• Rzymski kelner, czyli jak pierwszy raz w życiu uciekłam z kawiarni

    poniedziałek, 17 października, 2022 0 0

    No… prawie uciekłam. Należę raczej do tych uczciwych. Wracam na bloga, bo jestem w wyjątkowym miejscu i wreszcie mam urlop w stylu „we do what we want”, który nieodmiennie kojarzy mi się z Włochami, bo ten styl narodził się podczas pierwszej mojej w życiu wyprawy do tego kraju – do Florencji.

    We do what we want

    Czyli po prostu robimy, co chcemy. Bez pośpiechu, większych planów, chyba że to konieczne, np. rezerwacje w restauracjach czy godziny zwiedzania. Po prostu wychodzimy rano i chłoniemy miasto włócząc się po nim, gubiąc się, znajdując. Trochę z nawigacją, a trochę bez. „We do what we want” to styl miejski. Przewidziany na piękne duże miasta, w których historia ukrywa się w co drugim zaułku i wygląda zza każdego rogu. Ten styl ma angielską nazwę, bo wymyślił go mój przyjaciel ze Stanów Larry, gdy osiem lat temu razem zwiedzaliśmy Florencję. Idealny styl na włoskie miasta, który niczego nie zakłada i niczego nie wyklucza. Ważne – w tym stylu bezwzględnie trzeba ulokować się w ścisłym centrum. Dlaczego? Bo tak jak ja dzisiaj wstaje się rano, zanim miasto na dobre się obudzi i pije kawę patrząc na Panteon. Tak. Jestem w Rzymie. Jesteśmy. Ja i moja córka Ola. Przyleciałyśmy w sobotę i próbujemy się tym miastem nasycić do następnego razu. Bo to już pewne. Nie ma drugiego takiego na świecie. Wiemy to, mimo że jeszcze nie widziałyśmy większości cudów, które od stuleci przechowuje. 

    Gdybym w dalszym ciągu tej historii zapomniała – dziękuję wszystkim moim przyjaciołom i znajomym za podpowiedzi i polecenia. Wiele z nich jest bezcennych ❤️

    Rzymski kelner #1

    Postanowiłam wrócić na bloga po baaardzo długim czasie, bo skoro go mam, to jest idealnym miejscem do opowiedzenia pewnej historii. Przy okazji będzie to kulinarna polecajka 😉 A było to tak. Zanim tu przyleciałam, zostałam ostrzeżona, że istnieje stan umysłu, który nazywa się „rzymski kelner”. Podobno tutejsi kelnerzy traktują turystów jak natrętne muchy, nie starają się być mili, nie zjawiają się sami, tylko trzeba ich zawołać. Ogólnie – chamy i gbury. Przyleciałam z tym nastawieniem, ale też z podpowiedziami miejsc, w których jest inaczej, więc pierwsza kolacja w Rzymie była nie dość, że przepyszna, to jeszcze w bistro Rione XIV, miejscu z przemiłą obsługą, w tym kelnerem, który był rzymski, bo pracuje w rzymskiej restauracji, a nie dlatego, że był chamem – ale poczekajcie…

    Rione XIV Bistrot

    Rzymski kelner #2

    Wczoraj trafiłyśmy do dzielnicy żydowskiej. Kochamy dzielnice żydowskie, gdziekolwiek są (krakowski Kazimierz to jedno z naszych ulubionych miejsc na świecie), więc tym bardziej musiałyśmy zajrzeć i tutaj (zresztą też z wcześniejszym extra poleceniem). Po przedpołudniowym spacerze na plac Świętego Piotra, by na żywo zobaczyć, jak wygląda słynna niedzielna modlitwa Anioł Pański prowadzona przez aktualnego papieża, wędrowałyśmy dość długo, by z katolicyzmu przejść na judaizm. Byłyśmy już więc zmęczone i głodne. Ale że w restauracjach na Via di Santa Maria del Pianto było gwarno, wesoło i klimatycznie, a w jednej znalazłyśmy wolny stolik, to usiadłyśmy. Kelner podszedł do nas od razu, co było dość obiecujące. 

    Zamówiłyśmy wodę i dostałyśmy karty. Wybrałyśmy dania i czekałyśmy na kelnera. Czekałyśmy minutę, czekałyśmy dwie minuty, czekałyśmy pięć minut, czekałyśmy dziesięć minut… Wreszcie złapałyśmy innego, który przyprowadził do nas jeszcze innego. „Nasz” kelner przez cały ten czas bardzo skutecznie omijał nas wzrokiem, mimo że przechodził wiele razy i nawet raz jedna, raz druga machałyśmy do niego. No, nic. W końcu ktoś przyjął od nas zamówienie i zapytał, czy chcemy jakieś czekadełko, bo trochę to potrwa. Nie jemy dużo, więc odmówiłyśmy. 

    Czekając, aż ktoś nas obsłuży, rozglądałyśmy się po sąsiednich stolikach i nie mówiłyśmy tego głośno, ale potem wyszło, że w każdej z nas rósł niepokój. Bo jedzenie, które dostawali sąsiedzi, ani nie wyglądało, ani nie pachniało dobrze. Ale już zamówiłyśmy. Nagle Ola znad telefonu, który skrolowała, mówi przerażonym głosem „Ta restauracja ma dwie gwiazdki w opiniach!”. Podobno wyglądałam, jakbym miała zaraz dostać ataku paniki. To prawda. Tak właśnie było. 

    Tutaj mała dygresja. Moja 21-letnia córka doskonale gotuje. To jest również opinia znajomych i przyjaciół. Ma nie tylko niesamowicie wytrenowane podniebienie i węch, talent do łączenia smaków i korzystania z przypraw, ale też jako artystka podaje to, co gotuje, tak, że je się oczami. Kto wie, ten wie. Dlatego szybciej niż ja zorientowała się, że coś tu śmierdzi. I to dosłownie, bo poczuła stary olej. No i podawane sąsiadom dania kaleczyły jej zmysł estetyczny 🤨

    Wróćmy jednak do naszej mrożącej krew w żyłach opowieści. Adrenalina i strach, że zapłacimy w eurach za coś, co może być ohydne, a może i wywołać jakieś sensacje pokarmowe, sprawiły, że decyzja była błyskawiczna. Spadamy stąd! Ale jak? Przecież nie uciekniemy. Woda niezapłacona, zamówienie złożone. To nie film, żeby tak po prostu dać nogę z restauracji. Ale mózg na stresie naprawdę szybko podpowiada rozwiązania. Skojarzyłam, że kelner, który brał zamówienie, powiedział, że to trochę potrwa. I że tamten pierwszy nie miał czasu do nas podejść. Są powolni! Może zdążę anulować zamówienie, zanim każą mi zapłacić, bo już robią. Ola szybko rozlała resztę wody, ja pobiegłam do środka i… udało się!

    Można powiedzieć, że „rzymski kelner” i jego opieszałość oraz podejście do turystów uratowało nas przed szukaniem ratunku w aptece. Aha! Restauracja nazywa się Sheva, ma 10.415 miejsce na 10.495 restauracji w Rzymie. Nie idźcie tam, jak będziecie w dzielnicy żydowskiej w Rzymie.

    Rzymski kelner #3

    Kierując się tym razem rozsądkiem, a nie głodem, sprawdziłyśmy, która restauracja w okolicy ma najlepsze opinie. I tak trafiłyśmy w magiczne miejsce – co ciekawe, również o nazwie Rione, tyle że VII i nie była to restauracja, tylko kawiarnia. Gran Caffè Rione VIII na tej samej ulicy. Warto tutaj dodać, że Rione uzupełniona rzymską liczbą to nazwa każdego z okręgów administracyjnych, na które Rzym został podzielony w XIII wieku (wówczas było ich 13), a ostateczny podział nastąpił w latach 20. XX wieku i teraz rzymskie Rioni są 22. Łatwo to zapamiętać, bo… słowo rione jak nic kojarzy się nam z polskim rejonem, choć ich etymologia jest bardzo różna. Ale ja to tak sobie wymyśliłam 🤭 Wróćmy jednak do naszego rejonu ósmego.

    Urządzona ze smakiem i wyjątkowo smaczna. Ponieważ to bardziej kawiarnia i winiarnia niż restauracja. Takie bistro, ale posiłki komponujesz sobie sam z tego, co jest wystawione za ladą i płacisz „na wagę”. Niech Was to „na wagę” nie zwiedzie! Nie ma kompletnie nic wspólnego z tym, co znacie z polskich galerii handlowych, gdzie potrawy leżą niekiedy godzinami podgrzewane w bemarach i wyglądają jakby miały kilka dni. W Gran Caffè Rione VIII jest kompletne przeciwieństwo. Wszystko jest świeże, wygląda pysznie i dokładnie tak smakuje. Wybrałyśmy sobie mix różnych potraw – risotto z cukinią i trawą cytrynową, pieczone bakłażany, pieczone papryki i makaron z grzybami porcini, który – uwaga! – był lepszy niż ten, który Ola jadła wieczór wcześniej w bistro Rione XIV (chociaż tamten był pyszny). Na koniec wjechała pyszna kawa. Dla porządku dodam, że nasza „knajpa ratunkowa” jest na 102 z 662 kawiarni w Rzymie i ma 4 gwiazdki dzięki opiniom klientów na TripAdvisor.

    Gran Caffe Rione VIII

    Ale… miało być o kelnerze.

    A właściwie o kelnerach, bo od pierwszego, który razem z koleżanką tłumaczyli nam, jak „działa” to zamawianie z lady, po dziewczynę, która przyniosła nam wodę do stolika, poprzez skośnookiego, przemiłego „entertainera”, podchodzącego zapytać, czy wszystko w porządku, czy czegoś potrzebujemy, aż po tego, który przyniósł nam kawę, a nawet starszego (może właściciela), który wskazał mi toaletę – wszyscy, ale to absolutnie wszyscy bez wyjątku byli przemili, uśmiechnięci, mówili świetnym angielskim i obsługiwali nas wspólnie. Byłyśmy po prostu gośćmi tej kawiarni, a nie klientkami z przypisanym kelnerem.

    No i jeszcze… ten „entertainer” dostał taki przydomek, bo za każdym razem jak podchodził (nie tylko do nas), zagajał jakiś wątek. A to – czemu nie usiadłyśmy sobie wygodniej przy niskim stoliku, zamiast przy barowym. Wygodniej, bo wzięłyśmy wszystko na jeden talerz, żeby wspólnie próbować. A to – skąd jesteśmy. A to przyniósł nam koszyczek z różnym pieczywem (pewnie myślał, że jemy z jednego talerza, bo oszczędzamy) 😉 W sumie to oszczędzałyśmy. A właściwie oszczędziłyśmy. Sobie niedobrego jedzenia i… uwaga! W Rione VII za wszystko, co zjadłyśmy i wypiłyśmy, a trochę tego było, zapłaciłyśmy 17 euro! W Shevie była to cena jednego dania. 

    Tak więc… tak mi się to fajnie pisze pijąc kawę w kolejnej cudnej kawiarni, z której zdjęcie zamieszczam w nagłówku, że… Może będzie więcej takich rzymskich relacji… Nie obiecuję. Ale zobaczymy, co ciekawego się tu jeszcze wydarzy 😅

  • 365 dni po mojemu [fotorelacja z niewielkim komentarzem]

    piątek, 31 grudnia, 2021 0 0

    Orka, jaką miałam przez trzy ostatnie miesiące tego roku skutecznie zamazała mi cały obraz tego, co się wydarzyło. Ale wiecie co? To był ZAJEBISTY ROK!

    Styczeń

    Pierwszy miesiąc tego roku i pierwsze odkrycie – biegówki! Kto mnie zna, ten wie, że nie lubię zimy. Chyba że siedzę w domu pod kocem z książką i herbatą, a za oknem iskrzy śnieg, na który nie muszę wychodzić. No, ale zima nie zwalnia z aktywności, więc po różnych mało udanych próbach z nartami zjazdowymi odpuściłam. I dobrze zrobiłam. Mój błędnik dzisiaj mi to mówi. Ale w styczniu 2021 dzięki mojej przyjaciółce Ani odkryłam biegówki i… mamma mia! Miłość od pierwszego ślizgu! <3

    W styczniu też (nie po raz pierwszy w tym roku) zaliczyłam (nie po raz pierwszy w życiu) Wielką Sowę. Powroty na ten kameralny, wręcz rodzinny szczyt nigdy mi się nie znudzą.

    Luty

    W lutym z kolei zaliczyłam Śnieżkę zimą (nie sama, bo z najlepszą ekipą na świecie). Był to też miesiąc, w którym zapoczątkowałam moje niechcące i nieśmiałe influencerstwo, które jakimś cudem wciągnęło i mnie, i moich przyjaciół, i znajomych, i rodzinę i… od tamtej pory z mniejszą lub większą częstotliwością wciąż tę formę rozrywki uprawiam. W lutym jeszcze był taki jeden dzień, kiedy temperatura podskoczyła do 20 stopni (!), więc czarny zainaugurował sezon przed sezonem ❤️

    Marzec

    W marcu zrobiło się trochę cieplej, więc śmielej ruszyłam z moimi ałtfitami 🙃 A na Dzień Kobiet zorganizowałyśmy sobie z Anią prywatną sesję foto. Nie ma to jak łóżko, ładna bielizna i czerwone szpilki 😈😈😈 Okazało się, że już w czasie tej sesji miałam Covida. Na szczęście przechorowałam w miarę lekko. Utraciłam jedynie węch (smak został), dużo kaszlałam i osłabła mi na parę miesięcy wydolność. Ale żyję i jestem zdrowa, wielu nie miało tyle szczęścia 😢 Przed świętami na moim balkonowym ogródku rozkwitły boskie hiacynty przywiezione z Grodziszcza ❤️

    Kwiecień

    W kwietniu, jak widać, głównie się stroiłam 🤣🤣🤣 Co jest nieprawdą, bo jeszcze pierwszy raz w życiu lepiłam z gliny. I w sumie… super, bo moje dziecko sobie chyba wtedy uświadomiło, że to też jego bajka i tak oto wkrótce rusza z impetem marka THE ODE…

    Maj

    W maju to się dopiero działo! Odkryłam kolejny sport życia – jazdę na single trackach! Jazda po lesie w górach w połączeniu z łażeniem po górach – top topów topów 🤣 W maju też moje dziecko obroniło swoją niesamowitą pracę dyplomową – lalki „Kot i ćma”. Przyjrzyjcie się bliżej i zobaczcie, jakie są niesamowite ❤️ Tak, tak, ałtfity dalej fociłam często z rana 🤪

    Czerwiec

    Ale z tymi ałtfitami to dajcie spokój, kto to słyszał… 🤣 Ale poza ałtfitami w czerwcu jeszcze było oczywiście arboretum z okazji Dnia Matki i Dnia Matki (czyli mojej mamy i mnie), choć nieco spóźnione przez chujową majową pogodę. I niezmiennie był rower i powrót na moje podświdnickie trasy. I odebrałam moje ceramiczne dzieła. I najważniejsze – przyjęłam pierwszą dawkę szczepionki przeciwko Covid. Antyszczepionkowców mogę jedynie odesłać do dzisiejszych statystyk umieralności na tę chorobę 🤬

    LIPIEC

    Napisałam wielkimi literami, bo to miesiąc, w którym się urodziłam. Muszę przyznać, że spędziłam moje urodziny idealnie. Rano z mamą i córką na śniadaniu w Cafe Łukowa na najlepszych bajglach w tej części Europy, a potem na kilkudniowym wypadzie w góry – rower, góry, single track. Ideał! Niestety, przekonałam się też, że rower górski to kontuzjogenny drań. Na prostej drodze źle wcelowałam w pedał pokryty bolcami i rozharatałam sobie nogę. Blizna została ku przestrodze 🤪🙃 Jak by tego było mało, w lipcu Zbysiu, najlepszy pilot helikoptera, który tak marzył o tym, by nim zostać, że w końcu zdobył licencję, w ramach godzin, które musi wylatać na wyższy stopień, zabrał paru przyjaciół, w tym mnie, na boski lot helikopterem zakończony jak zwykle niesamowitym jedzeniem w Borecznej.

    Sierpień

    A ta znowu się stroi… 🤦‍♀️🤦‍♀️🤦‍♀️ 🤣🤣 Ale poza tym był rower (tak często, jak tylko się dało), chill z Anią nad Jeziorem Bielawskim i pięknie wykańczający wypad w Góry Stołowe (kocham!). Błędne Skały – Szczeliniec Wielki – Błędne Skały. Wykończyłam moje Ole, ale mało narzekały, a na koniec stwierdziły, że było fajnie 😈 Wisienka na tym torcie przecudne spotkanie z Anią i Agą, moimi przyjaciółkami, we Wrocławiu z obiadem w Niewinnych Czarodziejach 2.0 i deserem Bułce z Masłem 2.0 (akurat trafiłyśmy na oficjalne otwarcie i znalazłyśmy ostatni wolny stolik!).

    Wrzesień

    O, paaaanie! Jak by powiedziała Marta, która w tym roku urodziła synka, którego do tej pory żadna z nas, koleżanek i przyjaciółek, nie widziała i Marta, jak to czytasz, to weź nas za dupy i się w końcu spotkajmy ❤️ Ale wracając do tematu… O, paaanie, co to był za miesiąc!

    W tym roku wzięłam urlop we wrześniu i nie miałam pojęcia, co z nim zrobić. Aż nagle któregoś dnia w trakcie codziennej pobudki o czwartej nad ranem przyszło olśnienie i szalony plan, żeby sobie zrobić mały Euro-trip. I to był najlepszy plan, jaki mogłam wymyślić na ten kolejny pandemiczny rok. Najpierw Trutnov i dwudniowa dekompresja u mojej przyjaciółki Izy. Dekompresja, bo byłam już skrajnie wykończona pracą. Kolejny cel: Brno – pastelowe miasto, które oprócz tego okazało się także jakby… wymarłe. Wielkie miasto tak ciche, że słychać szept z drugiej trony ulicy. Ale jednocześnie bosko piękne.

    Brno

    Wiedeń

    Potem był zjawiskowy Wiedeń. Jedno z miast do mojego rankingu dużych miast, w których mogłabym żyć. Piękny, niesamowity, zaskakujący – od architektury przez jedzenie po muzea (niesamowita wystawa w MAC Museum) i przyjazność czegokolwiek na którymkolwiek kroku. Nie bez powodu jest wciąż na szczycie miast najlepszych do życia. W jednej z restauracji, w której pochłaniałam tradycyjny Wiener schnitzel (zjadłam cały! 💪) Ola zrobiła mi jedno z najpiękniejszych zdjęć, jakie kiedykolwiek mi zrobiono… ❤️

    Budapeszt

    Budapesztu nie było w planie. Nocleg zarezerwowałam spontanicznie będąc jeszcze w Wiedniu. I było warto! Choć zmęczone, to jednak chłonęłyśmy urodę tego miasta wszystkimi zmysłami. Niesamowite, że akurat wtedy była tam grupa ze szkoły Oli, która wyjechała w ramach Erasmusa. Grupa ta zastąpiła tę, w której rok wcześniej, gdyby nie pandemia, byłaby Ola (a trzeba było sobie na to zapracować biorąc udział w konkursie na film promujący szkołę). Można powiedzieć, że dokonała się taka mała sprawiedliwość i moja córka w końcu była w Budapeszcie 😉

    Bratysława

    Rzutem na taśmę w drodze powrotnej wpadłyśmy jeszcze na obiad do kameralnej Bratysławy, europejskiej stolicy, która ma trójkątny rynek. Gdyby nie trupa żebraków śpiewająca nieopodal na okrągło refren „Time to say goodbye” Andrei Bocellego, byłoby cudnie, a tak było tylko ciekawie i… smacznie 🤣

    We wrześniu również nie brakowało mi modowej weny… #ataznowuztymioutfitami 🤦‍♀️Poza tym zachęcałam do picia wody podczas obiadu z moimi Olami w Niewinnych Czarodziejach 2.0 i udało mi się wyfocić w tamtejszej toalecie z Olą (akurat wtedy się odwróciła, ale wg mnie się liczy 🤣). Oczywiście, nadal był rower i udało mi się któregoś dnia trafić na złotą godzinę ❤️

    Październik

    I tu się zaczęło… Nie, nie z ałtfitami. Z pracą. Prawdopodobnie w końcówce tego roku godzinowo wyrobiłam już drugi wiek emerytalny 🤣 Ale nie żałuję, bo sporo tego czasu poświęciłam na mój pierwszy w życiu flip. Projektuję, nadzoruję remont, uczę się, wkręcam się na maxa i jaram się jak dziecko. Mimo skrajnego czasem zmęczenia, wiem, że to jest dokładnie to, co chciałabym robić w życiu. Nie, nie pokażę Wam zdjęć ani projektów, na to jeszcze przyjdzie czas.

    Listopad

    Przepiękny weekend z przyjaciółkami, w tym wypad w góry i wędrówka do schroniska Samotnia na obiad, potem kawka w Strzesze Akademickiej i powrót #kochamgoryAF

    Tak, tak… nic już nie mówcie. Znowu te przebieranki 🤪😅🤣 Ale wiecie co… powiem Wam to na ucho (nomen omen) te przebieranki to chyba, tak jak wkręcenie w fitness, taka moja ucieczka od starzenia się. Warto dodać, że w listopadzie przetestowałam dwa aparaty słuchowe. Tak, po paru latach dojrzałam do tego, żeby przyznać, że nie dosłyszę. Na razie to były testy. Niestety robione w wielkiej gonitwie, więc trudno było ocenić stopień poprawy komfortu życia. Ale na pewno była poprawa, więc zajmę się tym w przyszłym roku.

    Grudzień

    #zerozyciawgrudniu… Albo dobra. Trochę było. Do Oli przyjechała jej przyjaciółka Zuza i pojechałyśmy do Wrocka na jarmark bożonarodzeniowy, a kolejnego dnia poszłyśmy na koncert Ralpha Kaminskiego, który był najlepszym koncertem, na jakim byłam w ostatnich latach. Światowy poziom pod każdym względem, mimo że koncert był w naszym małym Świdnickim Ośrodku Kultury. W przebierankach w okolicy Bożego Narodzenia miałam fazę na czerwienie, ale jak widać na naszym rodzinnym wigilijnym zdjęciu (dzieciaki, nie pozabijajcie mnie za jego udostępnienie 🙏) widać, że nie tylko ja 🤪

    I teraz… czasem ludzie się dziwią, czemu robię tak dużo zdjęć. Właśnie dlatego. W moim życiu dzieje się tyle, że trudno czasem sobie przypomnieć, co działo się tydzień, a nawet dzień wcześniej. Zdjęcia pomagają pamiętać…

    W nowym roku – bądźcie zdrowi i róbcie zdjęcia ❤️ Wszystkiego dobrego i oby *** sam poszedł się ***** 🙃

  • Stosunki bliskowschodnie (cz. 2)

    wtorek, 29 grudnia, 2020 0 0

    Co łączy Polskę, Jemen, Ugandę i Wenezuelę? Co łączy Polki, wojny, sieroty i biedę? W świecie opanowanym przez pandemię są rzeczy, które czyni ona jeszcze trudniejszymi do zniesienia. I są cuda, które czyni fakt, że ona jest.

    Podróże w czasach zarazy

    Wiem, że nie czytaliście części pierwszej moich „Stosunków bliskowschodnich”, ale postanowiłam zacząć od części drugiej. Trochę dlatego, że pierwsza od parunastu tygodni czeka na dokończenie, a trochę dlatego, że dzisiaj obejrzałam coś, co każe mi napisać część drugą. I ona jest ważniejsza. Żebyście jednak wiedzieli, o co chodzi, to pokrótce… Od paru ładnych miesięcy intensywnie zgłębiam stosunki bliskowschodnie. Damsko-męskie, męsko-damskie, liberalno-ortodoksyjne, ortodoksyjno-liberalne, świecko-religijne, religijno-świeckie, demokratyczno-fundamentalistyczne i fundamentalistyczno-demokratyczne. Zgłębiam je nie osobiście, niestety, ale za pomocą Netflixa, który coraz bardziej intensywnie eksploruje kinematografię światową, wyszukując raz po raz kolejne perełki, z pomocą YouTube’a oraz z pomocą Facebooka. Takie moje podróże w czasach zarazy…

    Przy wigilijnym stole

    Odpoczywam teraz, więc mam więcej czasu na czytanie, oglądanie i myślenie… Właśnie minęło Boże Narodzenie. Chyba najpiękniejsze i najbardziej rodzinne, jakie przeżyłam od co najmniej dziewięciu lat. Niemal wszyscy, którzy siedzieli przy naszym wigilijnym stole, to osoby, które zaznały w życiu biedy, głodu, zła lub traumy. Możliwość spotkania się w tej części naszego życia, w której są one tylko smutnym, coraz bardziej odległym wspomnieniem, sprawiła, że te święta – przynajmniej dla mnie – były właśnie takie wyjątkowe. To było też pierwsze od paru lat Boże Narodzenie, którego nie zwiastowały mi aniołki z Fundacji Window of Life. Nie czekałam na to, ale właśnie dzisiaj sobie uświadomiłam, że tym razem nie przyszła doroczna kartka z odciskiem dłoni dziecka, które tę kartkę zrobiło, żeby mi podziękować za comiesięczną pomoc. Pandemia zostawia i takie ślady.

    Taki kraj, daleko stąd – Jemen…

    A uświadomiłam sobie to, bo rano, zanim wstałam, przeglądałam Facebooka i trafił we mnie jak grom z jasnego nieba post World Food Programme (WFP – Światowy Program Żywnościowy) i film o głodujących dzieciach w Jemenie. Nie jest to coś, o czym usłyszałam po raz pierwszy. Ale dzisiaj trafiło na moment, w którym zagłębiłam się bardziej i skończyłam na zaplanowaniu comiesięcznej pomocy. Jemen to kraj na Bliskim Wschodzie, przycupnięty na południu Półwyspu Arabskiego, w którym od końca 2014 bez przerwy toczy się wojna. Bez przerwy! Giną tysiące cywili, w tym dzieci. Nie tylko z powodu wojny. A nawet nie tyle z powodu wojny, co z głodu i braku pomocy medycznej. Organizacje pozarządowe z całego świata, w tym Polska Akcja Humanitarna, ogłosiły, że w Jemenie mamy do czynienia z największym kryzysem humanitarnym od czasu II wojny światowej. Potraficie to sobie wyobrazić? Ja chyba nie. Pomocy humanitarnej potrzebują 24 mln z 29 mln mieszkańców kraju.

    Co dorośli robią dzieciom

    Przypomniała mi się dzisiaj, nie wiedzieć czemu, historia Innocenta, jednego z chłopców, który trafił do Window Of Life w Masindi. Uganda leży nie aż tak daleko od Bliskiego Wschodu – we wschodniej Afryce. Maluszek był noworodkiem znalezionym siedem lat temu w latrynie. Matka porzuciła go, bo nie miała środków na jego wyżywienie i wychowanie. To zjawisko częste w Ugandzie. Odbyła za to karę, a dziecko zostało przekazane fundacji założonej przez Martę Majewską. Niestety, Innocent, zanim na dobre zagościł wśród innych dzieci, takich jak on – porzuconych na pastwę losu – zmarł. Ważył mniej niż 2 kg… Imię tego chłopca jest znaczące. Innocent znaczy Niewinny. Dzieci. Są niewinne. Niczemu. Nie będę się zagłębiać w grzech pierworodny, bo jest to tylko okrutna, baśniowa interpretacja tylko jednej religii. Dzieci. Są. Niewinne. Niczemu. Nigdy. Kropka.

    Dlatego każda krzywda, jaka dzieje się dziecku, jest dla mnie niewiarygodnie bolesna. Muszę Wam to wyznać, zwłaszcza że tak rzadko się odzywam na blogu. Obojętnie, czy to krzyk matki, który przy odrobinie samoświadomości i dobrej woli mogłaby zamienić na spokojną rozmowę i tłumaczenie, czy to fizyczna przemoc, czy bieda, głód albo wojna. To wszystko jest bolesne dla dorosłego, ale dla dziecka to coś, co na starcie rujnuje mu świat, który dopiero zaczyna poznawać.

    Moim ukochanym filmem o tym, jak dorosły może pomóc dziecku przejść przez nawet najgorszy świat, jest „Życie jest piękne” Roberto Benigniego. Jeśli nie znacie, to dobry czas, żeby nadrobić zaległości. Znajdziecie na HBOGO. Roberto to włoski aktor charakterystyczny i komik. W 1997 roku nakręcił film, w którym gra włoskiego Żyda trafiającego w czasie II wojny światowej z synkiem do obozu koncentracyjnego. Od pierwszej sekundy robi wszystko, żeby dziecko nigdy nie odczuło, w jak strasznym i nieludzkim znajduje się miejscu. Nie da się nie płakać, więc przyszykujcie wagon chusteczek i będzie w sam raz na refleksyjny wieczór tego dziwnego, zmierzającego już na szczęście ku końcowi roku.

    Epilog

    Napisałam ten ostatni akapit i zastanawiam się, do czego zmierzam. Jaka powinna być puenta? Co chcę Wam powiedzieć, poza tym, co już sami wyczytaliście między wierszami? A puenta, a właściwie epilog, jest całkiem z innego świata. Z drugiej półkuli. Z Caracas, gdzie jest Ada, pewna Polka, która – jak pisze – utknęła na moment w Wenezueli. Dzisiaj Ada z Gonna Travel wrzuciła podsumowanie przypadkowo zorganizowanej zrzutki, której celem była pomoc Robinowi – takiemu panu z Caracas, który jest jej sąsiadem i stał się przewodnikiem po stolicy kraju, w którym utknęła.

    Ale obejrzyjcie od początku, mimo że to moja druga część „Stosunków bliskowschodnich” 😉

    A tutaj epilog historii Ady i Robina;

    No, i co ja chcę powiedzieć? Że może rozejrzycie się dookoła? Czy potrzebujecie tego wszystkiego, na co tak ciężko pracujecie? Czy za ścianą nie mieszka ktoś, komu można pomóc? Czy 10, 20, 50 zł z Waszej comiesięcznej pensji przesłane na konto Polskiej Akcji Humanitarnej albo World Food Programme albo do fundacji Window of Life albo na zrzutkę dla Robina zrobi różnicę? Może parę przekąsek mniej… Może zabraknie na nowy ciuch… Może rzucicie palenie i część zaoszczędzonych pieniędzy przeznaczycie na jakąś pomoc?

    A teraz prawdziwa puenta…

    Robin w pierwszej scenie pierwszego filmu o nim mówi:

    „Zdałem sobie sprawę, że pieniądze to nie wszystko. Ja, na przykład, jestem milionerem, jeśli chodzi o pokorę. Tak. Milionerem pokory. I ja jej nie sprzedaję. Ja ją podarowuję (…). Wczoraj, jak wyszedłem z domu rano, wyszedłem kupić chleb. Pamiętasz tę panią, która wczoraj przyszła? (…) Dałem jej duży kawałek chleba. Kolejny chleb innej dziewczynie. I kolejny jeszcze jednemu chłopakowi. I nie czuję się źle z tego powodu (…). Ja dzięki temu nie zbiednieję”.

    Kochani, wojny, choroby, głód, polityka, żądza władzy, całe zło tego świata – to było, jest i będzie. Choćbyśmy nie wiem, jak pragnęli, tego nie zmienimy. Ale możemy zmieniać takie małe rzeczy, jak Ada, która utknęła w Caracas. Może utknęła właśnie po to? Jeśli czujesz, że utknąłeś, może właśnie po to, żeby inaczej spojrzeć na świat wokół siebie?

    Tego Wam życzę na cały nowy rok i kolejne. Oby wszystkie były lepsze niż ten, który właśnie mija…

    Foto główne zaczerpnięte z Facebooka Window of Life.

  • Zapraszam wypierdalać!

    wtorek, 27 października, 2020 0 0

    Jestem kobietą i przeklinam. Absolutnie się tego nie wstydzę i nigdy nie zamierzam za to przepraszać, zwłaszcza że przekleństwa są wyrazem moich emocji. Od zawsze uważam, że są w języku tym, czym w gotowaniu jest odpowiednia przyprawa. Hasło, które ma dziś na ustach co najmniej połowa tego kraju, jest również moim hasłem. Jest ono pod każdym względem doskonałe – proste, bogate w treść i dosadne na tyle, żeby celnie trafiało tam, dokąd jest skierowane. Jest też dokładnie wyrazem mojego bezkresnego gniewu wobec tego, co rządy pseudokatolickich fundamentalistów zrobiły z tym krajem.

    Kto naprawdę krzywdzi katolików

    Że dzisiejszy rząd sprawują ugrupowania o charakterze fundamentalistycznym, nie mam najmniejszych wątpliwości. Dlatego im szybciej będą stąd wypierdalać, tym lepiej dla tego biednego państwa i każdego jego obywatela. W szczególności zwłaszcza dla katolików, którym naprawdę bardzo współczuję, bo polscy prawicowi politycy do spółki z hierarchami polskiego kościoła katolickiego swoimi działaniami robią straszną krzywdę ich religii i religijności. Mam wśród nich przyjaciół i znajomych, którzy tak samo sprzeciwiają się tym złym rządom, jak ja.

    Moje wychowanie

    Sama jestem wychowana w rodzinie katolickiej w typie warmińskim, a więc bardzo religijnej. W rodzinie, w której co wieczór odmawiało się pacierz klęcząc przed obrazem św. Stanisława Kostki, co niedziela szło się na mszę, a w Wielkanoc po powrocie do domu z rezurekcji od progu radośnie wykrzykiwało się „Chrystus Zmartwychwstał!” W tej samej rodzinie mój tato serdecznie i konsekwentnie nienawidził całego kleru. Nienawidził głęboko i uczuciem absolutnie czystym. Takim, jakie mogło wyrosnąć tylko u niepełnosprawnego wiejskiego dziecka, którego rodzicom miejscowy proboszcz odmówił pożyczki (pożyczki, nie datku) na jego operację. Zarówno mama, zagorzale wierząca, jak i tato, aktywnie wątpiący, potrafili odnaleźć się we wspólnym domu, mimo różnic. Takich domów, par i rodzin znam wiele.

    Matka. Polka. Katoliczka

    Jako nastolatka fascynowałam się innymi religiami. Jak pewnie wiele młodych osób, próbowałam zrozumieć świat poprzez różne formy wiary. Mój tato już wówczas nie żył, a mama zmagała się z samotnym wychowywaniem trójki dzieci w trudnych czasach przełomu. Ale nigdy, przenigdy nie usłyszałam od niej żadnego słowa religijnego przymusu, żadnego nakazu chodzenia do kościoła. To zawsze był mój wybór. I gdy później mój młodszy brat całkowicie odwrócił się od kościoła, a po latach moja córka powiedziała babci, że jest niewierząca, mama miała tylko jedno stwierdzenie „nikogo nie można siłą zmusić do wiary”. Matka. Polka. Katoliczka. Ta prawdziwa.

    Nikogo nie można siłą zmusić do wiary

    ani do podzielania przekonań innych. Bo przekonania mają to do siebie, że są nasze, własne, osobiste. I nic innym do tego. Polscy katoliccy fundamentaliści (nie mylić z prawdziwie wierzącymi katolikami, do których moja mama wciąż się zalicza) najwyraźniej nie są w stanie tego objąć swoimi ciasnymi umysłami. Najwyraźniej ich wiara jest tak beznadziejnie słaba, że nie wierzą, że może obronić się sama. Dlatego z całych sił próbują zmusić wszystkich „innych”, wszystkich, inaczej myślących, wszystkich inaczej wierzących albo niewierzących wcale, żeby uznali wyższość ich ciasnego światopoglądu.

    Mój jest ten kawałek podłogi

    Właśnie dlatego poszłam dzisiaj na wieczorny spacer w moim mieście. Na wspólny, publiczny, pokojowy wieczorny spacer. Dla zdrowotności, bo w końcu ruch to zdrowie. I dla wolności. Bo (jeszcze) mogę. Wokół mnie i niewielu moich rówieśników były tłumy młodych ludzi. Skandowali te wszystkie brzydkie słowa, żeby wypierdalać i żeby PIS się jebał. I jeszcze inne. Mniej lub bardziej brzydkie. I śpiewali. „Mój jest ten kawałek podłogi”. Piosenkę, której moje pokolenie w młodości, w ich wieku, słuchało na Liście Przebojów Trójki. TEJ Trójki, tak spektakularnie zniszczonej przez TĘ władzę. Zniszczonej jak wszystko, czego się tknie. Spacerując tak, rozmawiając z koleżanką i słuchając tej piosenki pomyślałam ze smutkiem, że potrzeba było zaledwie jednego pokolenia i jednego chorego z nienawiści człowieka oraz jego nieudolnej bandy, żeby zniszczyć to wszystko, co tyle pokoleń z takim trudem odzyskiwało.

    Zanim wyszłam, dowiedziałam się z telewizji, że gdy pójdę na ten wieczorny spacer, zostanę lewicową ekstremistką. Tak prawicowi fundamentaliści nazywają wszystkich protestujących.

    Zanim wyszłam, dowiedziałam się z przerażającego w swoim wydźwięku przemówienia tego chorego z nienawiści człowieka z małymi szczurzymi oczkami, że gdy pójdę na taki spacer, to będzie oznaczało, że chcę zniszczyć katolicki kościół i zaszkodzić państwu.

    Kiedy poszłam na ten spacer, ludzie z okien pozdrawiali wszystkich spacerujących, policja i straż miejska przyjaźnie im towarzyszyły, a kierowcy mijanych samochodów przyłączali się do chóru klaksonami.

    Kiedy poszłam na ten spacer, wokół siebie widziałam uśmiechniętych, pełnych wiary, że mogą coś zmienić, młodych ludzi, których szczytem agresji było parę dosadnych okrzyków, w tym to piękne rewolucyjne hasło – WY-PIER-DALAĆ! Za to pod katedrą ze zgrozą zobaczyłam tłumek nabuzowanych narodowców, którzy tylko czekali na przysłowiowe „słowo do bójki”. Młodzież jednak przepięknie ich zignorowała, po prostu idąc dalej i sławiąc głośno Ruch Ośmiu Gwiazd. To był obrazek idealnie pokazujący, czym różni się prawicowy fundamentalizm i „lewicowy ekstremizm”.

    Jeśli więc mam wybór, a wciąż jeszcze go mam, to w sumie wszystko mi jedno. Mogę być również lewicową ekstremistką. A wszelkiej maści fundamentalistów ZAPRASZAM WYPIERDALAĆ. Nie musicie z kraju, bo jest tu miejsce dla każdego. Po prostu wypierdalajcie z życia publicznego, w którym nie umiecie ze swoimi ciasnymi umysłami współistnieć ze wszystkim, czego nie rozumiecie i co jest inne od tego, co znacie.

    POST SCRIPTUM

    Zanim mój młodszy brat przyszedł na świat, moja mama stoczyła wielką wewnętrzną walkę. Opowiadała mi o tym wiele lat później. Rodzice nie planowali trzeciego dziecka, a antykoncepcja w dzisiejszym rozumieniu była wielką abstrakcją. Kiedy więc mama zaszła w ciążę, rozważała jej usunięcie. Nie z powodu wady płodu. Nikt zresztą wtedy nie słyszał o badaniach prenatalnych. Nie dla fanaberii. Rozważała to, dlatego że bała się, że nie będzie w stanie wykarmić, ubrać i wychować trójki dzieci. Aborcja na tzw. żądanie była wówczas legalna, a rodzicom nie wiodło się najlepiej. Z trudem wiązali koniec z końcem mając dwie małe córki. Decyzja o utrzymaniu lub przerwaniu ciąży była decyzją o tym, jak będzie wyglądało życie całej naszej rodziny. Mój brat, na szczęście, ostatecznie zawitał na świecie. Na szczęście, bo to bardzo fajny brat jest. Ale gdyby nie zawitał, to moja mama, Polka, Matka, Katoliczka, mierzyłaby się z tym sama, we własnym sumieniu. A osądzić ją mógłby jedynie ten, w którego wierzy.

  • Długość dźwięku samotności

    sobota, 10 października, 2020 0 1

    Jaka jest? Jak długo trwa? Do kiedy czujesz się w niej komfortowo, a od kiedy nie? I jak to jest po prostu być samemu ze sobą? Tak całkiem, w oderwaniu od wszystkiego. Opowiem Wam dziś o jednym z najdziwniejszych doświadczeń w moim życiu. Samotnych wakacjach w Beskidzie Niskim.

    Tak się jakoś złożyło w tym dziwnym, pandemicznym roku, że długo odkładałam swój urlop, mimo że już kilka lat temu zrozumiałam, jak bardzo jest on potrzebny dla zdrowia psychicznego. Trochę to było zależne ode mnie, ale w dużym stopniu niezależne. Tak po prostu wyszło. Tak też wyszło, że przez to odkładanie nie miałam na ten urlop żadnego towarzystwa. Musiałam zdecydować, czy po prostu dać sobie wolne i zaszyć się w domu, czy zdecydować się na samotną wyprawę, co do której zawsze twierdziłam, że jest to coś, co mogłabym zrobić. Tak więc postanowiłam się przekonać.

    Jako swój cel wybrałam Beskid Niski – część Polski wciąż jeszcze pełną tajemnic i nieodkrytych miejsc. A przede wszystkim uczęszczaną nawet mniej licznie niż Bieszczady, które już niestety mają turystyczną skazę. Piękne góry, cudowne krajobrazy, klimatyczne miejsca. I podobno, choć już dzisiaj, po powrocie, mogę to potwierdzić – najdziksze góry w Polsce. Nieprawdopodobne, szczerze mówiąc.

    Bywały dni, kiedy w czasie moich wędrówek przez kilkanaście kilometrów nie spotkałam żywego ducha, za wyjątkiem ludzi, którzy prawdopodobnie byli w wiejskich domach, mijanych przeze mnie samochodem lub pieszo. Albo owiec, koni, czy krów na pastwiskach. Momentami otaczałaby mnie cisza, jakiej wieki całe nie słyszałam. Otaczałaby, gdyby nie mój permanentny szum w uchu 😉

    Wyznaczyłam sobie cele i je zrealizowałam. Chciałam mieć pokój z widokiem i to się udało, choć całkiem niechcący. Chciałam zdobyć na pewno Lackową, piętnasty szczyt w Koronie Gór Polskich, chciałam przejść się łąkami z widokiem na góry, zobaczyć panoramy ze szczytów. Chciałam się zmęczyć. Chciałam też mieć czas, żeby poczytać, obejrzeć filmy czy seriale w nadmiarze bez wyrzutów sumienia i zająć się projektami wnętrz, których cały czas wciąż kilka na mnie czeka (i dziękuję właścicielom tych wnętrz za cierpliwość). I to wszystko mi się udało. A ja wciąż nie jestem usatysfakcjonowana. Co jest ze mną nie tak?

    Rzecz w tym, co zrozumiałam będąc tam całkiem sam na sam ze sobą. Były podczas mojego wyjazdu dni, kiedy jedyne słowa, jakie wypowiadałam, to było zamówienie obiadu w restauracji. A każdego dnia wracałam do pensjonatu, do pokoju z przepięknym widokiem, w którym jednak nie czekały na mnie nawet koty, jak w domu. To ostatnie dotarło do mnie dopiero po powrocie i po tym, jak zobaczyłam, jakim przywiązaniem mnie darzą te zwierzaki. W tej chwili oba leżą tuż przy mnie, bo nie mogą się ode mnie oderwać, odkąd wróciłam do domu.

    Uświadomienie sobie tego, jak bardzo można być samotnym, było najtrudniejszym doświadczeniem tego wyjazdu. Przez cały ten czas było zaledwie kilka osób, które się regularnie odzywały, pytały, jak się mam i generalnie były zainteresowane MNĄ, a nie obrazkami, które wrzucałam w social mediach. To też dało mi do myślenia. Bo przecież mam TYLU znajomych, przyjaciół itp. itd. Prawda jest jednak taka, że każdy żyje własnym życiem i choć to truizm, w tej sytuacji okazał się wręcz filozoficzną sentencją. Każdy ma swoje życie do przeżycia. I chce tego czy nie chce, skupia się przede wszystkim właśnie na tym.

    Miałam więc sposobność doświadczyć zarówno ciszy realnej, jak też wirtualnej i emocjonalnej. Doświadczyłam też takiej ciszy, która sprawiła, że jak na jawie przyśnił mi się mój tata, który nie śnił mi się od 30 lat, a zmarł 32 lata temu. Rozmawiałam z nim o absolutnie przyziemnych sprawach, co czyniło ten sen jeszcze bardziej realistycznym. To nie wszystko. Mimo pięknego miejsca, urlopu i pięknych planów na każdy dzień, budziłam się tam pełna obaw i niepewności, co mam robić, bo przecież byłam zdana tylko i wyłącznie na siebie i swoje własne decyzje. W dodatku pogoda temu sprzyjała. Jej chwiejność sprawiała, że te decyzje podejmowałam dopiero po przebudzeniu i przeanalizowaniu prognoz dla miejsc, w których chciałam się znaleźć.

    A jako wisienka na tym pełnym jesiennych, zielono-rudo-brązowych barw torcie pojawiła się kontuzja, która do tego wszystkiego uświadomiła mi nieuchronność zbliżania się do jesieni życia. Na kilka dni i kilkadziesiąt kilometrów górskich spacerów i wspinaczek moje lewe kolano powiedziało: „pierdolę to” i wysłało mi ostrzeżenie. Tak naprawdę, jak tak teraz analizuję, to oba moje kolana próbowały mi coś powiedzieć po każdej tegorocznej forsownej przejażdżce na rowerze i po każdym ostrzejszym treningu. Ale przecież ja jestem wciąż młoda i niezniszczalna! Tyle że to nieprawda. I o tym też się podczas tej mojej wyprawy przekonałam.

    Jak długi jest dźwięk samotności? Nie potrafię tego precyzyjnie określić. Może to były te 464 km, które przejechałam, by znaleźć się w Wysowej Zdroju? Może tych kilkadziesiąt kilometrów, które samotnie przewędrowałam po górach? Może wszystkie te kilometry, włącznie z wczorajszym powrotem? A może te ułamki sekund, w których chciało mi się wyć, jak wilkom, których podobno w Beskidzie Niskim nie brakuje, podobnie jak innych dzikich i ginących zwierząt. Niestety, nie spotkałam żadnego, ale właściwie nie żałuję. To kolejna rzecz na świecie, z którą nie chciałabym się musieć mierzyć samotnie…

    W przedostatni dzień trafiłam na jeden z licznych w Beskidzie Niskim cmentarzy wojennych z czasów I Wojny Światowej – cmentarz nr 60. Są ponumerowane i oznaczone na szlakach. Nie jestem fanką podróży śladami militarnymi, ale te cmentarze to jeden z symboli tych gór, więc chciałam zobaczyć, jak wyglądają. Cmentarz nr 60 jest wyjątkowo malowniczy – zachowały się niemal wszystkie krzyże, poza jednym, i widać, że ktoś dba o to miejsce. Jak można wyczytać z pamiątkowej tabliczki, pochowano na nim 174 żołnierzy armii austro-węgierskiej w 4 mogiłach zbiorowych i 63 pojedynczych. Wśród tych pojedynczych znalazłam jedną mogiłę, przy której musiałam przystanąć na dłużej. Najpierw dlatego, że wyróżniała się wyglądem od innych, potem dlatego, że była to mogiła Żyda, a ja ze względu na swoją wyjątkową niechęć do wieprzowiny często powtarzam, że w poprzednim wcieleniu musiałam być Żydówką i ta kultura mnie od zawsze fascynuje, a wreszcie dlatego, że właśnie wtedy, tam, w tym miejscu, na tym cmentarzu, przy tym grobie, poczułam się tak jak pochowany w nim Mendel Brod – sama pośród tak wielu.

    Dziś już jestem u siebie i doszłam do siebie. Ale to doświadczenie i to, co przeżyłam i zrozumiałam, zostanie we mnie już na zawsze. I znów sprawdziło się moje stare credo – jeśli chcesz kogoś naprawdę poznać, zabierz go w góry. Zabrałam. Poznałam. Czas na zmiany…

  • Coś bym zepsuła…

    sobota, 18 lipca, 2020 0 0

    Jednym z moich ulubionych babskich filmów są „Smażone zielone pomidory”. To historia kilku pokoleń kobiet rozgrywająca się w dwóch planach czasowych – w latach 30. XX wieku i współcześnie, tzn. w latach 90. XX wieku. Rzecz dzieje się w południowo-wschodnim stanie Alabama, co ma niebagatelne znaczenie dla całej fabuły.

    Kobiety, których historiom się przyglądamy, nie mają lekko ani przed wojną, ani współcześnie. I w latach 30., i w momencie, gdy zaczyna się fabuła, wszechobecny jest patriarchat, mężczyźni trudniący się wyłącznie zarabianiem na rodzinę, kobiety spychane do roli kucharek, sprzątaczek i kelnerek. Do tego Afroamerykanie, którzy przed wojną mogli być wyłącznie służącymi. Typowe amerykańskie południe…

    Kobiety z południa

    Retrospekcje to opowieść bohaterki granej przez wspaniałą Jessikę Tandy, współczesność z godnością reprezentuje niezrównana Kathy Bates. Panie spotykają się w domu spokojnej starości, gdzie Tandy trafiła na stare lata. Uśmiechnięta, pogodzona z życiem, mająca do opowiedzenia niesamowitą historię „Whistle Stop Caffe” i dwóch kobiet zmagających się z trudną, patriarchalną rzeczywistością południa lat 30. Bates zajmuje się byciem żoną zapracowanego Eda, archetypicznego męża pracującego na utrzymanie rodziny, któremu gdy wraca z pracy, trzeba podać obiad i najlepiej od razu zniknąć, bo telewizor jest znacznie ciekawszy. Gdy kobiety się poznają, Kathy Bates jest sfrustrowana, czuje się niekochana, brzydka, ma wahania nastroju, oblewają ją fale gorąca… Po prostu przekwita. A tymczasem całe życie upłynęło jej na robieniu zakupów, sprzątaniu, praniu, gotowaniu i podawaniu mężowi posiłków. I właśnie sobie z tego zdaje sprawę.

    Dziś jestem Kathy Bates

    Nie mam, co prawda, męża i nie podaję nikomu obiadu pod nos (chyba że kotom). Ale od kilku tygodni uderzeń gorąca jest zdecydowanie więcej niż kiedyś, nastroje mam naprawdę przeróżne i czasem samej mi ze sobą trudno wytrzymać. Na szczęście praca kocha mnie z wzajemnością, nie dając za dużo myśleć o sobie. A pomiędzy pracę jeszcze wciskam rower, zakupy, gotowanie, sprzątanie, kosmetyczkę, książkę do poduszki, film czy serial na dobranoc. Nudy zdecydowanie nie ma. Jest za to wieczny dzień świstaka. Wieczna pogoń za nie wiadomo czym. Nawet na rowerze nie jadę, tylko gonię. A raczej uciekam. Od myśli, których jest ciągle za dużo. Od rzeczywistości, która nie zawsze jest piękna i różowa. Od niedoskonałości mojego starzejącego się ciała. Od każdego „muszę”, od ciągłego „trzeba”, od nieustannie towarzyszącego mi poczucia, że nie mogę stanąć w miejscu. Więc jak Forrest Gump – zawsze jak gdzieś idę, to biegnę.

    Wewnętrzne po-rachunki

    Dziś rano usiadłam na sofie, na kolana wlazła mi kotka, która koniecznie chciała być w tym momencie głaskana. I się zatrzymałam. Policzyłam, ile w moich myślach jest w tej chwili „muszę to”, „trzeba tamto”, „nie mogę tak siedzieć”, „tyle jest do zrobienia”. Policzyłam, ile w ciągu dnia muszę podejmować decyzji. W co się ubrać? Co zjeść na śniadanie/obiad/kolację? Gdzie zrobić zakupy? Którędy jechać/iść? O której to? O której tamto? Jak coś zrobić? Czy kupić świeże pieczywo, czy jeszcze dojemy to, co jest? Kiedy iść na urlop? Gdzie pojechać? Policzyłam, ile rzeczy sobie obiecuję, że zrobię, a ciągle na nie brakuje czasu. Porządki w szafach. Przemianę zagraconej spiżarni w rowerownię. Doczytanie wszystkich zaczętych książek. Napisanie takiej własnej, którą ktoś będzie chciał wydrukować. Częstsze pisanie na blogu. Dokończenie lub zrobienie tych wszystkich projektów, które obiecałam przyjaciołom i znajomym. Policzyłam wszystkie wyrzuty sumienia ze wszystkich powodów – tych powyżej i wielu innych – które mnie co dnia dopadają, że „czegoś nie zrobiłam”.

    Jak robić nic?

    Policzyłam to wszystko i pomyślałam, że spróbuję chociaż przez chwilę nic nie musieć i nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Przynajmniej dopóki nie będę musiała wyjść z domu na spotkanie. Pomyślałam, że skoro tak siedzę i nic nie robię (Widzicie? To niezależne ode mnie!), to może napiszę coś na blogu. Jeden wyrzut sumienia z głowy. A nawet więcej, bo to doskonałe wytłumaczenie, że pranie wciąż nieposkładane, że jeszcze nie zaczęłam sprzątać, że pościel wciąż niezmieniona, że zakupy dopiero przede mną, że nadal nie wiem, co na obiad, że w sumie to mogłabym teraz stać przy szafie i wywalać rzeczy, których od dawna nie noszę, albo być w spiżarni i skręcać regał, który do niej kupiłam. Zamiast tego siedzę, z laptopem na kolanach i kotem, dla którego moje nogi to najlepsze legowisko, słucham soundtrack z „Hamiltona”, dopijam kawę i myślę, że gdybym naprawdę tak się w życiu zatrzymała, nie byłabym sobą.

    Towanda!

    Chociaż więc denerwuje mnie to, że ciągle trzeba podejmować jakieś decyzje, że wciąż tyle rzeczy jest niezrobionych, niedokończonych, że wiecznie na coś brakuje mi czasu, że generalnie ostatnio to w ogóle mnie wszystko denerwuje bardziej niż kiedyś, że te hormony to pieprzone dranie, nad którymi trudno zapanować, nie zamierzam tak siedzieć w nieskończoność. Jedna z moich przyjaciółek, Sylwia, lubi powtarzać w chwilach idealnych: „coś bym zepsuła”. Pasuje mi to do mnie. Ja bym cały czas „coś zepsuła”. Bo nie może być ciągle tak samo. Ciągle tak samo znaczy nijako. Ja zawsze coś muszę robić, zmieniać, rozwalać, naprawiać. Dokądś zmierzać, jechać, gnać. I żadna menopauza mi w tym nie przeszkodzi. Towanda!

  • Kamień w wodę, czyli jak rozchodzi się fala

    sobota, 11 lipca, 2020 0 0

    Kamień rzucony w wodę zawsze wywołuje fale. Koła rozchodzą się od miejsca, w którym zatonął, tak długo, aż woda się nie uspokoi. Czasem kamień znika na dnie już na zawsze, tworząc swoją własną, podwodną historię. A czasem ktoś po latach wyłowi go i przywróci do poprzedniego życia. Bo te fale, kręgi na wodzie to często taki sygnał dawany światu, że on, ten kamień, tam jest. Może wizualnie sygnał znika, ale w pamięci pozostaje…

    Zwykły poniedziałek. Jadę samochodem. Dzwoni telefon. „Dzień dobry. Alicja Jakaśtamjakaś (też nie zapamiętujecie nazwisk w czasie rozmów telefonicznych, prawda?)” Przez głowę przebiega mi myśl, że znowu ktoś ma mój namiar z czasów mojej poprzedniej pracy i dzwoni albo że ktoś chce mi sprzedać przez telefon jakieś usługi itp. I generalnie – że zaraz skończę tę rozmowę i odłożę telefon. Ale nagle słyszę „Anita?” i prawie nieruchomieję. Dlaczego, do diabła, jakaś akwizytorka mówi do mnie po imieniu?! „Tak” – wyduszam niepewnie. „Cześć, tu Alicja (tu pada nazwisko, które w tym momencie dokładnie słyszę), ze studiów”. Szok, lawina myśli, radość, euforia… Skręcam i parkuję na najbliższym miejscu, które widzę. Wiem, że emocje będą zbyt duże, żeby jechać dalej.

    Alicja, Ala to moja przyjaciółka ze studiów, z którą z biegiem życia nas obu straciłam kontakt. Całkiem niedawno, gdy słuchałam w jakimś serwisie, że w Krotoszynie jest bardzo duże ognisko koronawirusa, próbowałam ją odnaleźć na Facebooku. Ale bez rezultatu. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Stoję we wrocławskim akademiku o wdzięcznej nazwie „Słowianka” i czekam, tak jak inni obok, na przydział do pokoju. Podchodzi do mnie dziewczyna o kuli i mówi: „Cześć, jestem Ala. Jesteś tutaj sama?…” „Może zamieszkamy razem” – dodaje, gdy słyszy, że tak. Może nie taka, ale podobna rozmowa się wtedy odbyła. Czas już bardzo zatarł słowa, ale obrazy wciąż trwają. Później Ala powie mi, że dobrze mi patrzyło z oczu i dlatego do mnie podeszła.

    Zamieszkałyśmy ze sobą na całe studia. Przeżyłyśmy razem spory kawałek życia. Ja, stroniąca wtedy bardzo od kościoła, chodziłam z nią nawet na nauki przedmałżeńskie, bo z przyszłym mężem, który studiował w Poznaniu, mieli zgodę na odbywanie ich osobno. Gdy przyszedł czas nauk, była zima i było bardzo ślisko. I mimo że parafia akademicka, w której Ala miała nauki, była dość blisko, jej było tam trudno iść samej. A może w taki wdzięczny sposób próbowała mnie na powrót przekonać do Kościoła 😉

    W każdym razie tych kilka lat spędzonych razem w naszych akademikach i na studiach, to masa wspomnień, które są ze mną do dzisiaj. Wśród nich wspólna nauka do sesji przy piwie, testowanie depilatorów, które dopiero pojawiły się na rynku, dyżurne danie w postaci naleśników z konfiturą wiśniową. Słoiki z przysmakami swojej mamy, które Ala przywoziła i potem razem sobie na tej bazie gotowałyśmy. Przeprowadzka ze „Słowianki” do „Ołówka”, gdzie Ala mogła zamieszkać bez problemu, ale ja nie, więc wymyśliłyśmy bajerę, że ona, niepełnosprawna, bardzo potrzebuje opiekunki. Napisałyśmy piękne pismo i udało się! Bardzo byłyśmy sprytne załatwiając takie i różne inne rzeczy. Zwłaszcza Ala, typowa pragmatyczna „poznaniaczka”, umiejąca sobie doskonale radzić w życiu, w swoim drugim życiu, które dostała po wypadku na motocyklu z bratem. Ja tylko się od niej uczyłam. Ale nauczyłam się bardzo wiele.

    Dwa dni wcześniej świętowałam moje 47. urodziny. Wiele miesięcy temu, jeszcze przed pandemią, stwierdziłam, że te urodziny to będzie taka moja pięćdziesiątka. Bo urodziłam się 4.07, a 4 i 7 to moje szczęśliwe cyfry. Nie, nie… nie jestem fanką numerologii. Po prostu są szczęśliwe. Pandemia zmieniła wszystko i teraz mam taki czas, że trochę się boję planować. Większość decyzji podejmuję albo na spontanie, albo na ostatnią chwilę. A więc kiedy przyszedł czas urodzin, nie zaplanowałam nic. Moja przyjaciółka Ania nie byłaby jednak sobą, gdyby czegoś nie wymyśliła. I tak oto wylądowałam we Wrocławiu u jeszcze jednej przyjaciółki.

    Jechałyśmy więc tego 4 lipca taksówką do jednego z barów przy plaży i mijałyśmy miasteczko akademickie. Rzuciłam okiem na „Kredkę” i „Ołówek” i od razu zobaczyłam w myślach Alę. I jak siedzimy przy stolikach po południu próbując się uczyć i mimo wypitej kawy, prawie zasypiając i śmiejąc się, że „kawa zmarnowana”. I jak wyszukiwałyśmy tanie spektakle we wrocławskich teatrach, jak chodziłyśmy do DKF-ów (Dyskusyjnych Klubów Filmowych – jeśli ktoś nie wie), jak poszłyśmy na dodatkowe zajęcia z teorii filmu, na które namówiła mnie Ala, i które skończyły się tym, że pisałam z teorii filmu pracę magisterską…

    I minął ledwie jeden dzień… a ona dzwoni do mnie! Bo 4 lipca, w moje urodziny, Ala też pomyślała o mnie. Chciała mi złożyć życzenia, więc wysłała SMS na mój dawny numer telefonu. Odpowiedziała jej jakaś hurtownia. I gdyby nie to, że odpowiedziała, temat by ucichł pewnie na kolejne lata. Ala myślałaby, że po prostu zignorowałam wiadomość. Ale gdy zrozumiała, że to już nie jest mój numer, zaczęła przeczesywać internety. I znalazła mnie TUTAJ, na moim blogu, który ostatnio tak bardzo po macoszemu traktuję. A szkoda, bo spełnił misję, do której nawet nie był powołany…

    Kiedy byłam nastolatką, myślałam wzorem Ani z Zielonego Wzgórza, że w życiu ma się tylko jedną przyjaciółkę. Dziś, ukończywszy lat 47, wiem, że to całkowita nieprawda. Mam wielu przyjaciół i oczywiście jedna, Ania, jest najważniejsza, ale to w żaden sposób nie umniejsza roli, jaką pozostali odgrywają w moim życiu. A każdy z nich jakąś odgrywa. Każdy pojawia się po coś. Od każdego czegoś innego się uczę, od każdego co innego czerpię, z każdym mam różne rodzaje porozumienia dusz, myśli, wiedzy, humoru itp. itd. Ala, ten jej telefon spod wody upewnił mnie w tym, co już dawno wiem – sensem życia są ludzie, których się na swojej drodze spotyka. Zwłaszcza ci, z którymi nawet wieloletnia rozłąka niczego nie zmienia…

    Wpis ten dedykuję wszystkim moim przyjaciołom, dzisiejszym i dawnym – tym, z którymi nasze drogi się rozeszły i tym, z którymi zeszły się dopiero teraz. Nie ma na świecie nic lepszego niż przyjaźń, niż miłość, niż wszystkie pozytywne emocje i uczucia, które wypływają dzięki spotkaniom z drugim człowiekiem.

  • Czego nauczy nas koronawirus?

    środa, 8 kwietnia, 2020 0 0

    Czego nauczy nas koronawirus? Próbuję sobie odpowiedzieć na to pytanie od kilku dni. A ten tekst próbuję napisać od 14 marca, dokładnie od dnia, kiedy jadąc przez opustoszały kraj przywiozłam do domu moją córkę. Wieczór wcześniej, gdy dotarłam do Nałęczowa, rząd ogłosił stan zagrożenia epidemicznego. Pojechałam po Olę, choć to bardzo nieekonomiczne i musiałam porzucić wiele zawodowych zobowiązań, bo nie bardzo umiałam ją sobie wyobrazić w transporcie publicznym. Nie po tym, co już dochodziło do nas i ze świata, i z Polski…

    Miłe złego początki

    Tydzień wcześniej z moimi przyjaciółkami, w ramach walki z koronawirusem, „odkażałyśmy się” od środka u jednej z nich, sporo rozmawiając o epidemii, a nawet trochę śmieszkując i wkurzając się na odwołane imprezy. Rozmawiałyśmy jakby to było coś bardzo odległego, co nas zupełnie nie dotyczy. Tydzień później ja jechałam przez całą Polskę z zachodu na wschód po moje dziecko, a Małgosia trafiła na domową kwarantannę, bo jej dziecko wróciło z pracy za granicą… Każdego dnia od tamtego czasu mam nowe przemyślenia. Trudno mi je nawet teraz przywoływać. Raz górę bierze zdrowy rozsądek i pragmatyzm, innym razem – zwykły ludzki, atawistyczny strach. A jeszcze innym… ta mała dziewczynka, która całe życie we mnie jest i która tyle już doświadczyła zła tego świata, że właściwie niestraszne jej już nic. I chyba ta ostatnia ma tu najwięcej do powiedzenia…

    A koniec żałosny

    Jako homo sapiens nie tylko z nazwy biorę sobie do serca zakazy i nakazy nawet tego, tak niechcianego przeze mnie, rządu i przestrzegam ich. Nie wychodzę, jeśli nie muszę. Zachowuję dystans. Mam rękawiczki, maskę, płyny odkażające, a po każdych zakupach – mimo że to nie jest jakoś szczególnie zalecane – Ola zakłada rękawiczki i wszystko po kolei odkaża i/lub myje. Wali potem spirytusem jak na dobrej melinie, dzięki czemu kontynuujemy niechlubne tradycje naszej bramy, w której swego czasu niejaka pani Z. prowadziła chyba najbardziej znaną melinę w mieście. A przynajmniej najbardziej znaną policji… Nie odwiedzam rodziny, choć oczywiście jesteśmy stale w kontakcie. Raczej nie spotkamy się w święta, bo jesteśmy odpowiedzialni. A ja przy każdej rozmowie z mamą strofuję ją, jak ma rozumieć słowo „izolacja”, i choć nie jestem do końca pewna, czy skutecznie, przynajmniej mam poczucie spełnionego obowiązku. No, bo przecież dzieckiem nie jest…

    Zakupy tzw. codzienne, za którymi i tak nigdy nie przepadałam, teraz stały się czymś wyjątkowo stresującym. Stoję karnie w długiej kolejce do marketu, który normalnie byłby otwarty i po prostu bym weszła. Potem szybko i z duszą na ramieniu przelatuję przez sklep, walcząc z pokusą, żeby podrapać się w nos, który swędzi mnie pod maską jak diabli. Alergicy nie mają fajnie w te dni, uwierzcie mi. Nerwowo rozglądam się, kto za mną/przede mną stoi, i czy nie za blisko. Oczywiście, same zakupy ograniczone zostały do 1-2 dni w tygodniu. A i tak towarzyszy im nieprzyjemne uczucie, które potęgują jeszcze wszechobecne taśmy, ograniczniki i głosy ze sklepowych głośników przypominające o zakazach.

    W oparach absurdu

    Tak serio – gdyby ktoś Wam kiedyś powiedział, że przeżyjecie w życiu coś jak z filmu katastroficznego, uwierzylibyście? Przecież to absurd. To chodzenie w maskach, w rękawiczkach, odkażanie, mycie rąk po 300 razy dziennie, oglądanie się za siebie na ulicy, strach przed spotkaniem z listonoszem, kurierem, przed wejściem do sklepu, karne przestrzeganie zakazów… To przecież absurd. A jednak nagle stał się częścią naszego codziennego życia. 

    Myślę sobie w takich chwilach, gdy sobie to uświadamiam, że gdy zaczęła się II Wojna Światowa, a później okupacja, ludzie też najpierw śmieszkowali, chodzili po kawiarniach, restauracjach, spotykali się, komentowali i rozmawiali o tym wszystkim, jakby to ich nie dotyczyło. Najpierw odległy był Hitler i niemiecki nazizm, a potem Westerplatte było tak samo odległe, jak dziś chińskie Wuhan, w którym wszystko się zaczęło. 

    Kto? Ja mam umrzeć? Nieee….

    Nasze zachowanie w takich sytuacjach to pewien mechanizm, który działa tak samo od stuleci. To ten sam mechanizm, który przez większość życia każe nam myśleć, że śmierć nas nie dotyczy. Kto? Ja? Nie… nie czuję, żebym miała dziś czy wkrótce umrzeć. Mój tato zwykł powtarzać, że „będzie wiedział, kiedy zdechnie”. Tak mówił. Najczęściej po alkoholu. Czy wiedział, gdy to następowało? Przez wiele dni przed śmiercią był nieprzytomny. Nawet nie mogliśmy się z nim pożegnać. Zmarł, tak jak umierają teraz ludzie na COVID-19. W samotności. Bez bliskich. Pod respiratorem. W szpitalu z dala o domu, w Sokołowsku. Też z powodu choroby zakaźnej – gruźlicy. Różnica była taka, że nie mieliśmy telefonu i o tym, że TO nastąpiło, dowiedzieliśmy się z telegramu.

    My, ludzie, mamy poczucie pełnej kontroli nad wszystkim. Nawet – paradoksalnie – nad własną śmiercią. Jako ludzkość nie mamy w sobie za grosz pokory. Jako jednostki też w większości nie. Świat stoi przed nami otworem. Możemy wszystko. I osiągamy. Bez tego nie byłoby przecież rozwoju. Odkąd odkryliśmy, jak wzniecać ogień, bezustannie podporządkowujemy sobie także ziemię, wodę i powietrze. Bezrefleksyjnie. Bez skrupułów. Bez przewidywania konsekwencji. 

    Czy koronawirus jest ostrzeżeniem? 

    Czytałam i takie interpretacje tego, co się dzieje. Jako osoba mocno w życiu sponiewierana nie mam takich refleksji. To nie pierwsza i zapewne nie ostatnia pandemia w historii ludzkości. Wirusy były z nami, są i będą. Nigdzie się nie wybierają, o czym nie tylko antyszczepionkowcy zdają się zapominać. Jedyne, co możemy, to wynajdywać lekarstwa i szczepionki. I wynajdujemy. Ale nie byłoby lekarstw ani szczepionek, gdyby nie było epidemii, prawda?

    Czy koronawirus nas czegoś nauczy? 

    Też słyszę wokoło pełno takich interpretacji. Że nauczymy się doceniać… rodzinę. A co z kobietami i dziećmi cierpiącymi z powodu przemocy domowej? Ona nie znika tylko dlatego, że sprawców i ofiary zamknęliśmy nakazami i zakazami w czterech ścianach. Wręcz przeciwnie. A co z osobami, które po całym dniu z dziećmi, które nie chodzą do szkoły, przedszkola, na plac zabaw, na spacer, na dodatkowe zajęcia, są po prostu skrajnie wykończone? Że nauczymy się doceniać drobne rzeczy, jak np. to, że mamy balkon. Nie wiem, jakby było, gdybym mojego nie doceniała wcześniej. Ale nie sądzę, żebym nie doceniając go wcześniej, przypisywała teraz do niego jakąś szczególną wagę, poza tym, że mogę iść się przewietrzyć „na legalu”. Że docenimy zdrowie. Może i tak. Niektórzy. Na chwilę. Bo jak to wszystko się skończy… znów zapomnimy, jak jest ważne. 

    Czego nauczy nas koronawirus?

    A czy wojny nas czegoś nauczyły? Może tego, że niezbyt roztropnie, zwłaszcza pod względem ekonomicznym, jest wszczynać kolejne. I że potem trudno odbudować gospodarki. A więc czy może nas czegoś nauczyć wirus, na który w przeciwieństwie do wojen kompletnie nie mamy jako ludzkość wpływu? Może tego, że zatajanie tego typu informacji i nakazywanie służbom medycznym milczenia prowadzi do światowej pandemii? Może tego, że 90% systemów ochrony zdrowia na świecie jest wobec takiej skali zachorowań niewydolne. I może tego, że służby medyczne to nie krwiopijcy, tylko ci, którzy tę krew przetaczają dla ratowania zdrowia i życia. Ale to jest nauka dla ludzkości. Czego nauczy koronawirus przeciętnego mieszkańca Ziemi? Myślę, że dokładnie tyle, ile nauczył każdy inny wirus. Czyli po prostu niczego. Cieszmy się więc tym czasem samoizolacji i kwarantanny. Dla wielu Ziemian to prawdopodobnie najciekawsza rzecz, jaka wydarzyła się w ich życiu. Na szczęście, w moim już wydarzyło się znacznie więcej o wiele ciekawszych rzeczy. I mam nadzieję, że na tym nie koniec.

  • Moja mapa świata

    niedziela, 9 lutego, 2020 0 0

    Kiedy byłam nastolatką, nad moim biurkiem wisiała mapa świata. Taka polityczna. Z kolorowym podziałem, dzięki któremu dokładnie wiedziałam, gdzie znajduje się który kraj…

    Kiedy byłam nastolatką, moje życie nie należało do najłatwiejszych. Nie dość, że zmagałam się z problemami nastoletnimi (brzydka, niezgrabna, z ubogiej rodziny), to jeszcze zmagałam się z problemami czysto egzystencjalnymi (bieda, brak pieniędzy na wszystko, czasem też brak jedzenia), a dodatkowo filozoficzno-religijnymi (czy Bóg istnieje?, po co żyjemy? czy to wszystko ma sens?). O tych pierwszych mogłam porozmawiać z przyjaciółmi. Drugich, takich jak brak jedzenia w domu, nawet oni nie rozumieli. Trzecie… Kto zna odpowiedź?

    Ta mapa świata nad moim biurkiem to był mój wentyl bezpieczeństwa. Kiedy było mi bardzo źle, patrzyłam na nią i wyobrażałam sobie, że gdzieś tam na świecie – w Afryce, Azji, Ameryce, Australii… – też są tacy biedni, zagubieni ludzie. Którzy nic nie mają. Którzy nie mają co jeść. Którzy nie mają pomocy. Którzy – tak jak ja – mają marzenia. Którzy chcą się z tego wszystkiego za wszelką cenę wydostać.

    Ta mapa świata nad moim biurkiem to był mój psycholog, mój coach, mój mentor, mój przyjaciel większy niż wszyscy inni przyjaciele. Była ze mną zawsze i zawsze dawała mi nadzieję. Że nie jestem sama, że na smutnej Polsce czasu przełomu świat się nie kończy. Że mogę coś jeszcze w życiu osiągnąć…

    W ostatnich tygodniach obejrzałam dwa filmy, które wywołały we mnie to wspomnienie. Oba rozgrywają się na tej mapie świata. Jeden w Azji, a drugi – w Afryce. Bohaterami obydwu są mali chłopcy. Jeden to „Kafarnaum” (opisywany też jako „Chłopiec, którego nie było”), drugi – „Chłopiec, który ujarzmił wiatr”. Ci chłopcy nie godzą się na rzeczywistość, w której żyją. Zain z „Kafarnaum” pozywa swoich rodziców za to, że się urodził. Że żyje w biedzie, że musi pracować, że jego małoletnia siostra zostaje wydana za mąż i przedwcześnie zachodzi w ciążę, która ją zabija. William z „Chłopiec, który ujarzmił wiatr” za wszelką cenę chce się uczyć, a dzięki wrodzonej inteligencji, mimo przeciwności losu, buduje w zmagającej się z głodem rodzinnej wiosce wiatrak, który pompuje wodę ze studni na pola. Obie to historie prawdziwe. Pierwsza nie dlatego, że naprawdę się wydarzyła, tylko dlatego że po obejrzeniu tego filmu uświadamiamy sobie, jak wiele dzieci chciałoby tak jak Zain oskarżyć swoich rodziców za to, że przywiedli go na ten świat. Druga – wydarzyła się naprawdę.

    Oba te filmy poruszyły mnie do głębi, przypominając mi o tej mojej mapie świata. Bo ja też byłam trochę takim dzieckiem. Kochanym jak William, ale rzuconym na głęboką wodę jak Zain. Pamiętam, jak w domu nie było nic do jedzenia. Bo moja mama nie radziła sobie ze światem po śmierci ojca w wieku lat 40. Na szczęście, nie było tak jak w krajach trzeciego świata. Mieliśmy trochę mąki. I jakieś dżemy w piwnicy. Mój młodszy brat był mistrzem w robieniu naleśników z tej mąki i wody. Jedliśmy je z tymi dżemami, jakby to było królewskie jedzenie. Albo – choć nie bez wstydu – korzystałam z uprzejmości rodziców moich przyjaciół, dojadając u nich.

    Te filmy poruszyły mnie też dlatego, że obaj chłopcy coś osiągnęli. Tak, jak ja, dzięki właściwie nie wiadomo czemu – uporowi? wierze we własne możliwości? niezgodzie? – wydostali się z tego swojego bagienka. Jak ja i wiele innych dzieci. Pewnie miliony takich dzieci. I powiem Wam, że jestem dumna z każdego jednego z nich. Z nas. Bo to jest prawdziwy wyczyn. Nie wyrosnąć w kochającym, dostatnim i dbającym o Ciebie (czasem nawet do przesady) domu, ale wyrosnąć w domu, który nie umie o Ciebie zadbać, bo nie potrafi zadbać o siebie. To jest prawdziwy wyczyn! Czemu o nim ciągle zapominam?…

    Ta mapa świata… to było też zawsze moje okno na świat. Marzenie, żeby je otworzyć, zobaczyć, co tam jest. Jak żyją ludzie gdzie indziej. Poznanie ich. Poczucie, jak to jest żyć w jakimś innym miejscu na tej wielkiej mapie. Z tego – nie mam co do tego wątpliwości – zrodziła się moja potrzeba podróżowania, poznawania świata, a przede wszystkim poznawania życia ludzi. Dziś nagle z tego wszystkiego zakiełkował w mojej głowie nowy pomysł. Odwiedzić wszystkie kontynenty. Zobaczyć, jak tam żyją ludzie. Napisać moją własną mapę świata…

    Uda mi się?…


  • Święta Wanda z Biedronki

    środa, 20 listopada, 2019 0 0

    Magia potrafi dopaść człowieka w tak nieoczekiwanym miejscu, tak nieoczekiwanych okolicznościach i z tak nieoczekiwanej strony, że czasem trudno uwierzyć, że pewne rzeczy dzieją się naprawdę. Dzisiaj ze zwykłych zakupów w Biedronce wracałam w takim stanie, jakby mnie do domu prowadziły zastępy aniołów. I nie jest to bynajmniej ironia… Poczytajcie.

    „A gdzie znajdę jajka? Pomoże mi pani?” Nie wiem skąd dochodzi głos, bo staruszka, która prosi ekspedientkę o pomoc, jest tak przygięta do ziemi, że ledwo ją widać zza koszyka i wystawionych na promocji produktów. Mijamy się w ciasnej alejce i czuję specyficzny zapaszek brudu. Ale nie takiego od niemycia się. Takiego naftalinowo-kurzowo-wieloletniego.

    Wchodzę w alejkę, którą przed chwilą sunęła tuż nad ziemią staruszka, wciąż czując ten zapach. Ale w miarę przemieszczania się zapach znika. Wrzucam ostatnie zakupy do koszyka i wybieram potencjalnie „krótszą” kolejkę, bo mam jeszcze mnóstwo pracy i w zasadzie to bardzo się spieszę. Wyciągam telefon, żeby zabić kolejkowy czas i znów dociera do mnie ten zapach. Staruszka stoi za mną, tak przygięta do ziemi, że sięga mi do pasa. Zaglądam do jej koszyka i proponuję, żeby weszła przede mnie.

    „Dziękuję pani bardzo, dziękuję! Jaka pani miła!” – podnosi głowę i spogląda na mnie z uśmiechem. Ma niesamowicie przyjemny, przyjazny i optymistyczny głos. Z trudem przesuwa się przede mnie. Oceniam, jakie to musi być trudne wykładać w jej stanie zakupy na taśmę, więc pytam, czy jej pomóc. „Oj, jakby pani była tak miła. Bardzo by mi pani pomogła”. Wykładam na kasę. Worek kaszy jęczmiennej. Dwie piersi z kurczaka. Puszkę karmy dla kotów. Dwie puszki z pasztetem. Worek kaszy jęczmiennej. Jajka. Worek kaszy jęczmiennej. Jednorazówkę z winogronami w promocji. I pudełko po towarach, w które staruszka najwyraźniej chce zapakować zakupy.

    Gdy wylicza pieniądze kasjerce, opierając się o blat i przemiło rozmawiając o znalezieniu groszy („dla pani z przyjemnością”), mam czas, żeby uważnie jej się przyjrzeć. Podpiera się czerwoną niewiarygodnie zniszczoną i brudną parasolką. Ubrana w czarny klasyczny płaszcz, który równie dobrze mógł kiedyś być szary. Na głowie dziwaczny wełniany kapelusz, poplamiony i ciężki od brudu. Bieda z nędzą. I bijąca na kilometr samotność.

    Kiedy kończy gawędzić z kasjerką, pytam „A dokąd pani niesie te zakupy? Może pani pomóc?” Patrzy na mnie przenikliwie, ale z uśmiechem. „Tu, niedaleko. Naprzeciwko. Ale naprawdę chce pani pomóc? To jest ciężkie” Uśmiecham się. „Właśnie dlatego chcę pomóc. Proszę tylko zaczekać, aż ja też zapłacę”. W tym momencie kątem oka dostrzegam, jak ludzie stojący w obydwu czynnych kasach wszyscy nam się przyglądają bardzo uważnie. Nie wiem, co tam się kryło za tymi spojrzeniami. Obrzydzenie? Staruszka nie była okazem czystości. Zdziwienie? Przecież takie rzeczy są normalne (a przynajmniej powinny być). Podziw? Wystarczy też zachowywać się jak człowiek i nikogo nie trzeba będzie podziwiać za takie rzeczy. A może wstyd? Byłby na miejscu, bo nikt oprócz obsługi i mnie nie próbował jej w żaden sposób pomóc.

    Wychodzimy ze sklepu. Staruszka prowadzi mnie przez ulicę. „Jaka pani miła! Jak pani ma na imię?”. „Anita”. „Piękne imię. Jest pani mężatką?” „Nie, jestem wdową”. „Taka młoda i już wdowa… Pomodlę się dzisiaj za panią. Będę się modlić, żeby Pan Bóg dał Pani dobrego męża”. „Dziękuję” – uśmiecham się. Powrót do domu nie jest łatwy. Blisko, ale ulica ciemna, staruszka nie może znaleźć kluczy w torebce. Jedną ręką trzymam jej zakupy, a drugą świecę latarką w telefonie. „Może wrzuciła pani klucze do kieszeni?” – sugeruję. Sprawdza. „Oj, rzeczywiście. Dobrze, jak ktoś taką ma przytomność umysłu. Ja już często zapominam”. Chcę powiedzieć, że ja też, ale muszę pchnąć ciężkie drzwi, żebyśmy obie mogły wejść do bramy.

    Przy świetle latarki udaje się zapalić światło i staruszka informuje mnie, że idziemy na pierwsze piętro. Idziemy. „Ma pani rodzinę? – pytam. – Dzieci… wnuki…” „Mam nawet i prawnuki już! – odpowiada. Ale niech pani pójdzie przodem, bo ja to trochę potrzebuję czasu”. Idę przodem, stawiam zakupy na schodach i czekając na nią i odpowiedź na moje pytanie patrzę, jak pokonuje schody. Na czworakach, przekładając przed sobą parasolkę ze stopnia na stopień. Gdy gaśnie światło, a ja nie wiem, jak zlokalizować włącznik, wyciąga z kieszeni podręczną czerwoną latarkę. W międzyczasie lokalizuję włącznik, który będę naciskać jeszcze kilkakrotnie.

    Bo staruszka chce mi pokazać swojego wnuczka. Tego, który kocha zwierzęta i ma psa ze schroniska. Zdjęcia nosi w swojej małej torebce. „Ładny chłopczyk – mówię. – Jak ma na imię?” Staruszka potrzebuje chwili, żeby sobie przypomnieć: „Ojej, ojej, Tymoteuszek. A piesek to Nuka. O, a tu mam zdjęcie Ojca Świętego ze zwierzętami. A tu Kaczyńskiego. Ale nie zabieram pani czasu. Dziękuję, że pani taka dobra – patrzy na mnie i dodaje: Ale jaka pani piękna! Dobra i piękna! Będę się modlić o dobrego męża dla pani”. Uśmiecham się po raz kolejny i dziękuję. „A jak pani ma na imię?” – pytam schodząc. „Wanda”. „Pani Wando, wszystkiego dobrego. Dużo zdrowia”. „Nie mam już zdrowia, pani… Anito, tak? Ale jak ktoś mocno cierpi, to może więcej wymodlić. To jest taki mój krzyż. Wymodlę dla Pani dużo dobrego”. „Wszystkiego dobrego, pani Wando” – żegnam się i wychodzę.

    Wracając do domu myślę o tym, że muszę to opisać. Myślę o tytule „Święta Wanda z Biedronki”. W domu sprawdzam, czy jest jakaś święta Wanda. Jest! Według przekazów katolickich, przyjmująca na siebie cierpienia innych. Dosłownie.

    Wychodzę z bramy pani Wandy i idę do domu, jak w transie. Jak wiecie, mam niezwykły sentyment do starszych ludzi. Mój nieżyjący mąż, który najbardziej z całej rodziny kochał swoją babcię, w której mieszkaniu ja teraz mieszkam z córką, zawsze powtarzał, że nigdy nie wiadomo, jacy my będziemy na starość. Od kilku lat co roku o tej porze w pełni przygotowań była już nasza akcja „Podziel się”. W tym roku pokonał nas czas, obowiązki coraz bardziej zagmatwane życie każdego z nas. Ale to nie ma znaczenia.

    Pani Wanda – święta Wanda z Biedronki, która będzie się za mnie modlić – w te święta na pewno nie zostanie zapomniana ani samotna. Zadbam o nową parasolkę – taką, żeby łatwo się było podpierać. O czystą odzież. O zapas różnorodnego jedzenia. Dla jej kota też. A przede wszystkim o to, żeby poczuła, że ktoś o niej w tym wyjątkowym czasie myśli. Was też do tego zachęcam. Każdy z Was ma w pobliżu kogoś takiego. Każdy z tych ludzi ma za sobą jakąś historię. Każdy kiedyś był w takim momencie życia jak my. Pełnym planów, marzeń, nadziei na kolejny, jeszcze lepszy rok. A teraz są staruszkami. Chylącymi się ku ziemi, w której kiedyś spoczną. Zmagającymi się ze swoimi niedołężnościami, problemami zdrowotnymi, samotnością… Pomyślmy o nich. Czasem drobny gest z naszej strony jest czymś niewyobrażalnie wielkim dla drugiego człowieka. Proste, a jakie trudne dla niektórych do pojęcia…