Jest taka myśl, dość smutna, muszę przyznać, która dopada mnie w chwilach, kiedy albo przypominam sobie coś fajnego czy ciekawego o jakiejś osobie z przeszłości, albo dowiaduję się o niej czegoś interesującego albo zabawnego. Od razu chcę się tym podzielić z kimś z mojej teraźniejszości… Ale nagle okazuje się, że jedyna osoba, z którą mogłabym się tym podzielić, już nie żyje. A jest nią mój mąż…
Mówi się, że gdy się z kimś rozstajemy albo ktoś umiera, zawsze zostaje pamięć. Ale w takich chwilach uświadamiam sobie, jak często wraz ze śmiercią naszych bliskich odchodzi jakaś część naszej pamięci, którą dzieliliśmy tylko z tą osobą. Coś, co tylko ta jedna osoba pamiętała. Coś, co miało sens tylko w naszym wspólnym kontekście.
Spotkanie, które pokazuje, jak działa pamięć
W mijający weekend byłam na Zjeździe Absolwentów mojego liceum. Spotykaliśmy się już wcześniej. Co pięć lat odległości od „tamtych czasów” starzały się o kolejnych pięć lat. Tym razem to 33 lata od naszej matury… Ale spotkaliśmy się w niemal połowie składu (a wirtualnie prawie w komplecie). Z nowymi zmarszczkami, nowymi doświadczeniami, po chorobach, życiowych zakrętach, niekiedy także ze stratami… Spotkaliśmy się z czymś jeszcze – z naszymi lukami w pamięci, które wspólnie wydrążyły życie i upływający czas.
Wielu z nas nie pamiętało tych samych rzeczy. Ktoś nie pamiętał jednych zdarzeń, ktoś inny dziwił się na temat innych. Oglądaliśmy nasze stare zdjęcia i próbowaliśmy posklejać je w spójne opowieści o naszym wspólnym życiu w szkole i wchodzeniu w dorosłość. Ja na przykład miałam wrażenie, że niektóre zdjęcia widzę po raz pierwszy, ale kiedy pogrzebałam w pamięci, to widziałam siebie, jak się do nich ustawiam. A może tylko sobie wyobraziłam?
Pamiętam, że z niektórymi przyjaciółkami z klasy miałam długie rozmowy o życiu i śmierci, bo straciłam mojego tatę na samym początku tej nauki, kiedy byłam w pierwszej klasie. Ale z dzisiejszej perspektywy tak naprawdę wtedy zupełnie nie rozumieliśmy, co naprawdę znaczy jedno i drugie. Życie i śmierć…
Pamięć to układ zbiorowy, a nie półka w prywatnym archiwum
Zawsze porusza mnie ten moment „sklejania” tych skrawków wspomnień, które każdy z nas ma w pamięci. To uzupełnianie się. Budowanie tego obrazu, który przecież był nasz, wspólny.To było nasze życie wtedy. Ktoś rzuca jedno hasło, ktoś inny dodaje szczegół, kolejna osoba poprawia jakiś fakt, inna potwierdza i nagle – cały obraz wraca. Nie zawsze zgodny z tym, co pamiętamy, nie zawsze pełny, ale jednak! Tak jakby pamięć była rozbita na kawałki, z których każdy z nas przechowuje w swojej głowie. Czasem je współdzielimy, często mamy je tylko my. Ale to składanie… to jest coś pięknego. Tak jakbyśmy wszyscy razem byli jednym archiwum, które odkrywa pełne wspomnienia dopiero, gdywracamy do dawnych relacji…
Pamięć jest społeczna, nie tylko biologiczna
Psychologowie mówią, że pamięć jest z natury społeczna. Że tworzymy ją i przechowujemy nie tylko w głowie, ale właśniew relacjach. W rozmowach, w opowieściach, które sobie przekazujemy, we wspomnieniach, w naszych życiowych przypałach, które zna tylko tylko ta jedna osoba z naszego życia (albo kilka koleżanek z klasy 🤭).
Neurobiologia już dawno udowodniła, że kiedy dzielimy się z kimś jakimś wspólnym wspomnieniem, aktywizujemy nie tylko swój układ nerwowy, ale nasz wspólny zapis tego doświadczenia. To dlatego czasem nie pamiętamy czegoś, dopóki ktoś inny nam nie przypomni. I na odwrót.
Dlatego też śmierć kogoś bliskiego to nie tylko ból serca i żałoba, którą musimy przejść, ale też swoista amputacja części naszej pamięci.
Jesteśmy siecią, nie jednym archiwum
Piszę o tym, bo coraz częściej myślę, że nasze życie składa się z opowieści, które ktoś musi nam pomóc sobie przypomnieć. Że nie jesteśmy archiwum, tylko siecią. A opowieści – te prawdziwe, nie te z Instagrama – mają sens tylko wtedy, gdy są wypowiadane, słuchane, przechowywane razem. I kiedy są dzielone z innymi. Po to powstały. Opowieść to coś, co zbudowało naszą ludzką tożsamość.
Dlatego kiedy okazuje się, że jedyna osoba, z którą mogłabym podzielić jakieś wspomnieniem, już nie żyje, robi mi się trochę dziwnie. I refleksyjnie. Żeby było jasne. Ja już dawno przeżyłam moją żałobę. Ale dopiero niedawno uświadomiłam sobie, ile fajnych, często zabawnych wspomnień (dużo było śmiechu u nas w domu), na przykład o wychowaniu i dorastaniu naszej córki, dzieliłam tylko z mężem i które zapamiętał tylko on, zostało wraz z jego śmiercią usunięte. Jak z pamięci komputera. Jednym kliknięciem: DELETE.
Ja jestem typem, który nauczył się patrzeć bardziej wprzód niż do tyłu. Ale nasze przeżycia, zwłaszcza te wspólne z innymi ludźmi, to coś, co nas najbardziej kształtuje. Bo jesteśmy – jak mówią mądrzy ludzie – „istotą społeczną”. Dlatego zachęcam Was do pielęgnowania wspólnych wspomnień. Do spotkań, rozmów, snucia opowieści (jesień jest do tego idealna). Bo jeśli wyobrazimy sobie pamięć jako sieć, która nas łączy, to każde kolejne spotkanie, rozmowa, zabawne zdjęcie, którego nie pamiętamy, wspólny śmiech przy stole będą kolejnymi oczka w tej sieci. Sieci offline. Choć online bardzo pomaga te wspomnienia snuć, o czym przekonuję się od wczoraj z każdą wiadomością, którą ktoś z nas we wspólnej grupie wysyła.
Kończę z pozdrowieniami i uściskami dla mojej wspaniałej IV d (1988-1992) ze świdnickiego Kasprowicza – naszej „zbieraniny wyrzutków” z pierwszej humanistycznej klasy w historii tego liceum. Fajnie nam było razem – i wtedy, i wczoraj ❤️


Brak komentarzy