Zapraszam wypierdalać!

wtorek, Październik 27, 2020 0 0

Jestem kobietą i przeklinam. Absolutnie się tego nie wstydzę i nigdy nie zamierzam za to przepraszać, zwłaszcza że przekleństwa są wyrazem moich emocji. Od zawsze uważam, że są w języku tym, czym w gotowaniu jest odpowiednia przyprawa. Hasło, które ma dziś na ustach co najmniej połowa tego kraju, jest również moim hasłem. Jest ono pod każdym względem doskonałe – proste, bogate w treść i dosadne na tyle, żeby celnie trafiało tam, dokąd jest skierowane. Jest też dokładnie wyrazem mojego bezkresnego gniewu wobec tego, co rządy pseudokatolickich fundamentalistów zrobiły z tym krajem.

Kto naprawdę krzywdzi katolików

Że dzisiejszy rząd sprawują ugrupowania o charakterze fundamentalistycznym, nie mam najmniejszych wątpliwości. Dlatego im szybciej będą stąd wypierdalać, tym lepiej dla tego biednego państwa i każdego jego obywatela. W szczególności zwłaszcza dla katolików, którym naprawdę bardzo współczuję, bo polscy prawicowi politycy do spółki z hierarchami polskiego kościoła katolickiego swoimi działaniami robią straszną krzywdę ich religii i religijności. Mam wśród nich przyjaciół i znajomych, którzy tak samo sprzeciwiają się tym złym rządom, jak ja.

Moje wychowanie

Sama jestem wychowana w rodzinie katolickiej w typie warmińskim, a więc bardzo religijnej. W rodzinie, w której co wieczór odmawiało się pacierz klęcząc przed obrazem św. Stanisława Kostki, co niedziela szło się na mszę, a w Wielkanoc po powrocie do domu z rezurekcji od progu radośnie wykrzykiwało się „Chrystus Zmartwychwstał!” W tej samej rodzinie mój tato serdecznie i konsekwentnie nienawidził całego kleru. Nienawidził głęboko i uczuciem absolutnie czystym. Takim, jakie mogło wyrosnąć tylko u niepełnosprawnego wiejskiego dziecka, którego rodzicom miejscowy proboszcz odmówił pożyczki (pożyczki, nie datku) na jego operację. Zarówno mama, zagorzale wierząca, jak i tato, aktywnie wątpiący, potrafili odnaleźć się we wspólnym domu, mimo różnic. Takich domów, par i rodzin znam wiele.

Matka. Polka. Katoliczka

Jako nastolatka fascynowałam się innymi religiami. Jak pewnie wiele młodych osób, próbowałam zrozumieć świat poprzez różne formy wiary. Mój tato już wówczas nie żył, a mama zmagała się z samotnym wychowywaniem trójki dzieci w trudnych czasach przełomu. Ale nigdy, przenigdy nie usłyszałam od niej żadnego słowa religijnego przymusu, żadnego nakazu chodzenia do kościoła. To zawsze był mój wybór. I gdy później mój młodszy brat całkowicie odwrócił się od kościoła, a po latach moja córka powiedziała babci, że jest niewierząca, mama miała tylko jedno stwierdzenie „nikogo nie można siłą zmusić do wiary”. Matka. Polka. Katoliczka. Ta prawdziwa.

Nikogo nie można siłą zmusić do wiary

ani do podzielania przekonań innych. Bo przekonania mają to do siebie, że są nasze, własne, osobiste. I nic innym do tego. Polscy katoliccy fundamentaliści (nie mylić z prawdziwie wierzącymi katolikami, do których moja mama wciąż się zalicza) najwyraźniej nie są w stanie tego objąć swoimi ciasnymi umysłami. Najwyraźniej ich wiara jest tak beznadziejnie słaba, że nie wierzą, że może obronić się sama. Dlatego z całych sił próbują zmusić wszystkich „innych”, wszystkich, inaczej myślących, wszystkich inaczej wierzących albo niewierzących wcale, żeby uznali wyższość ich ciasnego światopoglądu.

Mój jest ten kawałek podłogi

Właśnie dlatego poszłam dzisiaj na wieczorny spacer w moim mieście. Na wspólny, publiczny, pokojowy wieczorny spacer. Dla zdrowotności, bo w końcu ruch to zdrowie. I dla wolności. Bo (jeszcze) mogę. Wokół mnie i niewielu moich rówieśników były tłumy młodych ludzi. Skandowali te wszystkie brzydkie słowa, żeby wypierdalać i żeby PIS się jebał. I jeszcze inne. Mniej lub bardziej brzydkie. I śpiewali. „Mój jest ten kawałek podłogi”. Piosenkę, której moje pokolenie w młodości, w ich wieku, słuchało na Liście Przebojów Trójki. TEJ Trójki, tak spektakularnie zniszczonej przez TĘ władzę. Zniszczonej jak wszystko, czego się tknie. Spacerując tak, rozmawiając z koleżanką i słuchając tej piosenki pomyślałam ze smutkiem, że potrzeba było zaledwie jednego pokolenia i jednego chorego z nienawiści człowieka oraz jego nieudolnej bandy, żeby zniszczyć to wszystko, co tyle pokoleń z takim trudem odzyskiwało.

Zanim wyszłam, dowiedziałam się z telewizji, że gdy pójdę na ten wieczorny spacer, zostanę lewicową ekstremistką. Tak prawicowi fundamentaliści nazywają wszystkich protestujących.

Zanim wyszłam, dowiedziałam się z przerażającego w swoim wydźwięku przemówienia tego chorego z nienawiści człowieka z małymi szczurzymi oczkami, że gdy pójdę na taki spacer, to będzie oznaczało, że chcę zniszczyć katolicki kościół i zaszkodzić państwu.

Kiedy poszłam na ten spacer, ludzie z okien pozdrawiali wszystkich spacerujących, policja i straż miejska przyjaźnie im towarzyszyły, a kierowcy mijanych samochodów przyłączali się do chóru klaksonami.

Kiedy poszłam na ten spacer, wokół siebie widziałam uśmiechniętych, pełnych wiary, że mogą coś zmienić, młodych ludzi, których szczytem agresji było parę dosadnych okrzyków, w tym to piękne rewolucyjne hasło – WY-PIER-DALAĆ! Za to pod katedrą ze zgrozą zobaczyłam tłumek nabuzowanych narodowców, którzy tylko czekali na przysłowiowe „słowo do bójki”. Młodzież jednak przepięknie ich zignorowała, po prostu idąc dalej i sławiąc głośno Ruch Ośmiu Gwiazd. To był obrazek idealnie pokazujący, czym różni się prawicowy fundamentalizm i „lewicowy ekstremizm”.

Jeśli więc mam wybór, a wciąż jeszcze go mam, to w sumie wszystko mi jedno. Mogę być również lewicową ekstremistką. A wszelkiej maści fundamentalistów ZAPRASZAM WYPIERDALAĆ. Nie musicie z kraju, bo jest tu miejsce dla każdego. Po prostu wypierdalajcie z życia publicznego, w którym nie umiecie ze swoimi ciasnymi umysłami współistnieć ze wszystkim, czego nie rozumiecie i co jest inne od tego, co znacie.

POST SCRIPTUM

Zanim mój młodszy brat przyszedł na świat, moja mama stoczyła wielką wewnętrzną walkę. Opowiadała mi o tym wiele lat później. Rodzice nie planowali trzeciego dziecka, a antykoncepcja w dzisiejszym rozumieniu była wielką abstrakcją. Kiedy więc mama zaszła w ciążę, rozważała jej usunięcie. Nie z powodu wady płodu. Nikt zresztą wtedy nie słyszał o badaniach prenatalnych. Nie dla fanaberii. Rozważała to, dlatego że bała się, że nie będzie w stanie wykarmić, ubrać i wychować trójki dzieci. Aborcja na tzw. żądanie była wówczas legalna, a rodzicom nie wiodło się najlepiej. Z trudem wiązali koniec z końcem mając dwie małe córki. Decyzja o utrzymaniu lub przerwaniu ciąży była decyzją o tym, jak będzie wyglądało życie całej naszej rodziny. Mój brat, na szczęście, ostatecznie zawitał na świecie. Na szczęście, bo to bardzo fajny brat jest. Ale gdyby nie zawitał, to moja mama, Polka, Matka, Katoliczka, mierzyłaby się z tym sama, we własnym sumieniu. A osądzić ją mógłby jedynie ten, w którego wierzy.

Długość dźwięku samotności

sobota, Październik 10, 2020 0 1

Jaka jest? Jak długo trwa? Do kiedy czujesz się w niej komfortowo, a od kiedy nie? I jak to jest po prostu być samemu ze sobą? Tak całkiem, w oderwaniu od wszystkiego. Opowiem Wam dziś o jednym z najdziwniejszych doświadczeń w moim życiu. Samotnych wakacjach w Beskidzie Niskim.

Tak się jakoś złożyło w tym dziwnym, pandemicznym roku, że długo odkładałam swój urlop, mimo że już kilka lat temu zrozumiałam, jak bardzo jest on potrzebny dla zdrowia psychicznego. Trochę to było zależne ode mnie, ale w dużym stopniu niezależne. Tak po prostu wyszło. Tak też wyszło, że przez to odkładanie nie miałam na ten urlop żadnego towarzystwa. Musiałam zdecydować, czy po prostu dać sobie wolne i zaszyć się w domu, czy zdecydować się na samotną wyprawę, co do której zawsze twierdziłam, że jest to coś, co mogłabym zrobić. Tak więc postanowiłam się przekonać.

Jako swój cel wybrałam Beskid Niski – część Polski wciąż jeszcze pełną tajemnic i nieodkrytych miejsc. A przede wszystkim uczęszczaną nawet mniej licznie niż Bieszczady, które już niestety mają turystyczną skazę. Piękne góry, cudowne krajobrazy, klimatyczne miejsca. I podobno, choć już dzisiaj, po powrocie, mogę to potwierdzić – najdziksze góry w Polsce. Nieprawdopodobne, szczerze mówiąc.

Bywały dni, kiedy w czasie moich wędrówek przez kilkanaście kilometrów nie spotkałam żywego ducha, za wyjątkiem ludzi, którzy prawdopodobnie byli w wiejskich domach, mijanych przeze mnie samochodem lub pieszo. Albo owiec, koni, czy krów na pastwiskach. Momentami otaczałaby mnie cisza, jakiej wieki całe nie słyszałam. Otaczałaby, gdyby nie mój permanentny szum w uchu 😉

Wyznaczyłam sobie cele i je zrealizowałam. Chciałam mieć pokój z widokiem i to się udało, choć całkiem niechcący. Chciałam zdobyć na pewno Lackową, piętnasty szczyt w Koronie Gór Polskich, chciałam przejść się łąkami z widokiem na góry, zobaczyć panoramy ze szczytów. Chciałam się zmęczyć. Chciałam też mieć czas, żeby poczytać, obejrzeć filmy czy seriale w nadmiarze bez wyrzutów sumienia i zająć się projektami wnętrz, których cały czas wciąż kilka na mnie czeka (i dziękuję właścicielom tych wnętrz za cierpliwość). I to wszystko mi się udało. A ja wciąż nie jestem usatysfakcjonowana. Co jest ze mną nie tak?

Rzecz w tym, co zrozumiałam będąc tam całkiem sam na sam ze sobą. Były podczas mojego wyjazdu dni, kiedy jedyne słowa, jakie wypowiadałam, to było zamówienie obiadu w restauracji. A każdego dnia wracałam do pensjonatu, do pokoju z przepięknym widokiem, w którym jednak nie czekały na mnie nawet koty, jak w domu. To ostatnie dotarło do mnie dopiero po powrocie i po tym, jak zobaczyłam, jakim przywiązaniem mnie darzą te zwierzaki. W tej chwili oba leżą tuż przy mnie, bo nie mogą się ode mnie oderwać, odkąd wróciłam do domu.

Uświadomienie sobie tego, jak bardzo można być samotnym, było najtrudniejszym doświadczeniem tego wyjazdu. Przez cały ten czas było zaledwie kilka osób, które się regularnie odzywały, pytały, jak się mam i generalnie były zainteresowane MNĄ, a nie obrazkami, które wrzucałam w social mediach. To też dało mi do myślenia. Bo przecież mam TYLU znajomych, przyjaciół itp. itd. Prawda jest jednak taka, że każdy żyje własnym życiem i choć to truizm, w tej sytuacji okazał się wręcz filozoficzną sentencją. Każdy ma swoje życie do przeżycia. I chce tego czy nie chce, skupia się przede wszystkim właśnie na tym.

Miałam więc sposobność doświadczyć zarówno ciszy realnej, jak też wirtualnej i emocjonalnej. Doświadczyłam też takiej ciszy, która sprawiła, że jak na jawie przyśnił mi się mój tata, który nie śnił mi się od 30 lat, a zmarł 32 lata temu. Rozmawiałam z nim o absolutnie przyziemnych sprawach, co czyniło ten sen jeszcze bardziej realistycznym. To nie wszystko. Mimo pięknego miejsca, urlopu i pięknych planów na każdy dzień, budziłam się tam pełna obaw i niepewności, co mam robić, bo przecież byłam zdana tylko i wyłącznie na siebie i swoje własne decyzje. W dodatku pogoda temu sprzyjała. Jej chwiejność sprawiała, że te decyzje podejmowałam dopiero po przebudzeniu i przeanalizowaniu prognoz dla miejsc, w których chciałam się znaleźć.

A jako wisienka na tym pełnym jesiennych, zielono-rudo-brązowych barw torcie pojawiła się kontuzja, która do tego wszystkiego uświadomiła mi nieuchronność zbliżania się do jesieni życia. Na kilka dni i kilkadziesiąt kilometrów górskich spacerów i wspinaczek moje lewe kolano powiedziało: “pierdolę to” i wysłało mi ostrzeżenie. Tak naprawdę, jak tak teraz analizuję, to oba moje kolana próbowały mi coś powiedzieć po każdej tegorocznej forsownej przejażdżce na rowerze i po każdym ostrzejszym treningu. Ale przecież ja jestem wciąż młoda i niezniszczalna! Tyle że to nieprawda. I o tym też się podczas tej mojej wyprawy przekonałam.

Jak długi jest dźwięk samotności? Nie potrafię tego precyzyjnie określić. Może to były te 464 km, które przejechałam, by znaleźć się w Wysowej Zdroju? Może tych kilkadziesiąt kilometrów, które samotnie przewędrowałam po górach? Może wszystkie te kilometry, włącznie z wczorajszym powrotem? A może te ułamki sekund, w których chciało mi się wyć, jak wilkom, których podobno w Beskidzie Niskim nie brakuje, podobnie jak innych dzikich i ginących zwierząt. Niestety, nie spotkałam żadnego, ale właściwie nie żałuję. To kolejna rzecz na świecie, z którą nie chciałabym się musieć mierzyć samotnie…

W przedostatni dzień trafiłam na jeden z licznych w Beskidzie Niskim cmentarzy wojennych z czasów I Wojny Światowej – cmentarz nr 60. Są ponumerowane i oznaczone na szlakach. Nie jestem fanką podróży śladami militarnymi, ale te cmentarze to jeden z symboli tych gór, więc chciałam zobaczyć, jak wyglądają. Cmentarz nr 60 jest wyjątkowo malowniczy – zachowały się niemal wszystkie krzyże, poza jednym, i widać, że ktoś dba o to miejsce. Jak można wyczytać z pamiątkowej tabliczki, pochowano na nim 174 żołnierzy armii austro-węgierskiej w 4 mogiłach zbiorowych i 63 pojedynczych. Wśród tych pojedynczych znalazłam jedną mogiłę, przy której musiałam przystanąć na dłużej. Najpierw dlatego, że wyróżniała się wyglądem od innych, potem dlatego, że była to mogiła Żyda, a ja ze względu na swoją wyjątkową niechęć do wieprzowiny często powtarzam, że w poprzednim wcieleniu musiałam być Żydówką i ta kultura mnie od zawsze fascynuje, a wreszcie dlatego, że właśnie wtedy, tam, w tym miejscu, na tym cmentarzu, przy tym grobie, poczułam się tak jak pochowany w nim Mendel Brod – sama pośród tak wielu.

Dziś już jestem u siebie i doszłam do siebie. Ale to doświadczenie i to, co przeżyłam i zrozumiałam, zostanie we mnie już na zawsze. I znów sprawdziło się moje stare credo – jeśli chcesz kogoś naprawdę poznać, zabierz go w góry. Zabrałam. Poznałam. Czas na zmiany…