…kto jest bez winy…

poniedziałek, Wrzesień 15, 2014 0 0

Moje życiowe perypetie i problemy, które pokonałam, a którymi mogłabym obdarować pewnie kilka osób i każda odczułaby ich ciężar, nauczyły mnie jednego – nie oceniam ludzi. Ich czyny czy działania, jeśli są osobami publicznymi, czasem mi się zdarza, ale nie ludzi, nie ich prywatność. Bo dziś już wiem, że kiedy znajdę się w podobnej do tych ocenianych sytuacji, sama siebie mogę zaskoczyć decyzjami, podejmowanymi działaniami i tym, co zrobię. Nie znamy samych siebie, dopóki życie nie postawi nas w konkretnej trudnej sytuacji.

Zanim urodziłam dziecko, widząc błędy popełniane przez rodziców, chciałam setki razy podpowiadać im, co ja bym na ich miejscu zrobiła. Dopiero gdy znalazłam się na ich miejscu, wszystko zweryfikowałam.

Kiedyś obserwując, jak niektóre wdowy chowają się przed życiem albo przeciwnie – zażywają go – „wiedziałam”, że ja bym na pewno tak a tak się nie zachowała, że wdowa powinna to, a nie powinna tamtego. Dziś, gdy wdową jestem, wiem, że nie miałam prawa słowem się odezwać (nawet sama przed sobą) w sprawie wdów, póki sama nią nie zostałam i nie poznałam tego stanu.

Nikomu nie wolno wypowiadać się na temat czyichś problemów finansowych, orientacji seksualnej czy żadnych innych szczegółów z prywatnego życia, bo nie ma pojęcia, czemu tak jest, jak to właściwie jest i zwyczajne nie ma do tego prawa. I nie nabywa tego prawa nawet w kampanii wyborczej. Smutne, kiedy nie wiedzą tego nawet ludzie, którzy na co dzień uczą dzieci, jak gra się fair…

Dziś jeden z moich przyjaciół zapytał mnie (jako świdnicką blogerkę), czy widziałam, co na swoim profilu na Facebooku wypisuje świdnicki radny, szef Komisji Kultury (z naciskiem na kulturę, bo sposób, w jaki to pisze, pozostawia wiele do życzenia). Miał nadzieję, że to skomentuję. Nie widziałam jednak tych wpisów, więc po powrocie do domu natychmiast odrobiłam lekcje i… szczęka mi opadła. Tak więc, owszem, skomentuję.

Właściwie zrobiło mi się żal pana radnego, który bycie radnym uczynił elementem swojego życia zawodowego, więc teraz będzie gryzł trawę i przepływał kolejne baseny pomyj, żeby nadal siedzieć przy tym korycie. Żal, bo – mówiąc językiem biblijnym – nie wie, co czyni obrzucając błotem i po chamsku wyciągając szczegóły z życia prywatnego innych kandydatów. Język biblijny ma tutaj znaczenie. Pan radny bowiem jest człowiekiem – jak wynika z jego deklaracji – głęboko wierzącym, katolikiem, a zatem razem z wiarą powinien mieć zakorzenione w głowie przekonanie, że pierwszy kamieniem może rzucić tylko ten, kto jest bez winy.

Nie będę wnikać, ale wie się to i owo na temat ludzi z tak zwanego świecznika (choć to w sumie parę patyków zbitych gwoździami udających misterny kandelabr), czy pan radny jest czysty i przejrzysty. Czy nie miał w przeszłości różnych problemów, większych i mniejszych, czy nigdy nie miał problemów finansowych, czy nie zdarzyło mi się mieć mniejszych czy większych długów ani innych historii, które ktoś w podobnie chamski sposób mógłby wyciągnąć. Czy w każdej minucie swojego życia postępuje zgodnie z Dekalogiem. Czy jest uczciwy wobec innych ludzi i czy na pewno ma uprawnienia do tego, żeby rzucać tym kamieniem. Śmiem wątpić, bo nikt z nas nie jest.

Mało tego. Pan Radny z Zaścianka dopieprza się do czyjejś orientacji seksualnej, dyskwalifikując wiedzę i kompetencje gejów dotyczące rodzin i przedszkoli. Serio? To jest taki problem, Panie radny? A Pan wiedzę na temat samorządu wyssał z mlekiem matki czy nabył ją Pan? No i jest Pan wierzący, prawda? Ale zastanawiał się Pan kiedyś, co na temat rodziny, dzieci, wychowania itd. wiedzą żyjący w celibacie księża katoliccy? Bo przecież wypowiadają się na ten temat, i to w sposób kategoryczny i autorytarny. Szczerze mówiąc, bardziej jestem skłonna wierzyć gejom w tej kwestii, bo żyją w świecie świeckim, mają rodziny, znajomych i nie są oderwani od rzeczywistości, jak wspomniani księża.

Znalazłam we wpisach Pana Radnego z Zaścianka jeszcze historię komorniczą, porównanie obiektu swoich drwin do schizofrenika (chyba bez świadomości, co to słowo właściwie znaczy) i zastanawiam się, co jeszcze z życia prywatnego tego czy innego kontrkandydata wywlecze Pan Radny z Zaścianka. Ale w sumie nie wiem, czy chcę wiedzieć.

To wszystko właściwie nie ma większego znaczenia, bo i tak decyzję podejmą wyborcy. Znaczenie w ustach czy pod klawiaturą Radnego z Zaścianka ma to, że generalizując pewne fakty może niektórym zrobić krzywdę – tak po ludzku. Bo jeśli ja teraz napiszę, że Radny z Zaścianka siedział przy jednym stole z alkoholikiem, więc pewnie sam też nim jest, to automatycznie przykleję panu radnemu łatkę trudną do usunięcia. A jeśli jeszcze bym napisała, że pan radny z tym alkoholikiem pił… Uuuu, toby dopiero była chryja.

Ale na koniec rozluźnijmy się, bo napięcie we mnie wzrosło na maksa. Pan radny zapewne – jak większość społeczeństwa – uwielbia dowcipy o blondynkach. Ciekawe więc, czemu jawnie popiera (to też wynika z wpisów na FB) kandydującą na prezydenta kobietę o ciemnoblond włosach? Przecież, zgodnie z jego stereotypowym tokiem myślenia, rozumu toto nie powinno mieć za grosz. Dalej – Pan radny jest Polakiem, prawda? Na pewno źle się więc czuje słysząc choćby niemieckie dowcipy o Polakach. Na pewno wkurza go takie stereotypowe szufladkowanie nas, Polaków. Ale właściwie czemu? On przecież robi to samo. Rzuca kamieniami w bliźniego, choć sam też na pewno ma niejedno za uszami. I to dla marnych, finansowych pobudek w postaci diety radnego oraz zapewne mglistej obietnicy owej kandydatki co do świetlanej przyszłości Pana Radnego z Zaścianka w nowej erze przy korycie, kiedy to równiejsi przejmą rządy po równych… Oby do tego nigdy nie doszło.

Żenujące, naprawdę…