Ludzie, którzy żyjąc nie żyją

czwartek, Lipiec 4, 2019 0 0

Dziś są moje urodziny. Czterdzieste szóste 😱 Wiem, że nie wyglądam i nie będę się krygować, że tego nie wiem. Ale metryka nie kłamie. I bagaż, który przez te wszystkie lata zdarzało mi się dźwigać na moich mikrych plecach. Pamiętacie „W chmurach” z Georgem Clooneyem? Zwalniając ludzi serwował im bajeczkę o tym, że plecak im lżejszy, tym łatwiej go nieść. Ja nauczyłam się, na szczęście, co jakiś czas przepakowywać mój plecak i zrzucać nadmiar.

4 lipca 2019

Spędzam urodziny będąc na wakacjach. Tak sobie postanowiłam, że w tym roku ten czas będzie naprawdę tylko dla mnie. I dla mojej córki, która jeszcze w tym roku skończy 18 lat. Ona mówi, że co to jest osiemnastka, że przecież nic się właściwie, poza metryką, nie zmieni. Ma rację. I nie ma. Ale jeszcze o tym nie wie. Bo zacznie się zmieniać. Już w zasadzie się zmienia, odkąd przez większość roku każda z nas żyje oddzielnie, bo dwa lata temu Ola wybrała świetną szkołę, ale na drugim końcu Polski.

Hotelowa znajomość

Jestem w Grecji i poznałam tu pewną Polkę, która zatrzymała się w tym samym hotelu co ja. Przyleciała z rok młodszą od mojej córką. Ona sama jest trzy lata starsza ode mnie. Nie będę podawać więcej szczegółów, bo to w sumie nieistotne. Przypadkiem dogadałyśmy się na coś w rodzaju wakacyjnego car-sharing. Po prostu postanowiłyśmy, żeby było taniej, wynająć auto wspólnie i razem pozwiedzać wyspę. Decyzja była spontaniczna, zapadła w hotelowym lobby i potem już trudno było się z niej wycofać, chociaż nie powiem, że nie przeszło mi to przez myśl 😉

Za głośne fale

Rozstałyśmy się w lobby z planem, że się zdzwonimy koło 12.00 i umówimy, żeby zaplanować wszystko. Leżę na plaży. Fale łomoczą o brzeg i szumią tak głośno, że nie słyszę telefonu. Ale chciałam sprawdzić godzinę, więc jakoś parę minut późnej go wyjęłam. Dokładnie cztery minuty o 12.00. Dokładnie cztery minuty wcześniej dzwoniła. Oddzwaniam.

Pani: No, hej, Anita, dzwonię, tak jak się umówiłyśmy.

Ja: Hej, jesteśmy na plaży.

Pani: My przy basenie, bo na plaży za głośno. Tam nie porozmawiamy.

Ja: To porozmawiamy później. Znajdę was.

Pani niechętnie, ale się zgadza. Ja, coś już podejrzewam, ale ogłuszona szumem fal, nie zauważam tego.

Do spotkania, oczywiście, dochodzi. Obie z Olą mamy nadzieję, że poznałyśmy oto ciekawe kobiety, jak to zwykle mamy szczęście. Cóż…

Kulą w płot

Pierwsze spotkanie organizacyjne uświadamia nam, że niestety, ale chyba się myliłyśmy. Pani (celowo tak mówię, bo to taka „pani”, jak pani w szkole, ale nazwijmy ją na przykład E.)… a więc Pani E., mimo że jest ode mnie starsza o zaledwie trzy lata, kreuje się na starszą o 20, a właściwie kreuje mnie na młodszą o 50 🤣 Wobec mojej Oli z kolei przyjmuje mentorski ton, którego moja córka nienawidzi i unika ludzi rozmawiających z nią takim tonem, jak ognia. Jakoś się jednak, w dobrej wierze i z kolejnym kredytem zaufania, dogadujemy, idziemy wspólnie zarezerwować samochód w pobliskiej wypożyczalni i klamka zapada.

O wspólnych wyprawach już Wam nie będę opowiadać. Grunt, że chyba obie strony są średnio zainteresowane brataniem się, czy może w tej sytuacji powinnam powiedzieć siostrzeniem, więc po dotarciu do kolejnych celów umawiamy się tylko na konkretną godzinę powrotu przy samochodzie, ewentualnie na telefon, gdy okazuje się, że zwiedzanie zakończone wcześniej, i ograniczamy jedynie do car-sharing. Ja jestem kierowcą, bo Pani E. najwyraźniej się do tego nie pali, więc tym lepiej, bo uwielbiam jeździć i sprawdzać, jak się jeździ po drogach innych niż w Polsce. Ona jest pasażerką i nawet wybrała tylne siedzenie do spółki ze swoją córką, więc nawet nie mamy zbyt wiele interakcji w czasie podróży. Ot, takie tam „czy można zmniejszyć klimatyzację”, „tu masz miejsce do parkowania”. Jest ok.

Ludzie, którzy żyjąc nie żyją

Ale chcę Wam przy okazji tej znajomości i moich urodzin o czymś innym opowiedzieć. Zacznę jednak od wczorajszej anegdotki, którą już nazwałam anegdotką, mimo że nikomu jej jeszcze nie opowiedziałam, bo wiem, że zrobię to nie raz 😅

Czekamy w wypożyczalni na auto. Pan ma jakąś obsuwę, więc już mu zapowiedziałam, że oczekuję rabatu 😉 Mam dobry humor. Rozglądam się po całym miejscu i z radością głośno zauważam, że do wypożyczenia są też rowery.

Pani E.: Oj, ale jak rowerami w taki upał?

Ja: No jak? Normalnie? W czym upał przeszkadza? Ja wczoraj rano biegałam po plaży.

Pani E.: Ale ty to jesteś jeszcze młoda…

Ja: 🤦‍♀️🤦‍♀️🤦‍♀️

Nie patrzę nawet na minę mojej Oli, która siedzi za Panią E., ale mogę sobie tę minę wyobrazić. Później powie mi: „Mamo, przecież to są tylko trzy lata różnicy? Jak to możliwe? Gdybyś była taka, to po każdym takim komentarzu wylewałabym ci kubeł zimnej wody z lodem na głowę” 🤣🤣🤣

Pani E. to przykład ludzi, którzy grzebią się za życia.

Pani E.

Przyleciała na urlop i jest ciągle zmęczona. Punktualna do bólu, chociaż jest w Grecji, gdzie siga-siga (powoli, powoli) nie wzięło się znikąd i jest to ogólnie obowiązująca norma obyczajowa. Kobieta w wypożyczali, gdy umawiałyśmy się, że chcemy auto o 9.00, wyraźnie powiedziała: „Nie musicie być dokładnie o 9.00. Spokojnie, na luzie”. Pani E. poprosiła, żebyśmy umówiły się za pięć dziewiąta pod recepcją. Ok. Byłyśmy o 9.00. Okazało się, że już zdążyła do mnie zadzwonić. Ale miałam wyciszony telefon.

Pani E. chodzi wszędzie z przewodnikiem w ręku, żeby przypadkiem nie ominąć zaliczenia jakiejś atrakcji. Kiedy nie wie, dokąd iść, stoi nad mapą i dalej nie wie, dokąd iść, bo nie może odczytać nazwy ulicy. No, raczej. W końcu w Grecji obowiązuje grecki alfabet ze wszystkimi alfami i omegami. Ja, mimo że ten alfabet poznałam i znam nieco zbliżoną cyrylicę, potrzebowałam kilku dni, żeby w miarę ogarnąć, która litera jest która i coś już tam z nich czytać. Lituję się wtedy, wyciągam telefon, włączam GPS, chociaż nam jest do niczego niepotrzebny, bo my po prostu się włóczymy i raczej nigdy nie gubimy, a jak się zgubimy, to i się znajdziemy, i podpowiadam, dokąd iść. Na szczęście, potem się rozdzielamy.

Pani E., z tego, co zdołała o sobie opowiedzieć na pierwszym spotkaniu, wiedzie od lat takie samo życie w tym samym miejscu pracując w tej samej pracy i robiąc to samo. Mną się w sumie mało interesowała, bo co może być interesującego w takiej gówniarze 🤣 I dobrze, bo jakoś nie miałam ochoty opowiadać jej o moim barwnym, pełnym upadków i wzlotów, głównie upadków, życiu. Interesowała się moją Olą, bo wtedy w lobby wymsknęło mi się, że nie wiem, co na ten car-sharing moja córka, bo ona jest artystyczna dusza i towarzystwo dobiera bardzo starannie. Ale moja córka stwierdziła, że jeśli mamy zaoszczędzić i jeszcze kogoś ciekawego poznać, to czemu nie? No, niestety…

Poznałyśmy kogoś nieciekawego z gatunku ludzi, których całe życie staram się unikać. Takich, którzy życie już przeżyli, a reszta to już ciągłe sterowanie życiem dzieci, mówienie im, gdzie mają się uczyć, jaki zawód zdobyć, bo popłaca i będzie praca po nim, i jak żyć. Takich, którym nic już się nie chce, a wakacje polegają na użalaniu się nad swoim zmęczeniem po całym roku i zaliczaniu turystycznych atrakcji z przewodnikiem w ręku.

Dziękuję, choć nie wiem komu

Nie wiem, komu mam dziękować, że taka nie jestem. Mimo moich 46 lat, siwych włosów, których z roku na rok przybywa i które mój fryzjer Karol potrafi farbować nawet o 21.00 przed moim wylotem, moich zmarszczek, których też przybywa, ale na szczęście, nie w takim tempie, jak tych siwych antenek, ton nadbagażu, którego życie mi nie skąpiło, ja nadal jestem głodna życia. Gotowa na siwe włosy, na zmarszczki i wszystko, co chce zrobić ze mną grawitacja, wiek mojego organizmu (bo w głowie to ja faktycznie jestem gówniara – może Pani E. coś jednak wyczuła 🤣😅), ale wciąż oczekująca, poszukująca, mająca nadzieję, AKTYWNA (to też ważne słowo). Bo nadal uważam, że wszystko przede mną. Bo wciąż mi się chce. Uczyć się, poznawać świat, próbować nowych rzeczy. Umarłabym, gdyby przestało mi się chcieć. Tak jak Pani E. Ona żyje, ale już umarła. Umarła dla siebie samej.

Sens życia według… kogo?

czwartek, Marzec 14, 2019 0 1

Stałam sobie ostatnio w kolejce w jednym z marketów tuż za pewną starowinką, pomarszczoną, drobną kobietką. Kupowała sobie gotowe gofry i bułki maślane do odgrzania w piekarniku. Nic więcej. Miałam wolne, był późny wtorkowy poranek i zastanawiałam się – tak jakoś wyszło – nad sensem, życia. Czy mój sens, w pełnym galopie, czasem bez tchu, a wręcz z zadyszką, jest bardziej sensowny niż tej babuleńki?

Obie wstałyśmy rano po coś. Ale każda po coś innego. Ja poleciałam pod prysznic tak szybko, jak się dało, bo byłam przeziębiona, wstałam później, ale to nie zmieniało faktu, że miałam do załatwienia 927914628565 różnych spraw, z których nie wszystkie tak do końca ogarniałam umysłem. Ona zapewne pomodliła się na początek. Lekutko obmyła. Założyła to, co wczoraj, podczas gdy ja musiałam dobrać i wyprasować to, w czym według mnie będę się akurat tego dnia dobrze czuła.

Ona zapewne zaparzyła sobie herbatę. Ja też. Ona zjadła niespieszne śniadanie. Ja nie. Spieszyłam się, bo przecież obudziłam się za późno. I co z tego, że przeziębiona? Ona powyglądała przez okno, posłuchała porannych wiadomości w radiu lub telewizji. Ja pobiegłam szukać samochodu, bo odkąd trwa remont mojego podwórka, codziennie parkuję gdzie indziej i czasem trudno spamiętać 😅

Ja poszłam na pocztę odbierać zaległe awizowane przesyłki, których nie miałam czasu odebrać od dwóch tygodni. Ona? Nie wiem. Ale domyślam się, że miała przyjemniejsze rzeczy do roboty niż stanie na poczcie. Może odprowadziła wnuczka do przedszkola? Może porozmawiała z córką przez telefon? A może po prostu pogłaskała kota. Nie wiem, czemu, ale myślę, że ma kota.

A potem nasze drogi zbiegły się. Ja – w pośpiechu, mimo że w przekonaniu, że to jest mój slow day. Ona – bez pośpiechu i bez dorabiania sobie do tego teorii. Ja wybiegłam. Ona wyszła. Ja jechałam. Ona spacerowała. Ale przy tej kasie, w tej kolejce, zaszła jakaś koniunkcja. Byłyśmy – ona i ja – w jednej linii, i to dosłownie, bo przy taśmie kasy. I pomyślałam wtedy, myśląc o sensie życia, czyj sens jest bardziej sensowny? Jej czy mój? I komu to oceniać? Jej? Mnie? Wam? Komukolwiek?

Ludzie żyją różnie. Czasem patrząc na ich życie myślę sobie, że kurczę… jak je marnują. Na kłótnie. Na fochy. Na szukanie jak Koziołek Matołek po całym świecie tego, co jest bardzo blisko. Na nadmiar pracy. Na niepotrzebne nerwy. Na nieuzasadnione stresy. Na przejmowanie się tym, co jest dookoła i nieprzejmowanie się swoim własnym komfortem psychicznym. A z drugiej strony – to przecież ich życie. Niech je marnują. Niech psują i niszczą to, co w nim najlepsze, czyli relacje. W końcu… to ich życie. I nikt go za nich nie przeżyje. Proste? Każdy ma jakiś swój sens życia. I innym nic do tego. Jaką ja będę staruszką i czy w ogóle nią będę? Nie mam pojęcia. Ale jestem pewna jednego – to będzie moje życie i to ja będę widzieć jego sens. Albo bezsens. I nic nikomu do tego.

ALL THE RIGHT PLACES

sobota, Marzec 9, 2019 0 0

Macie takie miejsca na świecie, w których czujecie się, jak u siebie i wiecie, że moglibyście w nich zamieszkać, nawet jeśli tak do końca ich nie znacie? Ja mam. Praga, Boston, Florencja i mała wioska Sebatu na Bali. Jest też na tej liście Kraków. To jedno z tych miast, w których po prostu czuję się, jak w domu. Angielski tytuł wpisu jest angielski, bo trudno mi było znaleźć tak piękne polskie nazwanie tego uczucia do miejsc niż „all the right places” – wszystkie miejsca, które są takie, jak trzeba, wszystko w nich pasuje. Do mnie.

Szczególne wrażenie robi na mnie za każdym razem, kiedy tu jestem, krakowski Kazimierz. W tej dawnej (i trochę obecnej, bo odradza się tutaj ta kultura) żydowskiej dzielnicy niespodzianki, zaskoczenia i miłe dla oka albo po prostu rzucające się w oczy rzeczy są niemal na każdym kroku, mieszkanie to sama przyjemność. Piszę te słowa siedząc na poddaszu apartamentu obok Starej Synagogi, w sercu Kazimierza. Dosłownie kroki dzielą mnie od historycznych miejsc tej dzielnicy i samego Krakowa. W odrestaurowanej kamienicy, w której wynajęłam ten apartament, zachowano cały jej XIX-wieczny charakter do tego stopnia, że wchodzenie po jej schodach na III piętro za każdym razem jest odkrywaniem czegoś nowego.

Tak, tak… odkrywaniem 😉

Społeczność żydowska Krakowa przed wojną to była aż 1/4 całej populacji tego miasta. Nic dziwnego, że ta kultura odcisnęła tutaj swoje piętno. I że Kazimierz po smutnych czasach peerelu zaczął odzyskiwać swoją tożsamość i – nie boję się użyć tego słowa, mimo wielu niedociągnięć, które tu widać na każdym kroku – urodę. Bo trudno się miejscu odciąć od kultury i ludzi, którzy je stworzyli. Zresztą odwrotnie też. Ale dzięki temu jest tak fantastycznie odjechane, że aż momentami nierzeczywiste.

Jak to graffiti…

Za co jeszcze kocham to miasto? Za to, że jest po prostu przyjazne. Wczoraj po przyjeździe zostawiłam samochód na parkingu i poruszam się pieszo. To jest tak przyjemne i łatwe! I inaczej niż w Warszawie kierowcy zatrzymują się przed przejściami, by przepuścić pieszych 😁, a komunikacja miejska jest super extra dopasowana do potrzeb mieszkańców całego miasta. Za to, że daje się błyskawicznie oswoić. Miejsca, w których się było jedynie raz, rozpoznaje się kolejnym razem natychmiast. No i za architekturę ❤️ Idziesz i chłoniesz to piękno.

Albo takie smaczki… ❤️

Podobnie mam we Florencji. Ale o niej już pisałam ☺️ Poczytajcie, bo samą mnie wzruszył ten tekst. A tymczasem ja napawam się dalej Krakowem. Jutro wydarzy się to, po co tu przyjechałam. Spektakl Cirque du Soleil „Toruk” na podstawie „Avatara”. Jestem pewna, że wart swojej ceny 😅

NIGDY ZA PÓŹNO NA PIERWSZY KROK

niedziela, Marzec 3, 2019 0 0
W świątyni hinduskiej w Kuala Lumpur zrobiłam wiele kroków 🤣

Świat jest pełen ludzi, którzy boją się zrobić pierwszy krok… To cytat ze zdobywcy Oscara dla najlepszego filmu „Green Book”. Chyba najprawdziwszy, najmądrzejszy i najbardziej inspirujący cytat, jaki usłyszałam w filmie w ostatnich latach. Tak. Boimy się zrobić pierwszy krok. Boimy się zmieniać. Boimy się nieznanego. Boimy się nowego. Boimy się… żyć.

Pierwsze kroki

Już kiedyś o tym pisałam. O pierwszych razach. Kiedyś człowiek był małpą i chodził na czworakach, ale raz po coś się podniósł i zobaczył świat inaczej. I zaczął się uczłowieczać. Kiedyś jadł surowe mięso, ale niechcący wywołał ogień i to mięso upiekł. Kiedyś chodził nago, ale było mu zimno, więc odkrył, że zwierzętom nie jest zimno, bo mają futra. Zaczął więc przyodziewać się w futra upolowanych zwierząt. Kiedyś człowiek nie umiał mówić w dzisiejszym rozumieniu mowy, ale zaczął, bo zauważył pewne prawidłowości. Nie umiał pisać, ale zaczął – z tego samego powodu. Pisał ręcznie, ale niejaki Jan Gutenberg wpadł na pomysł, że po co pisać ciągle te same znaki, skoro można je pojedynczo odwzorować i używać do tworzenia wielu słów, zdań, tekstów… Kiedyś nie było tak wielu rzeczy… Ale są. Bo ktoś kiedyś zrobił pierwszy krok.

Każda wielka podróż zaczyna się od małego kroku.

Zrozumieć siebie

Jestem dowodem na to, że czasem potrzeba większości życia, żeby zrozumieć siebie. W trakcie mojego remontu uświadomiłam sobie, że mam jeszcze jedną pasję (poza pisaniem, filmami i podróżami), której nigdy do siebie nie dopuszczałam. Dziś wiem, dlaczego. Nie mając wiele, trudno było ją spełniać, choć na przeróżne sposoby próbowałam – na przykład regularnymi przemeblowaniami mieszkania 😉 Ale skoro wciąż piszę, skoro udało się zacząć podróżować w rozumieniu prawdziwej przygody, to musiało się też udać z wnętrzami. Bo ta moja wielka, ale nienazwana przez lata pasja to wnętrza. Ich projektowanie i aranżacja. Urządzanie. Wybieranie elementów wyposażenia. Łączenie ich w całość. Muszę Wam wyznać, że projektowanie i urządzanie mojego mieszkania to była jedna z dwóch najlepszych rzeczy, jakie mi się udało zrealizować w zeszłym roku. Drugą była wyprawa do Azji, skoncentrowana na Bali.


Nigdy za późno na pierwszy krok

I tak oto pewnego dnia, jeszcze w czasie remontu, mieszkając u mojej przyjaciółki, zrozumiałam, jak wiele satysfakcji daje mi to, co właśnie robię. Przy jakimś weekendowym śniadaniu powiedziałam: „To mnie tak jara, że chyba muszę pójść na jakiś kurs aranżacji wnętrz”. A Ania na to: „Koniecznie!”

No to poszłam. Wyposażona w blok rysunkowy, notes, ołówki, linijkę, gumkę i torbę z pudełkami nagotowanych na zapas dietetycznych dań 😅

Wczoraj i dzisiaj miałam pierwsze zajęcia. Z notatkami, zapiskami na skanach materiałów, które dostałam, wykładami i wykładowcami. Z historią aranżacji wnętrz z fascynującym, pełnym ironii doktorkiem z ASP, z inwentaryzacją pomieszczeń z wesołą i autoironiczną panią architekt, z rozumieniem różnicy między RGB a CMYK-iem, z którymi pracuję całe życie, a nie miałam pojęcia, o co dokładnie chodzi. I że chodzi o światło. Z rysunkiem technicznym na papierze milimetrowym 🤪 który ostatnio robiłam w podstawówce. Ale jest dobrze, bo to lubiłam. Znaczy – kolejny dowód na to, że to jest krok w dobrą stronę.

Czy to jest czas na zmiany?

I tak, i nie. Kocham moje życie takim, jakie jest obecnie. Nie zmieniłabym nic (poza znanym moim stałym czytelnikom brakującym elementem). Mam pracę, która mnie satysfakcjonuje. Mam firmę, w której się dopełniam i zarabiam na Bali i takie tam 😉 Ale mam też marzenia i ambicje. I przeczucia. Te wnętrza. To projektowanie. Ta aranżacja. I to, że mi to wychodzi, nie jest bez powodu. I nie wzięło się znikąd. Tak więc… zrobiłam kolejny pierwszy krok. Jestem po pełnym wrażeń i nowej motywacji weekendzie i cóż… życie pisze najlepsze scenariusze 😁

Świat jest pełen ludzi, którzy boją się zrobić pierwszy krok.

The Green book

Jeśli chcesz podzielić się ze mną swoimi refleksjami na ten temat, napisz maila: kontakt@anitaodachowska.pl


👋

ROK SPEŁNIONYCH MARZEŃ

niedziela, Grudzień 30, 2018 1 0

Opowiem Wam dziś bajkę… Bo trochę bajka to jest.  To bajka o spełnianiu marzeń. Która już bajką nie jest. Ale muszę się w niej na nowo odnaleźć. Nawet nie wiedziałam, że będę musiała. A jednak…

Bo co innego, kiedy marzysz o wyjątkowej, egzotycznej podróży i realizujesz to marzenie. Jesteś w bajce. Zapominasz o rzeczywistości. Ale potem wracasz i bajka staje się na nowo bajką. Taką, w której byłaś jednym z bohaterów. Ale jednak bajką.

A co innego, kiedy marzysz o tym, żeby uporządkować swoje otoczenie. Wyremontować mieszkanie, urządzić je dokładnie tak jak chcesz. Kiedy realizujesz to marzenie, nie jesteś w bajce. Jesteś w jakimś innym wymiarze i nie bardzo ogarniasz otaczającą Cię rzeczywistość, mimo że ona niby znajduje się w Twoim wymiarze. W tej bajce jesteś jej autorem. To Ty decydujesz, co się wydarzy i jak. Co i jak będzie wyglądać. To Ty widzisz w swojej wyobraźni, jaki powinien być finał. I to Ty potem w tej bajce zamieszkasz. I to Ty czujesz się trochę dziwnie w tej nowej rzeczywistości.

Ja mieszkam teraz w bajce. Każdy jeden element mojego mieszkania wygląda dokładnie tak, jak to sobie wymarzyłam, wyrysowałam, wyobraziłam, stworzyłam. Kiedy byłam w fazie kreacji i wyobrażałam sobie siebie tutaj „po wszystkim”, nawet przez sekundę nie myślałam, że to będzie trochę jak zaczynanie życia od nowa. A jest! Takie pierdoły… jak to, co i w jakiej kolejności ulokuję w szafkach. Jak to, jakie nawyki wyrobię sobie w nowej kuchni i łazience. W stuningowanym saloniku i sypialni. W moim przedpokoju, który nadal pozostał galerią fotografii i to się nigdy nie zmieni, bo się… rozwija! Tu wszystko jest PIERWSZY RAZ! Nie do wiary!

Wiem… Możecie pomyśleć o mnie, że jestem jakąś materialistką. Że przywiązuję wagę do rzeczy zbędnych. Że preferuję mieć niż być. Ale to nieprawda. Bo być w dzisiejszych czasach oznacza też trochę mieć. Bo mieć coraz częściej znaczy móc spełniać marzenia.

Jak moja tegoroczna wyprawa do Azji. Do Malezji i Indonezji. Do Kuala Lumpur i na Bali. Podróżowanie po świecie to od lat było moje marzenie. Co ja mówię!? Nadal jest. No przecież te wypady do Ameryki i Azji nie załatwiają sprawy. Jedynie rozbudzają apetyt. Ale – co najważniejsze – dają wiarę, że MOŻNA. Bo można!

W moim przypadku, w przypadku małej, wystraszonej nastolatki, która wyszła z domu z jednym, zakupionym w NRD, garnkiem do mleka, kompletem plastikowych naczyń na jedną osobę i jednoosobowym kompletem sztućców, a potem dalej przez wiele lat klepała tylko odrobinę mniejszą biedę niż w domu rodzinnym, to naprawdę coś wielkiego. Wyczyn, który wymagał bardzo ciężkiej pracy. Nie tylko w pracy, ale i po niej. Tak samo jak ten finalny, całościowy remont mieszkania.

Czy to takie ważne? Dla mnie tak. Będąc nastolatką, kiedy mało kto w Polsce miał pojęcie o istnieniu IKEI, ja w jakiś nieznany mi sposób znalazłam się w posiadaniu ówczesnych katalogów IKEI. To była moja Biblia. To księgi, które z czcią im należną przeglądałam w każdej wolnej chwili. Po sto i po tysiąc razy. Ładnie mieszkać, mieszkać tak, jak chcę, to był dla mnie przez większość życia cel nieosiągalny, głównie z powodu finansów. W tym roku to było kolejne marzenie, które spełniłam.

Spełniłam. Nie „spełniło się”. Bo dziś lepiej niż kiedykolwiek wcześniej wiem, że marzenia się spełnia. Planowaniem. Determinacją. I ciężką pracą. I nieodpuszczaniem. I zaciskaniem zębów, gdy już myślisz, że chcesz odpuścić, bo po co Ci to. Nie ma, że po co. Marzenia, jeśli się już pojawiają, są właśnie PO TO. By je spełniać. Koniec i kropka.

Dzisiaj, gdy kończy się mijający rok, jestem tego pewna bardziej niż kiedykolwiek. Tak. Marzenia się spełnia. Samemu. Ciężką pracą. I to jest TAK ZAJEBIŚCIE SATYSFAKCJONUJĄCE, że aż przykro, że to polski blog i nie mogę tego napisać po angielsku, bo po angielsku brzmi TAK ZAJEBIŚCIE SATYSFAKCJONUJĄCO, że nigdy tak nie zabrzmi po polsku 😉

To był dla mnie ROK SPEŁNIONYCH MARZEŃ. Po pierwsze, oderwałam się od wiecznego problemu z brakiem funduszy „na życie”. To dodatkowe życie. Bo na podstawy zawsze wystarczało. Po drugie, poleciałam na Bali w najcudowniejsze miejsce, jakie można tam znaleźć – w sam środek wyspy, na autentyczną balijską wieś, do ludzi, z którymi nawiązałam emocjonalne więzi, które na pewno zaowocują kolejną podróżą. Po trzecie, wyremontowałam to cholerne mieszkanie do końca, nie omijając żadnego pomieszczenia. Mam kuchnię moich marzeń i łazienkę ze snów i z obu nie chce się w ogóle wychodzić. I niemal wszystko wymyśliłam sama! Czując w sobie coraz mocniej z każdym dniem żyłkę architekta i dekoratora wnętrz. Nie, nie wymyślam. Wiem, że to coś, w czym chcę i mogę się spełnić. I nie zamierzam tego tak zostawić 😉

Asia, moja ukochana optyczka, która odwiedziła mnie na chwilę kilka dni temu, powiedziała: „Jest pięknie. Co jeszcze planujesz tutaj zrobić?” Odpowiedziałam: „Nic. Jestem już szczęśliwa”. Bo to prawda. Jestem szczęśliwa w moim otoczeniu. Uwaga… po raz pierwszy w życiu. Chodzę po domu, rozglądam się i uśmiecham się sama do siebie. ZROBIŁAM TO! I DID IT!

W dodatku po czterech latach prób zidentyfikowania, dlaczego ja – zawsze chuda – nagle przestałam być chuda, w tym roku trafiłam do superdietetyczki, która pomogła mi zrozumieć, że mój metabolizm ma już swoje 45 lat i wymaga współpracy z mojej strony. Tak więc kończę rok mniejsza o całe 5 kg niż wtedy, gdy go zaczynałam. Przede mną jeszcze kolejne pięć, bo wtedy dojdę do wagi, którą miałam przez większość życia. I wiecie co? Osiągnę to! Nie, nie jest to łatwe. Wymaga samozaparcia, bo trzeba sobie samemu gotować, nawet jeśli okoliczności nie sprzyjają. A u mnie zwykle nie sprzyjają. Ale osiągnę to. Bo tak. Bo tam sobie postanowiłam, bo wymarzyłam sobie siebie tak szczupłą jak kiedyś. Bo mogę. To ważne. Mogę.

Czy czegoś jeszcze w życiu pragnę? No jasne! Świat to za mało, że nawiążę do tytułu jednego z „Bondów” 😉 Ja zawsze chcę czegoś więcej. Tak już mam. I wiem, że gdyby nie ta cecha, jest duża szansa, że skończyłabym życie i żyłabym, praktycznie nie żyjąc, podobnie jak moja siostra, która swoje życie już przegrała, mimo że jest młodsza ode mnie, a dla jej dzieci matkami jesteśmy ja i moja mama 🙁

Ja jednak od dziecka chciałam się wykopać z bagna, w którym tkwiłam. I ten odruch już mi pozostał. Czego chcę więcej? W sumie to już nie tak wiele. Więcej podróży, więcej ciekawych ludzi dookoła i… tak… TEGO JEDNEGO ciekawego człowieka. Tylko MOJEGO człowieka, który sprawi, że za rok nie będę witać nowego roku samotnie. Czy spełnię to marzenie? Hmmm… A nie spełniłam dotychczasowych?… 😀 W nowym roku słońce wschodzi na nowo.

KULTURYSTA OD KUCHNI, CZYLI JAK REMONTOWAŁO SIĘ MOJE MIESZKANIE

wtorek, Grudzień 4, 2018 0 0

I znów remontuję moje mieszkanie. Znaczy już kończę, więc mam pewien obraz całej sytuacji. Poprzednie perypetie pamiętają pewnie wszyscy czytelnicy, a dla niezorientowanych, a ciekawych pod postem wrzucam linki do postów na ten temat. Tamten remont jednak był nagły, wymuszony zepsutym bojlerem i piecami, więc nieprzemyślany, a przede wszystkim bardzo połowiczny. Nie wyremontowałam ani łazienki, ani kuchni, a jak wiadomo, stanowią one serce wielu domów. W tym roku przyszedł czas na taki remont z prawdziwego zdarzenia – z wymianą wszystkiego, co wymienić należy i odnową wszystkiego, co należy odnowić. A w tym wszystkim pomaga mi… Pan Andrzej.

Pan Andrzej to szef mojej ekipy remontowej. Z moich obserwacji wynika, że głównie jednoosobowej w postaci Pana Andrzeja, bo zwykle sam rzeźbi to moje nowe gniazdko. Ale że od czasu do czasu pojawiają się także inni pracownicy, to nazywam tę formację ekipą remontową, choć zwykle określenie to dotyczy Pana Andrzeja pojedynczo 😉

Pan Andrzej to taki pan, którego znalazłam w trakcie castingu zrobionego na Oferteo.pl. Wygrał go, bo dobrze mu z oczu patrzyło, przyjechał z referencjami, wiedział, co mówi, miał własne pomysły oraz podał cenę i termin, które były w pełni akceptowalne. Pan Andrzej dojeżdża do mojego mieszkania codziennie z Brzegu Dolnego (to jakieś 40-50 minut drogi, w zależności od natężenia ruchu). Na moje zdziwienie, że „aż z Brzegu” Pan Andrzej odpowiedział: „A co to takiego? W całej Polsce się robi”.

No więc robi się też u mnie. Robi się sprawnie, robi się pomysłowo, robi się z wyczuciem i w dodatku robi się tak, jakby robiło się własne mieszkanie. Nie bez powodu Pan Andrzej ma do niego własne klucze! Hahaha 😀

Robi się też dziwnie, bo jak to w remoncie, to nie dojedzie na czas, tamtego jest za mało. Więc Pan Andrzej z cierpliwością godną Buddy przeskakuje z jednego pomieszczenia do drugiego tak, że codziennie po południu, gdy robię inspekcję, widzę zmiany i jednocześnie nie widzę postępów 😉 Wiecie, o co chodzi? Coś jest zrobione, i to nawet sporo, ale całe pomieszczenie „nie wygląda”.

No, ale już teraz jest tak, że wszystkie po kolei zaczynają „wyglądać”, a ja pakuję część swoich gratów zabranych do przyjaciółki, u której pomieszkuję przez ten czas, do kultowych niebieskich toreb IKEA (aka Balenciaga) i powoli się wwożę z powrotem do mojego gniazdka, w którym wciąż jeszcze króluje Pan Andrzej.

Pan Andrzej to człowiek-zagadka. Potrafi wszystko. Od elektryki przez instalacje wodno-kanalizacyjne, gazowe, wstawianie okien, drzwi, murowanie, tynkowanie, kładzenie gładzi, aż po kafelkowanie, układanie podłóg, malowanie i co tam sobie jeszcze wymyślicie. W dodatku wszystko to robi generalnie bezproblemowo. Po prostu przyjeżdża i robi. A w dodatku… jest bardzo pomocny, gdy trzeba odebrać coś od kuriera. I to jest historia, która sprawiła, że postanowiłam napisać ten post.

Otóż w zeszły piątek miała do mnie przyjechać dostawa dużych sprzętów – pralka, zmywarka. Zapytałam Pana Andrzeja, czy będzie na miejscu, żeby odebrać. No, jasne, że będzie. Przecież tam pracuje 😉 I w tym momencie kurier dzwoni do mnie i mówi, że dojedzie tak blisko jak do jedzie i nie wniesie sprzętu, bo transport (na koszt dostawcy) nie obejmuje wniesienia. Wypadam z pracy i wpadam do mieszkania (bo muszę się rozliczyć z kurierem gotówką). A tam Pan Andrzej SAM! O, zgrozo! No to ja do kuriera, czy może by jednak nie wniósł i że ma pomocnika. Kurier, że nie i że się spóźni, a ja już muszę lecieć do pracy. No to ja do Pana Andrzeja, że co ja zrobię, bo musze lecieć, a on, że przecież mogę zostawić pieniądze i przecież on zapłaci. No przecież jasne! Takie remonty wymagają wzajemnego zaufania. I co ja zrobię, bo kurier nie wniesie. A Pan Andrzej ze stoickim spokojem: „poradzę sobie”. Wypadam z mieszkania, jadę do pracy, a kurier dzwoni do mnie – że wypakował palety, a nikogo nie ma. No to ja do Pana Andrzeja – że kurier wypakował. No to on, że okej.

I potem siedzę i pakuję myliony paczek z Black Friday, bo wszystkie ręce na pokład, a Pan Andrzej pisze do mnie, że sprzęt wniesiony i wszystko gra. No i ja się cały weekend zastanawiam, JAK ON TO ZROBIŁ. Ale myślę sobie – nie będę gościa męczyć w weekend. Bo już się weekend zaczął. Zapytam w poniedziałek.

No i pytam SMS-em: „Panie Andrzeju, niech mi Pan jeszcze wyjaśni zagadkę, jak Pan sobie poradził z wniesieniem tych sprzętów w piątek? Do dzisiaj zachodzę w głowę”.

A Pan Andrzej: „Kiedyś ćwiczyłem kulturystykę. Jeszcze daję radę”

WHAT?!…

Takiego to mam Pana Andrzeja. Jest mniejszy ode mnie, a kto mnie zna, ten wie, że za duża to ja nie jestem. I daje radę 😀

I mam jeszcze Pana Mateusza oraz Mariusza i Marcina – moich speców od mebli. Dzisiaj przywieźli, w czwartek będą montować. Ale o nich – w następnym wpisie 🙂

A tu obiecane linki:

KIEDY BURZENIE STAJE SIĘ KREACJĄ

WIELKI TYDZIEŃ W NIEWIELKIEJ PIGUŁCE

CO ZA ROK! [fotopost]

 

PRZYWIĄZANIE

sobota, Listopad 24, 2018 0 0

Znacie film „Mój przyjaciel Hatchiko” z Richardem Gere? To największy wyciskacz łez niebędący klasycznym wyciskaczem łez, jaki widziałam. No, może poza „Tańcząc w ciemnościach” z Bjork, na którym od pewnego momentu już do końca filmu zalana byłam łzami. Hatchiko to imię psa, z którym Richard Gere się „zaprzyjaźnia”, z którym się nawzajem do siebie przywiązują. I których rozdziela śmierć jednego z nich. Historia o Hatchiko wydarzyła się naprawdę. Ten pies nieprzerwanie przez 10 lat, dopóki nie umarł, czekał każdego dnia w tym samym miejscu na przyjazd swojego pana na jeden z tokijskich dworców.

W mijającym tygodniu zaginęła moja kotka Roxy. Jest ze mną, podobnie jak jej brat Pompon, od 7 lat. Oba zwierzaki przeżyły ze mną najgorsze chwile w życiu. I najlepsze. Bo tak wyszło, że w ciągu tych siedmiu lat i jedne, i drugie się pojawiły. Jakieś dwa miesiące temu Roxy wypadł ząb, lewy kieł, i wygląda bez niego dość zadziornie. Ogólnie nazywamy ją z Olą „miejski dres”, bo taką właśnie ma postawę wobec życia. To ona jest dominująca w stadzie. To ona pierwsza je, mimo że jest o połowę mniejsza od Pompona. To ona ma męski głos, podczas gdy Pompon – nasz kochany futrzasty gej – piszczy jak nastolatka. Tak więc bez zęba na przedzie jest jeszcze bardziej zadziorną dziewczyną niż zwykle.

Roxy to naprawdę MOJA kotka. Właściciele zwierzaków zrozumieją to, co teraz napiszę. Łączy nas szczególna więź. Dla Roxy ja jestem najważniejsza. Może kochać Olę i też nie szczędzi jej czułości, ale to ja jestem dla niej najważniejszym człowiekiem w domu. Dla równowagi Pompon zdecydowanie jest Oli 🙂 Nie szczędzi mi czułości, ale to Ola jest dla niego najważniejszym człowiekiem w domu.

Roxy ze mną rozmawia. Przekomarza się. Odpowiada mi na to, co do niej mówię, tak jakby rozumiała, co mówię. Czeka na mnie pod drzwiami razem z Pomponem, kiedy słyszy, że idę po schodach, mimo że normalnie boi się podchodzić do drzwi. Kategorycznie żąda pieszczot i nie ma dyskusji, kiedy ŻĄDA. Taka właśnie jest Roxy.

Jest! Bo znalazłam ją. Po trzech dniach prawie-że-żałoby. Tak, nie boję się użyć tego słowa. Przywiązanie potrafi być naprawdę silne. I sama nie wiem, czy bardziej zwierzęta przywiązują się do nas, czy my do nich.

Na co dzień na nie psioczymy, denerwuje nas wszechobecna sierść, to że wymiotują (tak, koty wymiotują, bo myją się same, językiem, i muszą jakoś oczyszczać układ pokarmowy), to że są zbyt przylepne (albo dla odmiany, jak kot mojej przyjaciółki, za mało przylepne czy wręcz wredne). Ale kiedy nagle są w stanie zagrożenia, np. są chore albo właśnie, tak jak Roxy, zaginą, uświadamiamy sobie, jak bardzo są dla nas ważne. Jaką istotną przestrzeń wypełniają w naszym życiu.

Roxy zaginęła w trakcie remontu mojego mieszkania. To remont niegroźny dla kotów, choć duży. Mają swoje miejsce i są w swoim domu. To ważne. Choć po tej akcji skapitulowałam i dałam je na przechowanie siostrzenicy. Nie znoszą tego najlepiej, ale ja przynajmniej wiem, że są bezpieczne. Ja mieszkam tymczasowo u mojej przyjaciółki. Ale pracuję w Świdnicy i codziennie po pracy jadę do kotów, karmię je, przytulam i uspokajam. Przy okazji kontroluję po pracy postęp remontu. Kiedy mimo intensywnych nawoływań i poszukiwań w poniedziałek nie znalazłam Roxy, cały wieczór przepłakałam. To było niezależne ode mnie. Płakałam już w mieszkaniu, kiedy pojęłam, że jej tam nie ma. Płakałam informując o tym rodzinę, przyjaciół i znajomych. A do mojej noclegowni u Ani jechałam przez 18 km dosłownie zalana łzami. Niebezpieczne.

Ktoś, kto nie ma zwierząt i nigdy nie miał, pewnie nie jest w stanie tego zrozumieć. Ale przywiązanie do zwierząt w zasadzie niczym nie różni się od przywiązania do ludzi. Może jedynie tym, że szybciej się z niego otrząsamy i trauma jest mniej dotkliwa. Wiem z doświadczenia, bo już jednego psa i kota straciłam.

I tak sobie myślę, po tym wszystkim, że nasz poziom empatii chyba wyznacza nasz stosunek do zwierząt. Istot, które – te udomowione – zwykle są zdane na naszą łaskę i niełaskę. Zależne od nas w taki czy inny sposób. Waleczne, ale w gruncie rzeczy bezbronne. Bez nas i naszego wsparcia narażone są na bardzo trudne dla nich sytuacje. Jeśli to rozumiemy, to naprawdę jesteśmy ludźmi przez duże L. Jeśli nie, to znaczy, że coś nas w życiu ominęło. Coś ważnego. Nie bez powodu psychologowie mówią, że dzieci powinny mieć zwierzęta, bo to uczy je empatii. Uczy je jeszcze czegoś ważnego. Doświadczania straty. Bo zwierzęta żyją krócej.

Ja przez trzy dni w tym tygodniu żyłam jak w żałobie. Doświadczałam straty. Nie po raz pierwszy po zwierzaku. Ale po raz pierwszy tak intensywnie, bo nigdy wcześniej aż tak mocno nie przywiązałam się do żadnego zwierzęcia. I teraz, gdy odwiedzam moje koty u siostrzenicy, i dopiero, kiedy ja przychodzę i z nimi rozmawiam, zaczynają się czuć „swojo”, rozumiem, jak wielkie może być takie przywiązanie.

Historia zaginięcia Roxy zakończyła się happy endem. Kotka i jej pani znów są razem. No, prawie. Jeszcze ze dwa tygodnie remontu i tak właśnie będzie. Ale była to dla mnie ważna lekcja. Po pierwsze tego, jak bardzo zwierzęta potrafią wypełnić i NAPEŁNIĆ nasz świat. Swoim urokiem, czasem charakterkiem, potrzebą przytulania czy obecnością po prostu. Zupełnie jak ludzie. Jeszcze do niedawna myślałam, że kiedy Roxy i Pompon umrą, nie będę chciała więcej żadnych zwierząt. I w sumie nie wiem, czy będę chciała, czy nie. Ale wiem, że jeśli nadal będę sama, to TAK! Będę chciała mieć w domu zwierzaki. Bo wypełniają pewien rodzaj emocjonalnej przestrzeni, który całkiem pusty po prostu jest bolesny.

Bo tak zwierzak, jak i człowiek to zwierzęta stadne 🙂

PS A jeśli chcecie się dowiedzieć, jak odnalazła się Roxy, to wklejam tutaj odpowiedź na to pytanie zadane przez pewnego znajomego kolegi Inżyniera na moim prywatnym profilu na FB:

A więc tak, Panie Inżynierze… Melduję posłusznie, że było to tak. Otóż… dzisiaj ekipa remontowa poszukiwała kotki m.in. w piwnicy, która nie jest jakąś tam sobie zwykłą piwnicą, ale składem wszystkiego, co zgromadzili moi nieżyjący lub niemieszkający w budynku sąsiedzi. Normalka… puszki po piwie, butelki po wódce, wózek dla lalek, stare ubrania dla każdego 😂resztki węgla i drewna. Co Pan sobie tylko wymarzy w potrzebie… I oto na kontroli inwestycji rozprawiam z szefem ekipy remontowej o sprawie zaginionej kotki, a tenże szef mówi mi, że wydawało mu się, że podczas pobytu w rzeczonej piwnicy słyszał kota. Zapowiedział, że powróci tam jutro z lepszą latarką. Myślę sobie „Jaką, qrwa, lepszą latarką? Ta z ajfona nie ogarnie?” I w te pędy do piwnicy. Oczywiście elegancko ubrana, jak na panią inwestor przystało. Jasny płaszczyk, zamszowe kozaczki, gustowne rękawiczki… 100% klasy w klasie 😎👛 Wpadam do tej piwnicy oświetlając sobie drogę ajfonową latarką i zawoływuję, również elegancko, nie rozpaczliwie, jak na damę przystało: „Roxyyyyy, Roxulkaaaaa, Łokaaaa, Łokusiuuuu”, chodząc po tych piwnicach jak mama Mareczka nad Bałtykiem w ostatnim odcinku „Czterech pancernych i psa” i jako i ona wołając. Z tym, że ona wołała „Maaaareeek, Mareeeeczkuuu”, a nie „Roxyyyy, Roxuuulkaaa”, Aż tu nagle na moje zawoływanie nastąpiło odwoławcze, słabowite i nieśmiałe, ledwo słyszalne i niemalże nieuchwytne, ale jak się tak człowiek, znaczy dama, przysłuchała między zawołaniami, to nabrała przekonania graniczącego niemal z pewnością, że to, co słyszy, to nie jest jakieś tam byle jakie „piii-piii” ani też prostackie „hau-hau”, tylko wyrafinowane i pełne wdzięku „MIAUUUUU”. Rzuciłam się zatem w tę stronę, z której owo miau dobiegało, potęgując moje zawoływania i oto oczom moim ukazała się przecudnej urody artystyczna instalacja złożona ze wspomnianych już puszek, butelek, wózków, odzieży, węgla, drewna, kurzu, brudu i chuj wie, czego jeszcze, spod której to instalacji dobiegało owo, tak już znajome, miau. Rzuciłam się więc na tę hałdę i dawaj ją rozgrzebywać, rozkopywać. Do diabła z instalacją i zamysłem artysty. Kota tam uwięził! Mojego kota! A własność to dla mnie priorytetowa sprawa. Więc w tym jasnym płaszczyku, w tych zamszowych kozaczkach, tymi gustownymi rękawiczkami dawaj rozwalać artystyczny nieład więżący moją kotkę. Prawie leżąc na tej hałdzie utorowałam wreszcie biednemu, wystraszonemu, głodnemu, miauczącemu nieszczęściu drogę, by wyskoczyło z pułapki i padło w moje ramiona.
PS Steve Jobs byłby dumny, do jakich bohaterskich celów wykorzystywane są jego sprzęty 😉

 

CZYM JEST WOLNOŚĆ?

niedziela, Listopad 11, 2018 2 0

Jestem Polką. Mogę się tego wypierać, kiedy wstydzę się widząc, co robią moi współrodacy. Mogę się chcieć wyprowadzić. Częściej podróżować, aż wreszcie z któreś podróży nie wrócić i zostać gdzieś, na przepięknej indonezyjskiej wyspie bogów, która skradła moje serce. Mogę nawet być obywatelką Europy czy świata. Ale zawsze będę Polką.

Mogę kochać obce języki. Czuć je i uczyć się nawet tych martwych, jak łacina czy starocerkiewnosłowiański. Nawet biegle w nich mówić. Ale zawsze moim ojczystym językiem będzie polski. A granice mojego języka będą granicami mojego świata, jak mówił słynny językoznawca.

Więc zawsze będą Polką.

Mogę kochać obce kraje. Chcieć je zwiedzać i jak najdłużej nie wracać. Mogę dać się porwać ich kulturom, tradycjom, ludziom i temu, jacy są wspaniali (bo przecież moi rodacy nie są ;)). Ale zawsze będę ciągnąć za sobą moją kulturę, nasze tradycje, moje wychowanie i granice mojego świata zamknięte w języku, gdzie niebo ma wiele znaczeń i tak trudno zrozumieć, czemu Anglicy rozróżniają heaven i sky – mimo że wydaje się to bardzo piękne. Ale jestem Polką. I wszystko dla mnie jest niebem. I to niebieskie, czy czarne, gwiaździste, które widzę, jak podniosę głowę, i to nieokreślone, religijne, boskie.

I mogę wstydzić się tego, co robią moi współrodacy, załamywać ręce i nie chcieć oglądać na własne oczy marszów nienawiści, czytać o  przemocy czy słuchać w wiadomościach, jak jątrzą się antagonizmy. Ale nadal – chcę czy nie chcę – jestem częścią tego narodu. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Z byciem Polką drugiego sortu. Samotną matką, której nie należy się żadna pomoc od państwa, które woli wspierać patologie, bo patologie płodzą więcej dzieci, a ja spłodziłam zaledwie jedno. Z niechęcią do części własnej nacji, której nienawiści do wszystkiego, co inne, odmienne, nigdy nie zrozumiem, bo od dziecka

nie toleruję nietolerancji.

Mogę to wszystko. Kochać obce kraje, obce języki, wstydzić się działań moich współrodaków, wściekać na państwo, że wzmacnia patologie. Mogę to wszystko, bo żyję w wolnym kraju. I oni też mogą. Nienawidzić obcych krajów, obcych języków, być dumni ze swoich pełnych nienawiści działań. Bo żyją w wolnym kraju.

I mnie, i im tę wolność ktoś dał.

Nie wzięliśmy jej sami. Nie wywalczyliśmy w powstaniach, na wojnach, w okupacji, w okowach komunistycznego reżimu. Dali nam ją ludzie, z których dzisiaj tak wielu jest narażonych na pomówienia, oszczerstwa, brak szacunku. Bo dali nam kraj, w którym panuje wolność, także wolność słowa. I każdy ma równe prawo do wyrażania swoich poglądów. Nawet wobec tych ludzi. Każdy. To kraj, w którym Maria Peszek może śpiewać „Nienawidzę Cię, Polsko”. Bo ma do tego konstytucyjne prawo.

Jeśli więc komukolwiek odmawiasz z jakichkolwiek powodów prawa do mówienia tego, co chce,  to przykro mi to mówić, ale nie szanujesz tego, o co walczyły dla tego kraju całe pokolenia. Tym właśnie jest wolność.

Szanuję ją, jestem z niej dumna. I cokolwiek myślę o moich rodakach, wiem, że większość z nich to wspaniali, mądrzy, dobrzy i piękni ludzie. Przynajmniej ja mam wokół siebie właśnie takich. Z tego też jestem dumna, bo podobno każdy otacza się ludźmi podobnymi do siebie.

A z okazji Narodowego Święta Niepodległości

życzę Wam wszystkim MĄDREJ WOLNOŚCI.

To prawdziwy wyczyn, ale wierzę, że potrafimy go urzeczywistnić.

JAK TO JEST BYĆ (MŁODĄ) WDOWĄ – kontynuacja

niedziela, Wrzesień 16, 2018 0 0

Dwa lata temu w sierpniu popełniłam na tym blogu wpis, który rezonuje do dzisiaj. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że opisując własne trudne doświadczenia o tym, jak zostałam MŁODĄ WDOWĄ, stworzę miejsce dla osób, które mają doświadczenia takie jak ja albo podobne. Mimo upływu dwóch lat, ciągle, z mniejszymi lub większymi przerwami, ktoś komentuje i najczęściej dziękuje mi za mój wpis. To miłe, ale nie sądziłam, że jeszcze wrócę do tematu, zwłaszcza że jak widzicie, rzadko tu ostatnio bywam. Ale niedawno K, 40-letnia wdowa, spowodowała swoim komentarzem, że postanowiłam wrócić do tego tematu i w ogóle na bloga. Już nie taka młoda, ale nadal wdowa, mam dzięki tym osobom, które poszukując pomocy trafiły na mój wpis, dużo szerszy pogląd na to wszystko…

Mimo że mam już 45 lat, według społeczeństwa nadal jestem wdową MŁODĄ. No bo przecież wdowy to babcie, nasze 60-letnie mamy, których mężowie odeszli po chorobach. Każda wdowa niebędąca babcią jest młoda. A jak młoda, to podejrzana. Tak! Podejrzana. O to, że nie zajmowała się mężem jak należy. Jak chorował, to na pewno ona źle go karmiła, pozwalała się przepracowywać, ogólnie nie dbała o niego, tak jak mamusia by zadbała. Jak miał wypadek, to trudno znaleźć argument przeciwko niej, ale od biedy można powiedzieć, że na pewno w momencie wypadku zadzwoniła i czymś go zdenerwowała. Jak sam sobie odebrał życie, to definitywnie go gnębiła, nie doceniała itd. Generalnie w większości przypadków młoda wdowa zawsze jest w jakiś sposób winna śmierci swojego męża. Ale nikt jej tego nie pokaże wprost.

Będą robić to naokoło. Będą krytykować to, jak zajmuje się dzieckiem. Będą prześwietlać jej wdowie życie. Będą wiedzieć lepiej, co powinna, a czego nie powinna. Będą szybciej niż ona wiedzieć, że ma jakiegoś nowego faceta. Często (tak było u mnie) rodzina męża nagle zapomni, że kiedyś byli rodziną, a gdy ona pójdzie na cmentarz przed 1 listopada w roku śmierci męża, zastanie na grobie pomnik, który na pokaz zamówił jej szwagier bez informowania jej ani konsultacji z nią, podczas gdy ona w tym czasie próbowała ratować swój świat z gruzów, w których finansowo pogrążył ją mąż, i nie mając kompletnie głowy do jakichś pomników, bo zastanawiała się, co zrobić, żeby dziecko miało co jeść…

Ogólnie – w naszym społeczeństwie to społeczeństwo wyznacza, jak ma się czuć, zachowywać, myśleć i żyć młoda wdowa. Choć pewnie to można przenieść na wiele innych grup społecznych – doprawdy, „prawo” społeczne bywa gorsze niż prawo dżungli. Działa dokładnie tak samo. Eliminuje. Ale nie Ciebie. Ty możesz sobie żyć. Byle z jak największym poczuciem winy. Eliminuje wszystko wokół Ciebie. Nagle rodzina męża, która przez kilkanaście lat (nawet jak jeszcze nie byliście małżeństwem) była także Twoją rodziną, decyduje, że przestaje być Twoją rodziną. Pół biedy, że Twoją. Ale przestają też być ciociami i wujkami Twojego dziecka, któremu przecież też nagle świat się wywraca do góry nogami i potrzebowałoby w takiej sytuacji trochę normalności, czegoś stałego. Nagle Twoi znajomi postanawiają, że możesz stanowić zagrożenie dla ich małżeństw, bo jesteś samotna i kto wie, co Ci strzeli do głowy. I wynoszą się z Twojego życia. Nagle rozglądasz się i naprawdę tylko nieliczni zostają z Tobą tak naprawdę, szczerze i z potrzeby.

Bardzo trudno jest opisać to, co dzieje się, gdy odchodzi ktoś, z kim przeżyło się kilkanaście lat i kto był obecny ciągle. Po prostu był. Ale chyba niemożliwe jest opisanie, co czujesz, gdy nagle też cały Twój dotychczasowy świat postanawia się z Tobą z jakiegoś powodu rozprawić. Dlatego po korespondencji z K postanowiłam otworzyć na Facebooku grupę wsparcia dla osób, które przeżywały, przeżywają lub (to smutne, ale „nowi” też będą) przeżywać podobne do naszych doświadczenia. Zapraszam Was. Będzie nam łatwiej TUTAJ

Spotkania z Azją. Welcome to Polandia*

czwartek, Czerwiec 28, 2018 0 0

Wsiadamy z Anią do autobusu, który wiezie nas na ostatni samolot w długiej drodze powrotnej – z Doha do Warszawy. Jesteśmy ostatnimi pasażerami, bo wyluzowane po balijskiej przygodzie, czillowałyśmy w quiet roomie trochę za długo 😉 Pani z obsługi  lotów w hidżabie bordo, który jest częścią z uniformu Qatar Airways, mówi do mnie wesoło: „Jesteście ostatnimi pasażerami”. Uśmiecham się i przepraszam. A ona uśmiecha się do mnie. Tak po prostu. I tak kończy się nasza azjatycka przygoda 😀 Bo w autobusie po raz pierwszy od dłuższego czasu słyszymy polszczyznę z innych niż nasze ust. To nas orzeźwia. Cieszy. Ale rozglądamy się wokoło z uśmiechem, którego… nikt nie odwzajemnia. Wszyscy zajęci sobą, tylko zerkają spod oka albo wręcz rzucają spojrzenia mówiące „idiotki, śmieją się jak głupie, a przecież się nie znamy”. Ten brak uśmiechu jest jak kubeł zimnej wody. „Jesteśmy w Polsce” – mówię do mojej przyjaciółki, mimo że suniemy właśnie autobusem po lotnisku w stolicy Kataru.

Najbardziej uniwersalny język świata to uśmiech. To nie ja wymyśliłam, ale lubię to powtarzać. Bo to prawda. Ale dlaczego Polacy są smutasami? Na roztrząsaniu tych i podobnych kwestii upłynęła wczoraj krótka towarzyska część mojego pierwszego dnia w pracy po powrocie z innego, lepszego (nie mam co do tego wątpliwości) świata. Opowiadałam moim najbliższym współpracownikom o tym, jakie wrażenie zrobili na mnie Azjaci. Że są pogodni, nawet jeśli żyją w biedzie. Że się uśmiechają, bo… można. Bo czemu nie? Bo po co się smucić, jak można się nie smucić. „To przez słońce” – powiedział Tomek. „Ja też tak myślę, popatrzcie na południe Europy. Tam wszyscy są zadowoleni” – odpowiedziałam. „Ale Szkoci też się ciągle uśmiechają i są dla siebie uprzejmi” – zepsuła naszą koncepcję Martyna, która trochę mieszkała w Szkocji, więc wie, co mówi. Co więc o tym decyduje? Co decyduje o tym, że uśmiechasz się po prostu dlatego, że możesz? Do obcych też.

Robię zdjęcia straganiarce na street foodzie w Gianyar, a ona do mnie macha przyjaźnie z uśmiechem. U nas… już dawno schowałaby się pod ladą albo posłała mi złowrogie spojrzenie. Proszę Wayana, żeby przetłumaczył moje pytanie, czy mogę tej albo tamtej osobie zrobić zdjęcie, a on mówi: „możesz!”. Bez pytania. Dziwię się, ale po angielski i językiem ciała pytam sama. I naprawdę mogę. A wręcz osoby, którym robię zdjęcia, pozują, „wchodzą w rolę”. Nawet jeśli, tak jak żebrak z plaży w Karangasem, się na nich nie uśmiechają, to są autentyczni, prawdziwi, przecudnie ludzcy. Bez glamuru, blichtru, szpanu. Tacy, jacy są. Jakimi zostali stworzeni. Gary’emu, mieszkańcowi Kuala Lumpur, z którym umawiamy się jednego popołudnia na „zwiedzanie z lokalesem”, też uśmiech nie schodzi z ust. Siedzimy w jego samochodzie, rozmawiamy o zwyczajach, religiach i zwyczajnym życiu Malezyjczyków i potrafimy się śmiać z własnych żartów, a nawet z siebie nawzajem, mimo że znamy się ledwie parę godzin, a na co dzień dzielą nas tysiące kilometrów.

Uśmiech jest dla Azjatów czymś naturalnym. Dla nas – czymś, co wymaga wysiłku. Uczymy się pozytywnego nastawienia, uśmiechając się do siebie w lustrze. Sama zalecam tę metodę. A przecież byłaby zupełnie niepotrzebna, gdybyśmy potrafili uśmiechać się tak, jak oni. Po prostu. Bo możemy. Bo fajnie witać innych ludzi z uśmiechem. Bo wspaniale uśmiechać się do świata. Bo uśmiech potrafi czasem czynić cuda, a śmiech – czyni je zawsze. Ale żeby nie przypisywać tej cechy tylko Azjatom to przejdę na inną szerokość geograficzną. Dwa lata temu byłam w Stanach. Też relacjonowałam tę podróż na blogu. Tak samo pisałam o otwartości Amerykanów, która była jedną z 10 rzeczy, które zrobiły na mnie w USA największe wrażenie. Może nie dotyczyło to śmiechu jako takiego, ale życzliwości i otwartości. I pogody ducha. Powtórzę. Ci, którzy mnie znają, ewentualnie czytają mojego bloga, wiedzą, że nie lubię być z ludźmi na “pan/pani”, że nie lubię tworzyć sztucznych dystansów, że mam alergię na wiecznie niezadowolonych sprzedawców i urzędników, zrozumieją, jak dobrze mi tam było. “How are you?” Fine! 🙂

Śmiech  to zdrowie i to też nie moje powiedzenie. Ale naprawdę ma odzwierciedlenie w rzeczywistości. I – dla niedowiarków – w badaniach też. Co więcej, w świecie nauki dziedzinę zajmującą się badaniami nad śmiechem nazwano. To gelotologia. Bada i śmiech, i jego wpływ na zdrowie człowieka. Bo śmiech jest najprzyjemniejszym lekarstwem na świecie. Rozładowuje napięcie, więc pomaga walczyć ze stresem. Wzmacnia odporność. A ten najgłębszy uaktywnia mięśnie brzucha i przyczynia się do spalanie kalorii!!! Dlaczego więc nie wykorzystujemy tego, czym obdarzyła nas natura? Co stoi na przeszkodzie, żeby też wychodzić do świata z uśmiechem na ustach? Czemu oni mogą, a my nie?

Pisząc to wszystko trochę oczywiście przesadzam. Znam mnóstwo osób, które potrafią się uśmiechać i śmiać tak po prostu. Sama do nich należę i mam szczęście do otaczania się takimi ludźmi. Ale jako narodowi naprawdę wiele nam jeszcze brakuje. Zwłaszcza w takich kontaktach „ulicznych”. Opowiadałam o tym Sebastiano, właścicielowi hotelu, w którym mieszkałam na Bali. Zapytał: „Ale są ponurzy czy może nieśmiali?” No właśnie. Jak myślicie? Bo nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie. A jeśli nieśmiali, to co powoduje, że Azjaci i Amerykanie mogą być… śmiali. Oto i kolejne filozoficzne pytanie 😉

PS Zdjęcie główne jest symboliczne. I Made Ada to najsłynniejszy rzeźbiarz w Indonezji. Zna prezydentów tego kraju, poznał prezydenta Kennedy’ego, sam był pokazywany w CNN-ie, a jego prace reprezentowały Indonezję na Expo w Hiszpanii w 1992 roku. Ma wiele powodów do „bycia celebrytą”, zamykania się przed światem, otaczania murem. A on siedzi u progu swojej galerii, pogodny, zapraszający i uśmiechnięty jednym z najbardziej zaraźliwych uśmiechów, jakie spotkałam w życiu. Można?

*Polandia to indonezyjska nazwa Polski. Indonezja to ten kraj, który ma odwrotną flagę niż Polska. W herbie Indonezji też jest orzeł. Nazywają go Garuda – I Made Ada słynie z rzeźbienia Garudy 😀