Święta Wanda z Biedronki

środa, Listopad 20, 2019 0 0

Magia potrafi dopaść człowieka w tak nieoczekiwanym miejscu, tak nieoczekiwanych okolicznościach i z tak nieoczekiwanej strony, że czasem trudno uwierzyć, że pewne rzeczy dzieją się naprawdę. Dzisiaj ze zwykłych zakupów w Biedronce wracałam w takim stanie, jakby mnie do domu prowadziły zastępy aniołów. I nie jest to bynajmniej ironia… Poczytajcie.

„A gdzie znajdę jajka? Pomoże mi pani?” Nie wiem skąd dochodzi głos, bo staruszka, która prosi ekspedientkę o pomoc, jest tak przygięta do ziemi, że ledwo ją widać zza koszyka i wystawionych na promocji produktów. Mijamy się w ciasnej alejce i czuję specyficzny zapaszek brudu. Ale nie takiego od niemycia się. Takiego naftalinowo-kurzowo-wieloletniego.

Wchodzę w alejkę, którą przed chwilą sunęła tuż nad ziemią staruszka, wciąż czując ten zapach. Ale w miarę przemieszczania się zapach znika. Wrzucam ostatnie zakupy do koszyka i wybieram potencjalnie „krótszą” kolejkę, bo mam jeszcze mnóstwo pracy i w zasadzie to bardzo się spieszę. Wyciągam telefon, żeby zabić kolejkowy czas i znów dociera do mnie ten zapach. Staruszka stoi za mną, tak przygięta do ziemi, że sięga mi do pasa. Zaglądam do jej koszyka i proponuję, żeby weszła przede mnie.

„Dziękuję pani bardzo, dziękuję! Jaka pani miła!” – podnosi głowę i spogląda na mnie z uśmiechem. Ma niesamowicie przyjemny, przyjazny i optymistyczny głos. Z trudem przesuwa się przede mnie. Oceniam, jakie to musi być trudne wykładać w jej stanie zakupy na taśmę, więc pytam, czy jej pomóc. „Oj, jakby pani była tak miła. Bardzo by mi pani pomogła”. Wykładam na kasę. Worek kaszy jęczmiennej. Dwie piersi z kurczaka. Puszkę karmy dla kotów. Dwie puszki z pasztetem. Worek kaszy jęczmiennej. Jajka. Worek kaszy jęczmiennej. Jednorazówkę z winogronami w promocji. I pudełko po towarach, w które staruszka najwyraźniej chce zapakować zakupy.

Gdy wylicza pieniądze kasjerce, opierając się o blat i przemiło rozmawiając o znalezieniu groszy („dla pani z przyjemnością”), mam czas, żeby uważnie jej się przyjrzeć. Podpiera się czerwoną niewiarygodnie zniszczoną i brudną parasolką. Ubrana w czarny klasyczny płaszcz, który równie dobrze mógł kiedyś być szary. Na głowie dziwaczny wełniany kapelusz, poplamiony i ciężki od brudu. Bieda z nędzą. I bijąca na kilometr samotność.

Kiedy kończy gawędzić z kasjerką, pytam „A dokąd pani niesie te zakupy? Może pani pomóc?” Patrzy na mnie przenikliwie, ale z uśmiechem. „Tu, niedaleko. Naprzeciwko. Ale naprawdę chce pani pomóc? To jest ciężkie” Uśmiecham się. „Właśnie dlatego chcę pomóc. Proszę tylko zaczekać, aż ja też zapłacę”. W tym momencie kątem oka dostrzegam, jak ludzie stojący w obydwu czynnych kasach wszyscy nam się przyglądają bardzo uważnie. Nie wiem, co tam się kryło za tymi spojrzeniami. Obrzydzenie? Staruszka nie była okazem czystości. Zdziwienie? Przecież takie rzeczy są normalne (a przynajmniej powinny być). Podziw? Wystarczy też zachowywać się jak człowiek i nikogo nie trzeba będzie podziwiać za takie rzeczy. A może wstyd? Byłby na miejscu, bo nikt oprócz obsługi i mnie nie próbował jej w żaden sposób pomóc.

Wychodzimy ze sklepu. Staruszka prowadzi mnie przez ulicę. „Jaka pani miła! Jak pani ma na imię?”. „Anita”. „Piękne imię. Jest pani mężatką?” „Nie, jestem wdową”. „Taka młoda i już wdowa… Pomodlę się dzisiaj za panią. Będę się modlić, żeby Pan Bóg dał Pani dobrego męża”. „Dziękuję” – uśmiecham się. Powrót do domu nie jest łatwy. Blisko, ale ulica ciemna, staruszka nie może znaleźć kluczy w torebce. Jedną ręką trzymam jej zakupy, a drugą świecę latarką w telefonie. „Może wrzuciła pani klucze do kieszeni?” – sugeruję. Sprawdza. „Oj, rzeczywiście. Dobrze, jak ktoś taką ma przytomność umysłu. Ja już często zapominam”. Chcę powiedzieć, że ja też, ale muszę pchnąć ciężkie drzwi, żebyśmy obie mogły wejść do bramy.

Przy świetle latarki udaje się zapalić światło i staruszka informuje mnie, że idziemy na pierwsze piętro. Idziemy. „Ma pani rodzinę? – pytam. – Dzieci… wnuki…” „Mam nawet i prawnuki już! – odpowiada. Ale niech pani pójdzie przodem, bo ja to trochę potrzebuję czasu”. Idę przodem, stawiam zakupy na schodach i czekając na nią i odpowiedź na moje pytanie patrzę, jak pokonuje schody. Na czworakach, przekładając przed sobą parasolkę ze stopnia na stopień. Gdy gaśnie światło, a ja nie wiem, jak zlokalizować włącznik, wyciąga z kieszeni podręczną czerwoną latarkę. W międzyczasie lokalizuję włącznik, który będę naciskać jeszcze kilkakrotnie.

Bo staruszka chce mi pokazać swojego wnuczka. Tego, który kocha zwierzęta i ma psa ze schroniska. Zdjęcia nosi w swojej małej torebce. „Ładny chłopczyk – mówię. – Jak ma na imię?” Staruszka potrzebuje chwili, żeby sobie przypomnieć: „Ojej, ojej, Tymoteuszek. A piesek to Nuka. O, a tu mam zdjęcie Ojca Świętego ze zwierzętami. A tu Kaczyńskiego. Ale nie zabieram pani czasu. Dziękuję, że pani taka dobra – patrzy na mnie i dodaje: Ale jaka pani piękna! Dobra i piękna! Będę się modlić o dobrego męża dla pani”. Uśmiecham się po raz kolejny i dziękuję. „A jak pani ma na imię?” – pytam schodząc. „Wanda”. „Pani Wando, wszystkiego dobrego. Dużo zdrowia”. „Nie mam już zdrowia, pani… Anito, tak? Ale jak ktoś mocno cierpi, to może więcej wymodlić. To jest taki mój krzyż. Wymodlę dla Pani dużo dobrego”. „Wszystkiego dobrego, pani Wando” – żegnam się i wychodzę.

Wracając do domu myślę o tym, że muszę to opisać. Myślę o tytule „Święta Wanda z Biedronki”. W domu sprawdzam, czy jest jakaś święta Wanda. Jest! Według przekazów katolickich, przyjmująca na siebie cierpienia innych. Dosłownie.

Wychodzę z bramy pani Wandy i idę do domu, jak w transie. Jak wiecie, mam niezwykły sentyment do starszych ludzi. Mój nieżyjący mąż, który najbardziej z całej rodziny kochał swoją babcię, w której mieszkaniu ja teraz mieszkam z córką, zawsze powtarzał, że nigdy nie wiadomo, jacy my będziemy na starość. Od kilku lat co roku o tej porze w pełni przygotowań była już nasza akcja „Podziel się”. W tym roku pokonał nas czas, obowiązki coraz bardziej zagmatwane życie każdego z nas. Ale to nie ma znaczenia.

Pani Wanda – święta Wanda z Biedronki, która będzie się za mnie modlić – w te święta na pewno nie zostanie zapomniana ani samotna. Zadbam o nową parasolkę – taką, żeby łatwo się było podpierać. O czystą odzież. O zapas różnorodnego jedzenia. Dla jej kota też. A przede wszystkim o to, żeby poczuła, że ktoś o niej w tym wyjątkowym czasie myśli. Was też do tego zachęcam. Każdy z Was ma w pobliżu kogoś takiego. Każdy z tych ludzi ma za sobą jakąś historię. Każdy kiedyś był w takim momencie życia jak my. Pełnym planów, marzeń, nadziei na kolejny, jeszcze lepszy rok. A teraz są staruszkami. Chylącymi się ku ziemi, w której kiedyś spoczną. Zmagającymi się ze swoimi niedołężnościami, problemami zdrowotnymi, samotnością… Pomyślmy o nich. Czasem drobny gest z naszej strony jest czymś niewyobrażalnie wielkim dla drugiego człowieka. Proste, a jakie trudne dla niektórych do pojęcia…

Zmiany są zawsze na lepsze

niedziela, Listopad 3, 2019 0 1

Mówicie, że mam więcej pisać? Proszę bardzo! Akurat godzina na to jest trochę chora (3:39 w nocy z soboty na niedzielę), ale jestem tak podekscytowana zmianami, które właśnie zachodzą w moim życiu, że spać nie mogę. A że nie muszę jutro wstać na ósmą do pracy, pisanie to najlepsze, co mogę zrobić…

Na freelansie

Zacznę od tego, że nie kocham pracy biurowej. Siedzenie 8 godzin w jednym miejscu ma jak dla mnie tylko taką dobrą stronę, że dobrze poznaje się ludzi i oby każdemu, kto tak pracuje, trafili się tak cudowni, jak mi. Przez całe moje zawodowe życie owszem, przychodziłam do pracy „na którąś”, ale wychodziłam z niej często – na spotkania, na wywiady, na wydarzenia, które relacjonowałam. No, dziennikarka po prostu. Przez większość życia pracowałam więcej niż przeciętny człowiek. Co ja mówię?! Przez całe życie tak pracowałam. Ale jednak na pewnym freelansie.

Moja „loving brand”

W firmie, którą właśnie opuściłam (a konkretnie opuściłam biuro), mojej loving brand Resibo, z wielu powodów praca była w większości biurowa. Wiadomo, musieliśmy się wszyscy poukładać, ciągle odnajdywać w zmieniającej się rzeczywistości firmy, która rozwijała się w tempie wręcz atomowym. To wymagało po prostu bycia na miejscu. W Resibo byłam prawie od początku, bo zanim poszłam na etat, także współpracowałam jako najpierw autorka tekstów na bloga, a potem początkujący PR-owiec, no i pierwszy etatowy pracownik 😅 Mam przepiękne wspomnienia z tych całych początków, które zresztą sobie przypominaliśmy przedwczoraj w czasie mojej imprezy pożegnalnej.

Po prostu kocham

Resibo to jedna z największych przygód w moim życiu. I jedna z najlepszych. Nauczyłam się bardzo dużo, poznałam wspaniałych ludzi i naprawdę mocno rozwinęłam. Kocham tę markę. W mojej łazience nie będzie innych kosmetyków, bo po pierwsze, jestem seryjną monogamistką w każdej dziedzinie życia, a po drugie – nie ma lepszych kosmetyków. Wiem, bo sama brałam do tej pory udział w ich testowaniu przed produkcją, ulepszaniu formuł itd. Po prostu KOCHAM ❤️

Zew wolności

Ale jednak mój zew wolności, potrzeba poczucia, że skoro teraz na przykład nie idzie mi pisanie, to sobie już pójdę do domu i zregeneruję się, ciągle mnie męczyły. I w końcu zwyciężyły. A paradoksalnie uświadomiła mi to moja Fabryka Słowa – firma, którą założyłam ponad dwa lata temu, bo z pisania żyję całe życie, a tak było łatwiej rozliczać się z klientami. Których jakoś ciągle nie brakowało, więc chyba daję radę 😉

Od słowa do słowa – Fabryka Słowa

I tak od słowa, do słowa (nomen omen) wyszło, że czas już w wieku lat 46 (matko!) coś z tym zrobić. Z poprzedniej pracy odchodziłam z myślą „jeśli teraz czegoś nie zrobię, to już tutaj zostanę”. Zrobiłam, zmieniłam, odchorowałam tę zmianę, ale finalnie była na lepsze. Teraz odchodziłam z podobną myślą. Mam 46 lat. Odejście jest trudne i smutne i bolesne. Ale… skoro całe życie pracowałam inaczej i to był właśnie mój idealny rytm (taka arytmia 😅), to kiedy do tego wrócić, jak nie teraz? I słowo się rzekło.

We własnym rytmie

Nie rozstanę się z marką na zawsze, za co jestem ogromnie wdzięczna Ewelinie i Piotrkowi, którym pomagałam ją budować. Bo by jeszcze bardziej bolało, zwłaszcza z powodu ludzi. Ale będę robić tylko i wyłącznie to, co kocham, czyli będę pisać. A najważniejsze, że będę to robić w swoim własnym rytmie. Każdemu życzę, żeby go odnalazł, a przede wszystkim – posłuchał go.

Czas na zmiany

Zmiany są zawsze na lepsze. I myślę tu wyłącznie, totalnie egoistycznie, o sobie. Tak zresztą każdy powinien myśleć, nawet jeśli tak jak ja ma serce ciągle na dłoni i oddałby bliźniemu ostatnią koszulę. Moja zmiana miała jeszcze jeden, zupełnie przeze mnie nieoczekiwany wymiar. Bo tylu pięknych słów o mnie, o tym, jaka jestem, jakim jestem człowiekiem, jak się ze mną pracuje, rozmawia, „współsiedzi”, „współrobi” cokolwiek nie usłyszałam nigdy w życiu. Jestem tym do tej pory do głębi wzruszona, opłakana, osmarkana… I wdzięczna. Kochani, to nie ja. To Wy jesteście tak cudowni, że tak właśnie z nami jest. Że po prostu aż boli myśl, że w poniedziałek się z Wami nie zobaczę. Ale wiecie, rozumiecie, czas na zmiany. I oby ta nadal była zgodna z zasadą, że one są zawsze na lepsze.