NASZ KLIENT… NASZ PAN ;)

niedziela, Październik 4, 2015 0 0

„Karta na punkciki?” – zapytała mnie obojętnym tonem kasjerka w Tesco. „Nie mam” – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo za zbieranie tych „punkcików” to ja ludzi szczerze podziwiam (ile trzeba nakupować, żeby potem jakiś kupon wymienić na rabat w wysokości 1 zł?), ale samozaparcia bym do tego nie miała 😉 Spakowałam zakupy i komunikuję: „Zapłacę kartą”. Pani z miną „bez kija nie podchodź” wyciąga do mnie rękę i mówi: „Proszę kartę”. Ja na to, że zbliżeniowo, a pani już nie mówi, tylko warczy „Nie można”. Zwykle bym kontynuowała dyskusję, pytając, dlaczego, skoro zawsze było można, ale mina tej kasjerki plus jej warczenie (nie wiem, może się utożsamiała z obchodzonym dzisiaj Światowym Dniem Zwierząt?) skutecznie mnie przyblokowały.

I nie po raz pierwszy zastanawiam się – kiedy wreszcie Polacy przestaną pracować za karę? I kiedy zaczną rozumieć, że to oni budują wizerunek swojej firmy. OK – kasjerce w Tesco może się nie chcieć, ale… A o tym za chwilę…

Bo żeby nie było – jest już coraz lepiej. Coraz więcej widzimy zza lady czy kasy uśmiechów. Coraz częściej wymieniamy między sobą uprzejmości. Coraz fajniej zasada „klient nasz pan” jest wdrażana w życie, i to z przekonaniem, a nie z przymusu. Ale wciąż jeszcze zdarzają się ludzie, którzy to właśnie w pracy wywalają wszystkie swoje problemy, co niestety umyka w takiej masówie, jaką są supermarkety, jednak zniechęca tak samo, jak i do mniejszych punktów, w których chcesz coś kupić, a masz do czynienia z murem niechęci.

Do niedawna jeszcze byłam przekonana, że w tych małych obiektach, gdzie nie ma anonimowości, nie ma już miejsca na takie rzeczy, ale… Jest taki fastfood w Świdnicy… nie powiem, jedzenie niezłe, świeże, ciekawe, w dobrych cenach… Aż chciałoby się coś tam zakupić częściej. Tyle że jak od progu czujesz, że jesteś tam niechciany, a nasila się to jeszcze w trakcie oczekiwania na zamówienie, to następnym razem już Ci się tam nie chce wracać. Nie qmam, jak można nie rozumieć tak prostych zasad, jak ta, że klienta się wita. Że nie musisz się nawet, znudzona i obrażona na cały świat lasko za ladą, uśmiechać, ale MUSISZ powiedzieć dzień dobry i przyjmować zamówienie tak, żeby klient czuł, że jesteś zainteresowana tym, co on chce zamówić i gotowa, by odpowiedzieć na jakieś nieoczekiwane jego pytanie co do menu. Że nie możesz w tym czasie pitolić sobie o farmazonach z koleżankami, chyba że to klient tę ogólną rozmowę wywołał, bo Ty jesteś w pracy, a Twoje zadanie to obsługa klienta. Że – wreszcie – to Ty odpowiadasz za wizerunek miejsca, w którym pracujesz.

Nie od dziś wiadomo, że atmosfera panująca przy jedzeniu ma ogromny wpływ na jakość posiłku i jego przyswajanie. Nie inaczej jest też i w tych miejscach, w których się je albo bierze jedzenie na wynos.

Kiedy więc wchodzę do knajpy i od progu wita mnie obojętność, a w trakcie rozmowy z obsługą mam wręcz wrażenie, że laska nie ma ochoty odpowiadać na moje pytania, a najbardziej to chciałaby, żebym zarówno ja, jak i pozostali klienci wyszli, bo wtedy będą mogły znów zająć się ploteczkami, to szlag mnie trafia.

Przypominają mi się w tym momencie peerelowskie książki skarg i zażaleń. Pamiętacie je? Niby to relikt przeszłości, ale dzisiaj wciąż bywa, że aż się prosi, żeby je przywrócić. Żebym mogła oczekując na to zamówienie w atmosferze, w której czuję się nie klientem, a intruzem, otworzyć ją i wpisać: „Jedzenie jest niezłe, ale co z tego, jak obsługa chujowa?” Albo przeciwnie: „Pyszne jedzenie, świetna obsługa, oby więcej takich miejsc!”

Na szczęście, dzisiaj mamy Facebook. I powiem Wam, że tu znajduję (jedyne chyba) uzasadnienie dla ikony „dislike”, którą Zuckerberg chce wprowadzić. Bo mam co najmniej kilka takich miejsc, którym aż się prosi, żeby przylepić taką naklejkę. Słaba obsługa? No to już – czekając na zamówienie wchodzę na fejsa i daję im dislike’a. Zanim… mnie nie wciągną na czarną listę i nie zaczną mi pluć do sałatki 😉 Bo niestety FB tym się różni od starej, poczciwej i znienawidzonej przez sektor handlu, usług oraz gastronomii, książki skarg i zażaleń, że nie mogę tego dislajka dać im anonimowo. Bo jedzenie, cholera, dobre, a czasem naprawdę nie ma kiedy gotować 🙁

Fakt, wpadki zdarzają się nawet najlepszym. Ostatnio w świetnej restauracji podano znajomym do obiadu spleśniały chleb. Ale ogólna atmosfera potrafi nawet taką skuchę przysłonić i szybko naprawić.

Mam więc taki pomysł! Wpisujcie w komentarzach miejsca, które w Waszych miastach zasługują na lajka, a które na dislajka. Zróbmy sobie mapę miejsc, które trzeba omijać szerokim łukiem. Może ich trochę podszkolimy, że chociaż nie ma już książki skarg i zażaleń, to klient wciąż jest nasz pan 😉

CZY JA MIESZKAM W TYM SAMYM RYNKU?

środa, Kwiecień 8, 2015 0 1

Czasem wystarczy, jeśli pozwoli się po prostu komuś działać – takie słowa usłyszałam wczoraj w rozmowie z kolegą. A odnosiły się do sytuacji w naszym mieście. Jaka sytuacja? – zapytacie pewnie. Jest przecież sielsko, wręcz idealnie, jak w Utopii Thomasa More’a. Ludzie sami wychodzą z inicjatywami, a władza patrzy łaskawym okiem i wszystkie wspiera oraz popiera. Jest pięknie! Przyszła wiosna. Miasto posprzątane. A Bystrzycą, której brzegi zostaną w czynie społecznym posprzątane, popłyną wkrótce mleko i miód. Coś tu jednak nie całkiem chyba gra.

Od jakiegoś czasu regularnie przeglądam lokalne media. I mam wrażenie, że nasza nowa władza robi same dobre rzeczy, ma zawsze rację i nie ma żadnych wad. Może faktycznie tak jest i może także mediom udzieliła się sielska atmosfera. Najgorsze i najgłupsze decyzje już podjęte, choć nie wiemy, jakie tam jeszcze asy się w rękawie kryją, pierwsza burza minęła, więc można złapać drugi oddech i markować działanie, bo że się nic ciekawego (poza inicjatywami mieszkańców) nie dzieje, to chyba widać gołym okiem? Nie widać?

Zaraz Wam to udowodnię.

Oto oglądam w lokalnej telewizji materiał o tym, że nowa władza odkryła Amerykę w postaci Rynku, w którym „nic się nie dzieje”.

Przyznam, że słuchając wynurzeń tejże władzy przed kamerą przecierałam oczy ze zdumienia i poszłam do łazienki po waciki do uszu, bo nie byłam pewna, czy dobrze słyszę. Bo jeśli jest tak, jak mówi władza, to ja chyba mieszkam w innym Rynku innej Świdnicy.

Owszem, z martwym Rynkiem był problem kilka lat temu, dlatego wspólnie z kolegami z redakcji „Wiadomości Świdnickich” zorganizowaliśmy akcję „Przywróćmy Rynek z tradycjami”. To my męczyliśmy co tydzień artykułami, zdjęciami, felietonami, wywiadami i pytaniami poprzednią władzę, żeby wreszcie podjęła jakieś kroki. I podjęła.

Świdnicki Rynek od pierwszych do ostatnich ciepłych promieni słońca tętni życiem i tak dzieje się od kilku już lat, odkąd poprzednia władza zastosowała m.in. ulgi dla osób prowadzących lokale gastronomiczne. Niektóre lokale organizują latem obok swoich ogródków pokazy czy minirecitale, zatrudniają artystów, by bawili ich gości, a przy okazji – ożywiają Rynek. Nie wspomnę o Galerii44, która była królową świdnickich lokali, jeśli chodzi o wystrój, jakość obsługi, wyjście do klienta i… wyjście na Rynek, która – jak słyszę – ma na powrót być Galerią Fotografii, odwiedzaną przez 0,75 osoby dziennie.

To się nazywa ożywianie Rynku!

A jakie jeszcze pomysły na ożywienie ma nowa władza? Nie padnijcie z wrażenia. Udostępnienie Rynku dla osób niepełnosprawnych (co się chwali, ale Rynek dla niepełnosprawnych nie jest niedostępny, o czym świadczy drąca się często latem pod moimi oknami „Agnieeeeszkaaaa! Agnieeeeeszkaaaa!” pewna niepełnosprawna osoba, chcąca, by moja sąsiadka do niej zeszła, bo domofon zepsuty), udostępnienie Rynku dla taksówek oraz… stworzenie kilku miejsc do parkowania dla taksówek 😀 Po co? Bo Rynek ma być „dostępny”. Rozumiecie? Bo dzisiaj nie jest 😉 Osoba, którą stać na taksówkę, nie da rady dotrzeć do Rynku piechotą 5 metrów, bo tyle ma od najbliższego miejsca postoju taksówek na ul. Grodzkiej. Trzeba ją wwieźć do Rynku. Osoba, która jest w Rynku i narobiła 25 kilogramów zakupów, nie dojdzie przecież z nimi te parę metrów na Grodzką. Biedni zakupoholicy 😉

Cóż… Z pewnością tegoroczny świdnicki dawny plac targowy nie będzie taki sam jak kiedyś. Nie zobaczymy w letnich ogródkach znanych aktorów czy reżyserów popijających kawę czy piwo w trakcie Festiwalu Reżyserii Filmowej, nie zaroi się na nim od gości Kongresu Regionów, nie był na ten rok planowany także Zjazd Świdniczan, który miał mieć dwuletnią przerwę, ale diabli wiedzą, co nowa władza zrobi z nim za rok. Nie będzie najlepszego ogródka letniego w Galerii44. Tak naprawdę sporo zmian nas czeka, których przeciętny świdniczanin jeszcze nie czuje.

Nie martwcie się jednak, bo jak się dowiedziałam z rzeczonej wypowiedzi, pomysłów na ożywienie Rynku jest jeszcze bardzo wiele. Rozumiem, że te powyższe są sztandarowe, skoro zostały już zaprezentowane. Nieświadomy czytelnik może się zastanawiać, czemu akurat takie. No cóż, jak widać „ożywienie” ma się wiązać z lizaniem dupy środowiskom kupieckim, bo ich celem najwyraźniej jest przywiezienie i odwiezienie potencjalnego klienta. A na temat siły nabywczej tegoż klienta już tutaj pisałam, więc nie będę się powtarzać.

Ten konsumpcjonizm jednak chyba nie dziwi u kogoś, kto przez ostatnie lata bujał się jako kaowiec po galeriach handlowych. Nie może więc też dziwić kompletny brak pojęcia o tym, jak od wiosny do późnej jesieni wygląda świdnicki Rynek. A że teraz jest ciut niemrawy, cóż… zimą wszystko zamiera, a wiosna jeszcze nie przyszła. Ale już stoi za Rynkowym progiem.

PS Jak na ironię – właśnie dzisiaj w Rynku zamontowano pierwszy ogródek letni 😀

PARKING W RYNKU? JESTEM NA TAK! ;)

niedziela, Marzec 29, 2015 0 3

Niedziela Palmowa. Niedziela handlowa. I Rynek ciut mniej dziś niedzielny. Ludzie, którzy nie znajdują w tygodniu czasu na różne zakupy, a otwarte cały tydzień markety i galeria im nie wystarczają, wpadli zajrzeć do sklepów. Ale szału nie ma. Tłumów nie widzę. Mimo że strefa parkowania dziś nieczynna i można parkować bez płacenia. I mimo że ludzie mają czas wolny. Zastanawiam się więc, gdzie jest to kupieckie eldorado, zakłócane ponoć przez płatne parkowanie? Tymczasem z magistratu płyną kolejne wieści o ułatwieniach dla środowisk kupieckich z centrum miasta. Władza zastanawia się, czy w okresie jesienno-zimowym nie otworzyć Rynku dla kierowców… I ja mówię: TAK!

Wreszcie, zgodnie z sugestią pani doktor, mojej sąsiadki z góry, zamurujemy tylne drzwi. Bo latem można się przejść dookoła, a zimą – będziemy mieć parking od frontu 😉 Nareszcie nie będę krążyć dookoła Rynku, żeby znaleźć miejsce do parkowania, tylko sobie elegancko zaparkuję pod balkonem i nie będę daleko zakupów dźwigać. Nareszcie moja córka przestanie mieć kompleksy, że jej pokój ma widok na parking. Bo i z salonu będzie taki widok, i z mojej sypialni. Cudownie!

Będzie jak w Rynku w Dzierżoniowie, który niedawno po dłuższym pobycie opuściłam. I dzierżoniowianie już nie będą musieli przyjeżdżać do nas szukać rynkowej atmosfery, bo będą mieli taką samą u siebie. Świątek, piątek czy niedziela, bez względu na to, czy jest wiosna, czy jesień, lato czy zima, widzę rodziców z małymi dziećmi spacerujących sobie świdnickim Rynkiem, zaglądających na wystawy, przysiadających na ławeczkach, dzieci karmią albo ganiają gołębie, mamy dzielą się doświadczeniami, babcie plotkują albo narzekają na pogodę. Nawet jeśli ogródki są nieczynne. I tak w kółko. Nuda! Może więc tylko cieszyć, że nowa władza chce nam te spacery urozmaicić. Dzieci, zamiast ganiać gołębie, będą uciekać przed samochodami, mamy lawirować z wózkami między zaparkowanymi autami, a dziadkowie i babcie siedzący na ławeczkach – doszkalać się w nowych markach samochodów. Bo co tak tylko ciągle będą się na kamienice i wieżę gapić? Jest XXI wiek! Czas nim wjechać do Rynku.

A że przy tym straci on cały klimat? Że ten klimat to nie tylko ogródki wiosną i latem, ale sam Rynek – o każdej porze roku? Że wymagało kilku lat, aby świdniczanie przyzwyczaili się, że główny plac miasta jest jednocześnie miejskim deptakiem, takim jak we Wrocławiu, Krakowie czy jak Piotrkowska w Łodzi, na którą też nie wolno wjeżdżać? No to co? Dla średnio paru złotych dziennie więcej zostawionych w tym czy owym sklepie – warto. W końcu środowiska kupieckie są ważne. Tyle że każdego dnia Rynkiem przechodzą setki świdniczan i przyjezdnych. Mimo że muszą zostawić samochód poza nim albo dojechać autobusem. Czy będzie ich więcej, jeśli będą mogli zaparkować w Rynku? Raczej mniej, bo i mniej przyjemnie będzie tam bywać.

I znów mamy kolejną rzecz, która wymagała kilku lat pracy, a którą ma się zakusy skreślić jednym pociągnięciem kopiowego ołówka (że zapożyczę od mojego kolegi Tetryka gadżet świetnie charakteryzujący osobowość jednego z coraz liczniejszych doradców nowej władzy). I znów, jeśli ten zamysł zostanie wprowadzony w życie, mamy kolejną rzecz, dzięki której Świdnica ze z trudem wypracowanej rangi miasta europejskiego będzie znów prowincjonalnym małym miasteczkiem, jakich wiele na Dolnym Śląsku. I znów – wzorem kabareciarza (bo mówiłam, że będzie śmiesznie) Grzegorza Halamy – chciałoby się zaśpiewać: „Ja wiedziałam, że tak będzie. Ja wiedziałam”. Zresztą te działania są równie absurdalne, jak tekst tej piosenki 😉

Mam jeszcze jedną propozycję dla nowej władzy – zburzcie wieżę. Tam też kiedyś ludzie parkowali. Wtedy już naprawdę będzie jak dawniej 😉

Foto „podkradłam” z portalu www.mojemiasto.swidnica.pl. Autor nieznany