TRZY ZDZIWIENIA I JEDNA RADOŚĆ

czwartek, Styczeń 29, 2015 0 0

Rzadziej ostatnio piszę (ale to się za jakiś czas na pewno zmieni – cierpliwości), więc postanowiłam tym razem w sposób nieco syntetyczny spojrzeć na rzeczywistość wokół mnie.

Zacznę od zdziwienia, i to nie mojego, ale zdziwienia, a nawet zdumienia pewnego lokalnego działacza sportowego, który oniemiał na wieść o tym, że pracuję w biurze poselskim. Dosłownie. Zatkało człowieka i musiałam kilkakrotnie zakrzyknąć dziarskie „halo” do słuchawki, żeby przetkać światłowody. Otóż z tego, jak tenże człowiek tłumaczył swoje oniemienie, wynikało, jakoby praca ta (w porównaniu z moją dziennikarską przeszłością) stanowiła jakąś ujmę na honorze, degradację i niemalże upadek zawodowy! 😉 Jeszcze większe osłupienie wywołała informacja, że asystowanie posłance to niejedyne moje zajęcie. Człowiek ten nie mógł dojść do siebie, gdy potwierdziłam, to co myślał, że zawodowo działam także dla jednego z lokalnych urzędów gminy. Zwłaszcza nie docierało do niego słowo „także”.

Bo… rozumiecie ten niuans? W tym kraju (a może tylko w tym mieście, bo ostatnio – kiedy patrzę z dystansu – ciągle mam wrażenie, że Świdnica jest naprawdę jakaś inna) ktoś, kto nie siedzi na dupie na jednym etacie „od-do”, to jest albo jakiś kombinator, albo dziwak, albo – co gorsza – nieudacznik, który nie umie sobie znaleźć jednej posady. Ludziom nie mieści się w głowie, że można określony rodzaj działań zawodowych wykonywać pracując dla różnych pracodawców (a właściwie świadcząc usługi), bo doba nie ma ośmiu, lecz 24 godziny. Spotkałam się nawet z takim stwierdzeniem, że nie mogę sobie znaleźć miejsca, więc się tułam po różnych firmach i instytucjach 😉

Teraz o kolejnym zdziwieniu, tym razem moim. Zdziwieniu tym, jak łatwo jest (mając zapewne trudności z otwarciem własnego umysłu na to, że ludzie obok mają własne poglądy i co więcej – mają do tego prawo) selekcjonować zdarzenia, z góry wyrokując, co jest dobrem, a co złem. Niejeden już dziennikarz czy bloger lub fejsbukowy użytkownik wyraził swoje zdanie w sprawie blogowego wpisu Ireneusza Pałaca, byłego prezydenta, a dziś radnego powiatowego, na temat planowanego w Świdnicy koncertu zespołu Vader. Ja nie będę się zagłębiać, jak inni, w dywagacje, czy to ciemnogród, zaścianek itd. Wystarczą mi kwestie formalne. Bo weźmy taką sytuację. Jest sobie zespół, niech będzie że disco-polo. Albo nie – weźmy granego w radiach Donatana&Cleo. Ich prezentowany na Eurowizji hit „My, Słowianie” dosłownie ocieka erotyzmem i tylko miś o bardzo małym rozumku nie rozumie podtekstów, których podobno w teledysku nie ma 😉 Z innego ich tekstu „Brać” dowiadujemy się, że lubimy dużo pić i spać, że w Polsce jest źle, dlatego „drogi prezydent” powinien wiedzieć, dlaczego chlamy. Mamy tu więc absolutnie przebojową zachętę do picia (narodowy problem nr 1) i promocję nieróbstwa.

No i załóżmy, że ten Donatan z tą Cleo mają menadżera, który mówi: „Jeszcze nie byliśmy w Świdnicy, a gramy obok, w Dzierżoniowie, to zorganizuję Wam tam koncert”. „Dobra” – odpowiadają ochoczo D&C. Koncert to kasa, a kasa jest ważna nawet w życiu artysty. No to ten menadżer dzwoni do pani Oli w ŚOK-u i mówi: „Chcę wynająć salę na koncert wtedy i wtedy”. Pani Ola patrzy w kalendarz i mówi: „Tak, mamy wolny termin”. „To proszę zarezerwować. Jaka jest opłata za wynajem?” – odpowiada menadżer. Pani Ola mówi, że tyle i tyle i cieszy się, bo ŚOK będzie miał kolejny przychód ze swojej działalności, a nie tylko wydatek. I wpisuje koncert do kalendarza. I tak z 89127491635571287 różnymi menadżerami różnych zespołów, wykonawców, teatrów, aktorów itd. co roku.

Nie jestem fanką zespołu Vader. Właściwie – daleko mi do tego, aby nią kiedykolwiek zostać. Ale nie będę się bawić w kilkulatka, który myśli, że jak zasłania oczy, to nikt go nie widzi. Zło na świecie istniało, istnieje i istnieć będzie. Tak samo jak i dobro. Ale też nie trzeba czcić szatana, żeby wywoływać wojny, na których giną tysiące niewinnych ludzi – ciekawe, że wojny to raczej właśnie „w imię boga”. Nie zamierzam też udawać, że taki zespół jest i że ma swoich fanów. Ci fani mają takie samo prawo nimi być, jak ci, którzy słuchają Cleo i Donatana, albo fani disco-polo albo miłośnicy poezji śpiewanej czy pieśni oazowej. Po prostu w demokratycznym kraju je mają i już. I nie sądzę, żeby Vader występując w Świdnicy przyciągnął fanów Donatana, disco-polo czy oazowiczów. A więc gdziekolwiek wystąpi, jeśli nie wystąpi w Świdnicy, to różnica będzie jedynie taka, że zarobi na tym inny ośrodek kultury, a nie świdnicki. I tyle.

Zdziwienie pomieszane z zasmuceniem wywołał we mnie ostatnio także inny lokalny fakt medialny, mianowicie wywiad przeprowadzony przez jedną z moich koleżanek z jednym z moich kolegów (tu chyba powinnam powiedzieć – byłym kolegą, bo kiedy była potrzeba, żeby coś w gazecie o jego poczynaniach napisać, gdy zbawiał miasto od szpetnych reklam, to był bardzo dobrym moim znajomym na FB i poza nim, ale w czasie kampanii wyborczej spostrzegłam, że już wcale nim nie jest – zostałam wyrzucona z grona znajomych ;)) Ale do rzeczy – z wywiadu owego dowiedziałam się mnóstwa rzeczy, z których niewiele wynikało, oraz jednej, która właśnie mnie zasmuciła, mianowicie… że Aglomerację Wałbrzyską mamy „w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego”. Czemu zasmuciła? Nie dlatego że to nieprawda, a nawet absolutna brednia, ale dlatego że wygłosił ją ktoś, kogo uważałam za dobrze wykształconego, inteligentnego i kto jest przedstawiany jako osoba świetnie przygotowana do pełnienia swojego wysokiego stanowiska. To smutne.

I na koniec jednak radość. Z czegoś, dokąd co prawda nie chciałabym musieć trafić ani ja, ani nie życzę tego nikomu, ale jednak jest to miejsce, którego standard do tej pory urągał wszelkim normom i przekraczał najgorsze wyobrażenia o polskiej służbie zdrowia. Mowa o nowym obiekcie Pogotowia Ratunkowego w Świdnicy. Niestety, miałam tam nieszczęście bywać kilkakrotnie w swoim życiu. I powiem Wam, że to jedne z najbardziej przygnębiających chwil w moim życiu. Nie dość, że człowiek przyjeżdżał czy przychodził tam z poważnym problemem, jakim najczęściej jest ból czy męcząca choroba, to jeszcze był zmuszony czekać w obskurnej, ponurej, dołującej poczekalni, by potem zostać przyjętym w nie mniej obskurnym, ponurym i dołującym gabinecie lekarskim. Problemy, z jakimi tam trafiałam, na szczęście chyba tylko raz dotyczyły bezpośrednio mnie, częściej moich bliskich. A jednak przebywając tam miałam momentami wrażenie, że czuję ten sam ból, strach i dołek, jaki czują oni.

Mogę więc z radością powiedzieć: „nareszcie!” Nareszcie chorzy i cierpiący ludzie, którzy w większości raczej woleliby spędzać czas wieczorny czy weekendowy z rodziną przy filmie, książce czy na pogawędce albo z przyjaciółmi na imprezie, albo w jeszcze innym przyjemnym miejscu i towarzystwie, a jednak trafiają tam – przynajmniej zewnętrznie będą czuli komfort. Nareszcie pracownicy będą pracować w warunkach, które pozwolą im się skoncentrować na pacjentach. Nareszcie i ta instytucja wkroczyła w XXI wiek (a żyjemy w nim juz od lat 15). Warto było czekać. Szkoda, że tyle lat…

Foto „podkradłam” z portalu wiadomosci.swidnickie.pl (fot. Wiktor Bąkiewicz)