Coś bym zepsuła…

sobota, Lipiec 18, 2020 0 0

Jednym z moich ulubionych babskich filmów są “Smażone zielone pomidory”. To historia kilku pokoleń kobiet rozgrywająca się w dwóch planach czasowych – w latach 30. XX wieku i współcześnie, tzn. w latach 90. XX wieku. Rzecz dzieje się w południowo-wschodnim stanie Alabama, co ma niebagatelne znaczenie dla całej fabuły.

Kobiety, których historiom się przyglądamy, nie mają lekko ani przed wojną, ani współcześnie. I w latach 30., i w momencie, gdy zaczyna się fabuła, wszechobecny jest patriarchat, mężczyźni trudniący się wyłącznie zarabianiem na rodzinę, kobiety spychane do roli kucharek, sprzątaczek i kelnerek. Do tego Afroamerykanie, którzy przed wojną mogli być wyłącznie służącymi. Typowe amerykańskie południe…

Kobiety z południa

Retrospekcje to opowieść bohaterki granej przez wspaniałą Jessikę Tandy, współczesność z godnością reprezentuje niezrównana Kathy Bates. Panie spotykają się w domu spokojnej starości, gdzie Tandy trafiła na stare lata. Uśmiechnięta, pogodzona z życiem, mająca do opowiedzenia niesamowitą historię “Whistle Stop Caffe” i dwóch kobiet zmagających się z trudną, patriarchalną rzeczywistością południa lat 30. Bates zajmuje się byciem żoną zapracowanego Eda, archetypicznego męża pracującego na utrzymanie rodziny, któremu gdy wraca z pracy, trzeba podać obiad i najlepiej od razu zniknąć, bo telewizor jest znacznie ciekawszy. Gdy kobiety się poznają, Kathy Bates jest sfrustrowana, czuje się niekochana, brzydka, ma wahania nastroju, oblewają ją fale gorąca… Po prostu przekwita. A tymczasem całe życie upłynęło jej na robieniu zakupów, sprzątaniu, praniu, gotowaniu i podawaniu mężowi posiłków. I właśnie sobie z tego zdaje sprawę.

Dziś jestem Kathy Bates

Nie mam, co prawda, męża i nie podaję nikomu obiadu pod nos (chyba że kotom). Ale od kilku tygodni uderzeń gorąca jest zdecydowanie więcej niż kiedyś, nastroje mam naprawdę przeróżne i czasem samej mi ze sobą trudno wytrzymać. Na szczęście praca kocha mnie z wzajemnością, nie dając za dużo myśleć o sobie. A pomiędzy pracę jeszcze wciskam rower, zakupy, gotowanie, sprzątanie, kosmetyczkę, książkę do poduszki, film czy serial na dobranoc. Nudy zdecydowanie nie ma. Jest za to wieczny dzień świstaka. Wieczna pogoń za nie wiadomo czym. Nawet na rowerze nie jadę, tylko gonię. A raczej uciekam. Od myśli, których jest ciągle za dużo. Od rzeczywistości, która nie zawsze jest piękna i różowa. Od niedoskonałości mojego starzejącego się ciała. Od każdego “muszę”, od ciągłego “trzeba”, od nieustannie towarzyszącego mi poczucia, że nie mogę stanąć w miejscu. Więc jak Forrest Gump – zawsze jak gdzieś idę, to biegnę.

Wewnętrzne po-rachunki

Dziś rano usiadłam na sofie, na kolana wlazła mi kotka, która koniecznie chciała być w tym momencie głaskana. I się zatrzymałam. Policzyłam, ile w moich myślach jest w tej chwili “muszę to”, “trzeba tamto”, “nie mogę tak siedzieć”, “tyle jest do zrobienia”. Policzyłam, ile w ciągu dnia muszę podejmować decyzji. W co się ubrać? Co zjeść na śniadanie/obiad/kolację? Gdzie zrobić zakupy? Którędy jechać/iść? O której to? O której tamto? Jak coś zrobić? Czy kupić świeże pieczywo, czy jeszcze dojemy to, co jest? Kiedy iść na urlop? Gdzie pojechać? Policzyłam, ile rzeczy sobie obiecuję, że zrobię, a ciągle na nie brakuje czasu. Porządki w szafach. Przemianę zagraconej spiżarni w rowerownię. Doczytanie wszystkich zaczętych książek. Napisanie takiej własnej, którą ktoś będzie chciał wydrukować. Częstsze pisanie na blogu. Dokończenie lub zrobienie tych wszystkich projektów, które obiecałam przyjaciołom i znajomym. Policzyłam wszystkie wyrzuty sumienia ze wszystkich powodów – tych powyżej i wielu innych – które mnie co dnia dopadają, że “czegoś nie zrobiłam”.

Jak robić nic?

Policzyłam to wszystko i pomyślałam, że spróbuję chociaż przez chwilę nic nie musieć i nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Przynajmniej dopóki nie będę musiała wyjść z domu na spotkanie. Pomyślałam, że skoro tak siedzę i nic nie robię (Widzicie? To niezależne ode mnie!), to może napiszę coś na blogu. Jeden wyrzut sumienia z głowy. A nawet więcej, bo to doskonałe wytłumaczenie, że pranie wciąż nieposkładane, że jeszcze nie zaczęłam sprzątać, że pościel wciąż niezmieniona, że zakupy dopiero przede mną, że nadal nie wiem, co na obiad, że w sumie to mogłabym teraz stać przy szafie i wywalać rzeczy, których od dawna nie noszę, albo być w spiżarni i skręcać regał, który do niej kupiłam. Zamiast tego siedzę, z laptopem na kolanach i kotem, dla którego moje nogi to najlepsze legowisko, słucham soundtrack z “Hamiltona”, dopijam kawę i myślę, że gdybym naprawdę tak się w życiu zatrzymała, nie byłabym sobą.

Towanda!

Chociaż więc denerwuje mnie to, że ciągle trzeba podejmować jakieś decyzje, że wciąż tyle rzeczy jest niezrobionych, niedokończonych, że wiecznie na coś brakuje mi czasu, że generalnie ostatnio to w ogóle mnie wszystko denerwuje bardziej niż kiedyś, że te hormony to pieprzone dranie, nad którymi trudno zapanować, nie zamierzam tak siedzieć w nieskończoność. Jedna z moich przyjaciółek, Sylwia, lubi powtarzać w chwilach idealnych: “coś bym zepsuła”. Pasuje mi to do mnie. Ja bym cały czas “coś zepsuła”. Bo nie może być ciągle tak samo. Ciągle tak samo znaczy nijako. Ja zawsze coś muszę robić, zmieniać, rozwalać, naprawiać. Dokądś zmierzać, jechać, gnać. I żadna menopauza mi w tym nie przeszkodzi. Towanda!