Skip to content

O przyjaźni, podróżach, jedzeniu i najlepszych momentach po tej stronie…

Jest coś magicznego w tych momentach, kiedy czas zwalnia, a my, zanurzeni w prostej czynności, czujemy, jak znikają bariery, a ludzie stają się sobie bliżsi. Dla mnie takimi momentami są wspólne podróżowanie (nawet to bliskie) i wspólne jedzenie czy po prostu picie kawy. Podróże, nawet jeśli nie są odkrywaniem nowych, nieznanych miejsc, zawsze są odkrywaniem. Nas samych i siebie nawzajem z naszymi towarzyszami. Podróże, niezależnie od tego, dokąd się wybieramy, zawsze są też okazją do wspólnego jedzenia – często (tak jak ja z moją przyjaciółką wczoraj) siedząc na kamieniu, ale z widokami zapierającymi dech w piersiach. Podróże mogą być też kulinarne. I wcale nie trzeba lecieć na drugi koniec świata, żeby się w taką podróż wybrać. Zaraz Wam opowiem, jaki jest na to sposób.

W drodze poznajemy się najlepiej

Za nami kolejny weekend po tej stronie. Ja wróciłam wczoraj wieczorem z Karkonoszy po ponad 20-kilometrowej wędrówce z moją przyjaciółką Anią. Góry to jest ta część natury, którą darzę bezgraniczną miłością i mam to szczęście, że mieszkam na Pogórzu Sudeckim, więc mam do wielu szczytów bardzo blisko. Zawsze powtarzam, że jeśli chcesz naprawdę kogoś poznać, wybierz się z nim w podróż, a jeśli nie masz czasu na podróż, idźcie razem w góry. I to jest prawda, która sprawdza się za każdym razem. W górach nie ma miejsca na pozory. Liczy się zgodność, wytrwałość, wzajemne wsparcie, umiejętność planowania i rozpoznawania szlaków. Idziesz pod górę (a jeszcze bardziej – kiedy z niej schodzisz), zmęczona, z bolącymi nogami, ale obok ciebie idzie ktoś, kto dzieli to doświadczenie z Tobą, z kim raz gadasz jak najęta, a potem milczysz i to milczenie nikomu z Was nie ciąży. Nie zliczę, ile kilometrów po górach zrobiłam z Anią, ani ile razy w życiu wspólnie jadłyśmy czy gotowałyśmy. Ale tym razem do naszych doświadczeń doszło coś jeszcze.

Kulinarna podróż mentalna

Choć nasza podróż fizycznie była tylko do Jeleniej Góry, to wyruszyłyśmy znacznie dalej – do Azji. Odwiedziłyśmy Wietnam, Malezję, a za sprawą wiedzy i opowieści Bartka „Snecza” Dębskiego – także kilka innych krajów Dalekiego Wschodu. A to wszystko dzięki warsztatom „Azjatycki Street Food” w Pracowni Kulinarnej prowadzonej od kilku lat przez Dorotę Puć-Pietrzykowską (Dorotka, pozdrawiam Cię i dziękuję). Od razu mówię, że to nie jest odcinek sponsorowany. Po prostu doceniam to, co robi Dorota i zapraszani przez nią szefowie kuchni.

Z Anią znamy się jak łyse konie, choć nie jest to przyjaźń od dzieciństwa, ale zawarta w życiu już dorosłym. Przeszłyśmy razem przez wiele życiowych zakrętów, wzlotów i upadków jednej i drugiej. Za nami wiele górskich wypraw, podróży bliższych i dalszych, próbowania nowych rzeczy i oczywiście rozmów. Ale nigdy wcześniej nie gotowałyśmy razem w tak zorganizowany sposób, i to pod okiem fachowca. Ania kocha jedzenie i nowe smaki, więc pomysł, żeby w ramach urodzinowego prezentu zaprosić ją na taką wspólną kulinarną wyprawę wydawał się idealny. I był. Zmierzyłyśmy się z tajnikami Bun Cha z pulpetami, Laksy z kurczakiem i Bao burgera. Poznałyśmy kuchenne tricki „Snecza”, specjalisty od kuchni azjatyckiej, a przy okazji – kilka fajnych osób, z którymi połączyło nas wspólne gotowanie.

Kulinarne podróże w życiu i w filmie

Wspólnie, przy jednym wielkim blacie, z kilkoma stanowiskami, jak w prawdziwej restauracyjnej kuchni, siekając warzywa, lepiąc pulpety, poznając właściwości przypraw i sosów, mieszając aromatyczne pasty curry i opowiadając sobie o naszych kulinarnych doświadczeniach spędziliśmy kilka godzin w zupełnym oderwaniu od rzeczywistości. Byliśmy tylko my i to wszystko, co działo się wokół blatu i przy stole, gdzie smakowaliśmy zrobione własnoręcznie potrawy. Bo tak właśnie działa wspólne przygotowywanie posiłków i wspólne ich jedzenie.

Gotowanie to przecież nie tylko proces mechaniczny. To rytuał. To dzielenie się. To troska o drugiego człowieka, wyrażona przez przygotowanie dla niego posiłku. I nie chodzi tu o wykwintne dania, ale o sam akt. O to, że ktoś poświęca swój czas i energię, by nakarmić drugiego. Pięknie pokazuje to film „Uczta Babette”. Skromna kucharka, która całe swoje oszczędności przeznacza na przygotowanie wykwintnej uczty dla surowej, purytańskiej społeczności. I choć początkowo podchodzą do tego z rezerwą, to w miarę jedzenia, w miarę kosztowania kolejnych dań, ich serca zaczynają się otwierać. Znikają dawne urazy, pojawia się radość, śmiech, wspomnienia. Jedzenie staje się katalizatorem, który rozpuszcza lody i pozwala ludziom na nowo połączyć się ze sobą i z własnymi emocjami.

Podobne motywy odnajdujemy w innych filmach, które celebrują wspólne jedzenie jako formę komunikacji i budowania więzi. Na przykład „Czekolada” z Juliette Binoche, gdzie grana przez nią Vianne Rocher swoją cukiernią zmienia życie mieszkańców małego miasteczka, otwierając ich na przyjemności i bliskość. Albo „Podróż na sto stóp”, gdzie rywalizacja dwóch restauracji – francuskiej i indyjskiej – ostatecznie prowadzi do wzajemnego zrozumienia i fuzji kultur, a wszystko to za sprawą smaków i zapachów. Nawet w „Szefie”, gdzie kucharz, który stracił wszystko, odzyskuje rodzinę i pasję, prowadząc food trucka i gotując proste, ale pełne miłości dania. W każdym z tych filmów jedzenie to coś więcej niż zaspokojenie głodu – to język, którym wyrażamy miłość, pojednanie, radość i przynależność.

Wspólna wędrówka zawsze łączy

A skoro miałyśmy te warsztaty w górach, to nie byłybyśmy sobą, gdybyśmy nie zaplanowały przy okazji wspólnego wypadu w góry. Bo na szlaku, tak jak w kuchni, znikają codzienne role. Gdy idziecie w góry w ramach wyjazdu firmowego, to nie ma tam „szefowej” czy „podwładnej”. Jest tylko dwoje ludzi, którzy mają wspólny cel. Rozmowy, które toczymy podczas górskich wędrówek, są inne niż te przy kawie w mieście. Są głębsze, bardziej szczere. Opowiadamy sobie o marzeniach, lękach, o tym, co nas naprawdę boli i co nas cieszy. Patrząc na rozległe panoramy, czujemy się częścią czegoś większego, a ta perspektywa często pomaga nam spojrzeć inaczej na nasze własne, małe problemy. Wspólne pokonywanie trudności, podziwianie piękna natury, jedzenie w schronisku po zdobyciu kolejnego szczytu na szczycie – to wszystko buduje niezatarte wspomnienia i wzmacnia więzi w sposób, w jaki niewiele innych aktywności potrafi. A satysfakcja ze zdobywania szczytów, z pokonania własnych słabości i ograniczeń, smakuje najlepiej, gdy można ją dzielić z kimś bliskim. To poczucie triumfu, które cementuje przyjaźń i daje siłę na kolejne wyzwania.

Słowo na dobry tydzień

Tak jak w moim poprzednim felietonie mówiłam Wam o pamięci jako sieci, tak samo myślę o relacjach. Każde wspólne doświadczenie – czy to gotowanie, czy wędrówka po górach, czy nawet wspólne oglądanie filmu, nawet głupi spacer – to kolejne oczko w tej sieci. To moment, w którym dodajemy nową nić, wzmacniamy istniejące połączenia. To właśnie te wspólne chwile, te opowieści, które razem tworzymy i przechowujemy, są tym, co nas karmi i wspiera w trudnych momentach. To one sprawiają, że czujemy się mniej samotni, bardziej zrozumiani, bardziej kochani.

Zachęcam Was, byście szukali takich momentów w swoim życiu. Zaproście przyjaciół na wspólne gotowanie, wybierzcie się razem na szlak albo po prostu idźcie na spacer. I dzielcie się. Przede wszystkim dzielcie się opowieściami. Bo to właśnie w tych prostych, ludzkich gestach, w tych wspólnych smakach i widokach, odnajdujemy prawdziwą bliskość i sens bycia po tej stronie. Razem.

Dobrego tygodnia!

Anita

Brak komentarzy


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Udostępnij ten wpis: