Odpowiedzi zabrane do grobu

tunel wiadukt czarno-białe zdjęcie światłocień promienie

Za mną jakiś absurdalnie nieprawdopodobny tydzień, który pokazał mi, że życie naprawdę warte jest rozmowy i uświadomił, jak wiele jest wokół nas osób, które albo pragną być wysłuchane, albo których warto posłuchać. Czasem oba te wątki łączą się w jednej osobie…

O śmierci holistycznie

Kiedy planowałam tworzenie podcastu „Po tej stronie”, który z założenia miał pomagać osobom doświadczającym emocjonalnego cierpienia, pomyślałam, że potrzebuję do tego sojuszników. Dlatego że temat jest nie tylko trudny, ale też niszowy. A z drugiej strony – podskórnie czułam, że bardzo potrzebne jest jego podejmowanie w formie, którą nazwałam sobie holistyczną – czyli o śmierci z tak wielu punktów widzenia, jak to tylko możliwe. Dlaczego? Bo dzięki temu oswajamy myśl o czymś, od czego i podświadomie, i świadomie uciekamy. I dzięki temu nasze życie po tej stronie możemy widzieć jako cenniejsze niż nam się wcześniej wydawało. Dzięki temu też może ono nabrać większego sensu. A dzięki temu my sami możemy żyć znacznie piękniej niż do tej pory. Albo po prostu – żyć i cieszyć się tym, że wciąż tu jesteśmy, doceniając każdą chwilę.

Szukanie sojuszników

Wielu sojuszników miałam już wtedy wokół siebie – rodzinę, przyjaciół i znajomych wspierających ten projekt i wspierających mnie. Ale potrzebowałam też wsparcia, które nazwałabym „instytucjonalnym”. Właśnie z tych powodów, o których napisałam wyżej. Wysłałam więc do różnych organizacji i instytucji, których działania były zbieżne z tym, co planowałam, list z prośbą o patronat i wsparcie. 

Nie zareagował na to NIKT. Nikt, poza dr Halszką Witkowską, pomysłodawczynią projektu „Życie warte jest rozmowy”. Zgodziła się na wsparcie podcastu i pomogła mi w uzyskaniu wsparcia eksperckiego Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Mimo że tylko ona zareagowała na moją prośbę, było to tak silne dmuchnięcie w moje skrzydła, że pcha mnie do przodu do dzisiaj.

Miałam okazję zapytać ją o to, dlaczego zgodziła się wspierać podcast, który na tamtym etapie nawet nie istniał. Miał tylko nazwę i okładkę/logo, a ja miałam „listę marzeń” opisującą, jakie tematy i z kim chciałabym w nim podjąć. A jednak dostałam to wsparcie. 

Co usłyszałam w odpowiedzi? Że im więcej będzie miejsc, w których będziemy rozmawiać o kryzysie samobójczym i uświadamiać ludziom, czym on jest i w jak strasznym mroku żyją osoby, które go doświadczają, tym większa szansa na to, że uda się zapobiec kolejnym próbom samobójczym, a dzięki temu być może uratować życie osób, które ten kryzys przechodzą.

Kiedy dzieje się to, czego oczekujesz

Na początku tego tygodnia „Życie warte jest rozmowy” włączyło się w promocję podcastu. A nie oszukujmy się – w dzisiejszym świecie bez dodatkowego wsparcia i promocji trudno jest dotrzeć do wyznaczonego celu. Co jest moim? Żeby podcast miał szansę dotrzeć do osób, które może nawet o tym nie wiedzą, że potrzebują pomocy, ale gdy wysłuchają tych rozmów, zaczną jej szukać, albo przynajmniej dotrzeć do kogoś, kto te osoby zna i może im przesłać link. Tylko i aż tyle.

I wydarzyło się coś niesamowitego. I wcale nie mówię tu o statystykach, które rosną, choć rosną. I bardzo jestem tym poruszona, bo nie spodziewałam się, że wszystko będzie się działo tak szybko. Ale cieszę się, bo tak ma być. Dokładnie tak, jak powiedziała mi Halszka Witkowska – im więcej osób będzie o tym mówić, tym większe szanse, że uda się kogoś uratować.

Ale jeszcze dwie niesamowite rzeczy się wydarzyły… i obie w sposób namacalny pokazały mi sens tego, co robię.

Jedna była wcześniej, ale jest z tym wszystkim ściśle związana. Na początku stycznia, jakieś dwa tygodnie przed premierą odcinka, w którym rozmawiam z Julią (została wdową mając 21 lat), zadzwoniła do mnie Małgosia Łuba – ekspertka przydzielona mi przez Instytut Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Jest psycholożką i suicydolożką. Była właśnie po przesłuchaniu tego odcinka i zadzwoniła, żeby opowiedzieć mi o swoich wrażeniach, ale też zapytać, kiedy publikacja, bo akurat mają bardzo trudną sprawę młodziutkiej kobiety, która właśnie znalazła się w takiej sytuacji jak Julia. W duszy już usłyszałam to niewypowiedziane pytanie, czy może jej przesłać to nagranie. Oczywiście, że się zgodziłam. I – bez wdawania się w szczegóły, bo to zbyt świeża i intymna sprawa – ale wiem, że zrobił dobrą robotę. Julia zrobiła. To, że zechciała opowiedzieć o tym, co przeszła.

Druga rzecz – dzięki temu, że „Życie warte jest rozmowy” poinformowało o podcaście, trafiła na niego Sylwia, moja prawie rówieśniczka, wdowa, której mąż, tak jak mój, odebrał sobie życie, i której… jedna z córek również to, po śmierci ukochanego taty, zrobiła. I która się pięknie podźwignęła z pierwszej straty i dzielnie, z nieprawdopodobną mądrością, wiarą i siłą dźwiga się z drugiej, bardzo, bardzo świeżej… I która… może być tak wielką inspiracją dla innych, że już dziś jesteśmy umówione na nagranie rozmowy. I co ważne – Sylwia bardzo, ale to bardzo chce wykorzystać własne doświadczenia, żeby pomóc innym. 

Odpowiedzi zabrane do grobu

A w miniony weekend miałam kolejne nagranie i gościem była Małgosia Łuba, „moja” ekspertka i jeden z wielu dobrych duchów tego podcastu. Już dziś zachęcam do posłuchania, bo Małgosia w sposób niesamowicie plastyczny, obrazowy, ale przede wszystkim mądry i wypełniony mnóstwem doświadczeń z pracy z osobami w kryzysie poprowadzi Was przez meandry depresji, traumy, kształtowania się myśli samobójczych, doświadczania straty, przechodzenia żałoby. Pochyli się też nad znalezieniem odpowiedzi na pytanie, które zadają sobie wszystkie osoby dotknięte nagłą lub przedwczesną stratą kogoś bliskiego, także w wyniku śmierci samobójczej, czyli nad pytaniem: DLACZEGO? A niestety, jest to zwykle pytanie, na które odpowiedzi zostają zabrane do grobu… Jeśli w ogóle kiedykolwiek o tym myśleliście, to jestem pewna, że po tym odcinku to myślenie stanie się zupełnie inne. Zapraszam.

PREMIERA 22 LUTEGO NA PLATFORMACH PODCASTOWYCH I OCZYWIŚCIE W SEKCJI PODCAST NA TEJ STRONIE.

Żony samobójców

autorka podcastu Po tej stronie Anita Odachowska w trakcie nagrania z jedną z rozmówczyń - żony samobójców

Kasia i Julia, dwie pierwsze rozmówczynie podcastu „Po tej stronie”, to kobiety, których mężowie są ofiarami śmierci samobójczej. Dwie historie – wydawałoby się – tak różne, a jednak o tym samym i z tym samym pytaniem, które już do końca życia będzie brzmieć w ich głowach. Będzie się zacierać, będzie coraz cichsze, będzie się zsuwać do coraz odleglejszych zakątków pamięci, jak do najgłębszej studni. Ale jak z tej studni – czasem, wywołane jakimś wspomnieniem, zadudni trochę głośniej, a czasem odbije się echem. To pytanie brzmi: „Dlaczego?” Zawsze takie samo. Zadają je sobie wszystkie żony samobójców.

Piętno samobójcy

Wiem, że określenie „żony samobójców” ma nieco pejoratywny wydźwięk, jednak świadomie go używam, żeby rzucić jak najmocniejsze światło na ten problem. Bo że jest to problem, nie mam wątpliwości. Sam fakt, że mężowie tych kobiet targnęli się na własne życie, już sprawia, że – zwłaszcza w mniejszych miejscowościach – są one często w jakiś sposób napiętnowane, uważane za winne co najmniej tego, że nie zapobiegły tej śmierci, a często – wręcz o nią obwiniane. Kilkakrotnie czytałam wypowiedzi żon samobójców, właśnie tych ze wsi i małych miast, że stawały się automatycznie takim trochę… lokalnym „zjawiskiem”. Śmierć samobójcza, jakkolwiek dla bliskich ofiary to niewyobrażalna tragedia, jest – jak by nie patrzeć – również pewną sensacją. I nie ma tu znaczenia, czy są to czasy Internetu i błyskawicznego obiegu informacji, czy byłyby to czasy średniowiecza. Tak po prostu odbiera to społeczeństwo.

Kasia i Julia, ja sama, ale też kilka innych kobiet, których historie (oprócz wielu innych) znajdą się w mojej książce, to żywe przykłady na to, że wciąż jeszcze, w XXI wieku, w świecie – wydawałoby się – cywilizacyjnie i społecznie coraz bardziej rozwiniętym istnieje coś takiego, co nazywa się piętnem samobójcy. Ono odciska się na całej rodzinie. Na żonie zmarłego. Na dzieciach. Na ich dalszym życiu. 

Religie wobec śmierci samobójczej

Nie wzięło się to znikąd. Większość religii uważa samobójstwo za zbrodnię przeciwko własnemu życiu, mówiąc często wprost o morderstwie. W prawosławiu, judaizmie, islamie, buddyzmie odbieranie sobie życia jest surowo zakazane[i]

Stanowisko najbliższego Polakom kościoła katolickiego w tej kwestii jest podobne i niezmienne od tysiącleci: „Samobójstwo zaprzecza naturalnemu dążeniu istoty ludzkiej do zachowania i przedłużenia swojego życia. Pozostaje ono w głębokiej sprzeczności z należytą miłością siebie. Jest także zniewagą miłości bliźniego, ponieważ w sposób nieuzasadniony zrywa więzy solidarności ze społecznością rodzinną, narodową i ludzką, wobec których mamy zobowiązania. Samobójstwo sprzeciwia się miłości Boga żywego”[ii]

Z tego powodu akt odebrania sobie życia jest w Kościele katolickim grzechem ciężkim, który poprzez wieki automatycznie skazywał samobójcę na wieczne potępienie. To dlatego dawniej ofiary zamachów samobójczych nie tylko nie mogły mieć chrześcijańskiego pochówku, ale też były grzebane poza murami miast lub w wydzielonych miejscach, w najodleglejszych zakątkach cmentarzy[iii].

Co prawda, minęły już czasy, gdy duchowni katoliccy (nie wiem, jak jest w innych wyznaniach) odmawiali rodzinom ofiar samobójstw pochówku, a narracja kościoła nieco w tym aspekcie złagodniała do zawartego również w katechizmie stwierdzenia, że „ciężkie zaburzenia psychiczne, strach lub poważna obawa przed próbą, cierpieniem lub torturami mogą zmniejszyć odpowiedzialność samobójcy”[iv]. „Decyzję”, co zrobić z takim grzesznikiem duchowni pozostawiają w ten sposób swojemu Bogu. Sami nigdy nie spojrzą na samobójców przychylnie.

Nic dziwnego, że przekazywany z pokolenia na pokolenie odbiór społeczny takich tragicznych wydarzeń wciąż bywa zaburzony, a żony ofiar samobójstw (ale też rodzice czy dzieci) bywają – jak już wspomniałam – ofiarami tego odbioru.

Żony samobójców

Samobójczy zamach mojego męża, który zakończył się jego śmiercią, był dla mnie szokiem i traumą, takimi samymi, o jakich opowiadają w podcaście Kasia i Julia. Wiem, jak trudno jest o tym mówić, jak trudno czasem wypowiedzieć TO na głos. Kiedy już zaczęłam przygotowywać plan podcastu i listę rozmówców, a szczególnie po pierwszej rozmowie z Kasią, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak jest. Dlaczego na pytanie „co się stało”, które ktoś mi zadawał na wiadomość o śmierci mojego męża, nie mogłam po prostu powiedzieć: „mój mąż odebrał sobie życie”. 

A nie mogłam. Nie potrafiłam. Obawiałam się, jak to zostanie przyjęte. A przecież kiedy ktoś umiera na raka, to po prostu o tym mówimy. Kiedy ktoś dostaje wylewu, zawału, ginie w wypadku, to nawet jeśli sam go spowodował i zginęły w nim inne osoby – też mówimy, że zginął w wypadku. Ale kiedy osoba, która (dziś dzięki książce Halszki Witkowskiej „Życie mimo wszystko” i zagłębieniu się w tematykę suicydologii, już to wiem) zmaga się z czymś strasznym, dla większości ludzi niewyobrażalnym, tkwi w mroku, z którego nie znajduje innego wyjścia, jak pogrążyć się w jeszcze większym mroku, to nie potrafimy o tym mówić.

Tym bardziej jestem wdzięczna Kasi i Julii, i wszystkim kobietom z mojej grupy wdów na Facebooku, które straciły mężów w ten sposób, że zgłosiły się i zechciały mi o tym napisać albo opowiedzieć.

Słuchając historii Kasi i Julii – tak różnych, choć mężowie obu z nich odeszli w ten sam sposób, można czasem wprost, a czasem między wierszami – usłyszeć, jak to jest być wdową po samobójcy, żoną samobójcy, z czym te kobiety się zmagały, zmagają i z czym jeszcze będą zmagać. 

Kasia, już dojrzała, bo blisko 40-letnia, choć powoli buduje swoje życie z synem na nowo, wciąż żyje w przekonaniu, że nigdy nie pozbędzie się wyrzutów sumienia, choć z drugiej strony – jako osoba bardzo racjonalna i pragmatycznie podchodząca do wszystkiego – doskonale wie, że nie powinna ich mieć. 

Dziś 26-letnia Julia przez lata nie mogła zerwać więzi z dopiero co poślubionym mężem, którą podtrzymywała pisząc do niego pośmiertne listy. Napisała ich około trzystu. List, który czyta na końcu odcinka, mógłby poruszyć skałę.

Julia, która owdowiała mając zaledwie 21 lat, nie zdążyła mieć dziecka ze swoim mężem. Kasia dziecko ma, co sprawia, że z jednej strony ma żywą motywację do tego, żeby budować to nowe, inne życie, ale z drugiej – rozmowy z synem o śmierci taty są dla niej dużym obciążeniem. I obawy – jak syn będzie to odbierał, gdy już dorośnie.

I Kasia, i Julia doświadczyły oceny ze strony otoczenia, słyszały na swój temat plotki, a ich kontakty z rodzinami mężów w najlepszym wypadku są poprawne.

I obie już zawsze, do końca swojego życia, będą zadawać sobie pytanie: „dlaczego?” Może z roku na rok będzie brzmiało coraz ciszej. Ale nigdy nie zniknie…


[i] Mencel P., Stanowisko religii wobec samobójstwa, online: https://repozytorium.uni.wroc.pl/Content/121549/PDF/04_Mencel_Stanowisko_religii_wobec_samobojstwa.pdf, dostęp: 25.01.2024

[ii] Katechizm Kościoła katolickiego, nr 2281 (cyt. za: o. Mateusz Przanowski, „Nie udawać Boga”, online: https://wdrodze.pl/article/nie-udawac-boga/, dostęp: 25.01.2024

[iii] Stokłosa M., Prawo do katolickiego pogrzebu w niektórych wyjątkowych okolicznościach, Prawo Kanoniczne: kwartalnik prawno-historyczny 53/3-4, 83-111, 2010, s. 90, online: https://cejsh.icm.edu.pl/cejsh/element/bwmeta1.element.ojs-doi-10_21697_pk_2010_53_3-4_04/c/4636-4192.pdf, dostęp: 25.01.2024 

[iv] Katechizm Kościoła katolickiego, nr 2282 (cyt. za: o. Mateusz Przanowski, „Nie udawać Boga”, online: https://wdrodze.pl/article/nie-udawac-boga/, dostęp: 25.01.2024

Kultura narzekania, czyli jak sami sobie robimy pod górkę

Jack Nicholson i Morgan Freeman w scenie w samolocie w filmie The Bucket List

Często narzekamy na życie, a przecież to tak naprawdę jedyne, co mamy. Najważniejsze, co mamy. Życie to szansa. Na tak wiele rzeczy, ile tylko możemy sobie wyobrazić i zapragnąć. A jednak narzekamy. Przeprowadzono nawet badania, które dowodzą, że w polskim społeczeństwie istnieje coś takiego, jak „kultura narzekania” i „kultura niezadowolenia”. I myślę sobie, że to smutne. Bo zakłócamy sobie w ten sposób właśnie to, co najcenniejsze i najważniejsze.

Gdy czas po tej stronie się kończy… 

Wielu z Was pewnie pamięta film „The Bucket List” ze znakomitymi, jak zawsze, rolami laureatów Oscara – Jacka Nicholsona i Morgana Freemana (polski tytuł „Choć goni nas czas”). Fabuła nie jest wyszukana, bo wiele jest filmów, w których osoby dowiadujące się, że ich czas po tej stronie powoli dobiega końca, zmieniają swoje życie lub chcą jeszcze zrobić w nim lub przeżyć coś, o czym zawsze marzyły. Nie jest to też jakieś superkino. Ale kino na tyle dobre, że ogląda się je z przyjemnością (i refleksją). A konwencja komedii w stylu, który nazwałabym YOLO (ang. You Only Live Once – raz się żyje / mamy tylko jedno życie) pomaga zaprzyjaźnić się z bohaterami, zwłaszcza że jeden z nich jest z początku totalnym bucem (oczywiście, Nicholson, bo przecież nie Freeman 😉), ale też… oswoić myśl o śmierci, która czai się tuż za rogiem.

[Na marginesie – warto wiedzieć, że „The Bucket List” to remake niemieckiego filmu z 1997 roku „Knocking on Heaven’s Door”, w którym jedną z głównych ról zagrał jeden z moich aktorskich ulubieńców wszech czasów Til Schweiger. Możecie go pamiętać z doskonałej głównej roli Brute’a w międzynarodowej produkcji Macieja Dejczera „Bandyta” z genialną muzyką Michała Lorenca. Jednak dzięki machinie promocyjnej Hollywood amerykańska wersja jest po prostu bardziej znana.]

Życiowa wishlista

A nawiązuję akurat do tego filmu, bo wielu z nas – pomijając stan konta i to, że jest właścicielem szpitala, w którym właśnie się znalazł jako pacjent – to właśnie taki Jack Nicholson. Wszystko jest nie tak. Nic nam nie pasuje. Zawsze znajdzie się coś, na co można ponarzekać. Ciągle odkładamy pewne rzeczy na później. Odkładamy też swoje plany, które chcielibyśmy zrealizować. I marzenia, które od dziecka chcemy spełnić. Odwlekamy zmiany, których chcemy. Nowe rzeczy, których chcielibyśmy się nauczyć. Jakbyśmy mieli żyć wiecznie…

Podobnie bohaterowie „The Bucket List”. Z różnych pobudek – Carter Chambers grany przez Freemana mechanik samochodowy robił wszystko, by zapewnić przyzwoity byt swojej rodzinie, z którą jest w bardzo dobrych relacjach. A Edward Cole (Nicholson) skupiał się na robieniu pieniędzy, tracąc kontakt z córką. Dopiero w obliczu śmierci, gdy Edward staje z nią twarzą w twarz, a bardziej jeszcze – kiedy staje twarzą w twarz z dobrym, pozytywnym i pogodzonym z tym, co ma nadejść, „przymusowym” sąsiadem ze szpitalnej sali, Carterem, coś w nim pęka. 

I to on jest inicjatorem tego, żeby zrealizować wszystkie, nawet najbardziej szalone punkty, z listy rzeczy, które zawsze chciał zrobić, ale nigdy mu się nie udało. Reszty nie będę opisywać, bo to nie recenzja, a być może ktoś z Was jeszcze nie widział tego filmu. Jeśli nie, to polecam. 

Myślę, że każdy, niezależnie od tego, czy stoi twarzą w twarz ze śmiercią, czy myśli, że jeszcze wszystko przed nim, powinien taką życiową wishlistę, listę życzeń, planów do realizacji i marzeń do spełnienia mieć. Można ją robić etapami – np. na każdy rok. Tak robi np. moja przyjaciółka Ania. Ja powoli się tego uczę. Ale wiem, że warto, bo to też pomaga pewne rzeczy planować i projektować. 

Mentalność narzekaczy

Wspomnianych we wstępie badań nad polską „kulturą narzekania” nie będę przytaczać, bo są zbyt obszerne. Wystarczy, że powiem, że temu zjawisku poświęcono całą, liczącą blisko 200 stron publikację naukową (!) Ale odsyłam do niej[i], bo mimo upływu czasu (jest z 2009 roku), nadal jest aktualna. Może dzisiaj nawet bardziej… Niemniej warto zwrócić uwagę, jaki obraz nas, Polaków, wypływa z tej publikacji. Naszą mentalność kreują[ii]:

1) depresyjność i pesymizm,

2) negatywizm i krytycyzm,

3) poczucie krzywdy,

4) stosunek do władzy i polityki [której z zasady nie ufamy – dopisek mój].

Jesteśmy więc specyficznym narodem, który uwielbia narzekać, wyrażać niezadowolenie, a w ślad za tym – także inne emocje i działania, jak np. anonimowe hejtowanie w sieci. I w sumie… oglądając „1670” łatwo zrozumieć, dlaczego tak jest 😉 Ale jesteśmy dziś prawie cztery wieki później i nikt z nas nie gra w filmie ani serialu. Po prostu żyjemy i dziś, dzięki usilnej pracy różnej maści coachów i motywatorów, wiemy, że to, jakie to nasze życie będzie, zależy tylko od nas. I chociaż można mieć różne zdanie na temat działalności coachów i mówców motywacyjnych, to jednak tego jednego nie da się im odmówić – że faktycznie wkładają nasze życie w nasze ręce. A co z tym zrobimy – naprawdę zależy tylko od nas. Obojętnie, co przy okazji gotuje dla nas los… Całe życie się tego uczę i próbuję wdrożyć na mojej życiowej drodze.

Moja własna bucket list

Bo żeby nie było – sama też czasem narzekam. Często mam różne wątpliwości co do wielu spraw, zwłaszcza, czy jestem w stanie coś zrobić albo osiągnąć. Bywa, że mi się nie chce czegoś robić i prokrastynuję. Czasami coś mi nie pasuje w innych albo w urządzeniu świata wokół mnie (na przykład od ponad miesiąca po 10 latach ciszy i spokoju, ale też całego budynku na mojej głowie, mam prawie komplet sąsiadów i to jest… STRASZNE! 🫢🤪). Opóźniam też, czasem podświadomie, a czasem celowo realizację planów czy działania, które przybliżą mnie do spełniania marzeń. Jesteśmy w końcu tylko ludźmi… Ale na szczęście mam wokół siebie cudowne, najbliższe osoby, które natychmiast mi każde takie zakrzywienie rzeczywistości prostują. 

Bo jeśli jesteśmy zdrowi, jeśli zdrowi są nasi najbliżsi i przyjaciele. Jeżeli budzimy się każdego ranka, to znaczy, że za nami kolejny dzień, kolejna noc, pełne doświadczeń, wspomnień i wrażeń, a przed nami – to, co najlepsze: pierwszy dzień z reszty naszego życia. A Bucket List powinniśmy sobie tworzyć na każdy rok. Możecie teraz zapytać, czy ja już mam swoją. Nie mam. Ale usilnie nad nią pracuję. Do czego i Was zachęcam.

PS Jeśli nie znajdujecie w sobie motywacji do zmian, polecam posłuchać pierwszego odcinka podcastu Po tej stronie, w którym rozmawiam z Kasią, wdową po ofierze śmierci samobójczej, która opowiada, jak odbudowuje swoje życie po strasznej traumie, jaką przeżyła. Ale odbudowuje. Bo ma to życie tylko jedno…


[i] Żemojtel-Piotrowska M., Narzekanie i roszczeniowość a postrzeganie świata społecznego, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, 2009, online: https://www.researchgate.net/profile/Magdalena-Zemojtel-Piotrowska/publication/262802105_Narzekanie_i_roszczeniowosc_a_postrzeganie_swiata_spolecznego/links/53d09e9b0cf2fd75bc5d3632/Narzekanie-i-roszczeniowosc-a-postrzeganie-swiata-spolecznego.pdf, dostęp: 13.01.2024

[ii] Ibidem.

Barbieheimer. Premiery w jednym dniu mają sens

grafika głowna z filmu oppenheimer

Barbieheimer, czyli konflikt płci

Gdy „Barbie” i „Oppenheimer” miały swoje premiery, ja w pocie czoła pracowałam nad podcastem „Po tej stronie”. Nie miałam czasu ani na oglądanie najnowszych produkcji, ani nawet na porządny urlop. Ale koniec tego, pięćdziesiątego roku mojego życia już jest inny. Ja też jestem po premierze. Zbieram same dobre recenzje podcastu, pracuję nad jego kolejnymi odcinkami, kończę pisać książkę, a w międzyczasie… w przerwie świątecznej, która u mnie potrwa do przyszłego roku i czuję, że jest baaardzo zasłużona, nadrabiam zaległości. Takie jak „Barbieheimer” 😉

Barbieheimer – nadrabianie zaległości

Wczoraj, w pierwszy dzień świąt, dosłownie połknęłam, mimo że trwa trzy godziny, „Oppenheimera”, a dzisiaj – już na pełnym luzie po sprzątnięciu świątecznego bajzlu – „Barbie”. Dwa filmy, totalnie różne, ale… nie dla mnie. Jako miłośniczka filmu i maniaczka wyszukiwania zbieżności nawet w totalnie niezbieżnych tematach dostrzegłam to i owo, co te filmy pozwala ze sobą połączyć nie tylko w social mediowej warstwie nazewniczej. Tym czymś jest odwieczny konflikt płci, który w „Barbie” jest głównym i oczywistym motywem, ale w „Oppenheimerze” już nie. A jednak.

Płciowe ambicje

Scena w „Oppenheimerze”, w której Robert wraca do domu i zastaje Kitty pijaną, podczas gdy gdzieś w tle słyszymy płacz małego dziecka, jest niczym innym, jak pokazaniem różnicy między światem męskim a kobiecym. Robert pyta wtedy Kitty, czy nie powinna być właśnie z dzieckiem, na co w odpowiedzi dostaje sarkastyczną uwagę, że faktycznie, może powinna i widzi, jak żona chwyta za butelkę whisky i wychodzi z kuchni. Kitty jest ambitna, inteligentna. Nie wiemy, co prawda, jakie ma ambicje życiowe (przed Oppenheimerem była zamężna z oksfordzkim naukowcem, radiologiem Richardem Stewart-Harrisonem, jeszcze wcześniej – z komunistą Johnem Dulletem Juniorem, a jeszcze wcześniej – z muzykiem Frankiem Ramseyerem), ale wiemy, że jest biolożką i botaniczką. A więc nie jest to typowa „kura domowa” ani „żona mężowi”. 

Ta scena to jest ewidentny obraz tego, jak bardzo zmaskulinizowany był XX wiek, o czym przecież wszyscy doskonale wiemy. Co więcej, po tej scenie Kitty angażuje się w karierę męża, bo wie, że poślubiła geniusza. Świadomie przyjmuje rolę „żony mężowi” i „matki dzieciom”.

Płciowe rozterki

W „Barbie” scen, w których widzimy rozterki dotyczące głównie traktowania płci żeńskiej przez męską, ale też w pewnym stopniu męskiej przez żeńską, jest od metra. W zasadzie chyba nie ma sceny, która nie byłaby właśnie o tym. W idealnym Barbielandzie rządzą kobiety, które są pewne siebie i ociekają przekonaniem, że mogą wszystko i mogą być, kim zechcą. Jednocześnie z tym przekonaniem widz dostaje obrazki, takie jak branie prysznica, z którego nie leci woda, morskie fale, które są nieruchomym i twardym plastikiem czy widok stóp Barbie, która zrzuciła buty, nie dotykając piętą podłoża. To zresztą stanie się początkiem rewolucji w Barbielandzie.

W tym wszystkim jest też Ken, który w świecie Mattela stał się „dodatkiem” do Barbie – lalki, która opanowała umysły i żądze dziewczynek na całym świecie, ale… czegoś jej brakowało. Tym „czymś” był Ken. Odkąd się pojawił, Barbie i Ken mieli być nierozłączni. I tak ten świat postrzega właśnie on. To obraz idealnego świata zupełnie inny niż ten, w którym wychowali się nawet dzisiejsi trzydziestolatkowie. Świata, w którym to on wzdycha do niej i od jej spojrzenia uzależnia swoje dobre samopoczucie. Świata, w którym jej odmowa jest możliwa i faktycznie następuje, mimo że Ken jest Kenem wyraźnie wyróżniającym się wśród innych Kenów (w końcu to Ryan Gossling, hello!).

Make …, not war

Samych filmów jako filmów porównywać nie będę, bo to totalnie odmienne gatunki. Chociaż co do „gatunkowości” też można by dyskutować, bo ani „Oppenheimer” nie jest typowym filmem biograficznym, ani „Barbie” nie jest typową komedią, dramatem czy fantasy. Oba na pewno są filmami głęboko humanistycznymi, choć co do tematyki dzieli je ogromna przepaść. „Oppenheimer” opowiada o zaangażowaniu nauki i geniuszu naukowców do budowy narzędzi masowej zagłady. „Barbie” to historia o tym, jak ludzkość buduje, wmacnia i utrwala różnice i podziały – w tym przypadku międzypłciowe. 

Symboliczna, i to dla obu filmów, jest scena z „Barbie”, w której Kenowie, zmanipulowani przez liczne zaangażowane w odzyskanie „swojego” świata Barbie, walczą przeciwko sobie, by nagle zacząć tańczyć razem w zgodzie. Jest to coś absolutnie niemęskiego, totalnie wyjętego z naszej możliwości pojmowania i rozumienia „męskości”. Potem Ken, który niedługo przedtem odkrył moc patriarchatu, zaczyna płakać, bo bez Barbie, dla której został stworzony, czuje się nikim. A na koniec Barbie mówi mu coś w stylu, że jest „Kenenough”, co zresztą zobaczymy potem na jego kolorowej bluzie. 

Dlaczego ta scena jest według mnie symboliczna dla obu filmów? No, bo… proszę Was! Jaka kobieta będzie agresywna czy zacznie wojnę? Agresja to cecha męska. I są na to badania. Wśród agresorów, zabójców kobiety to zaledwie 10 procent, pozostałe 90 procent to mężczyźni[i]

W tym miejscu i na koniec warto jeszcze dodać dwa elementy tej mojej „Barbiehaimerowej” układanki. Pierwszy – rachityczny zarząd Mattela w „Barbie”, w którym nie ma ani jednej kobiety (przy okazji szacuneczek dla marki, która współtworzyła film i to zaakceptowała) i drugi – naukowy zespół Oppenheimera pracujący nad bombą atomową w Los Alamos, o udział w którym jedyna w nim kobieta musiała sama się „upomnieć”.


[i] Abramowicz D., Wojna nie jest kobietą. Agresja to męska rzecz, Zawsze Pomorze. Niezależny Portal Regionalny, online: https://www.zawszepomorze.pl/wojna-nie-jest-kobieta-agresja-meska-rzecz, dostęp: 26.12.2023

Co jest po tej stronie?

Z drżeniem wskazującego palca, łomotem serca i duszą na ramieniu kliknęłam i opublikowałam dzisiaj pierwszy odcinek podcastu „Po tej stronie”. Droga, jaką przeszłam do tego momentu była najkrótszą i najdłuższą jednocześnie drogą do jakiegokolwiek celu w moim życiu.

Continue reading

Jak zaczęłam pisać?

Bloga prowadzę od 2014 roku, ale wszystko się zaczęło, gdy w ósmej klasie napisałam wypracowanie na temat powieści Henryka Sienkiewicza „Krzyżacy”, które na szarą myszkę rzuciło światło reflektorów czujnej polonistki, ukryte w jej ogromnych okularach.

Continue reading

Rzeczpospolita Babska

kobiety wspierające kobiety krąg dłoni

SeksMISJA (i to tak dokładnie pisana) dokonuje się w naszym kraju każdego dnia. W małych dzielnicach wielkich metropolii. Na peryferiach dużych miast. W miastach i miasteczkach. Na wsiach. Dokonuje się drobnymi dłońmi z nienagannym manicurem

Continue reading

Urwana ścieżka życia

rower na polnej ścieżce

Macie swoje ulubione ścieżki? Takie, którymi lubicie chodzić czy jeździć do pracy, spacerować, biegać, przemierzać je rowerem… Jestem pewna, że każdy takie ma. Każda z tych ścieżek ma nas zaprowadzić do określonego celu… Takiego, jak my chcemy. A co, kiedy na scenę wkracza życie i mówi, że to jest już „droga bez przejazdu”?

15 km dla mózgu

Moja ulubiona ścieżka rowerowa ma około 15 km. To akurat taki dystans, który wiem, że pokonam w niecałą godzinę. Mniej więcej tyle, ile trzeba, żeby zrzucić balast całego dnia i oczyścić umysł. Aktywność fizyczna tym właśnie dla mnie jest – oprócz tego, że pomaga budować formę i się za szybko nie rozpaść, pomaga też poukładać sobie różne rzeczy (zwykle ich nadmiar) w głowie. Choć pomaga zawsze, to jednak na rowerze czuję to bardziej namacalnie. I doskonale już znam moment, w którym ten proces się zaczyna. Bo najpierw mam chaos i mętlik i zmęczenie, ale po 2-3 km, gdzieś między odświeżającym zapachem pasty do zębów w Dolinie Colgate a powodującym mocniejszy nacisk na pedały odorem Wzgórza Wysypiska Śmieci, wszystko puszcza. I jestem tylko ja i rower. I droga. I moje słabości. Albo przeciwnie – moja siła. 

Czasem wjeżdżam pod górkę tak lekko i łatwo, że nawet nie zmieniam biegu ani nie staję na pedałach. A czasem – mam wrażenie, że koła nie jadą, tylko się na nią wspinają, jak ja w górach. Są dni, kiedy mam wrażenie, że całą trasę pokonuję w jakimś szaleńczym tempie. A są i takie, kiedy wydaje mi się, że jadę w nieskończoność. Ale gdy po powrocie sprawdzam, co mi zmierzyła Strava, okazuje się, że to są różnice rzędu minuty. Minuty! Czy tak właśnie nie jest w życiu? Jednego dnia wszystko idzie jak z płatka, a innego – mamy wrażenie, że cały świat jest przeciwko nam.

W czasie takich rowerowych przejażdżek (i gdy się przebudzam koło 4:00 nad ranem) przychodzi mi do głowy najwięcej kreatywnych pomysłów. Kiedy w drodze powrotnej z ulgą i na wdechu opuszczam odór Wzgórza Wysypiska Śmieci i wjeżdżam w świeżość pasty do zębów w Dolinie Colgate, w głowie mam już nie tylko przerobiony cały dzień, ale też różne pomysły. Na artykuł na blogu. Na podcast. Na rozwiązanie trudnej sprawy, którego nie mogłam znaleźć. A czasem nawet na życie i to, co jeszcze chciałabym w nim osiągnąć.

Droga bez przejazdu

Bo chciałabym jeszcze bardzo wiele. Moje ADHD nie pozwala mi żyć inaczej. I chyba nie chciałabym. Nawet więcej – uważam, że odpoczynek jest bardzo potrzebny, ale trwonienie życia na nicnierobienie, bo „jestem zmęczony po pracy” to jest po prostu… trwonienie życia. A ono jest tak cenne, że czasami brak słów. 

Tydzień temu poznałam pewnego przemiłego, uśmiechniętego Niemca, który osiadł w Polsce dla swojej miłości. Byliśmy na Męskim Graniu w większym gronie znajomych i jak to na nie-koncercie, stojąc z piwem w ręku, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Rozmawialiśmy też o tym, o czym dzisiaj piszę. O życiu. Przyczynkiem była moja właśnie rozpoczęta pięćdziesiątka i to, jak się czuję i że chciałabym jeszcze jak najwięcej przeżyć. Arne, nieco starszy ode mnie, przytakiwał każdemu słowu – że dokładnie tak trzeba, bo życie jest krótkie i trzeba z niego wycisnąć maksa. Mniej więcej w środku imprezy zostałam zaproszona (bo inni byli już zaproszeni wcześniej) na inaugurację basenu, który Arne i Kamila niedawno skończyli. 

Cieszyli się tym, jak dzieci. Wspólnie roztaczaliśmy tamtego wieczoru wizje wspaniałej imprezy. Niedzielne pool party. To był piątek. Wieczorem w sobotę jeszcze dostałam potwierdzenie, o której start imprezy. W niedzielę rano wstałam i zanim jeszcze zaczęłam trening, ruszyłam do kuchni, żeby zrobić wielki gar chłodnika. Bo przecież nie pójdę na imprezę z gołymi rękami. W trakcie treningu dostałam telefon od przyjaciółki, ale nie usłyszałam. Po treningu odczytałam wiadomość: „Impreza odwołana. Później Ci wytłumaczę”. Zadzwoniłam od razu. Miałam w głowie różne scenariusze, ale absolutnie nie byłam gotowa na ten, o którym usłyszałam: „Arne nie żyje”.

Arne nie żyje. Arne nie żyje… Arne. Nie. Żyje. 

Jego ścieżka dobiegła końca. Przy basenie, którym tak się cieszył, stanął znak „droga bez przejazdu”. Tego wyczekiwanego dnia Arne po prostu się nie obudził. Jak widać, życie pisze nie tylko najlepsze, ale też najgorsze scenariusze, o czym sama nie raz się przekonałam na własnej skórze. Ale jednak to jest ŻYCIE. Jedno. Nasze. I nie ma nic gorszego niż je roztrwonić na nierozwijanie się, niedoświadczanie, nieszukanie nowych doznań, nieuczenie się nowych umiejętności, niepróbowanie nowych potraw, niepoznawanie nowych miejsc, niechodzenie nieprzetartymi ścieżkami i wiele innych „nie-”. To jak za życia trochę nie żyć. Wiem, choć niemal go nie znałam, wiem, że Arne przeżył swoje życie najpiękniej jak mógł, a przez to, jaki był, mocno wyrył się w sercach całej rodziny i przyjaciół. Nawet u mnie pozostawił ślad, choć znajomość była tak krótka. To taki człowiek, z którym od razu jest „po drodze”.

Póki jeszcze mogę…

I wrócił wątek drogi. Niektóre ścieżki wydeptujemy sobie sami. Są nasze. Oswojone. Przyjazne. Miłe dla oka. Ja mam wiele takich ścieżek – dróg, które lubię bardziej niż inne, mimo że jedne i drugie prowadzą do tego samego celu. Tych alternatywnych jakoś instynktownie unikam. Najczęściej dlatego, że są brzydsze albo prowadzą przez zatłoczone miejsca. Albo z czymś nieprzyjemnym mi się kojarzą. Zdarza mi się, oczywiście, żeby trochę pobudzić mój mózg, czasami je zmieniać, wychodząc z mojej strefy komfortu, jak to się dzisiaj popularnie mówi. Ale prędzej czy później wracam na te ulubione. Z ulgą, jakbym właśnie wracała po męczącej podróży do domu. 

Ale paradoksalnie – kiedy jestem gdzieś w podróży, unikam przetartych szlaków. Uwielbiam iść w plener bez mapy i zgubić się w jakiejś uliczce, a potem szukać drogi. W takich właśnie momentach odkrywa się to, co najlepsze w miejscach, których nie znamy. Bo musimy je poznać, musimy się rozejrzeć, czasem cofnąć, czasem znowu zbłądzić, przyjrzeć się drogom, które pokazuje nawigacja, a niekiedy zwyczajnie zapytać ludzi, którzy tam mieszkają lub właśnie nas mijają w górach czy na jakimś bezdrożu.

Podobnie jak w podróżach mam w życiu – niespecjalnie lubię chodzić utartymi ścieżkami. Wolę coś sama odkrywać, nawet popełniając błędy i gubiąc się, niż pójść ścieżką, którą ktoś mi wskaże. Wolę sama nauczyć się czegoś w praktyce, niż kiedy ktoś ma mnie tego nauczyć w teorii. Bo doświadczanie i próbowanie to najlepsze formy nauki, jakie znam. Doświadczanie i szukanie nowych doświadczeń, doznań, emocji to esencja życia. 

I mam tego głód tak wielki, że kiedy nawet wydaje mi się, że jest już za bardzo pod górkę i może powinnam już sobie dać odpocząć, że może wystarczy mi tego wiecznego zachłystywania się życiem, że jestem zmęczona, to jednak i tak, jadąc pod tę górkę staję na pedałach, żeby szybciej zobaczyć, co jest z jej drugiej strony. I cieszyć się tym, cokolwiek to będzie, póki jeszcze mogę… Bo przecież pewnego dnia także na mojej i na każdej drodze stanie ten właśnie znak. Droga bez przejazdu…

Post Scriptum

Dziś rodzina i przyjaciele pożegnali Arnego. Wczoraj wieczorem rozmawialiśmy o nim i o tym moim felietonie przez telefon. Kochani, jeszcze raz ściskam Was mocno i jestem pewna, że prędzej czy później, jak zawsze, okaże się, że nawet ta bezsensowna śmierć była PO COŚ <3, chociaż dzisiaj wydaje nam się tak absurdalna.

Niemęskie Granie

koncert Żywiec Męskie Granie

Możliwe, że za ten wpis zostanę ukamienowana, ale nie mogę się powstrzymać. Męskie Granie to nic więcej, jak doskonale pomyślana i zorganizowana machina marketingowa marki Żywiec, z której najlepsze są płyty. Same koncerty to nic więcej, jak kolejny letni piknik i festiwal foodtrucków, tyle że z muzyką na żywo w tle. I to dosłownie w tle, bo jeśli na koncercie da się rozmawiać bez podnoszenia głosu, trudno o koncercie mówić.

Pierwszy i ostatni raz

Męskie Granie jest doskonałym przykładem tego, jak zbudować potrzebę i ją wykorzystać, żeby sprzedawać jak najwięcej. Ludzie czekają na coroczny hymn, dyskutują „zachwyca/nie zachwyca”. Kupują kolejne płyty – czasem lepsze, czasem gorsze. Dla wielu być na koncercie, zwłaszcza finałowym, to jedno z marzeń do spełnienia. A wielu jest takich, dla których to coroczne letnie must have czy raczej must be, jeśli chodzi o imprezy muzyczne. Tylko czy Męskie Granie faktycznie jest imprezą muzyczną? Byłam w piątek we Wrocławiu. Pierwszy raz w życiu i jako ktoś, kto kocha muzykę i potrafi docenić dobry koncert, zwłaszcza na żywo, już wiem, że był to mój pierwszy i ostatni raz.

Wykreowana potrzeba

Nie będę recenzować koncertów, bo nie o tym ma być ten wpis. Na pewno fajnie, że na tzw. scenie Ż (dla niezorientowanych mniejszej) mogą zaprezentować się szerszej publiczności młodzi artyści, jeszcze nie tak popularni jak muzyczni seniorzy czy juniorzy. I fajnie, że co roku powstaje utwór wiodący, tzw. hymn Męskiego Grania. Fajnie też, że są wydawane płyty, bo dobrych zbiorówek dobrych polskich wykonawców zawsze miło posłuchać. 

Żywiec stworzył machinę marketingową, która z jednej strony promuje markę, z drugiej – napędzana jest już mniej przez markę, a bardziej przez potrzebę, która została przez nią wykreowana. 

Muzyka w tle

Ta potrzeba rośnie w ludziach, również takich jak ja, dzięki świetnemu pomysłowi marketingowemu. Wiadomo, że w sprzedaży jedną z najlepszych metod jest podarowanie klientom emocji. A muzyka jest jednym z najlepszych generatorów emocji. Dlatego i ja co roku mówiłam sobie, że chciałabym być na Męskim Graniu. No i wreszcie byłam. I co zobaczyłam? 

Pierwsze wrażenie było całkiem przyjemne. Ludzie w bardzo różnym wieku, często całe rodziny, nawet z zupełnie małymi dziećmi w wózkach, wielu fajnie poubieranych, wielu ładnych, więc było na co popatrzeć. Siedzą na dostępnych (jeśli się odpowiednio wcześniej przyszło) leżakach, ławkach, krzesłach, huśtawkach, na kocach, kurtkach, bluzach czy po prostu na gołej trawie. Popijają piwo, wodę, czasem coś jedzą. Rozmawiają, śmieją się, niektórzy śpiewają, bo w tle tego wszystkiego leci muzyka na żywo. „W tle” to moje słowo-klucz.

Męskie Granie vs. Miejski Piknik

Bo oczywiście, mogłabym pójść pod jedną czy drugą scenę, jak całkiem spory tłum tych, którzy przyszli przede wszystkim dla muzyki. I być może wówczas poczułabym atmosferę koncertu czy muzycznego festiwalu, choć wcale nie jestem tego taka pewna. Niestety, mój kręgosłup nie wytrzymuje takiego wielogodzinnego stania, więc wolałam siedzieć lub przechadzać się nieco dalej (choć wcale nie tak daleko), gdzie jednak muzyka już mieszała się z rozmowami, wybuchami śmiechu, dymem papierosów i marihuany, której było wokół tyle, że można było się ujarać samymi oparami. I mieszała się ta muzyka z coraz bardziej gęstniejącą atmosferą, przypominającą coraz mniej koncert, a coraz bardziej festyn czy piknik organizowany latem w niemal każdej wsi, mieście i miasteczku w kraju. Na tych imprezach zwykle jest też jakaś muzyka na żywo, często są foodtrucki lub jakaś inna gastronomia, są też kolejki do toalet i pijani imprezowicze. A jak wójta czy burmistrza stać, to nawet całkiem niezłych artystów opłaci. 

Różnice są trzy:

  1. na Męskim Graniu gra więcej artystów
  2. na Męskim Graniu jest większa frekwencja
  3. zasadnicza różnica – za wejście na piknik czy festyn, w odróżnieniu od Męskiego Grania, nie trzeba płacić. 

Bilet na jeden dzień to koszt 239 zł, a na dwudniowe granie – 419 zł. Suma rośnie, jeśli wybieramy się w parze czy rodzinnie. Rośnie jeszcze bardziej, jeśli musimy skorzystać z noclegu. Jeszcze bardziej – jeśli będziemy głodni albo spragnieni. Za piwo trzeba zapłacić 16 zł, a za jedzenie dwu-, a nawet kilkakrotnie więcej. I żeby było jasne – kiedy jestem na dobrym koncercie, nie ma znaczenia, ile zapłaciłam za bilet i ile wydam dodatkowo. Ale trasa Męskiego Grania to nie jest koncert. To piknik. Festyn. Okazja do spotkania z przyjaciółmi i znajomymi. I powtarzam – świetna machina marketingowa, a jeszcze dodam, że również naprawdę doskonale zorganizowana.

Puenta, czyli Niemęskie Granie

Męskie Granie, mimo wielu wad, ma też jedną zaletę. Mianowicie jest doskonałym pretekstem, aby spotkać się przyjaciółmi i z znajomymi. Tylko czy do takich spotkań potrzebny jest pretekst? Szczerze mówiąc, wolałabym te pieniądze wydać niemęsko, a bardzo damsko – idąc z przyjaciółmi do dobrej restauracji. Jest nawet całkiem spora szansa, że nie tylko wydałabym tych pieniędzy mniej, ale też zyskałabym znacznie więcej. Zarówno emocji, jak i wspomnień. 

PS No, dobra, jeszcze jedna zaleta Męskiego Grania – dzięki wykreowanej powszechnie potrzebie bycia tam, łatwiej niż we własnym mieście spotkać na tej imprezie przyjaciółkę, z którą bezskutecznie próbujesz umówić się od dwóch lat. Ale na tym koniec zalet.

Kurs kursowania przez życie. Bezpłatny e-book

Codziennie w mediach społecznościowych wyświetlają mi się propozycje kursów tego, kursów tamtego, webinarów o tym, jak sprzedawać nie mając co sprzedawać, jak zostać milionerem dzięki sztucznej inteligencji, jak w trzy miesiące zrzucić 10 kilo, jak pisać skuteczne posty do social mediów, jak się modnie ubierać, jak ładnie mówić, jak pisać książki, jak czytać 10 książek w tygodniu, czego nie jeść, żeby schudnąć, co jeść, żeby przytyć, jak spać, chodzić, siedzieć, leżeć, sikać, uprawiać seks… I myślę sobie… że Internet i media społecznościowe uczyniły z nas nieoczekiwanie społeczeństwo domorosłych ekspertów z jednej strony i społeczeństwo pozornie inteligentnych debili z drugiej, którzy za takie rady, szkolenia i kursy są w stanie nawet płacić.

Fake it ‘till you make it!

Ta pierwsza grupa też jest zróżnicowana, bo nie chcę generalizować i od razu powiem, że jest w niej wiele osób wartościowych, które naprawdę osiągnęły sukces w swojej dziedzinie i mogą oraz chcą się podzielić z innymi swoją wiedzą, doświadczeniem, pomysłami. Chociaż prawda jest taka, że prawdziwa wiedza i doświadczenie nie musi się lansować w internetach. 

Ale… mimo wszystko, oddajmy tym internetowym, że faktycznie TO COŚ mają. Poznacie ich po tym, że albo udostępniają swoje treści bezpłatnie, albo – jeśli zbudowali markę osobistą i ogromne zasięgi, to ludzie płacą im po prostu za tę markę i za wiedzę, która nie jest powszechna. Ale cała pozostała reszta – nie ma się co oszukiwać – robi to, bo po prostu chce osiągnąć korzyści finansowe, najczęściej nie będąc ekspertem wcale albo będąc nim tylko we własnym mniemaniu.

A że Internet i media społecznościowe przyjmą dzisiaj wszystko, poza nagością i ściśle określonymi niedozwolonymi treściami, to YOLO! Publikują jak opętani wierząc w zasadę „fake it, ‘till you make it”, czyli „udawaj, że się uda [aż się uda]”. To angielski aforyzm, który opisuje sytuację, w której ktoś udający pewność siebie, posiadanie kompetencji i regularnie to manifestujący (czy też dzisiaj upubliczniający, bo aforyzm jest starszy niż ja, na pewno sprzed 1973 roku[i]) tę swoją „wiedzę”, „doświadczenie” i „kompetencje”, może realizować swoje cele.

Fake it!

„30 dni do bikini”? Proszę bardzo! Jedyne 49,99 zł. 

„5 tygodni do zapięcia guzika od spodni”? Nie ma sprawy! Tylko 5 zł za jeden tydzień. 

„3 miesiące i będziesz liczył pierwsze tysiące”. Kupuj szybko. Dzisiaj za jedyne 199,99 zł. 

„Jak zarabiać na życie leżąc na plaży w San Pedro?” Już dziś zapisz się na bezpłatny webinar.

„W dwie godziny pokażę Ci, jak zapewnić dobrobyt Twój i Twojej rodziny”. Pobierz e-booka. Tylko dwie godziny czytania! Dziś w promocyjnej cenie 39 zł. Cena regularna 339 zł. Nie przegap takiej okazji!

„Co jeść na płaski brzuch? 105 porad eksperta”. Zapisz się do newslettera, a otrzymasz bezpłatnego e-booka.

Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Obserwuję to wszystko od pewnego czasu, a im bardziej obserwuję, tym bardziej, rzecz jasna – dzięki ciasteczkom – jestem atakowana podobnymi reklamami, postami sponsorowanymi, linkami sponsorowanymi w Google i pewnie na wiele innych sposobów, których nie zauważam, bo w niektórych miejscach w sieci mnie po prostu nie ma albo patrząc na ekran skupiam się na czymś innym.

Untill you make it!

I zastanawiam się, czy jest tak, dlatego że staliśmy się społeczeństwem, które zna się dosłownie na wszystkim, czy przeciwnie – nie znamy się kompletnie na niczym, nie mamy własnego zdania na żaden temat i do niczego nie potrafimy dojść sami bez tutoriali, tipów, kursów, poradników, podpowiedzi „ekspertów” i stąd właśnie taki ich ogromny wysyp. Bo w końcu to popyt napędza podaż. Czy może nie?

Czy może jest jeszcze gorzej, czyli ktoś się czegoś nauczył, ma tupet/parcie na szkło/żądzę pieniądza, więc wywołuje potrzebę i wmawia innym, że to jest też ich potrzeba, którą koniecznie muszą zaspokoić? Za jedyne 9,99 zł!

Czy może po prostu jeszcze bardziej cynicznie – taki jeden czy taka jedna sprawdza, czego ludzie najczęściej szukają w wyszukiwarkach i – tadam! – ogłasza, że ma rozwiązanie Twojego problemu!

Miejsce w szeregu

Żeby było jasne – nie mam nic przeciwko tipom, poradom, a nawet sama nie raz brałam udział w kursach, webinarach, szkoleniach i przez całe życie chętnie korzystam z wiedzy i doświadczenia osób, które w jakiejś dziedzinie są mądrzejsze ode mnie. Ale znam swoje miejsce w szeregu.

I chociaż napisałam w życiu tysiące artykułów na przeróżne tematy, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, jak dobry był mój warsztat dziennikarski, jak dobre miałam tzw. dziennikarskie pióro, ile naprawdę świetnych artykułów (ale też dziennikarzy) wyszło spod mojej ręki i jak dużą mam wiedzę na ten temat, to nigdy nie przyszło mi do głowy napisać o tym płatnego e-booka czy organizować kurs online za 29,99 zł. Dlaczego? Dlatego że wiem, że są lepsi i mądrzejsi ode mnie (włącznie z tymi dziennikarzami, którzy wyszli spod mojej ręki). I to oni mają prawo dzielić się tak wiedzą, a nie ja. 

Dokładnie tak samo jest z copywritingiem, w którym jak widzę artykuły czy posty, które wiem, że są wygenerowane przez sztuczną inteligencję i nawet niemuśnięte ludzką ręką, to też widzę swoją przewagę. Bo dla mnie AI, którą – żeby nie było – jestem równie mocno zafascynowana jak większość światłego świata i z której też korzystam, to jednak tylko narzędzie pomocnicze, researcher, który jest o niebo szybszy niż ja, ale który nie widzi niuansów, nie zadaje dodatkowych pytań, pisze w punktach, nie bawi się w grę słów, nie wgryza się w marki i ich produkty, nie „czuje klimatu” i nie wymyśla kreatywnych tytułów. 

A jednak – chociaż wiem, jak pracuję, jakie mam doświadczenie i świadomie widzę siebie w porównaniu z innymi, też nie odważyłabym się „sprzedawać” tej wiedzy i doświadczenia innym. Nie dlatego, że nie chcę się tym dzielić, bo to jakaś „wiedza tajemna”. Ale dlatego, że są w tym też lepsi ode mnie i dlatego, że dobry copywriter wie, że choć pisanie to umiejętność, którą można sobie wyćwiczyć, to jednak pisanie z tak zwanym polotem, wszechstronność tematyczna, zanurzanie się w temacie, zatapianie w języku, gry słowne, niedopowiedzenia czy przeciwnie – dopowiedzenia jest darem, talentem. I tego absolutnie nie da się wyćwiczyć ani wyuczyć. Tak jak ja nigdy nie będę dobrym matematykiem, tak też ktoś, kto nie ma wrodzonego daru pisania i słuchu do języka, nigdy nie będzie dobrym autorem tekstów. Dla mnie to bezdyskusyjne.

Kto mi kupi kawę? ☕️ 

Ale, moi drodzy, w końcu fake it, ‘till you make it! Jest więc coś, co i ja, mogę i nawet chcę Wam sprzedać, bo ja też, na tej fali samozwańczych ekspertów od różnych rzeczy, mam ochotę podzielić się z kimś swoją wiedzą i doświadczeniem. I oczywiście na tym zarobić! Oferuję Wam zatem kurs kursowania przez życie. To bezpłatny e-book, który zamierzam napisać wspólnie z Wami – Wy będziecie mi zadawać życiowe pytania, prosić o porady, tipy itp., a ja poszukując odpowiedzi i zapisując je, będę tworzyć ten wyjątkowy poradnik. Skoro bezpłatny, to jak na tym zarobię? To proste. Zbierając od Was pytania będę gromadzić Wasze dane, np. adresy mailowe, i albo od razu, albo po jakimś czasie wykorzystam je, oferując Wam coś absolutnie wyjątkowego, wykreuję potrzebę, która będzie też Waszą potrzebą, tak wielką, że obojętnie, czy 9,99 zł, czy 599 zł, ale będziecie chcieli zapłacić za tej potrzeby zaspokojenie.

Oczywiście, to żart. Nie zamierzam pisać żadnego poradnika, zwłaszcza o życiu i kursowaniu przez nie, bo absolutnie nie czuję się kompetentna. Chociaż na tym blogu zdarzyło mi się napisać trochę zaobserwowanych i doświadczonych prawd o życiu. Na przykłada taką, że jest tylko jedno albo taką, że nikt naszego życia nie przeżyje za nas, więc jebać ich oceny i opinie… Włącznie z tą moją oceną i opinią na temat samozwańczych ekspertów 😅 

Ale pisząc ten felieton, miałam naprawdę niezły fun. A jeśli Wy też, to może faktycznie zechcecie kupić mi kawę (tak robią przeróżni eksperci, więc się uczę 😎). Specjalnie przeszłam całą procedurę na buycoffe.to, gdzie nie można wpisać daty ważności dowodu osobistego, tylko trzeba się przeklikać przez wszystkie lata od urodzenia, więc doceńcie to, że musiałam wyklikać aż 50 lat!  🤣

Poniżej link do kawy. To oczywiście też dla żartu. Najlepsza kawa to ta wypijana z przyjaciółmi w kawiarni albo z Olą w domu, z ekspresu kupionego wiele lat temu z dotacji na założenie firmy Fabryka Słowa, którą mam szczęście prowadzić do dzisiaj.

Ale no… słowo się rzekło, więc link jest https://buycoffee.to/anitaodachowska Need coffee ☕️ 🤣🤣🤣


[i] Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Fake_it_till_you_make_it (dostęp: 9.08.2023)