Polski jad w austriackiej kiełbasie

Nic tak nie rozgrzeje serca Polaka jak wspólny wróg. Tym razem padło na Kobietę z Brodą. News dnia we wszystkich serwisach skonsolidował Polaków jak już dawno żadna informacja. Gdyby ta drag queen, niejaka Conchita Wurst, tylko wygrała Eurowizję, byłaby to jedynie medialna ciekawostka. Ona jednak wygrała z NASZYMI! Ooo, tej potwarzy my, Polacy, nie możemy puścić płazem! A więc zrobiło się polskie pospolite ruszenie i w komentarzach pod newsami i na Facebooku zawrzało jak w 1683 pod (nomen omen, bo ta brodata laska z Austrii pochodzi) Wiedniem.

Zastępy husarii ruszyły na polsko-austriackie, hetereoseksualno-homoseksualne muzyczne pole bitwy z takim hukiem i hałasem, że ich przodkowie spod Wiednia brzmieli przy tym jak trzepot skrzydeł motyla. I pomyśleć, że jeszcze wczoraj była to tylko „bitwa na głosy” – głosy Europejczyków. Dziś czytam, że nawet Donatan siedzi i liczy te głosy, upewniając się, że ludzie to właściwie wybrali Cleo, ale jurorzy w tych muzycznych wyborach wyprodukowali własną kiełbasę.

Prawda jest jednak taka, że Eurowizja to gówno nie festiwal. Mielonka słabej artystycznie jakości sezonowych przebojów przyprawiona emocjami głosowania i wtłoczona we flak wspólnej Europy. Tanie mięso w średniej, jak na możliwości Europy, klasy oprawie. Może to wręcz znamienne, że wygrywa ją tym razem ktoś, kto przybrał nazwisko kiełbasa? Ktoś, kto zaśpiewał dokładnie taką sieczkę, jaką Eurowizja kupuje – mdłą, bez smaku i do szybkiej konsumpcji, bo błyskawicznie traci świeżość.

Od czasów szwedzkiej grupy ABBA, która wygrała Eurowizję, jak miałam roczek, czyli czterdzieści lat temu, z tej produkcji o krótkim terminie ważności żaden ze zwycięzców nie wybił się dalej niż poza Europę, a najczęściej – zaledwie swój własny kraj. A i to nie na długo.

O co więc ta polska husaria podnosi takie larum i wyciąga broń? Że nie wygrało polskie masło, tylko austriacka kiełbasa? Że nie wygrały polskie cycki, tylko austriacka parówa (takie określenia też gdzieś czytałam)? Że Cleo zaśpiewała lepiej niż Conchita? A kogo to, u diabła, obchodzi? Od dziesięcioleci Eurowizja, festiwal, o którym mam naprawdę niskie mniemanie, to muzyczny margines nie tylko świata, ale i samej Europy, a nawet biorących w niej udział krajów. Taka prawda i tego żadne polskie pospolite ruszenie nie zmieni.

A co do samej Chonchity Wurst vel Thomasa Neuwirtha… Będąc młodą dziewczyną, w Świdnicy często wpadałam na kobietę z wąsem. Nie był to zbyt smaczny widok, przyznaję, zwłaszcza że znałam już tajniki pozbywania się niechcianego owłosienia, ale… była, jaka była. Może bała się depilacji? A może po prostu „taka była” – jak śpiewa tegoroczna zwyciężczyni/zwycięzca Eurowizji? Nie wnikam, bo co to zmienia w moim życiu?

A polskiej husarii polecam ściągnąć pancerze, bo chyba Wam trochę za ciasno i krew nie dopływa tam gdzie powinna, wyluzować się i obejrzeć „Priscillę, królową pustyni” – przezabawny film o inności, świetnie zagrany przez znanych australijskich aktorów Hugo Weavinga, Guy’a Pierce’a i Brytyjczyka Terence’a Stampa (dawniej główne role u Felliniego i Passoliniego), którzy wcielają się w role drag queens. I wypuśćcie z siebie ten kiełbasiany jad. Gwarantuję, że samopoczucie natychmiast się poprawi 😉

[embedyt]http://www.youtube.com/watch?v=dbakps0k19w[/embedyt]