JAK SIĘ ODBIERA CUDZE NAGRODY

poniedziałek, Kwiecień 20, 2015 0 2

Jest takie powiedzenie, że jeśli nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie. Nowego znaczenia te mądre słowa nabrały dla mnie podczas Gali Gwiazd Biznesu w piątkowy wieczór w wałbrzyskiej Starej Kopalni. Siedziałam tam, patrzyłam na scenę i zastanawiałam się, gdzie są granice tej przyzwoitości. Oto nowa pani prezydent Świdnicy usłyszawszy, że to jej miasto otrzyma nagrodę w kategorii samorząd przyjazny biznesowi, nie czekając na zaproszenie, popędziła na scenę, co prowadząca skwitowała uroczym „no, skoro już pani idzie, to zapraszamy” 😉

W tym momencie powiedziałam do moich koleżanek „ciekawe, czy powie, że na tę nagrodę zapracował jej poprzednik”. Jak myślicie?

Pamiętam inną galę. Krótko po tym jak z dnia na dzień objęłam po obecnej pani prezydent stanowisko redaktora naczelnego „Wiadomości Świdnickich” okazało się, że gazeta zdobyła nagrodę w konkursie Fundacji IDEE dla gazet lokalnych. Na galę jej wręczenia wydawca kazał jechać mnie i koledze Pawłowi, który zajmował się zgłoszeniem do konkursu. Źle to wspominam. Nie dość, że nagroda nie była „moja”, to jeszcze ulokowano nas w hotelu a la wczesny Gierek, który do złudzenia przypominał mi wrocławski akademik „Dwudziestolatka” (na szczęście, nigdy w nim nie mieszkałam). Był obskurny, ciemny, ciasny. W dodatku wszędzie stamtąd było daleko. No dobra – nie lubię Warszawy 😉

Było mi naprawdę niezręcznie odbierać tę nagrodę. Dlatego wtedy też powtarzałam sobie

„jeśli nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie”.

Powiedziałam, że to jest nagroda moich kolegów, którą ja jedynie odbieram i przekażę we właściwe ręce. Nie mogłabym sobie następnego dnia spojrzeć w lustrze w twarz, gdybym postąpiła inaczej.

Tym, którzy na gali nie byli, a są ciekawi, jak postąpiła pani prezydent (poza tym, że nawet nie zaczekała na zaproszenie na scenę), dopowiem, że powiedziała, że jest to nagroda „wszystkich byłych samorządowców”. Przyznam, że w kontekście, który przecież wszyscy znamy, zabrzmiało to jak żenujący żart prowadzącego. W dodatku ponury.

Warto więc przypomnieć kilka faktów. Bo może już niektórzy zapomnieli, jaka była Świdnica w momencie przejęcia władzy w mieście przez Wspólnotę Samorządową i Wojciecha Murdzka.

Miasto wciąż jeszcze zmagało się ze skutkami upadków dużych fabryk. 6,3 tys. osób bezrobotnych w 2002 roku to liczba, która mówi sama za siebie. Wsparcie przedsiębiorczości ze strony samorządu praktycznie nie istniało. Dlatego ulgi dla przedsiębiorców były jedną z pierwszych decyzji nowej władzy. A walka o powstanie strefy ekonomicznej – priorytetowym działaniem. Wprowadzona w 2004 roku podstrefa ekonomiczna (notabene dokładnie jutro minie 11 lat od tamtej naprawdę wiekopomnej chwili) spowodowała, że w czasie zaledwie czterech lat liczba bezrobotnych w mieście zmalała do nieco ponad 2 tys. osób. I ten stan utrzymuje się do dzisiaj, co znaczy, że w większości są to „zawodowi” bezrobotni, na co już niewielki wpływ mogą mieć urzędnicze działania.

Wszystkie te działania całymi latami, aż do zeszłego roku, kiedy postanowiłam odejść, relacjonowałam jako dziennikarka zajmująca się gospodarką i biznesem. Nie robiłam tego bezkrytycznie. Nie raz się czepiłam tamtej władzy, że coś robi źle. Nie raz byli na mnie za to wściekli, a niektórzy nawet obrażeni. Ale tym bardziej potrafię obiektywnie ocenić, kto zapracował na tę nagrodę, którą z bananem na twarzy odbierała pani prezydent.

Czasem zdarza się, że trzeba odebrać cudzą nagrodę. Miarą klasy człowieka jest to, w jaki sposób się to robi.

Foto pożyczyłam z www.naszbiznes24.pl

CZY JA MIESZKAM W TYM SAMYM RYNKU?

środa, Kwiecień 8, 2015 0 1

Czasem wystarczy, jeśli pozwoli się po prostu komuś działać – takie słowa usłyszałam wczoraj w rozmowie z kolegą. A odnosiły się do sytuacji w naszym mieście. Jaka sytuacja? – zapytacie pewnie. Jest przecież sielsko, wręcz idealnie, jak w Utopii Thomasa More’a. Ludzie sami wychodzą z inicjatywami, a władza patrzy łaskawym okiem i wszystkie wspiera oraz popiera. Jest pięknie! Przyszła wiosna. Miasto posprzątane. A Bystrzycą, której brzegi zostaną w czynie społecznym posprzątane, popłyną wkrótce mleko i miód. Coś tu jednak nie całkiem chyba gra.

Od jakiegoś czasu regularnie przeglądam lokalne media. I mam wrażenie, że nasza nowa władza robi same dobre rzeczy, ma zawsze rację i nie ma żadnych wad. Może faktycznie tak jest i może także mediom udzieliła się sielska atmosfera. Najgorsze i najgłupsze decyzje już podjęte, choć nie wiemy, jakie tam jeszcze asy się w rękawie kryją, pierwsza burza minęła, więc można złapać drugi oddech i markować działanie, bo że się nic ciekawego (poza inicjatywami mieszkańców) nie dzieje, to chyba widać gołym okiem? Nie widać?

Zaraz Wam to udowodnię.

Oto oglądam w lokalnej telewizji materiał o tym, że nowa władza odkryła Amerykę w postaci Rynku, w którym „nic się nie dzieje”.

Przyznam, że słuchając wynurzeń tejże władzy przed kamerą przecierałam oczy ze zdumienia i poszłam do łazienki po waciki do uszu, bo nie byłam pewna, czy dobrze słyszę. Bo jeśli jest tak, jak mówi władza, to ja chyba mieszkam w innym Rynku innej Świdnicy.

Owszem, z martwym Rynkiem był problem kilka lat temu, dlatego wspólnie z kolegami z redakcji „Wiadomości Świdnickich” zorganizowaliśmy akcję „Przywróćmy Rynek z tradycjami”. To my męczyliśmy co tydzień artykułami, zdjęciami, felietonami, wywiadami i pytaniami poprzednią władzę, żeby wreszcie podjęła jakieś kroki. I podjęła.

Świdnicki Rynek od pierwszych do ostatnich ciepłych promieni słońca tętni życiem i tak dzieje się od kilku już lat, odkąd poprzednia władza zastosowała m.in. ulgi dla osób prowadzących lokale gastronomiczne. Niektóre lokale organizują latem obok swoich ogródków pokazy czy minirecitale, zatrudniają artystów, by bawili ich gości, a przy okazji – ożywiają Rynek. Nie wspomnę o Galerii44, która była królową świdnickich lokali, jeśli chodzi o wystrój, jakość obsługi, wyjście do klienta i… wyjście na Rynek, która – jak słyszę – ma na powrót być Galerią Fotografii, odwiedzaną przez 0,75 osoby dziennie.

To się nazywa ożywianie Rynku!

A jakie jeszcze pomysły na ożywienie ma nowa władza? Nie padnijcie z wrażenia. Udostępnienie Rynku dla osób niepełnosprawnych (co się chwali, ale Rynek dla niepełnosprawnych nie jest niedostępny, o czym świadczy drąca się często latem pod moimi oknami „Agnieeeeszkaaaa! Agnieeeeeszkaaaa!” pewna niepełnosprawna osoba, chcąca, by moja sąsiadka do niej zeszła, bo domofon zepsuty), udostępnienie Rynku dla taksówek oraz… stworzenie kilku miejsc do parkowania dla taksówek 😀 Po co? Bo Rynek ma być „dostępny”. Rozumiecie? Bo dzisiaj nie jest 😉 Osoba, którą stać na taksówkę, nie da rady dotrzeć do Rynku piechotą 5 metrów, bo tyle ma od najbliższego miejsca postoju taksówek na ul. Grodzkiej. Trzeba ją wwieźć do Rynku. Osoba, która jest w Rynku i narobiła 25 kilogramów zakupów, nie dojdzie przecież z nimi te parę metrów na Grodzką. Biedni zakupoholicy 😉

Cóż… Z pewnością tegoroczny świdnicki dawny plac targowy nie będzie taki sam jak kiedyś. Nie zobaczymy w letnich ogródkach znanych aktorów czy reżyserów popijających kawę czy piwo w trakcie Festiwalu Reżyserii Filmowej, nie zaroi się na nim od gości Kongresu Regionów, nie był na ten rok planowany także Zjazd Świdniczan, który miał mieć dwuletnią przerwę, ale diabli wiedzą, co nowa władza zrobi z nim za rok. Nie będzie najlepszego ogródka letniego w Galerii44. Tak naprawdę sporo zmian nas czeka, których przeciętny świdniczanin jeszcze nie czuje.

Nie martwcie się jednak, bo jak się dowiedziałam z rzeczonej wypowiedzi, pomysłów na ożywienie Rynku jest jeszcze bardzo wiele. Rozumiem, że te powyższe są sztandarowe, skoro zostały już zaprezentowane. Nieświadomy czytelnik może się zastanawiać, czemu akurat takie. No cóż, jak widać „ożywienie” ma się wiązać z lizaniem dupy środowiskom kupieckim, bo ich celem najwyraźniej jest przywiezienie i odwiezienie potencjalnego klienta. A na temat siły nabywczej tegoż klienta już tutaj pisałam, więc nie będę się powtarzać.

Ten konsumpcjonizm jednak chyba nie dziwi u kogoś, kto przez ostatnie lata bujał się jako kaowiec po galeriach handlowych. Nie może więc też dziwić kompletny brak pojęcia o tym, jak od wiosny do późnej jesieni wygląda świdnicki Rynek. A że teraz jest ciut niemrawy, cóż… zimą wszystko zamiera, a wiosna jeszcze nie przyszła. Ale już stoi za Rynkowym progiem.

PS Jak na ironię – właśnie dzisiaj w Rynku zamontowano pierwszy ogródek letni 😀

…WIĘC O CO CI CHODZI?

środa, Styczeń 7, 2015 0 1

Jest super, jest super… Nie będzie już w Świdnicy Festiwalu Reżyserii Filmowej, nie wiadomo, jaka przyszłość czeka Kongres Regionów, a Miasto Dzieci ma robić MDK, którego pracownicy poproszeni rok temu o wsparcie kadrowe tej imprezy pokazali dyrekcji… nie, no aż tak to nie – Kartę Nauczyciela pokazali 😉 Bo komu się chce w wakacje pracować?

Jest super, jest super… Nie ma już wykonawcy robót w Parku Centralnym, bo za wolno pracował, a „Ordnung muss sein”. Tam, gdzie poprzedni prezydent rozmawiałby, próbując znaleźć konsensus, nowa władza nie dyskutuje, tylko ciach – podejmuje „trudne decyzje”.

Jest super, jest super… Nie ma też dotychczasowych (poza dwoma delegatami pracowników) członków Rady Nadzorczej MZEC-u. Jest za to „stara gwardia” – Adam Markiewicz (kiedyś prezydent) i Piotr Mielnik (onegdaj wiceprezydent). No i Jan Łętowski, wiceszef strażników miejskich.

Jest super, jest super… Nie ma też dyrektorów Miejskiego Zarządu Nieruchomości i Świdnickiego Ośrodka Kultury. Pierwszy poszedł na zwolnienie lekarskie, drugiemu wygasła umowa. Ale to już inna para kaloszy, choć losy Eugeniusza Grzesika, dyrektora MZN-u, zapewne i tak byłyby policzone, jak i wielu kolejnych, o których zapewne wkrótce się dowiemy.

Jest super, jest super… Jest naprawdę ciekawie. Z jednej strony to było jasne, że będą zmiany. Że jak ktoś zamieszkuje w nowym domu, to zaczyna od porządków. Że każdy, kto zarządza, woli się otaczać zaufanymi ludźmi. Z drugiej – kiedy pomyślę o sposobie potraktowania Stanisława Dzierniejki, który o tym, że nie będzie Festiwalu Reżyserii Filmowej w Świdnicy, dowiedział się z mediów, mimo że trzy tygodnie temu wysłał pismo do magistratu, to jestem zażenowana. Brakiem klasy przede wszystkim. Bo że pożegnanie z FRF jest tylko kwestią czasu, wszyscy wiedzieliśmy. Ale żeby nie starczyło odwagi cywilnej na to, by facetowi odpisać, tylko najpierw zrobić mu czarny PR w mediach, opowiadając o jego gaży, a dopiero potem zapowiedzieć, że dostanie negatywną odpowiedź?… Cóż, po czynach ich poznacie.

Mamy extra rząd i super prezydenta
Ci wszyscy ludzie to wspaniali fachowcy
Ufam im i wiem, że wybrałem swoją przyszłość
Za rękę poprowadzą mnie do Europy…

Jest super, jest super… – śpiewał szyderczo Muniek Staszczyk z T.Love. Słowa te same przyleciały mi do głowy w ślad za wieściami z zielonego gmachu Urzędowa. No bo jest!… więc o co Ci chodzi? 😀

PS Ilustracja to zdjęcie drzwi do siedziby SLD w Świdnicy, które przypadkiem zrobiłam w poniedziałek, bo zwykle tamtędy nie chodzę. Jak widać, nie wszyscy świdniczanie uważają, że jest super 😉

KSIĘŻNA W KAWIARNI

wtorek, Styczeń 6, 2015 0 0

Dawno, dawno temu, gdy w świdnickim kinie „Gdynia” odbywała się jeszcze cudna impreza pod nazwą Konfrontacje Filmowe, uczęszczałam na nie regularnie wraz z moją śp. koleżanką Kasią, z którą codziennie długo błądząc ulicami omawiałyśmy każdy obejrzany film. Wśród nich był amerykańsko-niemiecki „Bagdad Cafe”, który zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, że do dziś często przychodzą mi do głowy sceny z tego magicznego filmu. Czasem w zupełnie nieoczekiwanych kontekstach… A więc dziś – przy okazji Trzech Króli – będzie o czarach i książętach, a właściwie księżnych. Znaczy jednej księżnej… Ale po kolei.

„Bagdad Cafe” to poniekąd film drogi, choć droga ta właśnie kończy się w zapomnianym przez Boga i ludzi, położonym pośrodku pustyni Mohave, motelu o nazwie równie egzotycznej jak jego „zawartość ludzka”. Nie będę go opisywać, bo warto ten obraz obejrzeć samemu, a wciąż jeszcze krąży gdzieś po sieci (nie mylić z serialem nakręconym później na jego podstawie). Wspomnę tylko, że do tej przedziwnej kawiarni z zepsutym automatem do kawy dociera samotna, konserwatywna Niemka, która postanawia wprowadzić w nim niemiecki ordnung, po czym nagle sama ulega jego czarowi, sama też zaczyna… czarować. Samotna droga doprowadza ją do zmiany życia nie tylko własnego, ale też wszystkich mieszkańców „małej kawiarni na drodze z Vegas donikąd” (specjalnie do tego filmu Jevetta Steele zaśpiewała nominowaną do Oscara piosenkę „Calling You”, którą właśnie cytuję).

Film jest naprawdę przecudnej urody. Pokazuje, jak nawet jedna podróż może zmienić nasz sposób widzenia świata, a bywa, że i całe życie. Dlatego pewnie tak lubię filmy drogi i zapewne też dlatego często, gdy tylko mogę, w krótszą lub dłuższą drogę się wybieram. Ostatnio ciągle dokądś jeżdżę i wracam, a chwilowo nawet nie mieszkam w Świdnicy. Codziennie więc (prawie) dojeżdżam. Każdego dnia przebywam ten mały kawałek drogi tam i z powrotem, żeby dotrzeć do pracy, pozałatwiać sprawy czy zajrzeć do domu. Dzięki temu z innej nieco perspektywy, trochę oderwanej od naszej świdnickiej rzeczywistości, z pewnego dystansu patrzę na to, co dzieje się w moim rodzinnym mieście.

A tu okazuje się, że i tam też wyprawiają się czary… Wyczarowała nam się oto księżna. Skąd to wiem? Jest taki fanpage na FB Świdnica Watch, który obiecuje, że będzie się nowej władzy przyglądał (jak i ja). I znalazłam tam taki oto wpis:

„Prezydent Świdnicy Beata Moskal-Słaniewska nie podjęła jeszcze decyzji odnośnie powołania nowego dyrektora Lokalnej Organizacji Turystycznej – decyzja ta zapadnie po spotkaniu z władzami LOT, które pozwoli przeanalizować dotychczasowe zadania organizacji i podjąć stosowne rozstrzygnięcia”
Ewa Dryhusz, Biuro Prasowe Urzędu Miejskiego w Świdnicy

Na stronie internetowej stowarzyszenia Lokalna Organizacja Turystyczna „Księstwo Świdnicko-Jaworskie” http://www.ks-j.pl wymienionych jest 26 członków, z których każdy na walnym zgromadzeniu ma 1 głos. Również 1 głos posiada Miasto Świdnica. Pozostałych 25 członków nie będzie brało udziału w decyzjach Pani Prezydent?

No i jakbyście to odczytali? Czary! Oto mamy miasto, w którym jeden głos liczy się za kilkadziesiąt innych. Oto rządzi w nim niepodzielnie księżna, która może więcej niż inni. Książęcość w sumie by się zgadzała, wszak LOT ma przydomek „Księstwo”, więc i książę, i księżna być  w nim powinni (swego czasu w „WŚ” wybieraliśmy takowych), a jednak coś tu jest nie tak…

Trudno przecież uwierzyć, że inteligentna osoba albo nie umie liczyć, albo (no, to już byłby wstyd straszny) jej otoczenie nie ma pojęcia o tematach, w których się wypowiada, albo ona sama uwierzyła, że jest wszechwładną księżną, która raz wybrana, może wszystko. Dotarła tam, dokąd dążyła przez całą swoją życiową drogę i teraz wprowadza swój ordnung, jak Jasmine w „Bagdad Cafe”, tyle że Niemka była bohaterką pozytywną 😉 Ciekawa jestem, co na to pozostali członkowie LOT-u.

Informacja cytowana przez Świdnica Watch pochodzi najwyraźniej z komunikatu Biura Prasowego i jest częścią większej całości, cytowanej na wszystkich lokalnych portalach, a dotyczącej zmian na stanowiskach (niestety, po zmianie rzecznika w magistracie wycięto mój adres z listy mailingowej, więc już komunikatów nie dostaję). Wychodzi więc na to, że to BP zaliczyło merytoryczną wpadkę wielką niczym Rów Mariański, przypisując swojej pryncypałce moc iście książęcą. Tyle że obecne księstwo to jedynie powstała za zgodą różnorodnych samorządów i przedsiębiorców oraz osób fizycznych organizacja pozarządowa. A czy jej członkowie także ulegną świdnickim czarom? Pożyjemy, zobaczymy.

PS Co?… Myśleliście, że pazur mi się stępił i znów będę przynudzać o życiowych drogach i ścieżkach? Czasem będę. Ale bez przesady! 😉

LA VITA E BELLA…

środa, Grudzień 17, 2014 0 0

Alternatywna rzeczywistość… Słyszeliście o takiej? Ja tak – w powieściach czy filmach sci-fi, choć jeden był wyjątek – film nieprawdopodobnego Roberto Benigniego „Życie jest piękne”, w którym ojciec z miłości do syna, gdy obaj trafiają do obozu koncentracyjnego, tworzy dla niego alternatywną rzeczywistość w prawdziwym świecie, zapewniając, że właśnie znaleźli się w grze o lepsze życie…

Kiedy słyszę wieści dochodzące z miejskiego magistratu, zastanawiam się, czy i my nie zostaliśmy wmontowani jako pionki w grę o lepsze życie. Czyje? No, przecież nie nasze. Nowych radnych? Nowej pani prezydent? Leśnych harcowników z SLD, których długie brody wyhodowane w śródleśnych pustelniach nagle zostały ogolone, a dziadki rozpanoszyly się w urzędowie i już nie ma pewności, czy to demokratycznie wybrana pani prezydent jest prezydentem, czy może eksprezydent Markiewicz Adam (bo w jego czasach najpierw się pisało nazwisko), który ją wspiera i doradza i prowadzi przez tę grę?…

A więc zastanawiam się, czy nie wtłoczono nas do jakiejś alternatywnej rzeczywistości, czy wynik wyborów, który znamy, jest prawdziwy, czy ktoś nam właśnie wmawia, że Kopernik była kobietą 😉 Czy dwuosobowe przesłuchania prowadzone w magistracie to tylko tak na początek, żeby pan nieformalny doradca formalnej pani prezydent pomógł jej się ogarnąć w nowej rzeczywistości, czy też może to alternatywna rzeczywistość, o jakiej nam w kampanii wyborczej nie powiedziano. A jeśli tak, to o co toczy się ta gra? Bo na pewno nie o życie, jak w tragikomedii Benigniego…

Jeśli o mnie chodzi – odpuszczam. Będę się jednak przyglądać tej grze z wielką ciekawością. I znów powtórzę to, co kiedyś – obym się pozytywnie rozczarowała, bo to będzie oznaczało, że na zmianach zyskuje miasto, w którego samym sercu mieszkam.

A poza tym? Kuba i USA wznowiły stosunku dyplomatyczne. Jest nadzieja na pozytywne zmiany. Akcja „Podziel się!” wkracza w decydującą fazę. Liczba firm i osób, które się w nią w tym roku włączyły, przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. „Ida” wraca na polskie ekrany i znów zobaczymy wyraz polskiej teorii względności, gdy Polacy ruszą do kin na ten film, chociaż przed nagrodami i nominacjami mieli go w dupie. A ja… choć lubię gotować, cieszę się, że tym razem nie będę lepić uszek czy smażyć karpia, tylko wsiądę w samochód i pierwszy raz w dorosłym życiu pojadę „na gotowe” – do mojej alternatywnej rzeczywistości, w której jako dziecko spędzałam każde wakacje i gdzie nie byłam… 25 lat! Prawdziwa podróż do przeszłości 😉

Życie jest piękne! Jeszcze tylko czekam na „buongiorno principessa” 🙂

FATALNE ZAUROCZENIE

poniedziałek, Grudzień 1, 2014 0 11

Ludzie, którzy głosowali na naszą nową, prawie że już nam panującą panią prezydent, która zapowiada, że od jutra (znaczy od dzisiaj, bo już właśnie północ wybiła) zmienia Świdnicę na lepsze, jeszcze tego nie wiedzą, ale właśnie padli ofiarą fatalnego zauroczenia.

Nie napiszę dziś wiele, bo rano czas do pracy, a ja – w przeciwieństwie do pani prezydent – dbam o to, żeby w pracy pojawić się wtedy, kiedy powinnam, a nie wtedy, kiedy się wyśpię czy załatwię inne sprawy. Ale może będę mile zaskoczona i pani prezydent będzie w pracy o 7.00 rano, a nie – tak jak to ma w zwyczaju od lat – nie wcześniej niż o 11.00. No ale… już nie musi knuć przeciwko nikomu i niczemu, bo osiągnęła swój wymarzony cel, jakim jest władza (jakakolwiek), więc faktycznie – zje śniadanie i dojedzie może na tę 7.00 do pracy. Daleko nie ma. Co ja mówię! Na pewno dojedzie. Kto by nie dojechał? Kto by w takiej sytuacji nie udawał, że jest lepszy niż jest? Zresztą w udawaniu pani prawie-że-już-prezydent ma wprawę, jak mało kto. Inaczej dzisiaj pisałabym tu gratulacje dla Wojciecha Murdzka, który nikogo nie udaje, co niestety, trochę go zgubiło.

Zarzucają mi niektórzy, że atakowałam panią dzisiejszą prezydent… Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że atak to w ogóle nie moja bajka. Że naprawdę trzeba się bardzo postarać, żeby mnie do tego zachęcić. Że naprawdę trzeba mi jak zaraza towarzyszyć od lat, próbując mnie wykorzystać do własnych celów, zaszkodzić mi, a wreszcie próbując mnie wysadzić ze stanowiska, a kiedy liczby mówiły na moją korzyść – za wszelką cenę starać się chociaż zdyskredytować mnie w oczach wydawcy. Bez skutku. Bo wreszcie odeszłam sama… A pani Słaniewska jest odpowiedzialna tylko za niewielki procent argumentów potrzebnych do podjęcia tej decyzji.

Teraz jest panią prezydent i wypada mi pogratulować. Gratuluję Ci, Beato, że w końcu się po paru trupach i setkach, tysiącach otumanionych ludzi, dopchałaś do tego, co Twój świat wprawia w ruch – do władzy. Nie udało się być redaktorem naczelnym żadnej gazety dłużej niż 2-3 lata. No to porządzisz sobie miastem 4 lata. Bo nie więcej :) Powodzenia! Popatrzymy sobie teraz my… na Twoje ręce :D

PS Kto oglądał film „Fatalne zauroczenie”, doskonale wie, jaki był cel Glenn Close, i jak film się skończył ;)

FESTIWAL REŻYSERII FILMOWEJ – JAKIE HORYZONTY? ;)

wtorek, Listopad 25, 2014 0 3

Dzisiaj wyjątkowo nie mój wpis. Udostępniam apel, który wysłał m.in. do mnie (i chyba też do mediów, ale coś nie widzę, żeby publikowały) Stanisław Dzierniejko, pomysłodawca, producent i dyrektor Festiwalu Reżyserii Filmowej w Świdnicy. Udostępniam, bo podpisuję się pod każdym słowem. W Świdnicy jest miejsce i na FRF i na świetny Festiwal Filmów Dokumentalnych Okiem Młodych. Ale do tego trzeba mieć szerokie horyzonty, a nie perspektywę ściągnięcia do miasta popłuczyn z Festiwalu Nowe Horyzonty ;)

 

Szanowni Świdniczanie,

Kiedy osiem lat temu zwróciłem się do władz miasta z propozycją zorganizowania jedynego na świecie festiwalu poświęconego sztuce reżyserii filmowej, szczerze powiem, nie liczyłem na to, że Świdnica zdecyduje się na ten ryzykowny krok. Pamiętam, jak ludzie z branży pukali się w czoło i mówili, że chyba postradałem zmysły chcąc robić festiwal takiej rangi w mieście, w którym nie ma nawet kina z prawdziwego zdarzenia.

Pierwsza edycja mimo wszystko się odbyła i mówiąc delikatnie – ku zadowoleniu przeciwników pomysłu – spotkała się z umiarkowanym zainteresowaniem widzów. Na spotkanie z Panem Prezydentem, podsumowujące pierwszy Festiwal Reżyserii Filmowej, szedłem z teczką pełną krytycznych opinii ze strony mediów i opozycyjnych radnych. Druga teczka zawierała propozycje gruntownych zmian i nowe pomysły, które miały zapewnić sukces imprezie.

Przez całą drogę z Wrocławia do Świdnicy nurtowało mnie pytanie, na którą teczkę Prezydent się zdecyduje. Czy ulegnie wszechobecnej krytyce i wybierze święty spokój, czy może podzieli mój optymizm i – już bardzo ryzykując- da mi jeszcze jedną szansę.

Teraz, po siódmej edycji, obaj nie żałujemy, że wzajemnie sobie zaufaliśmy. Pełne sale, wspaniali, usatysfakcjonowani widzowie i znakomici goście- tak dziś wygląda świdnickie święto filmu. Święto miasta i publiczności, której nie przeszkadza, że musi stać w stumetrowej kolejce po bezpłatne wejściówki. Festiwal to także prestiż i coraz większa liczba nagród, które zdobywa Festiwal Reżyserii Filmowej. Z pełną świadomością mogę dziś powiedzieć, że to przede wszystkim zasługa Pana Prezydenta Wojciecha Murdzka, człowieka, który osiem lat temu podjął odważną decyzję.

Ale to także mój osobisty powód do dumy. Zaledwie kilka tygodni temu zdobyłem bardzo prestiżową nagrodę „PROFESJONALISTA ROKU 2014“. W tekście laudacji Związku Artystów Scen Polskich, który zgłosił moją kandydaturę można przeczytać: „Stanisław Dzierniejko potrzebował zaledwie trzech lat, żeby z nieznanej nikomu filmowo Świdnicy, zrobić stolicę reżyserii filmowej, do której masowo zjeżdżają najlepsi reżyserzy…”

Dlatego z zaskoczeniem teraz czytam, że Pani Radna Beata Moskal – Słaniewska, która aspiruje do roli Prezydenta, ma inny pomysł na filmową Świdnicę. Chce odebrać świdniczanom ich ukochany festiwal i zastąpić go, jak to powiedziała w jednym z wywiadów, o wiele, wiele lepszym Festiwalem Filmów Dokumentalnych „Okiem Młodych“ oraz nawiązać współpracę z festiwalem Nowe Horyzonty. W tym momencie przypomina mi się scena z filmu „Wyjście awaryjne“ w reż. Romana Załuskiego, w której pani naczelnik Gminy widząc olbrzymią kolejkę przed sklepem mięsnym, wpada na genialny pomysł: „żeby zlikwidować kolejkę, trzeba zamknąć sklep“.

Nie mam nic przeciwko filmom dokumentalnym czy niszowemu, egzotycznemu kinu np. o wypasie kóz w Azerbejdżanie, jednak czy rzeczywiście tego chcieliby świdniczanie? Czy takie pomysły faktycznie mają służyć mieszkańcom, miłośnikom kina i tym, którzy ten jeden raz w roku mogą sobie pozwolić na bezpłatne wyjście do kina, na spotkanie z wybitnym twórcą i swoim ulubieńcem z ekranu?

I ostatnia kwestia, którą często podnosi Pani radna Słaniewska. Chodzi o wysokie, zdaniem radnej, wynagrodzenie za moją pracę. Po pierwsze, nie jest to wynagrodzenie moje, ale firmy, którą prowadzę. Po drugie, miasto Świdnica przeznacza na festiwal kwotę 230 tysięcy złotych, z których moja firma nie otrzymuje nawet jednej złotówki. Po trzecie, wynagrodzenie mojej firmy zależy od hojności donatorów, których muszę sam pozyskać. Po czwarte, podam tylko kilka przykładów budżetów festiwali filmowych, które odbywają się w Polsce:
– Festiwal Nowe Horyzonty – 10 milionów złotych.
– Gdynia Film Festiwal – 5,5 miliona złotych.
– Festiwal Camerimage – 6 milionów złotych.
– Festiwal Filmów Animowanych – 1,2 miliona złotych.
– Festiwal Filmów Rosyjskich – 1,35 miliona złotych.
– Krakowski Festiwal Filmowy – 2,3 miliona złotych.
– Festiwal Filmu i Sztuki – 1,6 miliona złotych
– Festiwal Reżyserii Filmowej – 230 tysięcy złotych.
Jeśli chodzi o przelicznik budżetu festiwalu na ilość widzów, Festiwal Reżyserii Filmowej plasuje się na pierwszym miejscu w Polsce, wręcz deklasując pozostałych rywali.

Nie jestem mieszkańcem Świdnicy i nie mam wpływu na to, kto będzie decydował o losach tego miasta, jego rozwoju i propozycjach kulturalnych dla mieszkańców. Tylko symbolicznie mogę oddać mój głos i publicznie wyrazić poparcie dla pewnych myśli, idei i ludzi. I oddaję ten głos na człowieka odważnego, konsekwentnego, który wie, czego chce, który świetnie potrafi odróżnić profesjonalizm od amatorszczyzny, który robi wszystko, żeby Świdnica była miastem rozpoznawalnym, a jej mieszkańcy byli z tego miasta dumni. Dlatego wybieram Wojciecha Murdzka i proszę moich świdnickich przyjaciół oraz przyjaciół Festiwalu Reżyserii Filmowej, aby uczynili to samo.

Z wyrazami szacunku
pomysłodawca, dyrektor i producent Festiwalu Reżyserii Filmowej
Stanisław Dzierniejko

I KTO TU JEST PODSTĘPNĄ ŻMIJĄ?

niedziela, Listopad 23, 2014 0 0

Niektórzy ludzie są tacy głupi, że wszystko, co zamieszczają na Facebooku jest publiczne i każdy może z tego korzystać. Są podobni do tych, co to Endomondo im liczy bieg wokół domu i się tym chwalą na FB, bo nie mają pojęcia, że pewne opcje można włączyć lub wyłączyć.

 

Ale do rzeczy.

Dziś przypadkiem, idąc śladem komentarza jednego z moich znajomych, dowiedziałam się, że pani kandydatka SLD na prezydenta wyhodowała sobie w mojej osobie żmiję. Wow! A więc to prawda, że hodowlą takich zwierząt trudni się pani kandydatka. Porzucając ironię, zastanawiam się, czemu ktoś, kto to napisał, tak właśnie ocenił sytuację. Najwyraźniej pani kandydatka, podobnie jak ma to w zwyczaju, przedstawiła mu giętkim żmijowym językiem sobie tylko znaną wersję wydarzeń. Tyle że jak zwykle minęła się z prawdą…

A prawda jest taka, że pani kandydatka nie miała najmniejszej szansy wyhodować sobie jako żmii mnie nawet w brudzie za paznokciem, bo po rozpoczęciu współpracy z ówczesnym szefem pani kandydatki (a nie z nią) i po jednym obiedzie w Piaście z panią kandydatką zostałam rzucona na głęboką wodę (bo pani kandydatka nie lubiła za bardzo sama pracować). Podobnie dwa miesiące później – dostałam od tego samego szefa propozycję zastąpienia pani kandydatki na stanowisku redaktora naczelnego WŚ. Niestety, ta drzazga siedzi w oku tej pani (albo w czym innym) lata całe i wyjść nie może.

Byłam potem, w czasach, gdy znów zostałam przez panią kandydatkę chwilowo oczarowana, chętnie wykorzystywana przez nią jako niezadowolony pracownik, którego wyrazy niezadowolenia przekazywała wydawcy w rozlicznych, regularnych od lat rozmowach telefonicznych. Dzięki temu udało się jej doprowadzić do rozbratu wydawcy z ówczesną redaktorką. Trwały rozmowy o objęciu stanowiska przez panią kandydatkę i przyznam, że nawet ja sama tego chciałam. Będąc w okresie kolejnej fascynacji myślałam: „wow, fajnie, wreszcie ktoś sensowny” (to podobnie jak teraz większość omamionych przez nią wyborców). Ale nie dogadała się z wydawcą co do tego, co zwykle, czyli kasy, i ja zostałam (znów niechcący) p.o. redaktora naczelnego, a ona na otarcie łez dostała to samo stanowisko w gazecie w Wałbrzychu, która do dziś po jej rządach nie może podźwignąć się z kolan.

Byłam fajna, kiedy bezwiednie pomagałam wrócić na wymarzone stanowisko, ale natychmiast stałam się niefajna, kiedy to mnie zaproponowano jego objęcie. Od tamtej pory zaczął się sześcioletni okres pani kandydatki „w tle”. Raz nawet „WŚ” nie wyszły o czasie, bo pani kandydatka przekonała wydawcę, że Dni Papieskie to lepszy temat niż inny, chętnie czytany przez czytelników. Odwołanie mnie z wolnej niedzieli i późne zmiany spowodowały opóźnienie do drukarni, co oznaczało nieukazanie się gazety na czas.

Wcześniej pani kandydatka jako rzecznik SPiKŚ omamiła mnie drugi raz, mówiąc, że to, co robię pisząc w WŚ o gospodarce, to w ogóle nikt wcześniej nie robił tak świetnie i że ona tylko ze mną chce współpracować… I współpracowała. Nawet pisała do WŚ za kasę, gdy ja byłam redaktorem naczelnym. A więc kto tu kogo hodował? ;) Bo na pewno to ja dłużej naliczałam wynagrodzenie pani kandydatki, niż było odwrotnie. Ludzie są doprawdy naiwni.

Finałem kilkuletnich podchodów pani kandydatki do WŚ było buntowanie przeciwko mnie załogi w jubileuszowym roku 2012 (i to w czasie, gdy zaprosiłam ją jako jedną z VIP-ów do występowania w jubileuszowej sztuce), a następnie, rok później, napisanie do wydawcy listu otwartego o mojej potencjalnej nierzetelności i braku obiektywizmu (z desperacji jego fragmenty zamieściła nawet w komentarzach pod artykułem), bo… podobnie jak wszystkie inne media, pojechałam na spływ pontonowy w ramach organizowanej przez LOT konferencji prasowej. Dziwne, że inni wydawcy nie dostali takich listów pod adresem ich redaktorów naczelnych i pracowników… Czyżby pani kandydatka miała jakiś kompleks?

Cóż… jedyne, co po tym wyznaniu pozostaje, to pytanie… kto tu jest żmiją? Bo na pewno, nie ja :D

KANDYDAT I KANDYDATKA

środa, Listopad 19, 2014 0 0

Kandydat i kandydatka w jednym stali domu.

Kandydat na górze, kandydatka na dole.

Kandydat spokojny, nie wadził nikomu,

Kandydatka najdziksze wyprawiała swawole…

 

Jak widać Fredro, mimo że pisał o Pawle i Gawle, a nie o jakichś tam kandydatach, miał też co nieco do powiedzenia w kwestii polityki ;) Ale oto mamy kandydata i kandydatkę, chociaż może bardziej elegansio będzie – kandydatkę i kandydata. Byli sobie, żyli w tej samej czasoprzestrzeni i każdy robił swoje. Z tą jednak zasadniczą różnicą, że kandydat robił swoje dla ludzi, a kandydatka robi swoje dla siebie (i choć mówi ludziom, że będzie bliżej nich, to jednak ci, którzy poznali ją naprawdę dobrze, a nie są już kluczowi dla realizacji własnych planów pani kandydatki, wiedzą, jak to wygląda naprawdę). Że kandydat pracował własną głową i rękoma, a o kandydatce jej byli współpracownicy mówią, że żadnej pracy się nie boi, byleby miała ją kim wykonywać. Że kandydat ma ogromne osiągnięcia samorządowe, a kandydatka pochwalić się może jedynie tym, że dawała „lekcję samorządu” samorządowcom z SLD, z którymi teraz przestaje i jest ich kandydatką. Ot, ironia losu. Ale nie pierwsza w życiu kandydatki, która z niejednego politycznego pieca już chleb jadła. I miejmy nadzieję, że ktoś to wreszcie pokaże, żeby wszyscy ci zauroczeni obrazem z Photoshopa wiedzieli, z kim mają do czynienia. Swoją drogą, bieda będzie, jak ta pani, nie daj Boże, wygra i spotka się ze swoimi plakatowymi wyborcami twarzą w twarz – echo może się roznieść tak szeroko, jak niedawno w przypadku Renee Zellweger, która po operacjach plastycznych jest nie do poznania ;)

Pani kandydatki życiorys przejrzałam ostatnio – ten oficjalny, na jej stronie. I wynika z niego, że przez 20 lat pracowała w mediach. Dobre. Ja pracowałam „zaledwie” lat 17. Ale w większości w trybie ciągłym, więc mogę uczciwie powiedzieć, że naprawdę tyle przepracowałam. A pani kandydatka? Yyyy, no cóż… Tu też, podobnie jak w polityce, było skakanie z kwiatka na kwiatek, kłócenie się, odchodzenie, zakładanie konkurencyjnych gazet, godzenie i powracanie. Wszystko zależne od aktualnych stosunków z lokalnym potentatem prasowym. Historię, którą na temat swojej pracy w mediach kreuje pani kandydatka, można przyrównać do gościa, który co jakiś czas wyjeżdża za granicę i twierdzi, że mieszka za granicą ;) No chyba, że pani kandydatka za pracę w mediach uznaje wieczorne telefony do rzeczonego potentata, po których naczelni stawali na dywaniku, ale chyba jej za to nikt nie płacił. Chociaż…;)

A teraz pan kandydat (żeby nie było, że aż tak się uwzięłam)… Mam wiele zastrzeżeń. Wiele można by w nim poprawić, zmienić… Szklane wrota to był wielbłąd. Kościół? Ja też jestem katoliczką. Ale czy wszyscy muszą o tym wiedzieć? W mieście mieszkają też niekatolicy. Ale myślę, że kandydat sam już to wie. Jednak w przeciwieństwie do kandydatki – jest dobrym, szczerym człowiekiem. Nie działa z pobudek, o których coraz więcej osób, które poznają prawdziwą twarz kandydatki, może sporo powiedzieć. Ale nie będę tych pobudek nazywać po imieniu. Kandydat nie buduje sobie fasady, za którą stoi kolubryna gotowa wypalić w każdego, kto przeciwko niemu. Na zdjęciach jest sobą i nie udaje nikogo, kim nie jest. Nie poddaje się fotoszopkom. Jest prawdziwy.

Jeśli więc mam wybór między nieszczerością i szczerością, wyrachowaniem i prostolinijnością, udawaniem a byciem sobą, prawdziwością a totalną sztucznością, to… No jak to co? Stawiam na Murdzka :D

PS Qrczę, nie myślałam, że kiedykolwiek się tak zaangażuję, ale panią BMS, czy też BMX jak piszą niektórzy, znam jak zły szeląg. Albo jeszcze gorszy. Nie tylko zresztą ja…

PS 1 Aaa no i pani BMS naprawdę wygląda tak jak na tym zdjęciu powyżej, a nie tak, jak na plakacie wyborczym. Szczerość i prawda, w tym „prawda obrazu” to naprawdę wielka sztuka ;)

Typowanie kandydatów

czwartek, Listopad 6, 2014 0 0

Dzisiaj w całkiem spoko reklamówce wiszącej na mojej klamce znalazłam list od jednej z kandydatek do Rady Powiatu. Dzięki za reklamówkę! Przyda się na pewno 🙂 I tak patrząc na ten w kiepskiej jakości wydrukowany list pomyślałam, że ci ludzie to muszą mieć teraz nieciekawy czas…

Z jednej strony – fajnie, bo podejmują nowe wyzwania, zmieniają siebie samych, czasem nawet wbrew sobie. Z drugiej – słabo, bo nikt z nich nie ma pojęcia, jaki będzie finał tej zabawy. Choć… coraz częściej słychać typowanie. Kto ma szansę, kto nie ma? Czy w wyborach prezydenta Świdnicy będzie druga tura, czy nie? A jeśli tak, to Murdzek i kto? Moskal-Słaniewska? Synowska?

Dzisiaj odbyłam ciekawą rozmowę z samorządowcem, który w tych wyborach podjął ryzyko i poza szeregami swojego ugrupowania utworzył własny komitet wyborczy. Rozmawialiśmy m.in. o wyborach na prezydenta. I usłyszałam ciekawe spostrzeżenia, które mój rozmówca wynosił z rozmów z ludźmi – zwykłymi świdniczanami. Synowska? Przecież oni ją zjedzą, stłamszą. Jacy oni? Ci, z którymi się układa. Moskal-Słaniewska? No jak można głosować na kogoś, kto startuje w wyborach z żądzy – władzy, prestiżu i czego tam jeszcze? Nie jest przecież tajemnicą, że chodziła od partii do partii, żeby w poprzedniej kadencji wystawili ją w wyborach na radną. Że aby zostać kandydatką na prezydenta, wysterowała najsprawniejszego i najbardziej merytorycznego polityka świdnickiej SLD Janusza Soleckiego. Garstecki? Boimy się chłopa. Paluszek? Świdnickie Forum Rozwoju zaczynało fajnie, a teraz coraz częściej prześwituje w ich działalności megalomania. Natanek i Kozłowski – czyste tło.

No i Murdzek. Facet, który rządzi miastem od 12 lat. Część rozmówców mojego rozmówcy mówiła, że przychodzi moment „zmęczenia materiału”, czas na zmiany, na coś nowego, świeżego, ale jeszcze się wahają. Część – że to supergość, że Świdnica się rozwija pod jego rządami, kwitnie, że jest o niej głośno. Część – że lepiej zagłosować na coś znanego, na mniejsze zło, czyli na Murdzka. A jeszcze inni – że „każdy, tylko nie Murdzek”.

Która „część” zwycięży ostatecznie? Zobaczymy 16 listopada, a raczej pod jego koniec, bo ja też jestem zwolenniczką teorii, że będzie druga tura. Zresztą dlaczego miałaby nie być, skoro od dwóch kadencji jest? Pewne jest, że jest to najciekawsza kampania wyborcza, jaką obserwowałam i będą to zapewne najciekawsze wybory samorządowe, jakie obserwowałam. Cieszę się, że działam poza mediami, bo z obserwacji byłyby wówczas nici 😉

I na koniec kolejna obserwacja. Kiedy myślę, jak Świdnica wyglądała, gdy po studiach zaczynałam tu pracę, to widzę, jak wiele do dziś zrobiono. A co ciekawe, najwięcej zrobiono właśnie w czasie rządów Wojciecha Murdzka i Wspólnoty Samorządowej, czyli przez dwanaście ostatnich lat mojego życia tutaj. Zapewne Świdnica mogłaby być jeszcze fajniejsza. I ja też mam apetyt na więcej. Ale – to tak jak w moim życiu zawodowym – wieloletnich zaniechań nie da się naprawić w jeden dzień. Gnuśniałam w jednym miejscu przez kilkanaście lat. A teraz wreszcie się odkurzam i łapię oddech. Tak samo jest też z miastem – trzeba czasu, żeby wyszło z nawet kilkudziesięcioletnich zaniedbań. Ale wychodzi.

I na koniec puenta. Jeden z radnych opozycyjnych powiedział mi jakiś czas temu, że gdyby wygrał wybory w swoim okręgu, dogadywałby się z Murdzkiem, bo facet robi fajne rzeczy, ale skoro było się w opozycji, to z automatu trzeba je było krytykować (niech Pan wygra, proszę Pana – zawsze na Pana głosowałam, ale teraz jest Pan poza moim okręgiem).

I jeszcze jedna puenta. Jak i dla większości, także dla mnie, jest troje liczących się kandydatów: Murdzek, Moskal-Słaniewska i Synowska. Synowską znam słabo, ale wiem, że to fajna kobieta, tyle że – nie tylko moim zdaniem – zbyt podatna na wpływy (Słaniewska zjadłaby ją w kaszy czy w innej tłustej golonce). Moskal-Słaniewska – znam dobrze jako człowieka (początkowo nawet byłam zafascynowana, jak wielu, ale klapki szybko spadły mi z oczu) i dlatego nie zagłosowałabym nigdy. I Murdzek – znam średnio, wielokrotnie krytykowałam jego działania, nadal mam wiele zastrzeżeń, ale wyjątkowo w tym roku naprawdę mu bardzo mocno kibicuję. Dlaczego? Dla Świdnicy.

Fotkę sobie pożyczyłam od Wojtka Lewandowskiego 🙂