Kmicic i jego kolubryna

sobota, Czerwiec 7, 2014 0 0

Zdarza Wam się zrobić coś, co wydaje się przemyślane, co w danej chwili Waszym zdaniem ma sens i w czym widzicie jakiś określony cel, ale gdy klamka zapadnie, zaczynacie rozumieć, że dopadła Was zwykła ludzka głupota, i to Wasza własna? Na pewno.

Niejeden człowiek w życiu popełnił błąd, i to nie tylko ortograficzny (jak ja wieki temu na Olimpiadzie Polonistycznej, przez co zajęłam drugie miejsce, a pierwszego nie przyznano), niejeden zrobił coś szybciej niż pomyślał i niejeden myślał, że coś, w co uwierzył, odniesie odpowiedni skutek, a potem się mocno zdziwił. To jest właśnie zwykła ludzka głupota (nie ta, kiedy ktoś nie umie zliczyć do trzech, nie ta, kiedy ktoś ma tak niski iloraz inteligencji, że w życiu może już tylko biec jak Forrest Gump i nie ta, kiedy ktoś próbuje się wypowiadać na tematy, o których nie ma pojęcia, wychodząc po prostu na głupka).

Głupotę jednak, jak wszystko inne, dał nam Bóg także po coś.

Choćby po to, żebyśmy – gdy już opadnie bitewny kurz wywołany nieprzemyślanym ruchem naszych wojsk – zobaczyli, jak pole bitwy polaryzuje się. Stoimy w sztabie nad planem swojej życiowej walki, a na nim żołnierzyki – dotąd wymieszane, zielone – teraz żółte i niebieskie rozstępują się jak Morze Czerwone przed Mojżeszem i stoją wyraźnie po dwóch stronach. Możemy teraz z łatwością zobaczyć, który żołnierz jest naprawdę nasz, a który nie. Który – choć zmęczony ciągłymi wojennymi zmaganiami – pozostanie wierny i który nigdy nie był własnej wierności pewny. To niezwykle ważna wiedza.

Na tak skonstruowanym planie bitwy jak na dłoni widać także odniesione dotąd zwycięstwa i porażki, fałszywe ruchy nieprzyjaciela i każdą piątą kolumnę. Jest też, jak w każdej bitwie (no, nie mówimy o współczesnych, bo ja się naoglądałam w dzieciństwie filmów o II wojnie światowej i wcześniejszych, więc taki mam w głowie obraz bitew)… armata. Ooo, jaka wielka! – jak by powiedział Tuwim. Taka, która jak kolubryna z „Potopu”, przytaszczona została pod mury Częstochowy z misją ich ostatecznego zniszczenia. Tak samo ogromna, ciężka, irytująco ekspansywna do tego stopnia, że nawet najbardziej zatwardziały pacyfista, by nie wytrzymał, i hałaśliwa tak bardzo, że aż chce się – jako ten Kmicic – chwycić ładunek, wsadzić w tę gigantyczną lufę i podpalić ku chwale Rzeczypospolitej.

Ukształtowana przez Paulo Coelho czasów pozytywizmu, czyli mówiąc po swojskiemu Henryka Sienkiewicza, który pisał ku pokrzepieniu serc, zawsze utożsamiałam się z Kmicicem, denerwując na tych, którzy zbudowali intrygę, by pozbawić go honoru, wkurzając na tę kretynkę Oleńkę, co nie chce takiego fajnego faceta i w ogóle… Daniel Olbrychski jako Kmicic… ehhh! 😉 (nie, żebym tylko film oglądała, ale sami rozumiecie). Dlatego wierzę, że prędzej czy później i z armaty można się z pola bitwy pozbyć.

I kolejna ważna nauka – myślę, że każdy ma swoją armatę. Przybiera ona różne kształty, towarzysząc nam w różnych okresach życia. Niektórzy mają tylko takie malutkie, made in China, wypluwające małe chińskie pociski za pomocą prochu, zresztą także chińskiego pochodzenia. Ja mam kolubrynę made in Poland. Ale każda kolubryna prędzej czy później trafi na swojego Kmicica. I może nim wcale nie będę ja, ale jakiś na pewno się znajdzie…