Kryzys męskości w patriarchalnym świecie

kryzys męskości zmęczony pracownik fizyczny mężczyzna na budowie

W przestrzeni publicznej wciąż królują przekonania, że to mężczyźni mają w życiu łatwiej. Przecież to oni od wieków ustalają zasady gry, rządzili polityką i zasiadali w zarządach największych firm. Teoretycznie są uprzywilejowani. Dlaczego więc jednocześnie każdego dnia w Polsce aż 11 mężczyzn odbiera sobie życie? Mężczyźni żyją krócej i częściej wypadają z systemu. Dlaczego wpadli we własne sidła i dlaczego bywamy na ten kryzys głusi?

Do najnowszego odcinka podcastu „Po tej stronie” zaprosiłam dr. Jakuba Chabika, prezesa Zarządu Stowarzyszenia na rzecz Chłopców i Mężczyzn, inżyniera, wykładowcę akademickiego i ojca. Stowarzyszenie jest pionierską polską organizacją, która postanowiła przerwać milczenie wokół problemów męskiej części społeczeństwa, walcząc z krzywdzącymi stereotypami i dyskryminacją panów. Ta rozmowa była dla mnie ogromnym zderzeniem z rzeczywistością, która pokazuje obraz głębokiego, niebezpiecznie narastającego kryzysu mężczyzn.

[POSŁUCHAJ ODCINKA]

Złota klatka patriarchatu i piramida społeczna

Gdy mówimy o przywilejach mężczyzn, często popełniamy podstawowy błąd poznawczy. Traktujemy wszystkich panów jako homogeniczną grupę, patrząc na nich wyłącznie przez pryzmat tych kilkunastu procent, którzy dotarli na sam szczyt społecznej piramidy. Widzimy prezesów, generałów i wpływowych polityków. A dawniej królów, cesarzy i biskupów (notabene – wszyscy przywódcy religijni to mężczyźni).

Tymczasem dr Chabik zwraca uwagę na środek i dół tej piramidy. Na mężczyzn wykonujących wyczerpujące, niebezpieczne zawody (tzw. niebieskie kołnierzyki), dzięki którym mamy w domach prąd i bieżącą wodę. Zwraca uwagę na ogromną rzeszę samotnych, wykluczonych cyfrowo panów oraz na to, że w skrajnym ubóstwie i bezdomności żyją w Polsce głównie mężczyźni. Klatka patriarchatu, w której od lat wymaga się od nich bycia twardymi, niezłomnymi „zdobywcami”, nie pozwala im okazać słabości. A my jako społeczeństwo bardzo łatwo wydajemy wyroki:

„Mężczyzn widzimy raczej na zasadzie: sami sobie winni. Jeśli ktoś nie odnosi sukcesu, jeśli ktoś nie wspina się na ten szczyt, to widocznie się nie stara dosyć”.

Czy nie czas w końcu zburzyć ten szkodliwy mit?

[POSŁUCHAJ ODCINKA]

Szkoła, która wypycha chłopców na margines

Jednym z najbardziej nieoczekiwanych dla mnie wątków naszej rozmowy był temat tego, co dzieje się z chłopcami w polskim systemie edukacji. Problem zaczyna się już w szkole podstawowej. Okazuje się, że nasza szkoła – poprzez formatowanie i ukryte stereotypy – nieświadomie, ale systematycznie wyklucza chłopców. I co ważne, to nie są „złote myśli” mojego rozmówcy, ale mamy na to badania. Warto przy tej okazji wspomnieć o raporcie Michała Gulczyńskiego „Przemilczane nierówności. O problemach mężczyzn w Polsce”, który dał podwaliny pod powstanie Stowarzyszenia na Rzecz Chłopców i Mężczyzn.

Młodzi mężczyźni znacznie rzadziej kończą studia, a z każdym kolejnym etapem edukacji ich ubywa. Luka edukacyjna rośnie, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, gdzie dziewczynki biją swoich kolegów na głowę w wynikach egzaminów językowych czy humanistycznych. Jak to możliwe, że szkoła – instytucja z założenia wyrównująca szanse – pogłębia ten podział? Dlaczego nikt nie alarmuje, gdy dowiadujemy się o programach wsparcia edukacyjnego, z których chłopcy są z góry wykluczani lub dyskryminowani już na starcie? W podcaście dr Chabik podaje konkretne, twarde przykłady tego zjawiska, które sprawiają, że oczy otwierają się szeroko.

[POSŁUCHAJ ODCINKA]

Równość płci to nie gra o sumie zerowej

Kobiety przeszły w ostatnich dekadach potężną, wspaniałą emancypację. Wywalczyłyśmy sobie prawo do pełnienia wielu nowych, dotychczas niedostępnych dla nas ról. Zastanawiam się jednak, czy w tym samym czasie dałyśmy mężczyznom przestrzeń na to samo? Czy mają oni nasze społeczne pozwolenie na to, by wybierać ścieżki stereotypowo „kobiece”, zostać pełnoetatowymi ojcami czy pielęgniarzami bez bycia ocenianymi jako „dziwacy”?

Według Jakuba Chabika, walka o równe prawa obu płci w tym momencie poszła już za daleko, ale walka o prawa mężczyzn, która ewidentnie jest potrzebne, absolutnie nie oznacza stanięcia w opozycji do praw kobiet. Równość nie jest bowiem grą o sumie zerowej. Jeśli zawalczymy m.in. o wyrównanie wieku emerytalnego, o prewencję męskich chorób czy sprawiedliwe traktowanie ojców w sądach rodzinnych – nie odbierzemy przez to niczego kobietom! Wręcz przeciwnie. Szczęśliwy, zdrowy, zaopiekowany psychicznie mężczyzna to przecież zdrowsze relacje, bezpieczniejsze dzieci i bardziej partnerskie małżeństwa.

Ale jeśli nie stworzymy inkluzywnego, bezpiecznego środowiska dla zagubionych chłopaków, ci nadal będą wpadać w sidła radykalnych i toksycznych społeczności internetowych, takich jak tzw. manosfera.

Posłuchajcie koniecznie tej rozmowy. To niesamowicie otwierające oczy spotkanie, pełne konkretnych danych i empatii, której dziś tak bardzo potrzebujemy na linii mężczyźni – kobiety. Gwarantuję, że po tym odcinku zupełnie inaczej spojrzycie na męski świat, i to już od momentu, kiedy jeszcze są… niemowlętami.

[POSŁUCHAJ ODCINKA]

Jeśli Ty, albo bliski Ci mężczyzna przeżywacie kryzys, pamiętajcie, że nie musicie mierzyć się z nim sami. Prośba o pomoc to najwyższy akt odwagi. Zadzwońcie pod 116 123 (Kryzysowy Telefon Zaufania dla Dorosłych), 116 111 (telefon dla dzieci i młodzieży) lub 800 70 22 22 (całodobowe Centrum Wsparcia).

Diagnoza zespołu Downa zmienia wszystko. Kilka przemyśleń po rozmowie z rodzicami z Rodzinki 321

Sylwia Dominik Krzysztof Borysowie diagnoza zespołu Downa Rodzinka_321

W tej rozmowie na pewno nie usłyszycie, jak wspaniale jest od pierwszej sekundy. Usłyszycie za to o „matriksie”, w który trafiają rodzice po usłyszeniu diagnozy zespołu Downa, o roller-coasterze, do którego wsiadają na drodze do akceptacji, ale też o tym, jak niepełnosprawność dziecka wpływa na małżeństwo… Bo taka diagnoza zmienia w życiu wszystko.

Do najnowszego odcinka podcastu „Po tej stronie” zaprosiłam Sylwię i Krzysztofa Borysów, znanych w sieci szerzej jako Rodzinka_321. To rodzice wspaniałego, żywiołowego i totalnie kradnącego serca Dominika, który urodził się z trisomią 21. Ich droga do momentu, w którym potrafią z uśmiechem opowiadać o swojej codzienności, była jednak pełna ostrych zakrętów, strachu o zdrowie i życie dziecka oraz uczenia się siebie nawzajem od nowa. To trudna, ale ważna i budująca lekcja tego, czym naprawdę jest zderzenie z systemem medycznym i własnymi oczekiwaniami wobec rodzicielstwa.

POSŁUCHAJ ODCINKA

Diagnoza trisomii 21 potrzebuje przeżycia żałoby

Sylwia otwarcie opowiada o czymś, co w naszym społeczeństwie wciąż bywa tematem tabu – o żałobie po urodzeniu dziecka z niepełnosprawnością. Wszyscy oczekują od świeżo upieczonej mamy radości. Przecież wreszcie na świat przyszło wyczekiwane maleństwo, prawda? Tyle że w przypadku rodziców dzieci, które rodzą się z niepełnosprawnością lub chore i słyszą diagnozę, trudno o radość. Sylwia wspomina swój ogromny, wewnętrzny konflikt, kiedy jednocześnie przeżywała żałobę po marzeniu o zdrowym dziecku i trzymała w ramionach dziecko niepełnosprawne, które tak bardzo jej potrzebowało…

Dla niej i dla Krzysztofa początki to było wejście w tryb ciągłego zagrożenia. Kiedy inni rodzice cieszyli się pierwszymi dniami w domu, oni walczyli o zdrowie malucha, a był moment – że nawet o jego życie. Trisomia 21 to przecież zespół ponad 300 potencjalnych problemów zdrowotnych (!), nie tylko sama wada genetyczna. Wychowanie dziecka z zespołem Downa to często częste wizyty u specjalistów.

U Dominika pojawiła się patologiczna żółtaczka i niedoczynność tarczycy, a potem jeszcze jego rodzice dostali wiadomość, że w piątym miesiącu życia małe serce Dominika będzie musiało zostać zoperowane z powodu wady wrodzonej (AVSD). Urodzenie chłopca, o którego wadzie nie wiedzieli przed porodem, spowodowało, że nagle wypadli z bezpiecznej bańki i wylądowali w świecie pełnym kardiologów, endokrynologów i neurologów. Takie doświadczenie tak bardzo odcina od rzeczywistości, że – jak opisuje to Krzysztof – człowiek czuje, jakby umarł i narodził się na nowo.

„Przez chwilę żyliśmy w matriksie, z którego szybko nas wybudzono”.

POSŁUCHAJ ODCINKA

Dziecko z niepełnosprawnością a relacja w związku

Narodziny dziecka z niepełnosprawnością to test, który sprawdza fundamenty każdego związku. Historia Sylwii i Krzysztofa idealnie pokazuje, jak różnie potrafimy reagować na skrajny stres. O ile Sylwia znalazła się najbliżej tych najtrudniejszych, rozrywających od środka emocji i paraliżującego lęku, o tyle Krzysztof niemal natychmiast założył pancerz i wszedł w tryb zadaniowy.

Zorganizował lekarzy, zaplanował kalendarz wczesnej rehabilitacji i za wszelką cenę próbował wnieść do domu optymizm, którego tak naprawdę sam do końca nie czuł. Jak przyznaje, był to jego mechanizm obronny – wiedział, że gdyby on „pękł”, pociągnąłby za sobą całą rodzinę. Ale ta maska silnego człowieka ma swoją ogromną cenę. Rozmijanie się w emocjach i odmienne sposoby radzenia sobie z traumatycznym doświadczeniem to coś, co wymaga gigantycznej pracy, by na nowo się w tym wszystkim odnaleźć i usłyszeć nawzajem jako małżeństwo.

Sylwia i Krzysztof przyznają, że nie poradziliby sobie bez profesjonalnej pomocy. Każde z nich przeszło własną terapię, przeszli także wspólną…

POSŁUCHAJ ODCINKA

Codzienność z zespołem Downa, czyli słońce po burzy

Opowieść Rodzinki_321 jest jednak najlepszym dowodem na to, że ten trudny, często wyniszczający czas mija. Z momentem, w którym odpuszcza się ciągłe analizowanie forów internetowych i porównywanie własnego dziecka do innych, przychodzi ulga. Zespół Downa przestaje być jedynym elementem definiującym rzeczywistość, a Dominik staje się po prostu sześcioletnim fanem Eda Sheerana, początkującym artystą z ukulele w ręku i chłopcem, który swoim uśmiechem rozbraja każdego napotkanego na spacerze przechodnia.

Dzięki takim ludziom jak Sylwia, Krzysztof i Dominik Borysowie, temat niepełnosprawności i zespołu Downa, pokazywane w każdym świetle, stają się coraz bardziej obecne w przestrzeni publicznej. Bo o trudach rodzicielstwa dzieci ze szczególnymi potrzebami trzeba mówić. Nie wolno zmuszać tych rodziców do noszenia maski „niezniszczalnych bohaterów” ani też „cierpiętników”. To rodzice tacy jak inni – tyle że ich rodzicielstwo jest dużo bardziej wymagające. Ale może też… dużo bardziej satysfakcjonujące?

Sami się przekonajcie! Zapraszam Was do wysłuchania tej absolutnie niezwykłej, niefiltrowanej rozmowy o cieniach i blaskach życia z trisomią 21 (a pod koniec koniecznie posłuchajcie koniecznie gościnnego, muzycznego występu Dominika!).

POSŁUCHAJ ODCINKA

Dlaczego musimy przestać milczeć o samobójstwach? Moje refleksje po rozmowie z Łukaszem Nowakiem

W świecie, który powoli uczy się rozmawiać o zdrowiu psychicznym, samobójstwo wciąż jeszcze pozostaje tematem spychanym na margines. Niezręczna cisza, która często zapada, gdy pada słowo na „s”, to mechanizm obronny nas jako społeczeństwa. Problem w tym, że ta cisza nie chroni, tylko izoluje i pomaga utrwalać mity i niezrozumienie kryzysu suicydalnego.

W najnowszym odcinku podcastu „Po tej stronie” gościłam Łukasza Nowaka, człowieka, który trzykrotnie próbował odebrać sobie życie. Po raz pierwszy stanął na krawędzi życia, kiedy miał zaledwie 10 lat… Łukasz dorastał w skrajnej biedzie. Odrzucany, poniżany, pozbawiony godności, bywał tak głodny, że jadł swój zeszyt. Dziś jest mężem, ojcem, przedsiębiorcą i autorem książki, ale droga, którą musiał przejść, jest wstrząsającą lekcją tego, czym naprawdę jest kryzys suicydalny, jak niepostrzeżenie potrafi się rozwijać i jak niezwykle ważna jest mądra profilaktyka.

POSŁUCHAJ ODCINKA

Maska „silnego” człowieka

Łukasz mówi otwarcie o czymś, o czym często wspominają specjaliści i suicydolodzy, z którymi mam okazję rozmawiać w podcaście – że człowiek w kryzysie samobójczym potrafi perfekcyjnie się maskować. Łukasz wspomina, jak codziennie rano „naciągał na twarz uśmiech”. Funkcjonował zadaniowo, organizował akcje charytatywne, dbał o rodzinę. Zbudował pancerz twardego mężczyzny, który „nie może płakać i musi poradzić sobie sam”.

Od osób, których bliscy odebrali sobie życie, często słyszę pytanie: „jak ja mogłem tego nie zauważyć”, „co ja przeoczyłam?”. To przerażające, jak bardzo dajemy się zwieść tym maskom, właśnie dlatego, że wydaje nam się, że kryzys widać gołym okiem. Tymczasem często chowa się on za fasadą uśmiechu, siły życia, zaradności, dopóki… ciężar nie staje się absolutnie nie do zniesienia. W naszej rozmowie Łukasz wspomina słowa suicydolożki dr Halszki Witkowskiej, które cytuję poniżej, i to jest jedna z najlepszych definicji kryzysu suicydalnego, jaki kiedykolwiek słyszałam.

„Osoba, która próbuje odebrać sobie życie, nie jest słaba. Ona po prostu była zbyt silna zbyt długo”.

POSŁUCHAJ ODCINKA

Ułamek sekundy może zmienić wszystko – w jedną… albo w drugą stronę

W opowieściach o umyśle w kryzysie – czy to z perspektywy Łukasza, czy cierpiącej na chorobę afektywną dwubiegunową Marty – zawsze pojawia się ten moment tak zwanego widzenia tunelowego. Człowiek w kryzysie odczuwa tak gigantyczny ból psychiczny, że jego myślenie zawęża się wyłącznie do jednego celu: pragnienia, by to cierpienie wreszcie się skończyło.

Łukasz opisał swój moment graniczny przy trzeciej próbie samobójczej. Miał wszystko zaplanowane. Pospłacane długi, przygotowane konta. I kiedy już prawie tracił przytomność, przez uchylone okno usłyszał głos swojego najmłodszego syna. Ale co by się stało, gdyby tego głosu nie usłyszał?

To pokazuje, jak cienka jest granica i dlaczego nigdy nie wolno nam rezygnować z uważności na drugiego człowieka. Czasem drobny gest, jedno zdanie czy sama obecność potrafią zatrzymać kogoś na krawędzi.

Pokazanie słabości to siła

Historia Łukasza, jak wiele innych podobnych historii, jest najlepszym dowodem na to, że nawet z najczarniejszego mroku można wrócić, o ile w porę sięgniemy po wsparcie. Łukasz nie miałby dziś rodziny, nie byłby przedsiębiorcą i nie pomagałby innym, gdyby tamtego dnia nie pozwolił sobie na pokazanie swojej słabości i nie poprosił o ratunek.

I na koniec bardzo ważna dla mnie prośba – nie milczmy na temat kryzysów psychicznych, nie stygmatyzujmy osób, które ich doświadczają, próbujmy zrozumieć te kryzysy. Bo tylko w ten sposób możemy naprawdę zapobiegać tragediom.

Z tymi słowami zapraszam Was do wysłuchania tego odcinka.

Jeśli Ty, albo ktoś w Twoim otoczeniu potrzebuje wsparcia, pamiętaj, że nie jesteście z tym sami. Sięgnijcie po pomoc specjalistów. Zadzwońcie pod 116 123 (Kryzysowy Telefon Zaufania dla Dorosłych), 116 111 (telefon dla dzieci i młodzieży) lub 800 70 22 22 (całodobowe Centrum Wsparcia).

Polski senior i jego lęki. Jak wygląda starość w Polsce?

młoda dłoń ściska dwie stare dłonie

Jak wygląda starość w Polsce? Co się dzieje z człowiekiem, kiedy zdejmuje garnitur pracownika i zakłada kapcie emeryta? W tym momencie rozpościera się przed nim czas stanowiący 25, a nawet 30% całego jego dotychczasowego życia. Dziś emerytura to nie jest „chwila odpoczynku”. To cały, długi etap życia, do którego… nikt nas nie przygotowuje. W szkołach rodzenia uczymy się, jak powitać życie. Ale szkół, które uczą nas, jak je godnie i mądrze kończyć, nie ma… O tym między innymi jest najnowszy odcinek mojego podcastu.

Żyjemy coraz dłużej

Coś, co jeszcze w latach 60. XX wieku wydawało się abstrakcją, czyli dożycie 85 lat, jest dzisiaj niemal normą – zwłaszcza wśród kobiet. Tym ważniejsze staje się rozumienie zawiłości starzenia się, uświadomienie sobie, że to proces, który czeka większość z nas i że – co mam wrażenie, jest najtrudniejsze – starość to naturalna kolej rzeczy, a senior jest tym samym człowiekiem jakim był za juniora, tylko… w starszym ciele.

Dlatego cieszę się, że rozmową z Piotrem Stelmaszewskim, gerontologiem i psychogerontologiem, prezesem Krajowego Konwentu Ekspertów Opieki Senioralnej i członkiem zarządu dolnośląskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Gerontologicznego, wchodzę w bardzo dziś potrzebną publiczną dyskusję o sytuacji seniorów, opiece senioralnej, ale też problemach i roli młodszych pokoleń w tym wszystkim.

Całego odcinka można wysłuchać na moich kanałach, a tutaj postaram się zebrać to, co najważniejsze, ale też – mam nadzieję – zachęcić Was do wysłuchania całości.

KLIKNIJ, ŻEBY POSŁUCHAĆ

Polska demografia – liczby, które mówią same za siebie

Dane GUS za 2024 rok, czyli najnowsze, jakimi dysponujemy, mówią o tym, że w Polsce żyje ponad 10 milionów Polaków w wieku 60 lat i więcej. To 26,6% całej naszej populacji, czyli ponad 1/4, a w zasadzie pewnie bliżej już do 30%.

Ta demograficzna zmiana, jakiej dotąd nasze społeczeństwo nie znało i która zaszła w ciągu kilku dekad, to mega wyzwanie, zwłaszcza w kontekście opieki nad osobami starszymi, ale nie tylko.

Do tego, co zauważył mój rozmówca, malejąca dzietność sprawia, że proporcje seniorów w społeczeństwie rosną. To będzie nas zmuszać do pilnego szukania skutecznych strategii międzypokoleniowych i systemów wsparcia.

Pytanie tylko, czy my – zabiegani, przebodźcowani, sfrustrowani i żyjący własnym życiem (bo tak być powinno) – potrafimy dostrzec w tych liczbach ludzi, ich historie, ich potrzeby?…

POSŁUCHAJ CAŁEGO ODCINKA

Lęki polskiego seniora

Zapytałam Piotra Stelmaszewskiego o największy lęk dzisiejszego polskiego senior i usłyszałam, że są dwa główne – zdrowie i ubóstwo. Ale nie tylko. Mój gość uświadomił mi jeszcze coś. W naszym społeczeństwie seniorzy stają się powoli przezroczyści, niewidzialni. Ale zanim zupełnie znikną, wpadają w pułapkę „dziadurzenia”. Czym jest to „dziadurzenie”? To te wszystkie zdrobnienia, to zwracanie się do mądrego, doświadczonego człowieka per „dziadziuniu” czy „babciu”, nawet jeśli jest dla nas obcą osobą. To odbieranie seniorom intelektualnego respektu:

„Dziadziuś niech sobie ogląda telewizor, ale niech się nie mądrzy za bardzo” – to zdanie, które usłyszałam w naszej rozmowie. Czy naprawdę tak chcemy traktować ludzi, którzy budowali świat, w którym dziś żyjemy? Ludzi, którzy stali w kolejkach po paszporty i pamiętają kartki na mięso, a dziś muszą odnaleźć się w świecie smartfonów i sztucznej inteligencji?

Bo przecież po drugiej stronie mamy człowieka. Człowieka, który nadal ma jakieś marzenia, jakieś oczekiwania wobec życia i co najważniejsze – jeśli nie dopadają go choroby neurodegeneracyjne – który nadal jest tym samym człowiekiem, jakim był mając lat 30 czy 50. I który będzie żył znacznie dłużej niż żyli jego dziadek czy babcia…

Dlatego, jak podkreśla mój rozmówca, bardzo ważna jest zmiana społecznego nastawienia do starości, bo osoby starsze stanowią coraz większą i pełnoprawną grupę społeczną.

POSŁUCHAJ CAŁEGO ODCINKA

Pokolenie kanapkowe pod presją

Rozmawialiśmy też o nas – o tych, którzy są w środku, o tzw. pokoleniu kanapkowym (ang. sandwich generation). Z jednej strony wciąż wspieramy wchodzące w dorosłość dzieci, z drugiej – zaczynamy czuć na plecach oddech troski o naszych starzejących się rodziców, często też dziadków. Jesteśmy dociśnięci z obu stron. I wiecie, co jest w tym najtrudniejsze? Że nikt nas do tego nie przygotował.

Często robimy to po omacku, w poczuciu winy i skrajnego zmęczenia. Czy system nam pomaga?… O tym też rozmawiamy. O iluzji, jaką jest tzw. Bon Senioralny, gdy progi wieku są windowane tak wysoko, że wielu mężczyzn w Polsce po prostu go nie dożyje. To gorzka lekcja o tym, jak państwo zamiata kolejny problem pod dywan, podczas gdy ten dywan staje się coraz bardziej wybrzuszony od milionów ludzkich historii.

Rozmawialiśmy też o wielu innych problemach związanych ze starzeniem się społeczeństwa. Zapraszam Was do wysłuchania całości. I koniecznie zostawcie komentarze – na YouTube lub Spotify albo pod rolkami promującymi odcinek. Dziękuję!

POSŁUCHAJ

Jak zrozumieć kryzys zdrowia psychicznego wśród młodzieży?

Z kryzysem zdrowia psychicznego wśród młodych mam jeden zasadniczy problem – on już dawno przestał być „niepokojącym trendem”, a stał się codziennością, o której wiemy aż za dużo z raportów – i wciąż za mało z realnych działań. W mojej najnowszej rozmowie z Melanią Dominiak, suicydolożką i psychoterapeutką, bardzo wyraźnie wybrzmiewa to napięcie między twardymi liczbami a miękką, ludzką rzeczywistością nastolatków, którzy próbują jakoś utrzymać się na powierzchni w świecie rozpiętym między online a offline. W jedynym świecie, jaki znają. I jakiego my, dorośli, nigdy już nie opanujemy w takim stopniu, jak oni… A jednocześnie to my mamy ich wspierać w odnajdywaniu się w tym świecie.

Młodzi w świecie ciągłego „online”

Z Melanią Dominiak umawiałam się na rozmowę od konferencji „Przywróceni do życia”, która odbyła się w Warszawie 10 września, w Światowym Dniu Zapobiegania Samobójstwom. Miała tym wykład poświęcony wsparciu i towarzyszeniu w odbudowywaniu sobie życia przez osoby, zwłaszcza młode, bo z takimi głównie pracuje moja rozmówczyni, po próbach samobójczych.

Ale nieoczekiwanie punktem wyjścia do rozmowy okazał się opublikowany świeżo przed jej nagraniem raport „Dobre i złe wiadomości – życie online i offline a zdrowie psychiczne polskich nastolatków”, pokazujący, jak niepokojąco wygląda dziś kondycja psychiczna nastolatków.

Wystarczy spojrzeć na niektóre dane z raportu:

  • 23% uczniów szkół ponadpodstawowych deklarowało myśli samobójcze,
  • 12% ma za sobą próbę samobójczą.

Za każdą z tych liczb stoi konkretne dziecko, konkretna historia i konkretna rodzina. To nie są statystyki, obok których można przejść obojętnie, zwłaszcza jeśli zajmujemy się zdrowiem psychicznym nie tylko „zawodowo”, ale też z poziomu własnego doświadczenia kryzysu i żałoby.

Życie młodych coraz mocniej toczy się w przestrzeni cyfrowej, gdzie granice między „ja” a „moim wizerunkiem” są dramatycznie cienkie. Nieustanne porównywanie się, presja bycia widocznym, lęk przed wykluczeniem z grupy – to wszystko działa jak cichy, ale bardzo skuteczny rozpuszczalnik odporności psychicznej. Coraz więcej nastolatków mówi wprost o swoich trudnościach, ale to, czy te głosy spotkają się z realnym wsparciem, wciąż w dużej mierze zależy od dorosłych – od rodziców, dziadków, specjalistów, ale też – a może przede wszystkim – od szkoły…

Moja rozmówczyni, która od lat pracuje z młodzieżą doświadczającą sytuacji kryzysowych, w tym granicznych, i od lat współpracuje ze szkołami, jest w tym zakresie optymistką. Ale też zauważa, że w badaniach wykonanych w łódzkich szkołach dyrektorzy bardzo mocno podkreślali swój i nauczycieli brak odpowiedniego przygotowania do pracy z uczniami w kryzysie emocjonalnym. O tym jeszcze napiszę poniżej.

Moja córka już nie jest w wieku szkolnym, więc mam już w tym obszarze pewne luki wiedzowe i kompetencyjne, ale… dzień po nagraniu, kiedy rozmawiałam ze znajomą, usłyszałam historię o tym, jak szkoła potraktowała nastolatkę, która doświadczając przemocy rówieśniczej, nie wytrzymała i doprowadzona przez znęcające się nad nią koleżanki i kolegów krzyknęła, że się zabije. Nie miała niczego, czego mogłaby użyć, by tę pełną rozpaczy groźbę „spełnić”. Była w szkole, w otoczeniu ludzi, w tym dorosłych nauczycieli. Co zrobiła szkoła? Wezwała służby.

Zamiast wdrożyć pomoc emocjonalną, zamiast wezwać rodziców, szkoła wezwała służby. Na pełnej petardzie wjechały tam policja i pogotowie. Dopiero wtedy wezwano rodziców. Z dziewczynką nikt nie porozmawiał, a przecież cała ta sensacyjna – nie boję się tego tak określić – akcja, o której pewnie do dzisiaj mówi cała szkoła, musiała mieć jeszcze gorszy wpływ na jej stan psychiczny… Zatem jak widać, wciąż jest w szkołach wiele do zrobienia w tej kwestii.

Szkoła, która boi się emocji

Bo szkoła boi się emocji. Z informacji mojej rozmówczyni wyłania się dość spójny obraz – dyrektorzy szkół widzą narastający kryzys zdrowia psychicznego uczniów i deklarują duże zaniepokojenie sytuacją. Ale jednocześnie przyznają, że nauczycielom brakuje przygotowania do pracy z młodymi osobami z diagnozami psychiatrycznymi, a więc z dziećmi, które już są w systemie pomocy, ale na co dzień funkcjonują właśnie w szkole.

Ten deficyt kompetencji widać także w obszarze rozmów z rodzicami. Mówienie o depresji, samouszkodzeniach czy próbie samobójczej dziecka bywa dla nauczycieli paraliżujące – nie dlatego, że im nie zależy, ale dlatego, że nikt ich nie nauczył, jak to robić bezpiecznie i odpowiedzialnie. Moja rozmówczyni bardzo mocno podkreśla, że nie chodzi o to, by z każdego pedagoga zrobić terapeutę, tylko o to, by wyposażyć szkołę w podstawowe narzędzia – wiedzę i procedury. Od siebie dodam, że także w umiejętność realnego oceniania sytuacji, tak aby interwencja opisana wyżej nie zakończyła się z jeszcze większą szkodą dla dziecka.

Między online a offline

W rozmowie często wracamy do metafory krawędzi, bo dziś wielu nastolatków żyje jakby jednocześnie w dwóch światach, pomiędzy którymi musi nieustannie przeskakiwać. W realu funkcjonują w systemie ocen, oceniania i wymagań, w sieci – w systemie lajków, reakcji i algorytmów, które premiują skrajne emocje i skrajne postawy. Ta podwójna rzeczywistość potrafi nasilać poczucie osamotnienia, lęk, wstyd, a także doświadczenie ciągłego przeciążenia. A algorytmy… tym, którzy już i tak są w kryzysie, podsuwają treści jeszcze bardziej ten kryzys pogłębiające.

Jednocześnie z raportu, o którym rozmawiałyśmy, wynika coś, co daje nadzieję. Młodzi coraz częściej mówią o swoich trudnościach otwarcie, bez owijania w bawełnę. To dla dorosłych sygnał, że trzeba przestać udawać, że „oni przesadzają” – i zacząć traktować te komunikaty jak realne wołanie o pomoc, które domaga się nie tylko empatycznego wysłuchania, ale też konkretnych i łatwo dostępnych form wsparcia psychologicznego.

Gdy rozmowa staje się ratunkiem

To, co w naszej rozmowie z Melanią Dominiak wybrzmiało chyba najmocniej, to znaczenie zwykłych, ludzkich rozmów o emocjach prowadzonych w miejscu dziś do tego nieprzygotowanym, ale takim, które może nim być, jeśli dopuści do głosu wrażliwość, czyli w szkole. Tworzenie atmosfery bezpieczeństwa emocjonalnego nie wymaga spektakularnych programów, tylko dorosłych, którzy nie wyśmiewają, nie bagatelizują i nie straszą, tylko potrafią powiedzieć „widzę, że jest ci ciężko, poszukajmy razem pomocy”.

Pani Melania zwraca też uwagę na coś, co jest mi szczególnie bliskie – na szukanie „jasnych punktów” nawet w najtrudniejszej sytuacji i w najtrudniejszym kontekście. Tam, gdzie pojawia się przestrzeń na mądrą rozmowę, uważne słuchanie i realne wsparcie, zaczynają się rodzić zalążki systemu pomocy – nie zawsze idealnego, często niekompletnego, ale takiego, który może zrobić tę jedną ważną zmianę, czyli sprawić, że konkretne dziecko po tej stronie zostanie, zamiast odchodzić.

Co z tego wynika dla nas, dorosłych?

Z tej rozmowy wyniosłam cztery rzeczy, które nie dają spokoju – i być może właśnie o ten brak spokoju chodzi, bo on może przekuć się w działanie.

Kryzys zdrowia psychicznego młodzieży jest realny, mierzalny i nie zniknie sam z siebie – wymaga pilnej, systemowej reakcji.

  • Szkoły i nauczyciele potrzebują nie tylko „świadomości”, ale realnego przygotowania: szkoleń, procedur, dostępu do specjalistów, z którymi mogą konsultować trudne sytuacje.
  • Otwarte rozmowy o zdrowiu psychicznym powinny stać się normą w placówkach edukacyjnych, a nie wyjątkiem przy okazji kryzysu czy tragedii.
  • Najważniejsze jest budowanie systemów wsparcia, które będą dla młodych naprawdę dostępne – nie tylko na papierze, ale w ich codziennym doświadczeniu szkoły i domu.

Jeśli ten temat jest Ci bliski, jeśli pracujesz z młodzieżą albo masz w domu nastolatka, to wiedz, że nie musisz i nie powinnaś/powinieneś zostawać z tym sama/sam. Proponuję zacząć od wysłuchania tego bardzo ważnego odcinka.

O rowerowej kierownicy, drodze i filmach, które uczą nas życia

W zeszłym tygodniu byłam na warsztatach, na których żeby się przedstawić, każdy z nas miał wybrać jakieś zdjęcie spośród wielu – takie, które najbardziej z nim rezonowało. Ja wybrałam kierownicę roweru na tle drogi. Jeśli obserwujecie mnie w mediach społecznościowych, wiecie, że uwielbiam jazdę rowerem. Ale nie tylko. Ja po prostu kocham być w drodze.

Kocham być w drodze…

Kocham być w drodze fizycznie i mentalnie. Bo życie jest przecież taką drogą. A ja lubię zmiany, jakie ta droga niesie, lubię ludzi, których na tej drodze spotykam i poznaję. Może to dlatego tak kocham filmy drogi? Te wszystkie „Easy Rider”, „Thelma i Louise”, „Dzienniki motocyklowe”, „Rain Man”, „Nomadland”. Czy nawet romantyczna komedia „Lepiej być nie może” z doskonałym duetem Jack Nicholson i Helen Hunt. Tak na marginesie większość tych filmów nieprzypadkowo jest o jakichś duetach. Bo fajnie, jak w tej drodze ktoś nam towarzyszy, prawda?

W filmach, które wymieniłam, ich bohaterowie wyruszają w podróż nie tylko geograficzną, ale przede wszystkim wewnętrzną. Droga staje się dla nich przestrzenią transformacji, miejscem, w którym ich jakieś stare „ja” zostaje za plecami, a nowe dopiero się kształtuje.

… i kocham road movies

W teorii filmu mówi się, że road movie to gatunek typowo amerykański, wyrastający z tzw. mitu Dzikiego Zachodu i idei ruchu jako podstawy tożsamości narodowej. Ale ja myślę, że jego uniwersalność sięga głębiej. Droga to archetyp, który przemawia do każdego z nas, bo każde życie to podróż od punktu A do punktu B, z tym że często nie wiemy, gdzie ten punkt B się znajduje.

W „Easy Rider” Wyatt i Billy jadą przez Amerykę w poszukiwaniu wolności, ale niestety, znajdują śmierć. „Thelma i Louise” z boskimi Geeną Davis i Susan Sarandon, to historia dwóch kobiet, które uciekają przed opresyjnym światem i w finale wybierają „lot” samochodem w przepaść jako ostateczny akt wyzwolenia. W „Nomadland” Frances McDormand jedzie przez współczesną Amerykę w kamperze, szukając nie tyle miejsca, co sensu w świecie, który się rozpadł. Jedzie – co rzadkie w filmach drogi – samotnie, ale przecież wyrusza w tę podróż głównie dlatego, że zmarł jej ukochany mąż. To wszystko są historie o ludziach, którzy nie mogli już zostać tam, gdzie byli.

Ja też wiele razy nie mogłam zostać. Po każdym wypaleniu zawodowym, po każdym życiowym trzęsieniu ziemi zawsze musiałam ruszyć dalej, zmienić pracę, otoczenie, przewartościować przyjaźnie… Ruszyć w drogę wcale nie zawsze oznacza, że wyruszamy w nią fizycznie. Czasem, jak u mnie po śmierci męża, to mój umysł, moje emocje i wszystko, co znałam w życiu, musiało znaleźć nową drogę. Ja nadal mieszkałam i mieszkam w naszym wspólnym mieszkaniu, chociaż przyznam Wam szczerze, że coraz częściej myślę o tym, że wolałabym gdzie indziej. Ale póki co – nie mam takiej możliwości i cóż, na razie muszę to zaakceptować.

Droga po stracie kogoś bliskiego

Ludzie, którzy tracą bliskich, a którzy rzucają się – tak jak ja to zrobiłam – w wir życia, często słyszą, że powinni „przestać uciekać”. Tylko że ja… nie uciekałam. Ja po prostu szłam naprzód.

Bo droga to nie jest ucieczka – to wybór. Wybór ruchu zamiast stagnacji, zmiany zamiast powtarzania tego, co znamy, poszukiwania zamiast zadowolenia się tym, co jest. W filmach drogi bohaterowie rzadko docierają tam, gdzie planowali. Często w ogóle nie mają konkretnego celu. Bo ważna jest sama podróż, to, kim stają się w drodze.

Kiedy tracimy kogoś bliskiego albo po prostu coś tracimy, na przykład pracę, wielu z nas słyszy: „Musisz się pozbierać i wrócić do normalności”. Ale tak naprawdę nie ma do czego wracać. Bo ta „normalność” już nie istnieje. Śmierć bliskiej osoby to wielka zmiana, która powoduje, że musimy wyruszyć w drogę do nowej wersji siebie, takiej, która potrafił żyć bez tej osoby. Dla mnie to była najtrudniejsza podróż w moim życiu, ale jednocześnie najważniejsza.

Droga jest nauczycielką

W „Dziennikach motocyklowych” młody Che Guevara jedzie z kumplem przez Amerykę Południową, a niesprawiedliwości, które widzi, sprawiają, że z uprzywilejowanego studenta medycyny zmienia się w rewolucjonistę. W „Rain Manie”, o którym można powiedzieć, że jako pierwszy powiadomił świat o istnieniu autyzmu, grany przez Toma Cruise Charlie Babbitt razem ze swoim autystycznym bratem Raymondem, który tylko w trakcie podróży samochodem może zachować swoje nawyki (tu w doskonałej rolni Dustin Hoffman) wyrusza w podróż przez Amerykę i odkrywa, czym jest prawdziwa miłość braterska. W każdym z tych filmów droga jest nauczycielką.

Moja droga też mnie ciągle uczy. Tego, że można zaczynać od nowa w każdym wieku. Że ludzie, których spotykamy nawet przypadkowo, często zostawiają w nas bardzo trwały ślad. A ci, którzy towarzyszą nam w drodze na dłużej – to bezcenny skarb. Nauczyła mnie też tego, że czasem trzeba się zgubić, żeby się odnaleźć. Że kierownica w naszych rękach to symbol kontroli, ale też odpowiedzialności za kierunek, który obieramy.

Życie to prosta historia, nawet jeśli bywa trudna…

Dziś, siedząc w domu, patrzę na rower, który niedawno przeniosłam ze spiżarni do garderoby, i myślę o kolejnych drogach, które przede mną. O miejscach, których jeszcze nie widziałam, o ludziach, których jeszcze nie spotkałam, o wersjach siebie, którymi jeszcze nie byłam. Bo życie to nie punkt docelowy – to droga. Dlatego dopóki mam siłę trzymać kierownicę, będę jechać dalej.

W końcu, jak mówi tytuł jednego z moich ulubionych filmów drogi – „Prosta Historia” Davida Lyncha – czasem najważniejsze jest nie to, jak szybko jedziemy, ale to, że w ogóle się poruszamy. Nawet jeśli jedziemy na kosiarce, jak bohater tego filmu. Ważne, że jedziemy. Z tym Was zostawiam i zapraszam do wysłuchania najnowszego odcinka podcastu, w którym rozmawiam o trudnej drodze, jaką do tego, żeby pokochać życie, musiała przejść Marta, dotknięta chorobą afektywną dwubiegunową, która mimo kilku prób samobójczych dziś mówi, że chce jej się żyć!

Dobrego tygodnia!

Anita

O paradoksach życia, oddechu i kruchej równowadze

Jakie to jest niesamowite, że tlen, bez którego nie moglibyśmy oddychać, w nadmiarze jest toksyczny, a azot, który jest gazem całkiem obojętnym, pozbawiony tlenu, zabiłby nas w zaledwie kilkanaście minut…

Ta myśl, która od jakiegoś czasu krąży mi po głowie, jest chyba taką esencją życia. To nie tylko fakty naukowe, ale też coś, co jest tak głęboko ludzkie. Bo to nie jest tylko chemiczny paradoks, ale pewna metafora – i naszej codzienności, i relacji, naszej pracy, pasji, zdrowia psychicznego, a nawet tego, jak radzimy sobie ze stratą. Bo przecież często jest tak, że to, co nas podtrzymuje przy życiu, może nas też zniszczyć, na przykład nadmierne i niezdrowe jedzenie, i odwrotnie – to, co pozornie wydaje się obojętne, w pewnych okolicznościach potrafi odebrać nam oddech.

W pułapce pozorów

Zastanawiam się, jak często wpadamy w pułapkę różnych pozorów. Jak wiele rzeczy, które wydają się oczywiste, kryje w sobie drugie dno. Jak to, co uważamy za ratunek, może okazać się trucizną, a to, co ignorujemy, ma moc decydowania o naszym losie. To trochę jak z tymi cichymi sygnałami, które wysyła nam nasze ciało, nasza psychika, zanim kryzys uderzy z pełną siłą. Albo z relacjami, które, chociaż przecież niezbędne ludziom do budowania odporności psychicznej, potrafią nas ranić, jeśli nie będziemy potrafili w nich znaleźć równowagi. To, co nas buduje, może nas też zniszczyć, jeśli tylko na dłużej stracimy z oczu delikatną granicę między potrzebą a uzależnieniem albo lękiem, że bez czegoś czy kogoś nie przetrwamy.

Azot. Gdy obojętność dusi…

Ale wróćmy do mojego porównania życia do powietrza… Azot jest gazem obojętnym, nie bierze udziału w żadnych procesach metabolicznych w naszym organizmie. Jego główna rola to po prostu rozcieńczanie tlenu. A jednak stanowi aż 78% atmosfery.

Tylko że gdybyśmy oddychali czystym azotem, to już po chwili w naszych płucach po prostu zabrakłoby miejsca i tlenu, i miejsca na niego. Poczytałam trochę na ten temat i dotarło do mnie, z jakim przerażającym paradoksem mamy w tym przypadku do czynienia. Gdyby w powietrzu zabrakło tlenu, to nasz organizm nie ma takich receptorów, które alarmowałyby o jego braku. Kiedy wzrasta poziom dwutlenku węgla, to czujemy duszność, ale kiedy brakuje najbardziej życiodajnego pierwiastka, nie ma żadnego sygnału alarmowego. Nasz organizm nie ma żadnych mechanizmów obronnych wobec siły gazu, który przecież jest… neutralny.

Kiedy o tym myślę, przypomina to sytuacje, które zdarzają się czasem w relacjach, gdzie pojawia się OBOJĘTNOŚĆ. Taka obojętność to de facto brak relacji. To coś, co prowadzi do „uduszenia” emocjonalnego. I kiedy oddalamy się od bliskich, bo wydaje nam się, że to bezpieczniejsze (dla nich albo dla nas), to pewnego dnia obudzimy się w poczuciu pustki, bez tego tlenu, którym są relacje, obudzimy się w pustce, która może nawet odbierać nam oddech i zdolność funkcjonowania? To dlatego tak często mówi się, że samotność zabija.

Podobnie dzieje się, kiedy w naszej pracy czujemy wypalenie zawodowe, a w realizowanej pasji nagle pojawia się brak celu, a w obu przypadkach – przestajemy się angażować. To prowadzi do stagnacji, która też – tak jak brak relacji – powoli, ale nieubłaganie, odbiera nam radość i sens tego wszystkiego, co robimy.

O zdrowie psychiczne trzeba dbać tak jak o fizyczne

Nie inaczej jest w przypadku zdrowia psychicznego. W minionym tygodniu obchodziliśmy jego światowy dzień i zewsząd bombardowały nas grafiki przypominające, jak ono jest ważne. Ja chcę Wam dzisiaj przypomnieć, że ono jest ważne nie tylko dziesiątego października, ale też jedenastego, dwunastego i trzydziestego. W grudniu, w maju, w poniedziałek, środę, niedzielę i w każdy inny dzień tygodnia, miesiąca, roku i życia. 

Wracając do azotu w naszym zdrowiu psychicznym. Jest nim unikanie trudnych emocji, zamiatanie ich pod dywan. Chociaż wydaje nam się, że „tak będzie lepiej”, że brak konfrontacji, kłótni, trudnych rozmów to mniej problemów, czyli właśnie takie „neutralne” podejście, tak naprawdę może ono być (i częściej właśnie jest) bardziej szkodliwe niż zmierzenie się z nimi.

To jest właśnie jak oddychanie czystym azotem – spokój jest tak naprawdę pozorny, bo w rzeczywistości po prostu się wewnętrznie dusimy.

Podobnie w życiu po stracie i wcale nie mówię tu tylko o śmierci, bo poczucie straty i żałobę możemy przeżywać także po związku czy utracie pracy. W takich sytuacjach próba „normalnego” funkcjonowania bez przepracowania żałoby jest niemożliwa – choćby tym przepracowaniem miał być tylko czas, jaki sobie dajemy na jej przeżycie. To też jest jak próba oddychania azotem – bez tlenu, ale też bez bólu, który jest niezbędny do uzdrowienia, nie ma prawdziwego życia. Obojętność, brak konfrontacji, unikanie – to wszystko może być naszym cichym zabójcą.

Tlen. Życiodajny ogień, który może spalić

Z drugiej strony mamy tlen – wszyscy wiemy, nawet jeśli jesteśmy słabo wykształceni, że jest absolutnie niezbędny do życia. Bez niego nie moglibyśmy produkować energii w komórkach, ale w zbyt wysokich stężeniach lub pod zwiększonym ciśnieniem (na przykład podczas nurkowania na dużych głębokościach) tlen jest przecież toksyczny.

To dlatego, że jest bardzo reaktywny. Kiedy jest w powietrzu, zawieszony w neutralnym azocie, jest bardzo stabilny, ale w organizmie może tworzyć reaktywne formy, które już nie tylko miłośnicy kosmetologii znają jako wolne rodniki.

Bo wolne rodniki dotyczą całego organizmu. Powstają w nim ciągle i nawet mamy mechanizmy, które je na bieżąco neutralizują przywracając równowagę. Tylko że… coraz częściej my sami siebie sabotujemy, prowadząc taki styl życia, który totalnie taką równowagę zaburza. Dochodzi do stresu oksydacyjnego. To stan, w którym równowaga między produkcją wolnych rodników a naszą zdolnością do ich neutralizowania zostaje zaburzona.

Wtedy wolne rodniki atakują i uszkadzają kluczowe składniki komórek naszego organizmu. Jeśli miałabym to wyjaśnić obrazowo, pokazałabym Wam jabłko przekrojone na pół kilka godzin wcześniej. W wyniku utleniania (czyli toksycznego działania tlenu na jego komórki) jabłko brązowieje.

Oczywiście, procesy, które rozgrywają się w naszym ciele, są znacznie bardziej złożone, ale zasada jest podobna. Wolne rodniki mogą uszkadzać białka, zmieniając ich funkcje, doprowadzać do jełczenia lipidów (czyli komórek tłuszczowych) w błonach komórkowych i ich niszczenia, a nawet mogą uszkadzać nasze DNA, co jest podłożem wielu chorób, w tym nowotworów.

To nie wszystko. Nadmiar tlenu prowadzi do przyspieszonego „starzenia się” i uszkadzania komórek, a za tym idą choroby neurodegeneracyjne, jak Alzheimer czy choroba Parkinsona, chorób serca… Jako osoba od wielu lat związana z branżą kosmetyczną dodam jeszcze że przyspiesza procesy starzenia się skóry i w ogóle całego organizmu. Tlen jest więc dla nas jak trochę ogień – niezbędny do życia, ale niekontrolowany może spalić i zniszczyć. Albo woda – bez niej szybko byśmy zginęli, a jednocześnie w trakcie powodzi potrafi zabierać nasze mienie i życie,

W poszukiwaniu zdrowej równowagi

I znowu – czy to, co powiedziałam o nadmiarze tlenu, nie jest trochę o tym, jak nasze nadmierne zaangażowanie w pracę, realizację pasji czy nawet relacje, choć początkowo budujące, może nas w końcu wypalić i zniszczyć, jeśli nie znajdziemy zdrowej równowagi?

Albo o czymś, co miało nas wzmocnić, ale staje się źródłem cierpienia, kiedy przekroczymy pewną granicę? W relacjach bliskość, chociaż niezbędna, może przecież stać się toksyczna, jeśli nie postawimy zdrowych granic i nie damy sobie przestrzeni na indywidualność.

W zdrowiu psychicznym mierzenie się z bólem, choć – siłą rzeczy – bolesne, jest niezbędne do uzdrowienia, ale nadmiar tego bólu, bez wsparcia, bez narzędzi do jego przetworzenia, może nas przytłoczyć i spalić, w skrajnych przypadkach zabierając nam chęć do życia.

W żałobie ten ból (jak tlen) jest niezbędny do uzdrowienia, ale bez odpowiedniego wsparcia i przestrzeni na jego przetworzenie może nas pochłonąć, zamieniając się w chroniczne cierpienie.

Równowaga to klucz do życia po tej stronie

Te moje pseudonaukowe rozmyślania o tlenie i azocie (chociaż nie bójcie się – zanim postanowiłam się nimi z Wami podzielić, dokładnie wszystko zweryfikowałam) są dla mnie potężną metaforą życia.

W życiu, podobnie jak w chemii, klucz leży w równowadze i świadomości. Zbyt wiele lub zbyt mało, nawet tego, co wydaje się dobre, może prowadzić do katastrofy. Dlatego warto uczyć się rozpoznawać, co nas buduje, a co niszczy, i dążyć do harmonii. Tylko wtedy będziemy mogli naprawdę oddychać pełną piersią.

Bo życie, jak oddech, to ciągła, delikatna równowaga między tym, co niezbędne, a tym, co potencjalnie niebezpieczne. I tylko świadome zarządzanie tą równowagą pozwala nam w pełni doświadczać i przeżywać każdy moment.

W tym nowym tygodniu po tej stronie zachęcam Was do refleksji nad tym, co w Waszym życiu jest tlenem, a co azotem? I jak dbacie o tę kruchą równowagę między nimi?

Pamiętajcie, że czasem największą siłą jest umiejętność zatrzymania się w pędzie i poszukania balansu, zanim cichy zabójca lub życiodajny ogień zadecydują za nas.

Bo prawdziwa wolność to świadomość, że to my wpływamy na nasz oddech i że to my kontrolujemy nasze życie, nawet jeśli czasem wymyka nam się spod tej kontroli, bo przecież… to przecież jest życie, a nie jakaś symulacja, prawda?

Dobrego tygodnia i oddychajcie pełną piersią!   

JAK ŻYĆ, KIEDY PRAGNIESZ UMRZEĆ? Otwarta rozmowa o chorobie afektywnej dwubiegunowej (ChAD)

Wyobraź sobie, że masz wszystko – kochającego partnera, rozwijającą się karierę, dom, który budujesz. A mimo to w Twojej głowie pojawia się jedno, przerażające pragnienie. Pragnienie śmierci. Brzmi irracjonalnie? Dla osób z chorobą afektywną dwubiegunową (ChAD) to często bolesna rzeczywistość.

W najnowszym odcinku mojego podcastu rozmawiam o tym z Martą, która od lat mierzy się z tą chorobą. Jej historia to świadectwo walki, ale też nadziei. Ta rozmowa była i trudna, i pełna optymizmu. Najważniejsze jednak, że dzięki otwartości Marty mogłam złamać tabu wokół ChAD i zrozumieć, jak wygląda życie z tą chorobą. Z chorobą, z którą – co najważniejsze – można żyć i cieszyć się życiem.

Posłuchaj całego odcinka

ChAD. Czym jest choroba afektywna dwubiegunowa?

Choroba afektywna dwubiegunowa (ChAD) to poważne zaburzenie nastroju, które dotyka miliony ludzi na całym świecie. Charakteryzuje się naprzemiennymi epizodami depresji (tzw. „dołki”) i manii lub hipomanii (tzw. „górki”). Jak podkreśla Marta, a popiera ją nauka, to nie są zwykłe wahania nastroju. To choroba, która potrafi całkowicie przejąć kontrolę nad życiem.

Choroba afektywna dwubiegunowa to nie są zmiany nastrojów, tylko poważne zaburzenie, które dotyka około 37 milionów osób na świecie, jest groźne dla zdrowia i życia.

Kiedy pragnienie śmierci staje się realne – kryzys suicydalny

Jednym z najbardziej przerażających aspektów ChAD, szczególnie w fazie depresyjnej, jest pojawienie się myśli samobójczych. Marta otwarcie opowiada mi o swoich doświadczeniach z tym związanych. W swoim życiu miała kilka prób samobójczych. Na szczęście, zawsze udało się ją uratować.

„To było pragnienie śmierci osoby chorej na depresję. Osoby, która jest w takim dołku, że chociaż teoretycznie ma wszystko – kochającego partnera, karierę, wspólnie budowany dom… a mimo wszystko próbowałam popełnić samobójstwo” – mówi Marta.

To zdanie doskonale oddaje istotę kryzysu suicydalnego – stan, w którym logiczne argumenty tracą znaczenie w obliczu przytłaczającego cierpienia. Marta planowała odebranie sobie życia, będąc przekonaną o racjonalności swoich decyzji, nawet w najgłębszej depresji.

Posłuchaj całego odcinka

„Jeżeli wymyślę sobie samobójstwo, to ono będzie. Nawet jeżeli nie mam w tej chwili siły, bo mam depresję, to za jakiś czas przyjdzie górka i będę miała na to siłę, a wtedy nikt mnie nie zatrzyma” – opowiada Marta o tym, jak działają uporczywe myśli samobójcze w fazie depresji.

Twój bliski jest w kryzysie, a Ty nie wiesz, co mówić, co robić? Pobierz krótki poradnik, który możesz wydrukować i mieć zawsze pod ręką. Ten poradnik zawiera konkretne wskazówki, jak rozmawiać z osobą w kryzysie, czego unikać i jak aktywnie wspierać. Pamiętaj, że Twoja obecność i odpowiednie słowa mogą uratować życie.

Droga do diagnozy i walka z chorobą

Historia Marty pokazuje, jak długa i wyboista może być droga do właściwej diagnozy. Przez lata zmagała się z niezrozumiałymi objawami, szukając pomocy u lekarzy pierwszego kontaktu, zanim trafiła do psychiatry. Toksyczny związek, który początkowo wydawał się szczęśliwy, okazał się katalizatorem pogłębiającym chorobę.

„I dopiero właśnie ładnych parę lat po naszym rozstaniu terapeutka mi uświadomiła, że ten związek był toksyczny, że to on był być może katalizatorem mojej choroby. Ja wtedy to przyjęłam naprawdę ze zdziwieniem, ze zdumieniem. Teraz doskonale to rozumiem, ale wtedy to było dla mnie coś nowego” – opowiada Marta o swoim pierwszym związku z „kochającym” mężczyzną.

Psychoza poporodowa – cień na macierzyństwie

Macierzyństwo często przedstawiane jest jako sielankowy obraz. Jednak dla wielu kobiet to czas ogromnych wyzwań, a czasem – jak w przypadku Marty – dramatycznych doświadczeń. Dwa tygodnie po narodzinach córki Marta doświadczyła psychozy poporodowej, która ponownie zaprowadziła ją do szpitala psychiatrycznego.

„Zakochaliśmy się w sobie, wzięliśmy ślub, zeszłam w ciążę. Wszystko było pięknie, cudownie jak na obrazku, a dwa tygodnie po narodzinach mojej córki dostałam czegoś co ja nazywam psychozą poporodową…” – opisuje Marta.

Posłuchaj całego odcinka

Bezsenność, ogromny stres i presja związane z nową rolą matki, w połączeniu z wcześniejszymi zmaganiami, okazały się zbyt dużym obciążeniem.

Badania mówią, że pierwsze 24 godziny po opuszczeniu przez osobę w kryzysie suicydalnym szpitala psychiatrycznego mogą być kluczowe dla jej dalszych losów. To w tym czasie najczęściej dochodzi do ponownej próby samobójczej. Jak zadbać o bliskiego w tym okresie? Pobierz krótki poradnik, który możesz wydrukować i mieć zawsze pod ręką.

Ten praktyczny przewodnik krok po kroku wyjaśnia, jak postępować w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia lub gdy pojawiają się myśli samobójcze. Zawiera numery alarmowe i konkretne działania, które mogą uratować życie.

Deprecjonowanie depresji i stygmatyzacja

Jednym z kluczowych tematów poruszanych w rozmowie jest problem bagatelizowania chorób psychicznych i stygmatyzacji. Obie z Martą mamy podobną frustrację, gdy słyszymy potoczne użycie słowa „depresja”:

„(…) dlatego tak mnie denerwuje, kiedy ktoś sobie mówi: A mam dzisiaj depresję. (…) Ale mam depresję. Nie zrobię tego dzisiaj, bo mam depresję. I tak to słowo depresja jest deprecjonowane” – mówi Marta.

To pokazuje, jak ważne jest edukowanie społeczeństwa i walka z mitami, aby osoby potrzebujące pomocy nie bały się po nią sięgnąć.

Życie z ChAD – nadzieja i stabilizacja

Pomimo wszystkich trudności, historia Marty to przede wszystkim opowieść o niezwykłej sile i determinacji. Dziś, po latach walki, Marta nauczyła się żyć z chorobą afektywną dwubiegunową. Regularne leczenie, terapia i wsparcie bliskich pozwoliły jej osiągnąć stabilizację.

„Nie od 4 lat, właściwie 5 od 5 lat z powodzeniem się leczę. Mam garść leków na dobranoc, garść leków na dzień dobry, w tym między innymi lit, który polecam wszystkim, którzy oczywiście pod” – mówi Marta.

Jej doświadczenie pokazuje, że z ChAD można prowadzić pełne i wartościowe życie, a choroba nie musi definiować całej egzystencji.

Posłuchaj całego odcinka

Gdzie szukać pomocy? Ważne kontakty

Jeśli Ty lub ktoś z Twoich bliskich zmagacie się z myślami samobójczymi lub innymi problemami psychicznymi, pamiętaj, że nie jesteś sam/a. Pomoc jest dostępna.

Pobierz krótki poradnik, który możesz wydrukować i mieć zawsze pod ręką. Ten poradnik zawiera kontakty do organizacji i instytucji, które w większości pracują całodobowo.

Rozmawiajmy o zdrowiu psychicznym

Historia Marty to potężne przypomnienie, że zdrowie psychiczne jest tak samo ważne jak fizyczne. Otwarta rozmowa, edukacja i dostęp do profesjonalnej pomocy to klucz do przełamywania barier i ratowania życia. Jestem wdzięczna Marcie za jej odwagę i szczerość. Mam nadzieję, że jej historia zainspiruje wielu z Was do szukania pomocy i wspierania tych, którzy jej potrzebują.

Zapraszam do wysłuchania całego odcinka.

O snach, pieczeniu chleba, sukcesach, których nie widzimy, i o tym, jak podświadomość wciska nam hamulec

dwa bochenki domowego chleba z formy

W weekend śniło mi się, że piekłam chleb… Taki prawdziwy, na zakwasie, z chrupiącą, popękaną skórką, która skrzypiała, gdy go wyjmowałam z pieca, i z miękkim, parującym wnętrzem. Sen był tak wyrazisty, że wręcz obudziłam się z tym zapachem w nozdrzach i od razu zrobiłam się głodna.

Sny fascynowały mnie od zawsze. A właściwie odkąd w liceum przeczytałam „Wstęp do psychoanalizy” Freuda i potem dzięki temu, że mój znakomity polonista, już nieżyjący Zdzisław Grześkowiak, uczył nas także filozofii – zagłębiłam się w myśl nie tylko filozofów, ale też psychoanalityków, jak Carl Gustav Jung czy Erich Fromm. Oczywiście, te sny interesowały mnie w kontekście psychologicznym, a nie filozoficznym.

Sennik jako szafka nocna

Taka anegdotka. Kiedyś dostałam od kogoś w prezencie sennik w formie książkowej, który uznałam za najmniej przydatny prezent jaki kiedykolwiek w życiu ktoś mi podarował. To była gruba księga, z którą nie wiedziałam, co zrobić, bo nie mam zwyczaju książek wyrzucać. Poza tym na co komu sennik w książce, skoro setki są w Internecie, prawda?

Ale jednak znalazłam zastosowanie dla tej księgi. W mojej sypialni nie mieści się szafka nocna. Mieszczą się za to stosy książek – takie trochę stosy hańby (kto czyta, ten wie, co mam na myśli), ale stopniowo przechodzące z kupki hańby na kupkę chwały. Wszystkie za wyjątkiem tego sennika. Jako gruba księga okazał się jednak solidną podstawą tych stosów, a czasem nawet służył mi jako stabilny „stoliczek” na kubek z herbatą. Zatem okazał się całkiem użytecznym prezentem. Koniec anegdotki.

Co znaczy sen o pieczeniu chleba?

Skoro jednak mówię o sennikach, to chociaż traktuję je z dużym przymrużeniem oka, kiedy mam taki wyrazisty i precyzyjny sen, czasem sobie do nich zerkam. Teraz też tak zrobiłam. I co się okazało? Że to, co powiedział mi przegląd od AI w Google, wypisz wymaluj idealnie pasuje do tego, co obecnie dzieje się w moim życiu.

Według senników sny o pieczeniu chleba symbolizują:

  • tworzenie i rozwój (są metaforą budowania czegoś trwałego od podstaw, np. nowego projektu, a ja przecież ciągle mam jakieś nowe projekty),
  • kreatywność i samodzielność,
  • cierpliwość i zaangażowanie, bo sukces wymaga czasu, cierpliwości i wysiłku, tak jak pieczenie chleba, a zadowalające rezultaty rzadko przychodzą od razu,
  • gotowość na zmiany i nowe role – okazuje się, że sen o pieczeniu chleba może pojawiać się u osób, które przygotowują się do ważnych życiowych zmian, nabierają gotowości na przyjęcie większej odpowiedzialności, i to jest totalnie o mnie teraz,
  • niezależność – okazuje się, że pieczenie chleba może symbolizować dążenie do własnej niezależności i samowystarczalności. I to już jest o mnie na 120%.

Co mam dalej w planach?

Przyznam, że jak sobie te urywki z senników przeczytałam, to dało mi to do myślenia. Bo sen przyszedł akurat po kilku dłuższych rozmowach ze znajomymi na temat moich planów co do podcastu, książki, stowarzyszenia „Po tej stronie”, którego niedawno zostałam prezeską… A ja, jak to ja, wolę robić niż planować. Wiem, jakie planowanie jest ważne i stosuję je, inaczej nie byłabym dziś w tym miejscu, w którym jestem. Ale jestem też niecierpliwa. To chyba skutek tego mojego życiowego ADHD, o którym często piszę na blogu. I to nigdy nie jest na zasadzie: chcę już jeść ten chleb, chociaż dopiero zrobiłam zakwas, tylko na zasadzie: mam już chleb, teraz chcę do niego ubić własne masło.

I tak sobie myślę, że tym snem, tym zapachem, z którym się w sobotni poranek obudziłam, moja podświadomość mocniej wciska hamulec tego auta zwanego życiem, którym próbuję kierować. Nie że mi zaciąga ręczny, bo kto mnie zna, ten wie, że zrobiłabym drifta i pojechała dalej.

Od zaczynu do pierwszego bochenka

I teraz wracam do tych interpretacji. W tych ostatnich dwóch, a właściwie trzech latach, bo przecież był jeszcze etap planowania i tworzenia bazy do tego, co miałam wypuścić w świat, ciężkiej pracy na pewno mi nie brakowało. Planowanie i tworzenie to był ten zaczyn, który zrobiłam pod uruchomienie podcastu i wydanie książki. Potem było żmudne wyrabianie ciasta – szukanie gości, produkcja kolejnych odcinków, przygotowywanie książki do druku, korekty, promocja, więc moje wyjście ze strefy komfortu i nagrywanie rolek. I wiele, wiele innych rzeczy, bo składników takiego chlebowego ciasta może i nie ma wielu, ale za to składowych, jak temperatura, otoczenie, czas, całe know-how, jak to zrobić, żeby wyszło, jest całe mnóstwo. To samo dotyczy i podcastu, i książki. Ile tam było prób po drodze, a ile błędów? Do niektórych nie wiem, czy prędko się przyznam 😉

Ale mam już swoje pierwsze bochenki i wiem, że są na tyle udane, że mogę otwierać piekarnię. A właściwie – już ją otworzyłam. Ale… no, właśnie. Co tam piekarnia! Przecież ja chcę do tego chleba podawać własnej roboty masło. A najlepiej jeszcze świeżo wytłoczoną z oliwek z mojej własnej uprawy oliwę, bo zdrowsza J

Ciągle mam jakiś czelendż

To właśnie ja i moje wieczne czelendżowanie samej siebie. A przecież samo otwarcie tej piekarni, kiedy pomyślę, że większość tej drogi przeszłam samodzielnie (nie mylcie tylko z tym, że sama, bo mam wokół fantastycznych ludzi, którzy mnie wspierają). Samo to otwarcie to już jest wyczyn. Więc może ten sen, który przyszedł po tych kilku rozmowach, to takie podświadome klepnięcie siebie samej po ramieniu, że „Anita, jest dobrze, trzymaj tak dalej, nic nie musisz, działaj, a będzie i masło, i oliwa”?

Kto wie, może nawet nasze świadome ja potrzebuje czasem takiego prostego, symbolicznego potwierdzenia, że to, co robimy, ma sens, zwłaszcza że przynosi owoce – w postaci rosnących subskrypcji podcastu, rosnącej liczby odsłuchań, w postaci opinii, które dostaję na temat książki, zaproszeń do reportaży, do podcastów. To tak wiele. A ja ciągle tylko to masło i oliwa 😉

Nie ma co, nawet w snach potrafimy sobie podrzucać takie małe, motywujące okruszki. I to jest chyba ten moment, kiedy zaczynam się zastanawiać, czy aby na pewno nie ma w tym wszystkim jakiejś ukrytej mądrości, którą dostajemy w pakiecie z naszymi nocnymi projekcjami. Ale zaraz, zaraz, bo jeszcze zacznę wierzyć w horoskopy, a do tego mi daleko!

„Słowo na dobry tydzień” także do posłuchania – co tydzień w poniedziałek na Spotify, YouTube i w Podcastach Apple.

Zapraszam!

Słowo na dobry tydzień

Ale wiecie co? Ta metafora chleba, choć przyszła do mnie we śnie, a senniki traktuję z przymrużeniem oka, nagle – jak tak sobie o tym wszystkim myślę – nabrała jakiegoś głębszego sensu. Bo przecież chleb to też symbol życia, podstawa wyżywienia niemal w każdej kulturze, choć w różnych formach, to coś, co karmi, daje siłę, ale też buduje wspólnotę. Zwyczaj dzielenia się chlebem nie wziął się znikąd.

I tak samo traktuję moją pracę – czy to w podcaście, czy przy książce, choć przecież to jest coś, co robię zupełnie dodatkowo, a hobby bym tego nie nazwała. To raczej misja, którą mam. Staram się, żeby to, co tworzę, było właśnie takim „chlebem” dla moich odbiorców. Czymś, co ich nakarmi, da do myślenia, a może nawet zainspiruje do własnego „pieczenia” – do tworzenia czegoś wartościowego w ich życiu. Bo przecież każdy z nas ma w sobie jakiś „zakwas” – pasję, talent, jakieś doświadczenie, może wiedzę, której wielu innych nie ma – które tylko czekają, żeby je przygotować i pozwolić im wyrosnąć. I nie ma znaczenia, czy to będzie chleb, podcast, książka, prywatne przedszkole czy cokolwiek innego. Ważne, żeby robić to z sercem i cierpliwością, bo wtedy efekty zawsze będą smakować najlepiej. Tak jak w życiu, tak i w kuchni – najlepsze rzeczy wymagają czasu i zaangażowania, ale za to smakują nieporównywalnie lepiej niż te, które powstają w pośpiechu. Bo to jest chyba najpiękniejsza nagroda za całą tę „piekarniczą” pracę. Za to, że mamy odwagę, że ja miałam odwagę stanąć przy tym piecu i zaufać, że z tych prostych składników powstanie coś wyjątkowego. Życzę Wam podobnej odwagi i najwspanialszych wypieków. A ja tymczasem powoli kieruję się… na południe, a gdzie. Przecież oliwa jest zdrowsza niż masło, prawda. Dobrego tygodnia!

O przyjaźni, podróżach, jedzeniu i najlepszych momentach po tej stronie…

Jest coś magicznego w tych momentach, kiedy czas zwalnia, a my, zanurzeni w prostej czynności, czujemy, jak znikają bariery, a ludzie stają się sobie bliżsi. Dla mnie takimi momentami są wspólne podróżowanie (nawet to bliskie) i wspólne jedzenie czy po prostu picie kawy. Podróże, nawet jeśli nie są odkrywaniem nowych, nieznanych miejsc, zawsze są odkrywaniem. Nas samych i siebie nawzajem z naszymi towarzyszami. Podróże, niezależnie od tego, dokąd się wybieramy, zawsze są też okazją do wspólnego jedzenia – często (tak jak ja z moją przyjaciółką wczoraj) siedząc na kamieniu, ale z widokami zapierającymi dech w piersiach. Podróże mogą być też kulinarne. I wcale nie trzeba lecieć na drugi koniec świata, żeby się w taką podróż wybrać. Zaraz Wam opowiem, jaki jest na to sposób.

W drodze poznajemy się najlepiej

Za nami kolejny weekend po tej stronie. Ja wróciłam wczoraj wieczorem z Karkonoszy po ponad 20-kilometrowej wędrówce z moją przyjaciółką Anią. Góry to jest ta część natury, którą darzę bezgraniczną miłością i mam to szczęście, że mieszkam na Pogórzu Sudeckim, więc mam do wielu szczytów bardzo blisko. Zawsze powtarzam, że jeśli chcesz naprawdę kogoś poznać, wybierz się z nim w podróż, a jeśli nie masz czasu na podróż, idźcie razem w góry. I to jest prawda, która sprawdza się za każdym razem. W górach nie ma miejsca na pozory. Liczy się zgodność, wytrwałość, wzajemne wsparcie, umiejętność planowania i rozpoznawania szlaków. Idziesz pod górę (a jeszcze bardziej – kiedy z niej schodzisz), zmęczona, z bolącymi nogami, ale obok ciebie idzie ktoś, kto dzieli to doświadczenie z Tobą, z kim raz gadasz jak najęta, a potem milczysz i to milczenie nikomu z Was nie ciąży. Nie zliczę, ile kilometrów po górach zrobiłam z Anią, ani ile razy w życiu wspólnie jadłyśmy czy gotowałyśmy. Ale tym razem do naszych doświadczeń doszło coś jeszcze.

Kulinarna podróż mentalna

Choć nasza podróż fizycznie była tylko do Jeleniej Góry, to wyruszyłyśmy znacznie dalej – do Azji. Odwiedziłyśmy Wietnam, Malezję, a za sprawą wiedzy i opowieści Bartka „Snecza” Dębskiego – także kilka innych krajów Dalekiego Wschodu. A to wszystko dzięki warsztatom „Azjatycki Street Food” w Pracowni Kulinarnej prowadzonej od kilku lat przez Dorotę Puć-Pietrzykowską (Dorotka, pozdrawiam Cię i dziękuję). Od razu mówię, że to nie jest odcinek sponsorowany. Po prostu doceniam to, co robi Dorota i zapraszani przez nią szefowie kuchni.

Z Anią znamy się jak łyse konie, choć nie jest to przyjaźń od dzieciństwa, ale zawarta w życiu już dorosłym. Przeszłyśmy razem przez wiele życiowych zakrętów, wzlotów i upadków jednej i drugiej. Za nami wiele górskich wypraw, podróży bliższych i dalszych, próbowania nowych rzeczy i oczywiście rozmów. Ale nigdy wcześniej nie gotowałyśmy razem w tak zorganizowany sposób, i to pod okiem fachowca. Ania kocha jedzenie i nowe smaki, więc pomysł, żeby w ramach urodzinowego prezentu zaprosić ją na taką wspólną kulinarną wyprawę wydawał się idealny. I był. Zmierzyłyśmy się z tajnikami Bun Cha z pulpetami, Laksy z kurczakiem i Bao burgera. Poznałyśmy kuchenne tricki „Snecza”, specjalisty od kuchni azjatyckiej, a przy okazji – kilka fajnych osób, z którymi połączyło nas wspólne gotowanie.

Kulinarne podróże w życiu i w filmie

Wspólnie, przy jednym wielkim blacie, z kilkoma stanowiskami, jak w prawdziwej restauracyjnej kuchni, siekając warzywa, lepiąc pulpety, poznając właściwości przypraw i sosów, mieszając aromatyczne pasty curry i opowiadając sobie o naszych kulinarnych doświadczeniach spędziliśmy kilka godzin w zupełnym oderwaniu od rzeczywistości. Byliśmy tylko my i to wszystko, co działo się wokół blatu i przy stole, gdzie smakowaliśmy zrobione własnoręcznie potrawy. Bo tak właśnie działa wspólne przygotowywanie posiłków i wspólne ich jedzenie.

Gotowanie to przecież nie tylko proces mechaniczny. To rytuał. To dzielenie się. To troska o drugiego człowieka, wyrażona przez przygotowanie dla niego posiłku. I nie chodzi tu o wykwintne dania, ale o sam akt. O to, że ktoś poświęca swój czas i energię, by nakarmić drugiego. Pięknie pokazuje to film „Uczta Babette”. Skromna kucharka, która całe swoje oszczędności przeznacza na przygotowanie wykwintnej uczty dla surowej, purytańskiej społeczności. I choć początkowo podchodzą do tego z rezerwą, to w miarę jedzenia, w miarę kosztowania kolejnych dań, ich serca zaczynają się otwierać. Znikają dawne urazy, pojawia się radość, śmiech, wspomnienia. Jedzenie staje się katalizatorem, który rozpuszcza lody i pozwala ludziom na nowo połączyć się ze sobą i z własnymi emocjami.

Podobne motywy odnajdujemy w innych filmach, które celebrują wspólne jedzenie jako formę komunikacji i budowania więzi. Na przykład „Czekolada” z Juliette Binoche, gdzie grana przez nią Vianne Rocher swoją cukiernią zmienia życie mieszkańców małego miasteczka, otwierając ich na przyjemności i bliskość. Albo „Podróż na sto stóp”, gdzie rywalizacja dwóch restauracji – francuskiej i indyjskiej – ostatecznie prowadzi do wzajemnego zrozumienia i fuzji kultur, a wszystko to za sprawą smaków i zapachów. Nawet w „Szefie”, gdzie kucharz, który stracił wszystko, odzyskuje rodzinę i pasję, prowadząc food trucka i gotując proste, ale pełne miłości dania. W każdym z tych filmów jedzenie to coś więcej niż zaspokojenie głodu – to język, którym wyrażamy miłość, pojednanie, radość i przynależność.

Wspólna wędrówka zawsze łączy

A skoro miałyśmy te warsztaty w górach, to nie byłybyśmy sobą, gdybyśmy nie zaplanowały przy okazji wspólnego wypadu w góry. Bo na szlaku, tak jak w kuchni, znikają codzienne role. Gdy idziecie w góry w ramach wyjazdu firmowego, to nie ma tam „szefowej” czy „podwładnej”. Jest tylko dwoje ludzi, którzy mają wspólny cel. Rozmowy, które toczymy podczas górskich wędrówek, są inne niż te przy kawie w mieście. Są głębsze, bardziej szczere. Opowiadamy sobie o marzeniach, lękach, o tym, co nas naprawdę boli i co nas cieszy. Patrząc na rozległe panoramy, czujemy się częścią czegoś większego, a ta perspektywa często pomaga nam spojrzeć inaczej na nasze własne, małe problemy. Wspólne pokonywanie trudności, podziwianie piękna natury, jedzenie w schronisku po zdobyciu kolejnego szczytu na szczycie – to wszystko buduje niezatarte wspomnienia i wzmacnia więzi w sposób, w jaki niewiele innych aktywności potrafi. A satysfakcja ze zdobywania szczytów, z pokonania własnych słabości i ograniczeń, smakuje najlepiej, gdy można ją dzielić z kimś bliskim. To poczucie triumfu, które cementuje przyjaźń i daje siłę na kolejne wyzwania.

Słowo na dobry tydzień

Tak jak w moim poprzednim felietonie mówiłam Wam o pamięci jako sieci, tak samo myślę o relacjach. Każde wspólne doświadczenie – czy to gotowanie, czy wędrówka po górach, czy nawet wspólne oglądanie filmu, nawet głupi spacer – to kolejne oczko w tej sieci. To moment, w którym dodajemy nową nić, wzmacniamy istniejące połączenia. To właśnie te wspólne chwile, te opowieści, które razem tworzymy i przechowujemy, są tym, co nas karmi i wspiera w trudnych momentach. To one sprawiają, że czujemy się mniej samotni, bardziej zrozumiani, bardziej kochani.

Zachęcam Was, byście szukali takich momentów w swoim życiu. Zaproście przyjaciół na wspólne gotowanie, wybierzcie się razem na szlak albo po prostu idźcie na spacer. I dzielcie się. Przede wszystkim dzielcie się opowieściami. Bo to właśnie w tych prostych, ludzkich gestach, w tych wspólnych smakach i widokach, odnajdujemy prawdziwą bliskość i sens bycia po tej stronie. Razem.

Dobrego tygodnia!

Anita