewien wieczór, gdy już postanowiliśmy, że się rozstajemy. Leżałam w wannie i nagle stwierdziłam, że nie chcę wychowywać dziecka ani sama, ani z kimkolwiek innym, poza nim. Powiedziałam mu to. Był obrażony, bo to ja chciałam odejść. Ale się zgodził zostać. Kolejna kalka DDA.

Wielkie rozczarowanie

Był najlepszym ojcem. Wyjątkowym. Każde dziecko chciałoby takiego mieć. Był ojcem, niańką, przyjacielem, kolegą od zabaw i mentorem w jednym. Ale jednocześnie go nie było. Pracował za granicą, z czego jakimś cudem niewiele mieliśmy, a gdy był na miejscu, z roku na rok coraz częściej zmagał się ze swoimi demonami. Aż zachorował. I to był paradoksalnie promień nadziei. Bo choroba wyeliminowała nałóg. Otarcie się o śmierć sprawiło, że przystopował. Nie na długo jednak. I wtedy zaczął się najgorszy okres w moim życiu. Na zewnątrz udawałam przed całym światem, że wszystko jest ok. A w domu przeżywałam traumę. Każdego dnia godziłam się na to, żeby robił ze mnie durnia. Kłamał. Oszukiwał. Leżał w łóżku, gdy wracałam z pracy i udawał, że źle się czuje. Wyciągał mi po kryjomu ostatnie pieniądze z portfela. Potrafił wypłacić ostatnie pieniądze z naszego wspólnego konta i nie pisnąć słowa, gdy pisałam do banku reklamacje z powodu błędu bankomatu. Pożyczał od znajomych. Od sklepikarzy naokoło. Ale o tym dowiedziałam się później…

Było mu z tym źle. Wiem o tym. Powtarzał, że bez niego będzie nam lepiej. Któregoś dnia, takiego jak zwykle, z udawaniem, że źle się czuje, znów powiedział, że bez niego będzie nam lepiej i powtarzał to jakoś podejrzanie częściej niż zwykle. Pękłam wtedy i wygarnęłam mu, co ja o tym myślę i jak mi z tym źle. Nie wiem, po co, bo jego percepcja była i tak zaburzona. Położyłam go spać, potem córkę, a potem sama siebie. Obudziłam się nad ranem. Nie było go w łóżku. Szukałam go wszędzie. Nawet w samochodzie na parkingu. Lubił tam siedzieć, żeby zebrać myśli. Znalazłam go w drodze powrotnej do mieszkania. Dwa piętra wyżej zobaczyłam leżące na schodach ciało z szyją owiniętą drutem…

Życie od nowa

Tak. Jest nam lepiej. Najgorsza rzecz w moim życiu, będąca jakby zwieńczeniem wszystkich złych rzeczy, których miałam szczęście (tak, szczęście, bo bez tego nie wiem, czy byłabym dziś tym, kim jestem) doświadczyć, paradoksalnie okazała się początkiem tej dobrej części. Od siedmiu lat żyję jak w moich marzeniach z dzieciństwa i młodości. Oczywiście, jak wszystko w moim życiu, jest to okupione ciężką pracą, wieloma wyrzeczeniami, często stresem, ale nie takim, jak kiedyś – takim… pozytywnym. Osiągam to, co sobie wyznaczę. Osiągałam też kiedyś. Ale nigdy tak świadomie. Zwykle działo się to jakby trochę poza mną i było związane z jakimś tam moim talentem. Najczęściej tym do pisania. Ale pamiętam każdego człowieka, którego spotkałam na swojej drodze, a któremu coś zawdzięczam. Pamiętam każdą pomoc, jaką kiedykolwiek od kogokolwiek otrzymałam. Nie zapomnę nigdy, skąd jestem, co przeszłam, ani tego, że w moim życiu było już tak, że nie miałam absolutnie nic. Nawet chleba.

Dlatego właśnie w moim salonie wisi nie piękny krajobraz czy zdjęcie uroczej uliczki jakiegoś południowoeuropejskiego miasta. Tylko stary człowiek. Stary, biedny człowiek, który nie ma nic poza gamelanem. W bluzce po kimś z dzianiny przetykanej srebrną nitką, z obciętymi rękawami, w czapce po kimś, z gamelanem na ramieniu, z twarzą przeoraną bruzdami całego życia, z oczami, w których jest wszystko, o czym chcę pamiętać. Jak bardzo doceniam to, co dzisiaj mam… I jak niewiele trzeba, żeby to stracić.