O rowerowej kierownicy, drodze i filmach, które uczą nas życia

W zeszłym tygodniu byłam na warsztatach, na których żeby się przedstawić, każdy z nas miał wybrać jakieś zdjęcie spośród wielu – takie, które najbardziej z nim rezonowało. Ja wybrałam kierownicę roweru na tle drogi. Jeśli obserwujecie mnie w mediach społecznościowych, wiecie, że uwielbiam jazdę rowerem. Ale nie tylko. Ja po prostu kocham być w drodze.

Kocham być w drodze…

Kocham być w drodze fizycznie i mentalnie. Bo życie jest przecież taką drogą. A ja lubię zmiany, jakie ta droga niesie, lubię ludzi, których na tej drodze spotykam i poznaję. Może to dlatego tak kocham filmy drogi? Te wszystkie „Easy Rider”, „Thelma i Louise”, „Dzienniki motocyklowe”, „Rain Man”, „Nomadland”. Czy nawet romantyczna komedia „Lepiej być nie może” z doskonałym duetem Jack Nicholson i Helen Hunt. Tak na marginesie większość tych filmów nieprzypadkowo jest o jakichś duetach. Bo fajnie, jak w tej drodze ktoś nam towarzyszy, prawda?

W filmach, które wymieniłam, ich bohaterowie wyruszają w podróż nie tylko geograficzną, ale przede wszystkim wewnętrzną. Droga staje się dla nich przestrzenią transformacji, miejscem, w którym ich jakieś stare „ja” zostaje za plecami, a nowe dopiero się kształtuje.

… i kocham road movies

W teorii filmu mówi się, że road movie to gatunek typowo amerykański, wyrastający z tzw. mitu Dzikiego Zachodu i idei ruchu jako podstawy tożsamości narodowej. Ale ja myślę, że jego uniwersalność sięga głębiej. Droga to archetyp, który przemawia do każdego z nas, bo każde życie to podróż od punktu A do punktu B, z tym że często nie wiemy, gdzie ten punkt B się znajduje.

W „Easy Rider” Wyatt i Billy jadą przez Amerykę w poszukiwaniu wolności, ale niestety, znajdują śmierć. „Thelma i Louise” z boskimi Geeną Davis i Susan Sarandon, to historia dwóch kobiet, które uciekają przed opresyjnym światem i w finale wybierają „lot” samochodem w przepaść jako ostateczny akt wyzwolenia. W „Nomadland” Frances McDormand jedzie przez współczesną Amerykę w kamperze, szukając nie tyle miejsca, co sensu w świecie, który się rozpadł. Jedzie – co rzadkie w filmach drogi – samotnie, ale przecież wyrusza w tę podróż głównie dlatego, że zmarł jej ukochany mąż. To wszystko są historie o ludziach, którzy nie mogli już zostać tam, gdzie byli.

Ja też wiele razy nie mogłam zostać. Po każdym wypaleniu zawodowym, po każdym życiowym trzęsieniu ziemi zawsze musiałam ruszyć dalej, zmienić pracę, otoczenie, przewartościować przyjaźnie… Ruszyć w drogę wcale nie zawsze oznacza, że wyruszamy w nią fizycznie. Czasem, jak u mnie po śmierci męża, to mój umysł, moje emocje i wszystko, co znałam w życiu, musiało znaleźć nową drogę. Ja nadal mieszkałam i mieszkam w naszym wspólnym mieszkaniu, chociaż przyznam Wam szczerze, że coraz częściej myślę o tym, że wolałabym gdzie indziej. Ale póki co – nie mam takiej możliwości i cóż, na razie muszę to zaakceptować.

Droga po stracie kogoś bliskiego

Ludzie, którzy tracą bliskich, a którzy rzucają się – tak jak ja to zrobiłam – w wir życia, często słyszą, że powinni „przestać uciekać”. Tylko że ja… nie uciekałam. Ja po prostu szłam naprzód.

Bo droga to nie jest ucieczka – to wybór. Wybór ruchu zamiast stagnacji, zmiany zamiast powtarzania tego, co znamy, poszukiwania zamiast zadowolenia się tym, co jest. W filmach drogi bohaterowie rzadko docierają tam, gdzie planowali. Często w ogóle nie mają konkretnego celu. Bo ważna jest sama podróż, to, kim stają się w drodze.

Kiedy tracimy kogoś bliskiego albo po prostu coś tracimy, na przykład pracę, wielu z nas słyszy: „Musisz się pozbierać i wrócić do normalności”. Ale tak naprawdę nie ma do czego wracać. Bo ta „normalność” już nie istnieje. Śmierć bliskiej osoby to wielka zmiana, która powoduje, że musimy wyruszyć w drogę do nowej wersji siebie, takiej, która potrafił żyć bez tej osoby. Dla mnie to była najtrudniejsza podróż w moim życiu, ale jednocześnie najważniejsza.

Droga jest nauczycielką

W „Dziennikach motocyklowych” młody Che Guevara jedzie z kumplem przez Amerykę Południową, a niesprawiedliwości, które widzi, sprawiają, że z uprzywilejowanego studenta medycyny zmienia się w rewolucjonistę. W „Rain Manie”, o którym można powiedzieć, że jako pierwszy powiadomił świat o istnieniu autyzmu, grany przez Toma Cruise Charlie Babbitt razem ze swoim autystycznym bratem Raymondem, który tylko w trakcie podróży samochodem może zachować swoje nawyki (tu w doskonałej rolni Dustin Hoffman) wyrusza w podróż przez Amerykę i odkrywa, czym jest prawdziwa miłość braterska. W każdym z tych filmów droga jest nauczycielką.

Moja droga też mnie ciągle uczy. Tego, że można zaczynać od nowa w każdym wieku. Że ludzie, których spotykamy nawet przypadkowo, często zostawiają w nas bardzo trwały ślad. A ci, którzy towarzyszą nam w drodze na dłużej – to bezcenny skarb. Nauczyła mnie też tego, że czasem trzeba się zgubić, żeby się odnaleźć. Że kierownica w naszych rękach to symbol kontroli, ale też odpowiedzialności za kierunek, który obieramy.

Życie to prosta historia, nawet jeśli bywa trudna…

Dziś, siedząc w domu, patrzę na rower, który niedawno przeniosłam ze spiżarni do garderoby, i myślę o kolejnych drogach, które przede mną. O miejscach, których jeszcze nie widziałam, o ludziach, których jeszcze nie spotkałam, o wersjach siebie, którymi jeszcze nie byłam. Bo życie to nie punkt docelowy – to droga. Dlatego dopóki mam siłę trzymać kierownicę, będę jechać dalej.

W końcu, jak mówi tytuł jednego z moich ulubionych filmów drogi – „Prosta Historia” Davida Lyncha – czasem najważniejsze jest nie to, jak szybko jedziemy, ale to, że w ogóle się poruszamy. Nawet jeśli jedziemy na kosiarce, jak bohater tego filmu. Ważne, że jedziemy. Z tym Was zostawiam i zapraszam do wysłuchania najnowszego odcinka podcastu, w którym rozmawiam o trudnej drodze, jaką do tego, żeby pokochać życie, musiała przejść Marta, dotknięta chorobą afektywną dwubiegunową, która mimo kilku prób samobójczych dziś mówi, że chce jej się żyć!

Dobrego tygodnia!

Anita

O paradoksach życia, oddechu i kruchej równowadze

Jakie to jest niesamowite, że tlen, bez którego nie moglibyśmy oddychać, w nadmiarze jest toksyczny, a azot, który jest gazem całkiem obojętnym, pozbawiony tlenu, zabiłby nas w zaledwie kilkanaście minut…

Ta myśl, która od jakiegoś czasu krąży mi po głowie, jest chyba taką esencją życia. To nie tylko fakty naukowe, ale też coś, co jest tak głęboko ludzkie. Bo to nie jest tylko chemiczny paradoks, ale pewna metafora – i naszej codzienności, i relacji, naszej pracy, pasji, zdrowia psychicznego, a nawet tego, jak radzimy sobie ze stratą. Bo przecież często jest tak, że to, co nas podtrzymuje przy życiu, może nas też zniszczyć, na przykład nadmierne i niezdrowe jedzenie, i odwrotnie – to, co pozornie wydaje się obojętne, w pewnych okolicznościach potrafi odebrać nam oddech.

W pułapce pozorów

Zastanawiam się, jak często wpadamy w pułapkę różnych pozorów. Jak wiele rzeczy, które wydają się oczywiste, kryje w sobie drugie dno. Jak to, co uważamy za ratunek, może okazać się trucizną, a to, co ignorujemy, ma moc decydowania o naszym losie. To trochę jak z tymi cichymi sygnałami, które wysyła nam nasze ciało, nasza psychika, zanim kryzys uderzy z pełną siłą. Albo z relacjami, które, chociaż przecież niezbędne ludziom do budowania odporności psychicznej, potrafią nas ranić, jeśli nie będziemy potrafili w nich znaleźć równowagi. To, co nas buduje, może nas też zniszczyć, jeśli tylko na dłużej stracimy z oczu delikatną granicę między potrzebą a uzależnieniem albo lękiem, że bez czegoś czy kogoś nie przetrwamy.

Azot. Gdy obojętność dusi…

Ale wróćmy do mojego porównania życia do powietrza… Azot jest gazem obojętnym, nie bierze udziału w żadnych procesach metabolicznych w naszym organizmie. Jego główna rola to po prostu rozcieńczanie tlenu. A jednak stanowi aż 78% atmosfery.

Tylko że gdybyśmy oddychali czystym azotem, to już po chwili w naszych płucach po prostu zabrakłoby miejsca i tlenu, i miejsca na niego. Poczytałam trochę na ten temat i dotarło do mnie, z jakim przerażającym paradoksem mamy w tym przypadku do czynienia. Gdyby w powietrzu zabrakło tlenu, to nasz organizm nie ma takich receptorów, które alarmowałyby o jego braku. Kiedy wzrasta poziom dwutlenku węgla, to czujemy duszność, ale kiedy brakuje najbardziej życiodajnego pierwiastka, nie ma żadnego sygnału alarmowego. Nasz organizm nie ma żadnych mechanizmów obronnych wobec siły gazu, który przecież jest… neutralny.

Kiedy o tym myślę, przypomina to sytuacje, które zdarzają się czasem w relacjach, gdzie pojawia się OBOJĘTNOŚĆ. Taka obojętność to de facto brak relacji. To coś, co prowadzi do „uduszenia” emocjonalnego. I kiedy oddalamy się od bliskich, bo wydaje nam się, że to bezpieczniejsze (dla nich albo dla nas), to pewnego dnia obudzimy się w poczuciu pustki, bez tego tlenu, którym są relacje, obudzimy się w pustce, która może nawet odbierać nam oddech i zdolność funkcjonowania? To dlatego tak często mówi się, że samotność zabija.

Podobnie dzieje się, kiedy w naszej pracy czujemy wypalenie zawodowe, a w realizowanej pasji nagle pojawia się brak celu, a w obu przypadkach – przestajemy się angażować. To prowadzi do stagnacji, która też – tak jak brak relacji – powoli, ale nieubłaganie, odbiera nam radość i sens tego wszystkiego, co robimy.

O zdrowie psychiczne trzeba dbać tak jak o fizyczne

Nie inaczej jest w przypadku zdrowia psychicznego. W minionym tygodniu obchodziliśmy jego światowy dzień i zewsząd bombardowały nas grafiki przypominające, jak ono jest ważne. Ja chcę Wam dzisiaj przypomnieć, że ono jest ważne nie tylko dziesiątego października, ale też jedenastego, dwunastego i trzydziestego. W grudniu, w maju, w poniedziałek, środę, niedzielę i w każdy inny dzień tygodnia, miesiąca, roku i życia. 

Wracając do azotu w naszym zdrowiu psychicznym. Jest nim unikanie trudnych emocji, zamiatanie ich pod dywan. Chociaż wydaje nam się, że „tak będzie lepiej”, że brak konfrontacji, kłótni, trudnych rozmów to mniej problemów, czyli właśnie takie „neutralne” podejście, tak naprawdę może ono być (i częściej właśnie jest) bardziej szkodliwe niż zmierzenie się z nimi.

To jest właśnie jak oddychanie czystym azotem – spokój jest tak naprawdę pozorny, bo w rzeczywistości po prostu się wewnętrznie dusimy.

Podobnie w życiu po stracie i wcale nie mówię tu tylko o śmierci, bo poczucie straty i żałobę możemy przeżywać także po związku czy utracie pracy. W takich sytuacjach próba „normalnego” funkcjonowania bez przepracowania żałoby jest niemożliwa – choćby tym przepracowaniem miał być tylko czas, jaki sobie dajemy na jej przeżycie. To też jest jak próba oddychania azotem – bez tlenu, ale też bez bólu, który jest niezbędny do uzdrowienia, nie ma prawdziwego życia. Obojętność, brak konfrontacji, unikanie – to wszystko może być naszym cichym zabójcą.

Tlen. Życiodajny ogień, który może spalić

Z drugiej strony mamy tlen – wszyscy wiemy, nawet jeśli jesteśmy słabo wykształceni, że jest absolutnie niezbędny do życia. Bez niego nie moglibyśmy produkować energii w komórkach, ale w zbyt wysokich stężeniach lub pod zwiększonym ciśnieniem (na przykład podczas nurkowania na dużych głębokościach) tlen jest przecież toksyczny.

To dlatego, że jest bardzo reaktywny. Kiedy jest w powietrzu, zawieszony w neutralnym azocie, jest bardzo stabilny, ale w organizmie może tworzyć reaktywne formy, które już nie tylko miłośnicy kosmetologii znają jako wolne rodniki.

Bo wolne rodniki dotyczą całego organizmu. Powstają w nim ciągle i nawet mamy mechanizmy, które je na bieżąco neutralizują przywracając równowagę. Tylko że… coraz częściej my sami siebie sabotujemy, prowadząc taki styl życia, który totalnie taką równowagę zaburza. Dochodzi do stresu oksydacyjnego. To stan, w którym równowaga między produkcją wolnych rodników a naszą zdolnością do ich neutralizowania zostaje zaburzona.

Wtedy wolne rodniki atakują i uszkadzają kluczowe składniki komórek naszego organizmu. Jeśli miałabym to wyjaśnić obrazowo, pokazałabym Wam jabłko przekrojone na pół kilka godzin wcześniej. W wyniku utleniania (czyli toksycznego działania tlenu na jego komórki) jabłko brązowieje.

Oczywiście, procesy, które rozgrywają się w naszym ciele, są znacznie bardziej złożone, ale zasada jest podobna. Wolne rodniki mogą uszkadzać białka, zmieniając ich funkcje, doprowadzać do jełczenia lipidów (czyli komórek tłuszczowych) w błonach komórkowych i ich niszczenia, a nawet mogą uszkadzać nasze DNA, co jest podłożem wielu chorób, w tym nowotworów.

To nie wszystko. Nadmiar tlenu prowadzi do przyspieszonego „starzenia się” i uszkadzania komórek, a za tym idą choroby neurodegeneracyjne, jak Alzheimer czy choroba Parkinsona, chorób serca… Jako osoba od wielu lat związana z branżą kosmetyczną dodam jeszcze że przyspiesza procesy starzenia się skóry i w ogóle całego organizmu. Tlen jest więc dla nas jak trochę ogień – niezbędny do życia, ale niekontrolowany może spalić i zniszczyć. Albo woda – bez niej szybko byśmy zginęli, a jednocześnie w trakcie powodzi potrafi zabierać nasze mienie i życie,

W poszukiwaniu zdrowej równowagi

I znowu – czy to, co powiedziałam o nadmiarze tlenu, nie jest trochę o tym, jak nasze nadmierne zaangażowanie w pracę, realizację pasji czy nawet relacje, choć początkowo budujące, może nas w końcu wypalić i zniszczyć, jeśli nie znajdziemy zdrowej równowagi?

Albo o czymś, co miało nas wzmocnić, ale staje się źródłem cierpienia, kiedy przekroczymy pewną granicę? W relacjach bliskość, chociaż niezbędna, może przecież stać się toksyczna, jeśli nie postawimy zdrowych granic i nie damy sobie przestrzeni na indywidualność.

W zdrowiu psychicznym mierzenie się z bólem, choć – siłą rzeczy – bolesne, jest niezbędne do uzdrowienia, ale nadmiar tego bólu, bez wsparcia, bez narzędzi do jego przetworzenia, może nas przytłoczyć i spalić, w skrajnych przypadkach zabierając nam chęć do życia.

W żałobie ten ból (jak tlen) jest niezbędny do uzdrowienia, ale bez odpowiedniego wsparcia i przestrzeni na jego przetworzenie może nas pochłonąć, zamieniając się w chroniczne cierpienie.

Równowaga to klucz do życia po tej stronie

Te moje pseudonaukowe rozmyślania o tlenie i azocie (chociaż nie bójcie się – zanim postanowiłam się nimi z Wami podzielić, dokładnie wszystko zweryfikowałam) są dla mnie potężną metaforą życia.

W życiu, podobnie jak w chemii, klucz leży w równowadze i świadomości. Zbyt wiele lub zbyt mało, nawet tego, co wydaje się dobre, może prowadzić do katastrofy. Dlatego warto uczyć się rozpoznawać, co nas buduje, a co niszczy, i dążyć do harmonii. Tylko wtedy będziemy mogli naprawdę oddychać pełną piersią.

Bo życie, jak oddech, to ciągła, delikatna równowaga między tym, co niezbędne, a tym, co potencjalnie niebezpieczne. I tylko świadome zarządzanie tą równowagą pozwala nam w pełni doświadczać i przeżywać każdy moment.

W tym nowym tygodniu po tej stronie zachęcam Was do refleksji nad tym, co w Waszym życiu jest tlenem, a co azotem? I jak dbacie o tę kruchą równowagę między nimi?

Pamiętajcie, że czasem największą siłą jest umiejętność zatrzymania się w pędzie i poszukania balansu, zanim cichy zabójca lub życiodajny ogień zadecydują za nas.

Bo prawdziwa wolność to świadomość, że to my wpływamy na nasz oddech i że to my kontrolujemy nasze życie, nawet jeśli czasem wymyka nam się spod tej kontroli, bo przecież… to przecież jest życie, a nie jakaś symulacja, prawda?

Dobrego tygodnia i oddychajcie pełną piersią!   

JAK ŻYĆ, KIEDY PRAGNIESZ UMRZEĆ? Otwarta rozmowa o chorobie afektywnej dwubiegunowej (ChAD)

Wyobraź sobie, że masz wszystko – kochającego partnera, rozwijającą się karierę, dom, który budujesz. A mimo to w Twojej głowie pojawia się jedno, przerażające pragnienie. Pragnienie śmierci. Brzmi irracjonalnie? Dla osób z chorobą afektywną dwubiegunową (ChAD) to często bolesna rzeczywistość.

W najnowszym odcinku mojego podcastu rozmawiam o tym z Martą, która od lat mierzy się z tą chorobą. Jej historia to świadectwo walki, ale też nadziei. Ta rozmowa była i trudna, i pełna optymizmu. Najważniejsze jednak, że dzięki otwartości Marty mogłam złamać tabu wokół ChAD i zrozumieć, jak wygląda życie z tą chorobą. Z chorobą, z którą – co najważniejsze – można żyć i cieszyć się życiem.

Posłuchaj całego odcinka

ChAD. Czym jest choroba afektywna dwubiegunowa?

Choroba afektywna dwubiegunowa (ChAD) to poważne zaburzenie nastroju, które dotyka miliony ludzi na całym świecie. Charakteryzuje się naprzemiennymi epizodami depresji (tzw. „dołki”) i manii lub hipomanii (tzw. „górki”). Jak podkreśla Marta, a popiera ją nauka, to nie są zwykłe wahania nastroju. To choroba, która potrafi całkowicie przejąć kontrolę nad życiem.

Choroba afektywna dwubiegunowa to nie są zmiany nastrojów, tylko poważne zaburzenie, które dotyka około 37 milionów osób na świecie, jest groźne dla zdrowia i życia.

Kiedy pragnienie śmierci staje się realne – kryzys suicydalny

Jednym z najbardziej przerażających aspektów ChAD, szczególnie w fazie depresyjnej, jest pojawienie się myśli samobójczych. Marta otwarcie opowiada mi o swoich doświadczeniach z tym związanych. W swoim życiu miała kilka prób samobójczych. Na szczęście, zawsze udało się ją uratować.

„To było pragnienie śmierci osoby chorej na depresję. Osoby, która jest w takim dołku, że chociaż teoretycznie ma wszystko – kochającego partnera, karierę, wspólnie budowany dom… a mimo wszystko próbowałam popełnić samobójstwo” – mówi Marta.

To zdanie doskonale oddaje istotę kryzysu suicydalnego – stan, w którym logiczne argumenty tracą znaczenie w obliczu przytłaczającego cierpienia. Marta planowała odebranie sobie życia, będąc przekonaną o racjonalności swoich decyzji, nawet w najgłębszej depresji.

Posłuchaj całego odcinka

„Jeżeli wymyślę sobie samobójstwo, to ono będzie. Nawet jeżeli nie mam w tej chwili siły, bo mam depresję, to za jakiś czas przyjdzie górka i będę miała na to siłę, a wtedy nikt mnie nie zatrzyma” – opowiada Marta o tym, jak działają uporczywe myśli samobójcze w fazie depresji.

Twój bliski jest w kryzysie, a Ty nie wiesz, co mówić, co robić? Pobierz krótki poradnik, który możesz wydrukować i mieć zawsze pod ręką. Ten poradnik zawiera konkretne wskazówki, jak rozmawiać z osobą w kryzysie, czego unikać i jak aktywnie wspierać. Pamiętaj, że Twoja obecność i odpowiednie słowa mogą uratować życie.

Droga do diagnozy i walka z chorobą

Historia Marty pokazuje, jak długa i wyboista może być droga do właściwej diagnozy. Przez lata zmagała się z niezrozumiałymi objawami, szukając pomocy u lekarzy pierwszego kontaktu, zanim trafiła do psychiatry. Toksyczny związek, który początkowo wydawał się szczęśliwy, okazał się katalizatorem pogłębiającym chorobę.

„I dopiero właśnie ładnych parę lat po naszym rozstaniu terapeutka mi uświadomiła, że ten związek był toksyczny, że to on był być może katalizatorem mojej choroby. Ja wtedy to przyjęłam naprawdę ze zdziwieniem, ze zdumieniem. Teraz doskonale to rozumiem, ale wtedy to było dla mnie coś nowego” – opowiada Marta o swoim pierwszym związku z „kochającym” mężczyzną.

Psychoza poporodowa – cień na macierzyństwie

Macierzyństwo często przedstawiane jest jako sielankowy obraz. Jednak dla wielu kobiet to czas ogromnych wyzwań, a czasem – jak w przypadku Marty – dramatycznych doświadczeń. Dwa tygodnie po narodzinach córki Marta doświadczyła psychozy poporodowej, która ponownie zaprowadziła ją do szpitala psychiatrycznego.

„Zakochaliśmy się w sobie, wzięliśmy ślub, zeszłam w ciążę. Wszystko było pięknie, cudownie jak na obrazku, a dwa tygodnie po narodzinach mojej córki dostałam czegoś co ja nazywam psychozą poporodową…” – opisuje Marta.

Posłuchaj całego odcinka

Bezsenność, ogromny stres i presja związane z nową rolą matki, w połączeniu z wcześniejszymi zmaganiami, okazały się zbyt dużym obciążeniem.

Badania mówią, że pierwsze 24 godziny po opuszczeniu przez osobę w kryzysie suicydalnym szpitala psychiatrycznego mogą być kluczowe dla jej dalszych losów. To w tym czasie najczęściej dochodzi do ponownej próby samobójczej. Jak zadbać o bliskiego w tym okresie? Pobierz krótki poradnik, który możesz wydrukować i mieć zawsze pod ręką.

Ten praktyczny przewodnik krok po kroku wyjaśnia, jak postępować w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia lub gdy pojawiają się myśli samobójcze. Zawiera numery alarmowe i konkretne działania, które mogą uratować życie.

Deprecjonowanie depresji i stygmatyzacja

Jednym z kluczowych tematów poruszanych w rozmowie jest problem bagatelizowania chorób psychicznych i stygmatyzacji. Obie z Martą mamy podobną frustrację, gdy słyszymy potoczne użycie słowa „depresja”:

„(…) dlatego tak mnie denerwuje, kiedy ktoś sobie mówi: A mam dzisiaj depresję. (…) Ale mam depresję. Nie zrobię tego dzisiaj, bo mam depresję. I tak to słowo depresja jest deprecjonowane” – mówi Marta.

To pokazuje, jak ważne jest edukowanie społeczeństwa i walka z mitami, aby osoby potrzebujące pomocy nie bały się po nią sięgnąć.

Życie z ChAD – nadzieja i stabilizacja

Pomimo wszystkich trudności, historia Marty to przede wszystkim opowieść o niezwykłej sile i determinacji. Dziś, po latach walki, Marta nauczyła się żyć z chorobą afektywną dwubiegunową. Regularne leczenie, terapia i wsparcie bliskich pozwoliły jej osiągnąć stabilizację.

„Nie od 4 lat, właściwie 5 od 5 lat z powodzeniem się leczę. Mam garść leków na dobranoc, garść leków na dzień dobry, w tym między innymi lit, który polecam wszystkim, którzy oczywiście pod” – mówi Marta.

Jej doświadczenie pokazuje, że z ChAD można prowadzić pełne i wartościowe życie, a choroba nie musi definiować całej egzystencji.

Posłuchaj całego odcinka

Gdzie szukać pomocy? Ważne kontakty

Jeśli Ty lub ktoś z Twoich bliskich zmagacie się z myślami samobójczymi lub innymi problemami psychicznymi, pamiętaj, że nie jesteś sam/a. Pomoc jest dostępna.

Pobierz krótki poradnik, który możesz wydrukować i mieć zawsze pod ręką. Ten poradnik zawiera kontakty do organizacji i instytucji, które w większości pracują całodobowo.

Rozmawiajmy o zdrowiu psychicznym

Historia Marty to potężne przypomnienie, że zdrowie psychiczne jest tak samo ważne jak fizyczne. Otwarta rozmowa, edukacja i dostęp do profesjonalnej pomocy to klucz do przełamywania barier i ratowania życia. Jestem wdzięczna Marcie za jej odwagę i szczerość. Mam nadzieję, że jej historia zainspiruje wielu z Was do szukania pomocy i wspierania tych, którzy jej potrzebują.

Zapraszam do wysłuchania całego odcinka.

O snach, pieczeniu chleba, sukcesach, których nie widzimy, i o tym, jak podświadomość wciska nam hamulec

dwa bochenki domowego chleba z formy

W weekend śniło mi się, że piekłam chleb… Taki prawdziwy, na zakwasie, z chrupiącą, popękaną skórką, która skrzypiała, gdy go wyjmowałam z pieca, i z miękkim, parującym wnętrzem. Sen był tak wyrazisty, że wręcz obudziłam się z tym zapachem w nozdrzach i od razu zrobiłam się głodna.

Sny fascynowały mnie od zawsze. A właściwie odkąd w liceum przeczytałam „Wstęp do psychoanalizy” Freuda i potem dzięki temu, że mój znakomity polonista, już nieżyjący Zdzisław Grześkowiak, uczył nas także filozofii – zagłębiłam się w myśl nie tylko filozofów, ale też psychoanalityków, jak Carl Gustav Jung czy Erich Fromm. Oczywiście, te sny interesowały mnie w kontekście psychologicznym, a nie filozoficznym.

Sennik jako szafka nocna

Taka anegdotka. Kiedyś dostałam od kogoś w prezencie sennik w formie książkowej, który uznałam za najmniej przydatny prezent jaki kiedykolwiek w życiu ktoś mi podarował. To była gruba księga, z którą nie wiedziałam, co zrobić, bo nie mam zwyczaju książek wyrzucać. Poza tym na co komu sennik w książce, skoro setki są w Internecie, prawda?

Ale jednak znalazłam zastosowanie dla tej księgi. W mojej sypialni nie mieści się szafka nocna. Mieszczą się za to stosy książek – takie trochę stosy hańby (kto czyta, ten wie, co mam na myśli), ale stopniowo przechodzące z kupki hańby na kupkę chwały. Wszystkie za wyjątkiem tego sennika. Jako gruba księga okazał się jednak solidną podstawą tych stosów, a czasem nawet służył mi jako stabilny „stoliczek” na kubek z herbatą. Zatem okazał się całkiem użytecznym prezentem. Koniec anegdotki.

Co znaczy sen o pieczeniu chleba?

Skoro jednak mówię o sennikach, to chociaż traktuję je z dużym przymrużeniem oka, kiedy mam taki wyrazisty i precyzyjny sen, czasem sobie do nich zerkam. Teraz też tak zrobiłam. I co się okazało? Że to, co powiedział mi przegląd od AI w Google, wypisz wymaluj idealnie pasuje do tego, co obecnie dzieje się w moim życiu.

Według senników sny o pieczeniu chleba symbolizują:

  • tworzenie i rozwój (są metaforą budowania czegoś trwałego od podstaw, np. nowego projektu, a ja przecież ciągle mam jakieś nowe projekty),
  • kreatywność i samodzielność,
  • cierpliwość i zaangażowanie, bo sukces wymaga czasu, cierpliwości i wysiłku, tak jak pieczenie chleba, a zadowalające rezultaty rzadko przychodzą od razu,
  • gotowość na zmiany i nowe role – okazuje się, że sen o pieczeniu chleba może pojawiać się u osób, które przygotowują się do ważnych życiowych zmian, nabierają gotowości na przyjęcie większej odpowiedzialności, i to jest totalnie o mnie teraz,
  • niezależność – okazuje się, że pieczenie chleba może symbolizować dążenie do własnej niezależności i samowystarczalności. I to już jest o mnie na 120%.

Co mam dalej w planach?

Przyznam, że jak sobie te urywki z senników przeczytałam, to dało mi to do myślenia. Bo sen przyszedł akurat po kilku dłuższych rozmowach ze znajomymi na temat moich planów co do podcastu, książki, stowarzyszenia „Po tej stronie”, którego niedawno zostałam prezeską… A ja, jak to ja, wolę robić niż planować. Wiem, jakie planowanie jest ważne i stosuję je, inaczej nie byłabym dziś w tym miejscu, w którym jestem. Ale jestem też niecierpliwa. To chyba skutek tego mojego życiowego ADHD, o którym często piszę na blogu. I to nigdy nie jest na zasadzie: chcę już jeść ten chleb, chociaż dopiero zrobiłam zakwas, tylko na zasadzie: mam już chleb, teraz chcę do niego ubić własne masło.

I tak sobie myślę, że tym snem, tym zapachem, z którym się w sobotni poranek obudziłam, moja podświadomość mocniej wciska hamulec tego auta zwanego życiem, którym próbuję kierować. Nie że mi zaciąga ręczny, bo kto mnie zna, ten wie, że zrobiłabym drifta i pojechała dalej.

Od zaczynu do pierwszego bochenka

I teraz wracam do tych interpretacji. W tych ostatnich dwóch, a właściwie trzech latach, bo przecież był jeszcze etap planowania i tworzenia bazy do tego, co miałam wypuścić w świat, ciężkiej pracy na pewno mi nie brakowało. Planowanie i tworzenie to był ten zaczyn, który zrobiłam pod uruchomienie podcastu i wydanie książki. Potem było żmudne wyrabianie ciasta – szukanie gości, produkcja kolejnych odcinków, przygotowywanie książki do druku, korekty, promocja, więc moje wyjście ze strefy komfortu i nagrywanie rolek. I wiele, wiele innych rzeczy, bo składników takiego chlebowego ciasta może i nie ma wielu, ale za to składowych, jak temperatura, otoczenie, czas, całe know-how, jak to zrobić, żeby wyszło, jest całe mnóstwo. To samo dotyczy i podcastu, i książki. Ile tam było prób po drodze, a ile błędów? Do niektórych nie wiem, czy prędko się przyznam 😉

Ale mam już swoje pierwsze bochenki i wiem, że są na tyle udane, że mogę otwierać piekarnię. A właściwie – już ją otworzyłam. Ale… no, właśnie. Co tam piekarnia! Przecież ja chcę do tego chleba podawać własnej roboty masło. A najlepiej jeszcze świeżo wytłoczoną z oliwek z mojej własnej uprawy oliwę, bo zdrowsza J

Ciągle mam jakiś czelendż

To właśnie ja i moje wieczne czelendżowanie samej siebie. A przecież samo otwarcie tej piekarni, kiedy pomyślę, że większość tej drogi przeszłam samodzielnie (nie mylcie tylko z tym, że sama, bo mam wokół fantastycznych ludzi, którzy mnie wspierają). Samo to otwarcie to już jest wyczyn. Więc może ten sen, który przyszedł po tych kilku rozmowach, to takie podświadome klepnięcie siebie samej po ramieniu, że „Anita, jest dobrze, trzymaj tak dalej, nic nie musisz, działaj, a będzie i masło, i oliwa”?

Kto wie, może nawet nasze świadome ja potrzebuje czasem takiego prostego, symbolicznego potwierdzenia, że to, co robimy, ma sens, zwłaszcza że przynosi owoce – w postaci rosnących subskrypcji podcastu, rosnącej liczby odsłuchań, w postaci opinii, które dostaję na temat książki, zaproszeń do reportaży, do podcastów. To tak wiele. A ja ciągle tylko to masło i oliwa 😉

Nie ma co, nawet w snach potrafimy sobie podrzucać takie małe, motywujące okruszki. I to jest chyba ten moment, kiedy zaczynam się zastanawiać, czy aby na pewno nie ma w tym wszystkim jakiejś ukrytej mądrości, którą dostajemy w pakiecie z naszymi nocnymi projekcjami. Ale zaraz, zaraz, bo jeszcze zacznę wierzyć w horoskopy, a do tego mi daleko!

„Słowo na dobry tydzień” także do posłuchania – co tydzień w poniedziałek na Spotify, YouTube i w Podcastach Apple.

Zapraszam!

Słowo na dobry tydzień

Ale wiecie co? Ta metafora chleba, choć przyszła do mnie we śnie, a senniki traktuję z przymrużeniem oka, nagle – jak tak sobie o tym wszystkim myślę – nabrała jakiegoś głębszego sensu. Bo przecież chleb to też symbol życia, podstawa wyżywienia niemal w każdej kulturze, choć w różnych formach, to coś, co karmi, daje siłę, ale też buduje wspólnotę. Zwyczaj dzielenia się chlebem nie wziął się znikąd.

I tak samo traktuję moją pracę – czy to w podcaście, czy przy książce, choć przecież to jest coś, co robię zupełnie dodatkowo, a hobby bym tego nie nazwała. To raczej misja, którą mam. Staram się, żeby to, co tworzę, było właśnie takim „chlebem” dla moich odbiorców. Czymś, co ich nakarmi, da do myślenia, a może nawet zainspiruje do własnego „pieczenia” – do tworzenia czegoś wartościowego w ich życiu. Bo przecież każdy z nas ma w sobie jakiś „zakwas” – pasję, talent, jakieś doświadczenie, może wiedzę, której wielu innych nie ma – które tylko czekają, żeby je przygotować i pozwolić im wyrosnąć. I nie ma znaczenia, czy to będzie chleb, podcast, książka, prywatne przedszkole czy cokolwiek innego. Ważne, żeby robić to z sercem i cierpliwością, bo wtedy efekty zawsze będą smakować najlepiej. Tak jak w życiu, tak i w kuchni – najlepsze rzeczy wymagają czasu i zaangażowania, ale za to smakują nieporównywalnie lepiej niż te, które powstają w pośpiechu. Bo to jest chyba najpiękniejsza nagroda za całą tę „piekarniczą” pracę. Za to, że mamy odwagę, że ja miałam odwagę stanąć przy tym piecu i zaufać, że z tych prostych składników powstanie coś wyjątkowego. Życzę Wam podobnej odwagi i najwspanialszych wypieków. A ja tymczasem powoli kieruję się… na południe, a gdzie. Przecież oliwa jest zdrowsza niż masło, prawda. Dobrego tygodnia!

O przyjaźni, podróżach, jedzeniu i najlepszych momentach po tej stronie…

Jest coś magicznego w tych momentach, kiedy czas zwalnia, a my, zanurzeni w prostej czynności, czujemy, jak znikają bariery, a ludzie stają się sobie bliżsi. Dla mnie takimi momentami są wspólne podróżowanie (nawet to bliskie) i wspólne jedzenie czy po prostu picie kawy. Podróże, nawet jeśli nie są odkrywaniem nowych, nieznanych miejsc, zawsze są odkrywaniem. Nas samych i siebie nawzajem z naszymi towarzyszami. Podróże, niezależnie od tego, dokąd się wybieramy, zawsze są też okazją do wspólnego jedzenia – często (tak jak ja z moją przyjaciółką wczoraj) siedząc na kamieniu, ale z widokami zapierającymi dech w piersiach. Podróże mogą być też kulinarne. I wcale nie trzeba lecieć na drugi koniec świata, żeby się w taką podróż wybrać. Zaraz Wam opowiem, jaki jest na to sposób.

W drodze poznajemy się najlepiej

Za nami kolejny weekend po tej stronie. Ja wróciłam wczoraj wieczorem z Karkonoszy po ponad 20-kilometrowej wędrówce z moją przyjaciółką Anią. Góry to jest ta część natury, którą darzę bezgraniczną miłością i mam to szczęście, że mieszkam na Pogórzu Sudeckim, więc mam do wielu szczytów bardzo blisko. Zawsze powtarzam, że jeśli chcesz naprawdę kogoś poznać, wybierz się z nim w podróż, a jeśli nie masz czasu na podróż, idźcie razem w góry. I to jest prawda, która sprawdza się za każdym razem. W górach nie ma miejsca na pozory. Liczy się zgodność, wytrwałość, wzajemne wsparcie, umiejętność planowania i rozpoznawania szlaków. Idziesz pod górę (a jeszcze bardziej – kiedy z niej schodzisz), zmęczona, z bolącymi nogami, ale obok ciebie idzie ktoś, kto dzieli to doświadczenie z Tobą, z kim raz gadasz jak najęta, a potem milczysz i to milczenie nikomu z Was nie ciąży. Nie zliczę, ile kilometrów po górach zrobiłam z Anią, ani ile razy w życiu wspólnie jadłyśmy czy gotowałyśmy. Ale tym razem do naszych doświadczeń doszło coś jeszcze.

Kulinarna podróż mentalna

Choć nasza podróż fizycznie była tylko do Jeleniej Góry, to wyruszyłyśmy znacznie dalej – do Azji. Odwiedziłyśmy Wietnam, Malezję, a za sprawą wiedzy i opowieści Bartka „Snecza” Dębskiego – także kilka innych krajów Dalekiego Wschodu. A to wszystko dzięki warsztatom „Azjatycki Street Food” w Pracowni Kulinarnej prowadzonej od kilku lat przez Dorotę Puć-Pietrzykowską (Dorotka, pozdrawiam Cię i dziękuję). Od razu mówię, że to nie jest odcinek sponsorowany. Po prostu doceniam to, co robi Dorota i zapraszani przez nią szefowie kuchni.

Z Anią znamy się jak łyse konie, choć nie jest to przyjaźń od dzieciństwa, ale zawarta w życiu już dorosłym. Przeszłyśmy razem przez wiele życiowych zakrętów, wzlotów i upadków jednej i drugiej. Za nami wiele górskich wypraw, podróży bliższych i dalszych, próbowania nowych rzeczy i oczywiście rozmów. Ale nigdy wcześniej nie gotowałyśmy razem w tak zorganizowany sposób, i to pod okiem fachowca. Ania kocha jedzenie i nowe smaki, więc pomysł, żeby w ramach urodzinowego prezentu zaprosić ją na taką wspólną kulinarną wyprawę wydawał się idealny. I był. Zmierzyłyśmy się z tajnikami Bun Cha z pulpetami, Laksy z kurczakiem i Bao burgera. Poznałyśmy kuchenne tricki „Snecza”, specjalisty od kuchni azjatyckiej, a przy okazji – kilka fajnych osób, z którymi połączyło nas wspólne gotowanie.

Kulinarne podróże w życiu i w filmie

Wspólnie, przy jednym wielkim blacie, z kilkoma stanowiskami, jak w prawdziwej restauracyjnej kuchni, siekając warzywa, lepiąc pulpety, poznając właściwości przypraw i sosów, mieszając aromatyczne pasty curry i opowiadając sobie o naszych kulinarnych doświadczeniach spędziliśmy kilka godzin w zupełnym oderwaniu od rzeczywistości. Byliśmy tylko my i to wszystko, co działo się wokół blatu i przy stole, gdzie smakowaliśmy zrobione własnoręcznie potrawy. Bo tak właśnie działa wspólne przygotowywanie posiłków i wspólne ich jedzenie.

Gotowanie to przecież nie tylko proces mechaniczny. To rytuał. To dzielenie się. To troska o drugiego człowieka, wyrażona przez przygotowanie dla niego posiłku. I nie chodzi tu o wykwintne dania, ale o sam akt. O to, że ktoś poświęca swój czas i energię, by nakarmić drugiego. Pięknie pokazuje to film „Uczta Babette”. Skromna kucharka, która całe swoje oszczędności przeznacza na przygotowanie wykwintnej uczty dla surowej, purytańskiej społeczności. I choć początkowo podchodzą do tego z rezerwą, to w miarę jedzenia, w miarę kosztowania kolejnych dań, ich serca zaczynają się otwierać. Znikają dawne urazy, pojawia się radość, śmiech, wspomnienia. Jedzenie staje się katalizatorem, który rozpuszcza lody i pozwala ludziom na nowo połączyć się ze sobą i z własnymi emocjami.

Podobne motywy odnajdujemy w innych filmach, które celebrują wspólne jedzenie jako formę komunikacji i budowania więzi. Na przykład „Czekolada” z Juliette Binoche, gdzie grana przez nią Vianne Rocher swoją cukiernią zmienia życie mieszkańców małego miasteczka, otwierając ich na przyjemności i bliskość. Albo „Podróż na sto stóp”, gdzie rywalizacja dwóch restauracji – francuskiej i indyjskiej – ostatecznie prowadzi do wzajemnego zrozumienia i fuzji kultur, a wszystko to za sprawą smaków i zapachów. Nawet w „Szefie”, gdzie kucharz, który stracił wszystko, odzyskuje rodzinę i pasję, prowadząc food trucka i gotując proste, ale pełne miłości dania. W każdym z tych filmów jedzenie to coś więcej niż zaspokojenie głodu – to język, którym wyrażamy miłość, pojednanie, radość i przynależność.

Wspólna wędrówka zawsze łączy

A skoro miałyśmy te warsztaty w górach, to nie byłybyśmy sobą, gdybyśmy nie zaplanowały przy okazji wspólnego wypadu w góry. Bo na szlaku, tak jak w kuchni, znikają codzienne role. Gdy idziecie w góry w ramach wyjazdu firmowego, to nie ma tam „szefowej” czy „podwładnej”. Jest tylko dwoje ludzi, którzy mają wspólny cel. Rozmowy, które toczymy podczas górskich wędrówek, są inne niż te przy kawie w mieście. Są głębsze, bardziej szczere. Opowiadamy sobie o marzeniach, lękach, o tym, co nas naprawdę boli i co nas cieszy. Patrząc na rozległe panoramy, czujemy się częścią czegoś większego, a ta perspektywa często pomaga nam spojrzeć inaczej na nasze własne, małe problemy. Wspólne pokonywanie trudności, podziwianie piękna natury, jedzenie w schronisku po zdobyciu kolejnego szczytu na szczycie – to wszystko buduje niezatarte wspomnienia i wzmacnia więzi w sposób, w jaki niewiele innych aktywności potrafi. A satysfakcja ze zdobywania szczytów, z pokonania własnych słabości i ograniczeń, smakuje najlepiej, gdy można ją dzielić z kimś bliskim. To poczucie triumfu, które cementuje przyjaźń i daje siłę na kolejne wyzwania.

Słowo na dobry tydzień

Tak jak w moim poprzednim felietonie mówiłam Wam o pamięci jako sieci, tak samo myślę o relacjach. Każde wspólne doświadczenie – czy to gotowanie, czy wędrówka po górach, czy nawet wspólne oglądanie filmu, nawet głupi spacer – to kolejne oczko w tej sieci. To moment, w którym dodajemy nową nić, wzmacniamy istniejące połączenia. To właśnie te wspólne chwile, te opowieści, które razem tworzymy i przechowujemy, są tym, co nas karmi i wspiera w trudnych momentach. To one sprawiają, że czujemy się mniej samotni, bardziej zrozumiani, bardziej kochani.

Zachęcam Was, byście szukali takich momentów w swoim życiu. Zaproście przyjaciół na wspólne gotowanie, wybierzcie się razem na szlak albo po prostu idźcie na spacer. I dzielcie się. Przede wszystkim dzielcie się opowieściami. Bo to właśnie w tych prostych, ludzkich gestach, w tych wspólnych smakach i widokach, odnajdujemy prawdziwą bliskość i sens bycia po tej stronie. Razem.

Dobrego tygodnia!

Anita

O stracie, opowieściach i dziurach w pamięci, których nie da się już zaszyć…

Jest taka myśl, dość smutna, muszę przyznać, która dopada mnie w chwilach, kiedy albo przypominam sobie coś fajnego czy ciekawego o jakiejś osobie z przeszłości, albo dowiaduję się o niej czegoś interesującego albo zabawnego. Od razu chcę się tym podzielić z kimś z mojej teraźniejszości… Ale nagle okazuje się, że jedyna osoba, z którą mogłabym się tym podzielić, już nie żyje. A jest nią mój mąż…

Mówi się, że gdy się z kimś rozstajemy albo ktoś umiera, zawsze zostaje pamięć. Ale w takich chwilach uświadamiam sobie, jak często wraz ze śmiercią naszych bliskich odchodzi jakaś część naszej pamięci, którą dzieliliśmy tylko z tą osobą. Coś, co tylko ta jedna osoba pamiętała. Coś, co miało sens tylko w naszym wspólnym kontekście.

Spotkanie, które pokazuje, jak działa pamięć

W mijający weekend byłam na Zjeździe Absolwentów mojego liceum. Spotykaliśmy się już wcześniej. Co pięć lat odległości od „tamtych czasów” starzały się o kolejnych pięć lat. Tym razem to 33 lata od naszej matury… Ale spotkaliśmy się w niemal połowie składu (a wirtualnie prawie w komplecie). Z nowymi zmarszczkami, nowymi doświadczeniami, po chorobach, życiowych zakrętach, niekiedy także ze stratami… Spotkaliśmy się z czymś jeszcze – z naszymi lukami w pamięci, które wspólnie wydrążyły życie i upływający czas.

Wielu z nas nie pamiętało tych samych rzeczy. Ktoś nie pamiętał jednych zdarzeń, ktoś inny dziwił się na temat innych. Oglądaliśmy nasze stare zdjęcia i próbowaliśmy posklejać je w spójne opowieści o naszym wspólnym życiu w szkole i wchodzeniu w dorosłość. Ja na przykład miałam wrażenie, że niektóre zdjęcia widzę po raz pierwszy, ale kiedy pogrzebałam w pamięci, to widziałam siebie, jak się do nich ustawiam. A może tylko sobie wyobraziłam? 

Pamiętam, że z niektórymi przyjaciółkami z klasy miałam długie rozmowy o życiu i śmierci, bo straciłam mojego tatę na samym początku tej nauki, kiedy byłam w pierwszej klasie. Ale z dzisiejszej perspektywy tak naprawdę wtedy zupełnie nie rozumieliśmy, co naprawdę znaczy jedno i drugie. Życie i śmierć…

Pamięć to układ zbiorowy, a nie półka w prywatnym archiwum

Zawsze porusza mnie ten moment „sklejania” tych skrawków wspomnień, które każdy z nas ma w pamięci. To uzupełnianie się. Budowanie tego obrazu, który przecież był nasz, wspólny.To było nasze życie wtedy. Ktoś rzuca jedno hasło, ktoś inny dodaje szczegół, kolejna osoba poprawia jakiś fakt, inna potwierdza i nagle – cały obraz wraca. Nie zawsze zgodny z tym, co pamiętamy, nie zawsze pełny, ale jednak! Tak jakby pamięć była rozbita na kawałki, z których każdy z nas przechowuje w swojej głowie. Czasem je współdzielimy, często mamy je tylko my. Ale to składanie… to jest coś pięknego. Tak jakbyśmy wszyscy razem byli jednym archiwum, które odkrywa pełne wspomnienia dopiero, gdywracamy do dawnych relacji…

Pamięć jest społeczna, nie tylko biologiczna

Psychologowie mówią, że pamięć jest z natury społeczna. Że tworzymy ją i przechowujemy nie tylko w głowie, ale właśniew relacjach. W rozmowach, w opowieściach, które sobie przekazujemy, we wspomnieniach, w naszych życiowych przypałach, które zna tylko tylko ta jedna osoba z naszego życia (albo kilka koleżanek z klasy 🤭).

Neurobiologia już dawno udowodniła, że kiedy dzielimy się z kimś jakimś wspólnym wspomnieniem, aktywizujemy nie tylko swój układ nerwowy, ale nasz wspólny zapis tego doświadczenia. To dlatego czasem nie pamiętamy czegoś, dopóki ktoś inny nam nie przypomni. I na odwrót.

Dlatego też śmierć kogoś bliskiego to nie tylko ból serca i żałoba, którą musimy przejść, ale też swoista amputacja części naszej pamięci.

Jesteśmy siecią, nie jednym archiwum

Piszę o tym, bo coraz częściej myślę, że nasze życie składa się z opowieści, które ktoś musi nam pomóc sobie przypomnieć. Że nie jesteśmy archiwum, tylko siecią. A opowieści – te prawdziwe, nie te z Instagrama – mają sens tylko wtedy, gdy są wypowiadane, słuchane, przechowywane razem. I kiedy są dzielone z innymi. Po to powstały. Opowieść to coś, co zbudowało naszą ludzką tożsamość.

Dlatego kiedy okazuje się, że jedyna osoba, z którą mogłabym podzielić jakieś wspomnieniem, już nie żyje, robi mi się trochę dziwnie. I refleksyjnie. Żeby było jasne. Ja już dawno przeżyłam moją żałobę. Ale dopiero niedawno uświadomiłam sobie, ile fajnych, często zabawnych wspomnień (dużo było śmiechu u nas w domu), na przykład o wychowaniu i dorastaniu naszej córki, dzieliłam tylko z mężem i które zapamiętał tylko on, zostało wraz z jego śmiercią usunięte. Jak z pamięci komputera. Jednym kliknięciem: DELETE.

Ja jestem typem, który nauczył się patrzeć bardziej wprzód niż do tyłu. Ale nasze przeżycia, zwłaszcza te wspólne z innymi ludźmi, to coś, co nas najbardziej kształtuje. Bo jesteśmy – jak mówią mądrzy ludzie – „istotą społeczną”. Dlatego zachęcam Was do pielęgnowania wspólnych wspomnień. Do spotkań, rozmów, snucia opowieści (jesień jest do tego idealna). Bo jeśli wyobrazimy sobie pamięć jako sieć, która nas łączy, to każde kolejne spotkanie, rozmowa, zabawne zdjęcie, którego nie pamiętamy, wspólny śmiech przy stole będą kolejnymi oczka w tej sieci. Sieci offline. Choć online bardzo pomaga te wspomnienia snuć, o czym przekonuję się od wczoraj z każdą wiadomością, którą ktoś z nas we wspólnej grupie wysyła.

Kończę z pozdrowieniami i uściskami dla mojej wspaniałej IV d (1988-1992) ze świdnickiego Kasprowicza – naszej „zbieraniny wyrzutków” z pierwszej humanistycznej klasy w historii tego liceum. Fajnie nam było razem – i wtedy, i wczoraj ❤️

Prawdziwe życie zakładów pogrzebowych

Śmierć dotyczy nas wszystkich, a jednak świat zakładów pogrzebowych wciąż wydaje nam się odległy, obcy i trochę straszny. Trudno się dziwić – nie jest to przecież miejsce, do którego ktokolwiek zagląda z ciekawości. Ja sama byłam w zakładzie pogrzebowym tylko dwa razy. Pierwszy, w dramatycznych okolicznościach, żeby zorganizować pogrzeb mojego męża. Drugi – niedawno, gdy potrzebowałam spokojnej przestrzeni, by nagrać rozmowę z właścicielką jednego z nich…

Continue reading

Rodzaj męski. Jak toksyczna męskość niszczy ludzki świat

toksyczna męskość mężczyzna w garniturze z kijem bejsbolowym

Młody mężczyzna siedzi przed kamerą zamknięty w swoim pokoju (być może nadal mieszka z rodzicami) i uczy innych młodych mężczyzn, co robić, żeby podporządkować sobie kobietę, żeby… jadła im z ręki. Takich „coachów podrywu” jest w sieci coraz więcej. Inny ciśnie nową furą 150 km/h przez miasto, bo musi udowodnić przed kolegami, swoją „męskość”. Bo fura to za mało. Jeszcze inny pisze komentarz pod filmem o samobójstwie: „Słaby był, skoro się nie ogarnął”, a kolejny pod moją rolką o śmierci mojego męża komentuje: „Kurwa go wykończyła. Czemu nie siedzisz?”. 20-letni Kacper cieszy się po wyborach prezydenckich w Polsce, że wygrał kandydat, który… „dojedzie women’s world”. Tymczasem w domu ojciec mówi do syna: „Nie marudź. Chłopaki nie płaczą”, a matka – zamiast uczyć syna wyrażania emocji, a tym samym panowania nad nimi – przytakuje ojcu… Toksyczna męskość niszczy ludzki świat. Dlaczego? Zapraszam do rozejrzenia się po tym świecie razem ze mną.

***

Takich przykładów mamy wiele, gdziekolwiek się nie obejrzymy. Mężczyźni stworzyli przez tysiąclecia świat, który dziś nie tylko dla kobiet, nie tylko dla ich dzieci, ale też dla nich samych staje się powoli miejscem nie do zniesienia. Ten artykuł chciałam napisać już dawno, ale cieszę się, że z nim poczekałam, aż skończę czytać książkę Liz Plank „Samiec alfa musi odejść. Dlaczego patriarchat szkodzi wszystkim”. To głęboka, oparta na badaniach i licznych wywiadach, głęboko humanistyczna analiza tego, jak patriarchat szkodzi nie tylko kobietom, ale i mężczyznom.

Drugim, a właściwie pierwszym, impulsem był podcast „Opowieści arabskie” (część „Raportu o stanie świata” Dariusza Rosiaka), w którym wieloletni ambasador Polski w krajach arabskich Jan Natkański przybliża słuchaczom tamten świat. Już po pierwszych kilku odcinkach zrozumiałam, że największy problem tamtej części świata, jego długa i wciąż pisząca się na nowo historia przemocy, jest skutkiem mariażu patriarchalnych struktur władzy i jej religijnego umocowania.

Trzeci powód jest osobisty. Odkąd zaczęłam regularnie publikować filmy w mediach społecznościowych (głównie na TikToku), sfrustrowani panowie zaczęli wychodzić ze swoich internetowych jaskiń po to tylko, żeby skomentować, że to ja wykończyłam męża, że pewnie go gnębiłam i nie wytrzymał, że powinnam siedzieć itd. Choć są oni w zdecydowanej mniejszości, skala ich frustracji jest ogromna.

I kiedy wczoraj natknęłam się na przywołany wyżej powyborczy komentarz niejakiego Kacpra, 20-latka, który studiuje i pracuje w Macu, żeby zarobić na mieszkanie, bo go nie stać, a… kobiety tak, dlatego trzeba je „dojechać”, wszystkie te elementy – podcast o świecie arabskim, książka Liz Plank i to, co czytam czasem w komentarzach pod moimi filmami – jak puzzle powskakiwały na swoje miejsca tworząc obraz współczesnego świata, w którym toksyczna męskość jest takim samym zagrożeniem dla ludzkości jak kryzys klimatyczny, notabene przez toksycznych mężczyzn konsekwentnie negowany.

Dlaczego patriarchat szkodzi wszystkim?

Zacznijmy od podstaw, czyli od wyjaśnienia, czym dziś jest patriarchat, o którym osoby w moim wieku uczyły się w liceum na lekcjach historii jako o pewnym systemie społecznym czy modelu rodziny. Dzisiejszy patriarchat to coś więcej niż ten przestarzały model rodziny, w którym ojciec jest jej głową i to on wszystkim rządzi i o wszystkim decyduje. Mamy bowiem do czynienia z systemem społecznym, który przez wieki budował świat, gdzie męskość znaczy dominację, a kobiecość – podporządkowanie. I choć dziś wiele się mówi o równości, fundamenty tego systemu nadal mają się dobrze. A wielu, niestety także coraz młodszym, marzy się powrót do dawnego świata, w którym mężczyźni dominują w każdej dziedzinie życia.

Słowo patriarchat pochodzi z greki i oznacza dosłownie „władzę ojca” – patriá (ród) i archo (rządzić). W praktyce oznaczało to, że najstarszy mężczyzna w rodzinie lub społeczności miał pełnię władzy: nad majątkiem, decyzjami, a często – nad życiem kobiet i dzieci. Współczesny patriarchat to jednak już niekoniecznie władczy ojciec stosujący system zakazów i nakazów. Dziś to raczej subtelne, ale wszechobecne przekonanie, że:

  • mężczyzna „musi zarabiać więcej”,
  • kobieta „jest zbyt emocjonalna na stanowisko kierownicze”,
  • chłopcu nie wypada płakać, a dziewczynce – złościć się
  • feminizm jest wymierzony w prawa mężczyzn.

To kultura, która promuje siłę, kontrolę i dominację jako naturalne cechy mężczyzny. I karze każdego, kto się z tego schematu wyłamuje – niezależnie od płci.

Patriarchat nie dotyczy tylko rodzin. Widzimy go też w prawie, edukacji, języku, religii, mediach, a nawet codziennych żartach przy kawie czy piwie. To właśnie on sprawia, że kobiety (przeciwnie do tego, co obserwuje wspomniany wyżej 20-latek) wciąż muszą walczyć o swoje bezpieczeństwo i godność, a mężczyźni – często w ciszy – zmagają się z presją, której często nie są w stanie udźwignąć.

Liczne badania, na które niemal na każdej stronie swojej książki powołuje się Liz Plank, pokazują, że patriarchat nie tylko nie chroni nikogo w społeczności, ale wręcz krzywdzi wszystkich, włącznie z mężczyznami.

Co to jest toksyczna męskość?

Jednym z elementów systemu patriarchalnego, widocznym dziś bardzo wyraźnie, zwłaszcza na tle społeczeństw, które można określić jako feminizujące się (wspomnę o nich jeszcze), jest toksyczna męskość. I nie chodzi tu o męskość rozumianą jako siła fizyczna, odpowiedzialność czy chęć opieki nad bliskimi. Chodzi o jej wypaczoną wersję – toksyczną właśnie, czyli znany nam wszystkim aż za dobrze model wychowania, który m.in.:

  • uczy chłopców, że emocje to słabość,
  • piętnuje mężczyzn, którzy proszą o pomoc,
  • chwali agresję jako dowód siły,
  • uznaje władzę nad innymi za coś naturalnego.

Liz Plank pisze o tym tak:

„Sposób, w jaki wychowujemy chłopców, to recepta na katastrofę – i ta katastrofa już się dokonuje”.

W swojej książce pokazuje, jak ten wzorzec działa już od dzieciństwa. Mały chłopiec, który płacze – słyszy „nie bądź babą”. Dorosły mężczyzna, który nie radzi sobie psychicznie, zostaje często sam, bo „facet powinien dać radę”.

Sformułowanie, że coś jest toksyczne, kojarzy się zwykle z czymś marginalnym. W przypadku toksycznej męskości jest wprost przeciwnie – zachowania, które szkodzą i otoczeniu, i samym mężczyznom, to nie są jednostkowe przypadki. To cała struktura. Cały, budowany i akceptowany przez stulecia, system przekonań, który jasno wyznacza standard, że mężczyzna musi być silny, niewzruszony, utrzymywać rodzinę, zarabiać więcej i zawsze być na górze hierarchii, „przewodząc stadu”. I wszystko to, co się w tym schemacie nie mieści – jak czułość, słabość, lęk, empatia – jest odrzucane, negowane lub wyśmiewane. I co trzeba podkreślić – wyśmiewają to czasem kobiety (też potrafią bywać toksyczne), ale przede wszystkim robią to inni mężczyźni. To oni są najbardziej odpowiedzialni za kreowanie poczucia wstydu – emocji, której wszyscy unikamy jak ognia.

To właśnie ten wspomniany wyżej system – nie konkretne osoby – jest głównym sprawcą cierpienia, którego jest coraz więcej. Cierpienia i kobiet, i mężczyzn (i dzieci!).

Patriarchat + religia = przemoc

Kiedy przysłuchiwałam się kolejnym odcinkom podcastu „Opowieści arabskie”, powoli rodziła się we mnie pewna refleksja. Te wspaniałe kraje arabskie, z których tak wiele to przecież kolebka naszej cywilizacji, od setek lat, mimo niesamowitych zasobów naturalnych i fantastycznych ludzi, w większości nie mogą wyjść poza schematy „prawo i pięść”, „przemoc i władza” itd. Słyszałam w głosie ambasadora Jana Natkańskiego wielki smutek za każdym razem, kiedy uświadamiał nam, jak wspaniały jest ten świat i jednocześnie jak małe są szanse niektórych krajów na to, żeby kiedykolwiek zażegnały konflikty i zaczęły budować zdrowe społeczeństwa.

Tą moją refleksją, co już widać po tytule tej części, było uświadomienie sobie pozornie niemożliwej zależności między religią a przemocą. Niemożliwej, bo przecież zasadniczo każda religia w swojej pierwotnej formie miała łączyć ludzi, dawać im nadzieję, tłumaczyć świat, który często był niezrozumiały i okrutny. I tak było. Do momentu, kiedy nie została użyta jako narzędzie władzy. Władzy, którą dzierżyli w swoich rękach… no, właśnie – mężczyźni.

Władca z woli Boga

W „Opowieściach arabskich” Jan Natkański wielokrotnie pokazuje, choć nie zawsze wprost, jak religia w świecie arabskim była (i wciąż bywa) wykorzystywana do legitymizowania władzy mężczyzn nad kobietami – ale też nad innymi mężczyznami. Męska dominacja staje się „wolą Boga”, a jakakolwiek próba jej podważenia jest świętokradztwem.

Żeby było jasne – to nie jest tylko problem islamu. Również w historii chrześcijaństwa znajdziemy dokładnie te same mechanizmy. To krucjaty, które niosły śmierć w imię Boga. To Inkwizycja (tylko diabli wiedzą, czemu nazwana świętą), która paliła na stosach „niepokornych” – często kobiety. To krwawy podbój obu Ameryk, w którym religia chrześcijańska była oficjalnym uzasadnieniem eksterminacji rdzennych ludów. Papież Aleksander VI w 1493 roku napisał: „Barbarzyńców można nawracać, ponieważ nie mają władzy nad sobą i należy ich podporządkować.”

To przykłady średniowieczne. Ale są też współczesne. To Irlandia do lat 90. XX wieku, gdzie kobiety trafiały do „zakładów dla upadłych” prowadzonych przez Kościół tylko dlatego, że zaszły w ciążę poza małżeństwem. To przecież Polska, w której dziś debata o prawach kobiet wciąż jest zdominowana przez religijny język „grzechu” i „winy”. To także Rosja, gdzie Cerkiew Prawosławna aktywnie wspiera patriarchalny model władzy Putina.

Co chcę bardzo podkreślić – to nie wiara jest problemem. Problemem jest władza oparta na przekonaniu, że tylko jedna płeć ma prawo interpretować religię, tworzyć fundamenty wiary  i w imię tego czy innego boga oraz jego przykazań decydować – o innych, o ich ciałach, uczuciach, życiu.

Duchowni wtłoczeni w hierarchie i wierni wtłoczeni w kościelne schematy zapomnieli o najważniejszym – że religia, która nie chroni słabszych, a wspiera silniejszych – przestaje być religią. Staje się narzędziem przemocy.

Toksyczna męskość zabija… mężczyzn

Jeśli patriarchat jest bombą, to toksyczna męskość bywa zapalnikiem. I paradoksalnie to właśnie sami mężczyźni najczęściej padają jego ofiarą.

Według WHO niemal 75% wszystkich samobójstw na świecie popełniają mężczyźni; w krajach zachodnich ich śmiertelność z tego powodu jest 3-4 razy wyższa niż u kobiet. W Polsce w 2022 r. mężczyźni stanowili aż 85% ofiar samobójstw – najczęściej w wieku 35-60 lat, ale liczby rosną także wśród młodszych. Co dzień w Polsce odbiera sobie życie około 11 mężczyzn na 13 samobójstw ogółem[i]. To dramatyczne proporcje.

W tym kontekście najczęstsze pytanie, jakie zadają sobie rodziny ofiar samobójstw, czyli „dlaczego?”, na które zwykle nigdy już nie znajdujemy odpowiedzi – jakieś odpowiedzi jednak daje.

Dlaczego toksyczna męskość zabija?

Dlatego że od najmłodszych lat słyszą, że nie wolno im płakać. Bo mają „wziąć się w garść” i być twardzi. Przecież w patriarchalnym systemie emocje są oznaką słabości, a słabość to największy grzech w toksycznym męskim świecie. Dlatego nie proszą o pomoc, bo nikt ich tego nie nauczył. Nie chodzą do psychologów, bo facet to nie baba, a mężczyźni mają sobie radzić sami. A kiedy już sobie nie radzą, kiedy stają pod ścianą, najczęściej zbudowaną ze wstydu przed okazaniem się „niemęskim”, przed proszeniem o pomoc, decydują się na krok, który przeczy naszemu naturalnemu instynktowi przetrwania. Bo nie widzą dla siebie już żadnego wyjścia. Oni nie chcą umierać, ale nie potrafią już dalej żyć.

Toksyczna męskość to niestety nie jest „prawdziwa siła”. To klatka zamknięta od wewnątrz. Klucz gdzieś tam jest, ale wielu z nich go nie znajduje, bo nikt im nie powiedział, że mają prawo go szukać. To dlatego tak wielu mężczyzn wpada w depresję, alkoholizm i inne uzależnienia i dlatego tak wielu odbiera sobie życie…

Suicydologia, rozpatrując samobójstwa pod kątem płci, mówi o czymś jeszcze. To kobiety częściej podejmują próby. Mężczyźni robią to rzadziej, ale ich skuteczność jest niestety bardzo wysoka. Dlaczego? Bo mają większe skłonności do agresji, a samobójstwo jest aktem autoagresji. A agresja, co na wielu przykładach pokazuje Liz Plank w swojej książce, staje się jedynym językiem, jakiego mężczyzn nauczono. Smutek, bezsilność, lęk, czułość – są „niemęskie”. Ale złość, gniew, przemoc? One zawsze w męskim świecie były dozwolone, a nawet pożądane.

Toksyczną męskość wyrażaną właśnie w formie agresji widzimy wszędzie, choć jest ona przez nasze społeczeństwa tak zinternalizowana, że wcale w ten sposób nie patrzymy na takie jej przejawy, jak:

  • agresywna jazda samochodem,
  • przemoc domowa,
  • bójki na ulicach i stadionach,
  • chamskie i agresywne komentarze w sieci itp.

Czy feminizm ratuje mężczyzn?

Wielu mężczyzn, wychowanych w konfrontacyjnym modelu społecznym, uważa feminizm za jakiś antymęski ruch, który – jak w „Seksmisji” – ma zniszczyć męski świat, którym pragną zwładnąć kobiety. I nic dziwnego, że tak myślą – przecież znają tylko model oparty na władzy tych czy owych. Skoro więc kobiety chcą czegoś więcej, to jak im to damy, zniszczą nasz świat i wezmą go we władanie. W przesyconych patriarchalnym myśleniem zatrutych toksyczną męskością mózgach panów w różnym wieku i o każdym statusie społecznym nie mieści się model, w którym nikt nad nikim nie ma władzy, a ludzie współistnieją i współpracują po to, żeby wszystkim żyło się lepiej.

Kiedy jednak mężczyźni uważają, że równość płci to jakiś oddolny projekt (bunt kobiet), który przynosi korzyść głównie kobietom, prawda, i to poparta licznymi badaniami, jest całkiem inna. To właśnie w krajach uznawanych za najbardziej feministyczne mężczyźni żyją dłużej, zdrowiej i… spokojniej.

Silny mężczyzna to mężczyzna czuły?

Weźmy Islandię, Szwecję czy Norwegię – państwa, które od lat znajdują się w czołówce światowych rankingów równości społecznej (Global Gender Gap Report, World Economic Forum). Co je łączy?

  • Urlopy rodzicielskie, z których naprawdę korzystają ojcowie.
  • Krótki tydzień pracy i dbałość o work-life balance.
  • Otwartość na emocje i terapię – bez wstydu.
  • Niższe wskaźniki samobójstw wśród mężczyzn niż w krajach o wysokim poziomie patriarchalnych norm.

W Szwecji mówi się otwarcie, że silny mężczyzna to ten, który potrafi być czuły. W Norwegii chłopcy uczą się od najmłodszych lat, że płacz nie czyni ich słabymi – czyni ich ludźmi.

Nieprzypadkowo właśnie w tych krajach satysfakcja z życia u obu płci jest znacznie wyższa niż np. w Polsce, krajach Bliskiego Wschodu czy Ameryce Łacińskiej, gdzie stereotypy męskości są dużo silniejsze.

Dlaczego tak jest? Dlatego że feministyczne społeczeństwo po prostu pozwala mężczyznom być ludźmi. Nie muszą nikomu niczego udowadniać, a kumpel nie wyśmieje ich, jeśli pójdą na urlop tacierzyński, bo… sami na niego idą. Bo kiedy znika presja bycia „prawdziwym facetem”, pojawia się przestrzeń na bycie sobą. Człowiekiem.

Jak wygląda świat bez dominacji jednej płci?

Zaczęłam od wyjaśnienia patriarchatu, więc kończąc chcę powiedzieć trochę o matriarchacie. Bo tak jak wspomniałam wyżej na temat feminizmu, wiele osób wyobraża sobie system matriarchalny po prostu jako odwrócenie ról – że to kobiety rządzą, a mężczyźni są rządzeni. Tyle że to zafałszowany obraz, bo faktyczne (i wciąż istniejące) społeczności matriarchalne nie są lustrzanym odbiciem patriarchatu. To po prostu zupełnie inny model życia.

Żyjąca w południowo-zachodnich Chinach społeczność Mosuo określana jest często jako jedno z ostatnich matriarchalnych społeczeństw świata. Jak wygląda ten system? Dziedziczenie przebiega tam po linii żeńskiej i to kobiety podejmują decyzje dotyczące domu i gospodarstwa, czyli tak jak w patriarchacie, tyle że następuje zamiana płci. Ale inne jest już podejście do małżeństw, bo funkcjonują tam tzw. „małżeństwa chodzone”, oparte na wolnych związkach i szacunku, a dzieci są wychowywane w rozszerzonych rodzinach, z udziałem wielu dorosłych opiekunów.

Co jest bardzo ważne – w tej strukturze nie ma przymusu dominacji. Tam w ogóle nie chodzi o władzę, tylko o zgodne współistnienie. Jakie to ma skutki? Badania etnograficzne pokazują, że życie Mosuo charakteryzuje się mniejszym poziomem przemocy domowej, większą stabilnością emocjonalną dzieci i wyższym poziomem szczęścia deklarowanym przez dorosłych.

Podobne zjawisko obserwujemy wśród mieszkańców plemienia Minangkabau w Indonezji, które jest największą żyjącą społecznością matrylinearną (dziedziczącą po linii żeńskiej) na świecie. Tam również decyzje rodzinne i społeczne podejmowane są wspólnie, ale rola kobiet nie polega na kontroli, tylko na organizowaniu życia całej wspólnoty.

Te przykłady, jak też podane wcześniej przykłady społeczeństw feminizujących się pokazują, że można inaczej. Że można budować społeczeństwa bez opresji, bez ciągłego mierzenia siły, bez hierarchii, która z góry ustawia jednych nad drugimi. I to nie utopia – to alternatywa, która już działa.

Co możemy zmienić?

Mam nadzieję, że pokazałam Wam, że ten system, w którym wciąż wszyscy żyjemy, nie jest dobry. Dla nikogo. A to, co się dzieje ostatnio – ten wzrost toksycznej męskości, to mnożenie się młodych męskich frustratów, którzy na jakieś życiowe trudności przeszkody reagują przemocowymi komentarzami pod adresem kobiet – tylko pokazuje, że jest coraz gorzej. I to jasne, że patriarchat nie upadnie w jeden dzień. Ale jeśli już dziś są kraje, w których pozornie drobne zmiany równościowe wobec kobiet i mężczyzn przyniosły ogromne i bardzo pozytywne zmiany w jakości życia i jednych, i drugich, to warto przynajmniej zacząć o tym myśleć, rozmawiać i wdrażać świadome zmiany do naszego codziennego życia i kontaktów z innymi.

Bo kropla drąży skałę, więc każde słowo, które wypowiadamy inaczej, każda rozmowa, którą prowadzimy szczerze, każdy artykuł czy post, który otwiera oczy – mają znaczenie. Jako filolożka i niezmordowana obserwatorka języka i jego mocy dodam jeszcze na koniec, że zmiana bardzo często zaczyna się w języku. Bo to właśnie w języku zakorzenione są nasze schematy. To słowami nazywamy nasz świat, nasze emocje i siebie nawzajem. Dlatego to, jak coś opisujemy, w jaki sposób coś komentujemy, jakich słów używamy, kiedy ktoś mówi nam o swoich problemach – to wszystko ma większe znaczenie niż nam się wydaje.

Gdybym chciała to wszystko podsumować krótko, powiedziałabym, że nie chodzi o to, żeby mężczyźni byli mniej męscy, a kobiety bardziej waleczne. Chodzi o to, żeby panie miały takie same prawa, a panowie – żeby nie musieli być bohaterami, samcami alfa, zdobywcami i władcami, tylko po prostu sobą – ludźmi…


[i] Źródło: https://zapobiegajmysamobojstwom.pl/raport-zachowania-samobojcze-2020-2024

Czy rynek książki w Polsce jest gangsterski, czy raczej dyskontowy?

ksiązka być młodą wdową anita odachowska rynek książki w Polsce

Było sobotnie przedpołudnie. Stałam w kolejce do kasy w jednym z popularnych dyskontów. Za moimi plecami — półka z przecenionymi artykułami: ostatnie tabliczki czekolady z poprzedniej promocji, zestaw kubków w kwiatki, mopy znanej marki na promce i… książki. Porozrzucane, niechlujnie ułożone przez klientów — kolejny towar, który trzeba jak najszybciej wyprzedać. Na każdej widniała czerwona naklejka „RABAT 50%”.

Wtedy już pracowałam nad własną książką i rozważałam różne ścieżki wydania: pójść do wydawnictwa czy wybrać inną drogę (sponsoring, Patronite, pożyczka, a może własne oszczędności)? Dokładnie w tej chwili, w kolejce w dyskoncie, dotarło do mnie, że sama ją wydam, choćbym miała żywić się suchym chlebem popijanym kranówką. Bo polski rynek książki to nie bułka z masłem.

Pierwsze zetknięcie z rynkiem i „Trzecia połowa”

Obserwuję polski rynek książki od dawna, jeszcze zanim sama zdecydowałam się pisać. Parę lat temu (około 2016 r.) powstała powieść „Trzecia połowa”, którą wysłałam do kilku wydawnictw. Powody? Zawsze chciałam zostać autorką, a w księgarniach wciąż znajdowałam wiele tytułów, które uważałam za mniej wartościowe niż to, co sama potrafię napisać. Miałam też ciekawy (wciąż mi się taki wydaje) pomysł na główną intrygę (choć w książce jest ich kilka). Ale wtedy jednak nie wiedziałam, jak naprawdę funkcjonuje branża wydawnicza.

Brak odpowiedzi i porzucone marzenia

Większość wydawnictw zastrzega sobie prawo do nieodpisywania na propozycje wydawnicze (zawierające streszczenie, fragment tekstu i biogram autora). Każde z tych, do których wysłałam „Trzecią połowę”, skorzystało z tej opcji – po prostu nie dostałam żadnej odpowiedzi. Po kilku miesiącach oczekiwania porzuciłam nadzieje, a pytania w stylu „Czy to było aż tak złe?” czy „Może trafiłam na niewłaściwy moment?” przestały mnie dręczyć. Ostatecznie porzuciłam marzenia o byciu pisarką… Przynajmniej na kilka lat.

O czym była „Trzecia połowa”?

To był romans, historia pediatry Elizy, która rozstaje się z mężem po jego zdradzie, po czym paradoksalnie sama zakochuje się w żonatym mężczyźnie. Książka pokazywała, jak to samo może inaczej wyglądać z różnych perspektyw. Wątków miłosnych było w niej więcej, a jednocześnie była to opowieść o przyjaźni, rodzinie i poszukiwaniu domowego ciepła.

Powrót do pisania: „Być (młodą) wdową”

Dziś, z perspektywy czasu, uważam, że mój późny debiut okazał się bardziej wartościowy i dojrzały. Moja pierwsza książka „Być (młodą) wdową” ukazała się niedawno, a ja postanowiłam, że nie tylko zostanę jej autorką, ale także własnym wydawcą, marketingowcem i sprzedawcą. To dało mi pełną kontrolę nad jej zawartością, wyglądem, promocją i całym procesem rozliczeń.

Głośna klauzula bestsellerowa i „Chłopki”

Kiedy ja byłam krótko przed premierą „Być (młodą) wdową”, w mediach zaczął narastać szum wokół decyzji Joanny Kuciel-Frydryszak, autorki „Chłopek”. Książka odniosła spektakularny sukces, a wydawnictwo Marginesy zarobiło na niej wielokrotnie więcej niż sama autorka. W marcu 2025 r. Joanna Kuciel-Frydryszak ogłosiła w mediach społecznościowych, że sięga po tzw. klauzulę bestsellerową (wynik nowelizacji art. 44 prawa autorskiego), dającą autorowi możliwość renegocjowania stawki w przypadku dużej dysproporcji zysków.

Post Joanny Kuciel-Frydryszak na Instagramie (źródło: https://www.instagram.com/p/DHLPV5KuJ-o/)

Dla wielu osób w branży to był przełomowy ruch – rzadko słyszy się w Polsce o autorze, który publicznie mówi: „Chcę wyższego wynagrodzenia, bo mój tytuł sprzedaje się lepiej, niż przewidywała umowa”. Choć zagranicą podobna praktyka nie budzi kontrowersji, u nas wywołała poruszenie i dyskusję nad sytuacją autorów. Pojawiło się w niej hasło, że „rynek książek jest gangsterski”. Czy jednak rzeczywiście mamy do czynienia z „gangsterami”?

Czy rynek książki jest gangsterski?

Tę ostrą metaforę stosuje się przede wszystkim w kontekście nierównych stawek: dystrybutor i duże sieci księgarskie otrzymują lwią część zysków, a autorowi (czyli twórcy dzieła) zostaje zaledwie kilka złotych za egzemplarz. Ale jako specjalistka od kina gangsterskiego (w końcu z tego broniłam magisterkę!) nie byłabym sobą, gdybym sobie tego nie zobrazowała porównując powszechnie znane praktyki stosowane przez gangi do sytuacji na rynku książki w Polsce. W tabeli, którą opracowałam na potrzeby tego artykułu, żeby obrazowo pokazać te dysproporcje, widać wyraźnie mechanizmy typowe dla branży i kontrast z wyobrażeniem, że to właśnie pisarz powinien zarabiać najwięcej na sukcesie swojego tytułu.

Tabela porównawcza Praktyki gangsterskie a rynek książki w Polsce

Tabela porównawcza. Praktyki gangsterskie a rynek książki w Polsce (copyright: anitaodachowska.pl)

Z jednej strony rozumiem tę frustrację – tak jak wielu autorów, którzy czują się poszkodowani. Z drugiej strony, stosowanie terminu „gangsterski” może być krzywdzące dla części wydawców, którzy sami często walczą z wysokimi kosztami druku, promocji, a przede wszystkim z dyktatem sieci dystrybucyjnych.

A może raczej „dyskontowy”?

W tym kontekście bliższe stanu faktycznego jest moim zdaniem porównanie polskiego rynku książki do realiów wielkich dyskontów. Podobnie jak producenci żywności i innych towarów muszą się godzić na opłaty za półkę czy rabaty (jeśli chcą trafić do szerokiego grona konsumentów), tak też wydawnictwa oraz autorzy muszą grać według reguł dystrybutorów i dominujących sieci. W efekcie książki bywają traktowane jak towar masowy i lądują w takich miejscach, jak poczta, punkty prasowe, stacje paliw czy wspomniane dyskonty – w koszu z promocjami obok obrusów i mopów. Do tego też zrobiłam tabelę porównawczą.

Tabela porównawcza Praktyki dyskontów a rynek książki w Polsce
Tabela porównawcza. Praktyki dyskontów a rynek książki w Polsce (copyright: anitaodachowska.pl)

W tym miejscu, z perspektywy autorów, warto jeszcze podkreślić pewne oczywiste nierówności, jak moc nazwiska i pozycja startowa. To jasne, że popularny autor generuje dużo większe zaufanie wydawców i sieci, a to skutkuje negocjacją lepszych warunków i dłuższym wsparciem marketingowym – analogicznie do towaru od znanego producenta w dyskoncie, który dostaje najlepsze miejsce na półce.

Z kolei debiutant lub mało znany pisarz musi najpierw udowodnić, że jest „sprzedawalny”. Jeśli pierwsze wyniki sprzedaży są poniżej oczekiwań, książka szybko przechodzi do wyprzedaży, co drastycznie ogranicza zarobki i widoczność na rynku.

Stając się bestsellerem, z zapowiedziami tłumaczeń na inne języki, „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak przeniosły ją z dolnej półki z napisem „mało znani” wprost na półkę najlepszą, znajdującą się na poziomie wzroku klienta – z napisem „bestsellery”. Choć nagradzana wcześniej m.in. nagrodą im. Teresy Torańskiej, trudno było ją określać jako „znaną” w porównaniu na przykład do Mariusza Szczygła, Ewy Winnickiej, Jacka Hugo-Badera czy Witolda Szabłowskiego. Tymczasem jedną (choć nie pierwszą swoją) książką rozbiła bank. A swoją marcową decyzją otworzyła książkową puszkę Pandory…

Ile zarabia autor książek w Polsce?

Przejdźmy teraz do sedna tego problemu, czyli zarobków autora w Polsce, które są pochodną opisanych wyżej praktyk. Wspomniany już Mariusz Szczygieł, wybitny polski dziennikarz, reporter, pisarz autor m.in. książki „Nie ma”, która zdobyła Nagrodę Literacką NIKE, jest prezesem Fundacji Instytut Reportażu, która prowadzi niewielkie wydawnictwo „Dowody”. Mocno interesuje go to, co dzieje się w branży.

W sierpniu 2024 roku, kiedy skończyłam moją roczną pracę nad książką i dałam sobie oddech przed korektami, poprawkami itd., pan Mariusz, którego kiedyś miałam przyjemność oprowadzać po mojej Świdnicy, opublikował na Facebooku infografikę, którą od razu zapisałam w telefonie. Dzisiaj nawet myślę, że może to był jakiś „znak”.

Infografika Ile do kogo trafia kiedy kupujesz książkę rynek książki w Polsce

„Ile do kogo trafia, kiedy kupujesz książkę” – głosi wymowny tytuł okładki przykładowej książki, za którą klient płaci 55 zł. Zgodnie z danymi udostępnionymi przez Sekcję Wydawców Niezależnych Polskiej Izby Książki, przy cenie okładkowej 55 zł (dla książki o określonych parametrach, np. 300 stron, nakład 2000 egzemplarzy) rozkład zysku i kosztów wygląda następująco:

  • 28,81 zł – dystrybutorzy, czyli sieci księgarskie, hurtownie i sprzedawcy internetowi, przejmują największą część kwoty
  • 6,00 zł – drukarnia, czyli koszty druku (papier, maszyny, obsługa)
  • 4,19 zł – autor / autorka (to kwota wynikająca z ustalonego w umowie procentu, zwykle jest to 7-10% ceny hurtowej, rzadziej ceny okładkowej)
  • 3,75 zł – tłumacz / tłumaczka (dotyczy sytuacji, gdy książka jest przekładem z języka obcego)
  • 2,72 zł – wydawnictwo, które pokrywa z tego m.in. wynagrodzenia pracowników, koszty administracyjne, podatki i ponosi ryzyko niesprzedanych egzemplarzy,
  • 2,62 zł – promocja, czyli reklama, udział w targach, materiały marketingowe, organizacja spotkań autorskich itd.
  • 2,61 zł – VAT (obecnie na książki drukowane w Polsce obowiązuje stawka 5%, ale jej łączna wartość wlicza się w cenę końcową)
  • 1,75 zł – projekt graficzny i skład (projekt okładki, skład tekstu, przygotowanie plików do druku)
  • 1,50 zł – redakcja i korekta, czyli praca nad poprawnością tekstu i spójnością merytoryczną
  • 1,05 zł – magazyn i logistyka (są to koszty przechowywania, pakowania i transportu egzemplarzy)

Nietrudno o gorycz i poczucie niesprawiedliwości: to autor włożył w książkę miesiące lub lata pracy, a na koniec zostaje z minimalnym udziałem w zyskach. Z drugiej strony wydawca też ma ograniczone pole manewru – musi płacić za promocję, druk, może ponieść straty, jeśli nakład się nie wyprzeda.

Czy autorzy książek w Polsce muszą się uzależniać od wydawców?

Nie muszą. Jest kilka innych dróg, z których każda, podobnie jak ta tradycyjna, ma swoje dobre i złe strony. Z jednej z nich skorzystałam sama, co podsumuję na końcu.

Jedną z coraz częściej wybieranych dróg jest tzw. self-publishing, czyli samodzielne wydawanie książek. Ten sposób pomaga zachować większą kontrolę nad treścią, procesem wydawniczym i własnymi zyskami. Jego minusem, a dla wielu twórców czymś nie do przejścia jest to, że wymaga to od nich sporego nakładu pracy i umiejętności w zakresie redakcji, marketingu czy dystrybucji. Nie wszyscy, a zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że niewielu je ma.

Wyjściem dla tych, którzy chcieliby tej kontroli, ale brak im wspomnianych wyżej umiejętności, są modele hybrydowe. Łączą self-publishing, ale pisarz/autor współfinansuje wydanie swojego tytułu. Dzięki temu otrzymuje wyższy procent ze sprzedaży, ale wydawnictwo działające w taki hybrydowy sposób przejmuje na siebie redakcję, marketing i dystrybucję (czasem w całości, czasem częściowo).

Trzecią drogą jest skorzystanie z crowdfundingu, które pozwala opłacić koszty druku i promocji dzięki wsparciu społeczności zainteresowanych czytelników. Ale jest ono bliższe self-publishingowi, bo w zasadzie załatwia tylko część finansową. Całą resztą twórca musi się zająć samodzielnie. Plusem jest to, że taka forma finansowania jest również zbieraniem potencjalnych czytelników, którzy zwykle są albo zainteresowani tematyką książki, albo są fanami jej autora. Zatem później sprzedaż może być dużo łatwiejsza.

Potrzeba regulacji?

Mimo tych możliwości, tradycyjny rynek wydawniczy wciąż dominuje, gwarantując przeważnie szerszą dystrybucję i profesjonalne zaplecze, co dla wielu pisarzy bywa trudne do osiągnięcia w pełni samodzielnie.

Na fali „rewolucji Chłopek” w Polsce coraz więcej osób z branży twierdzi, że konieczne są ustawowe rozwiązania chroniące interesy autorów i ograniczające dominację dużych dystrybutorów. Proponuje się przepisy o stałej cenie książki, większą przejrzystość rozliczeń czy ograniczenia marż. Skoro wielu twórców wprost mówi o „gangsterskich” i niesprawiedliwych praktykach, wydaje się, że grunt pod szerszą reformę jest gotowy.

Moja ścieżka i własny klucz do drzwi wydawnictwa

Dwa lata temu, w okolicach moich pięćdziesiątych urodzin, naszły mnie myśli o moim dorobku życiowym. Nie czułam się ekspertem w żadnej branży — raczej wielozadaniowcem bez konkretnej tożsamości zawodowej. Usłyszałam jednak od przyjaciela, że właśnie to jest moim atutem: łączenie różnorodnych umiejętności.

Kiedy stanęłam przed decyzją „wydawca czy self-publishing?”, wszystko wskazywało na to, że sama mogę zadbać o wysoką jakość książki, jej skład, projekt graficzny, PR i nawet logistykę. Mam m.in. doświadczenie dziennikarskie, filologiczne (w redakcji i korekcie), marketingowe i e-commerce. W dodatku mój brat od zawsze jest operatorem DTP, a córka – utalentowaną artystką, która stworzyła projekt niesamowitej okładki książki. Postanowiłam złożyć te kropki w całość i nie pukać do drzwi wydawnictw, które jedynie podcinają skrzydła, jeśli książka w ich ocenie „nie rokuje”. Po prostu dorobiłam sobie własny klucz.

Dlaczego nie widzę się w „dyskontowym” nurcie?

Wciąż mam w pamięci tę sobotnią kolejkę w dyskoncie, gdzie książki leżały obok mopów i czekolady w promocji. Mój tytuł – „Być (młodą) wdową” – dotyczy trudnych emocji, przeżyć i doświadczeń. W moim przekonaniu nie powinny przewalać się i kurzyć na wyprzedażowym koszu. Historie moja i innych wdów, nasze emocje, trudne przeżycia, rozważania o żałobie, o procesie wychodzenia z niej są zbyt osobiste i delikatne, żebym mogła oddać nad tym kontrolę komukolwiek innemu.

Zostałam autorką, a teraz jestem wydawcą i własnym marketingowcem. Dlaczego? Dlatego że nie chciałam być kolejnym przykładem tego, że autor jest na samym końcu łańcucha pokarmowego. Włożyłam w napisanie i promocję tej książki całe serce i wiem, że wszystko zależy już tylko ode mnie. Nie od bezdusznych excelowych prognoz i marż. Ale bardzo kibicuję autorom współpracującym z wydawnictwami i wydawcom próbującym wyjść spod buta dystrybutorów. Oby im się ta „rewolucja Chłopek” udała. Bo ostatecznie to o książkę i o czytelnictwo chodzi, prawda?

Premiera mojej książki „Być (młodą) wdową”

książka być młodą wdową autorka anita odachowska z książką przy półce bibliotecznej

13 lat doświadczeń jako wdowa, 7 lat prowadzenia grupy wsparcia dla wdów, ponad rok prowadzenia podcastu „Po tej stronie”, dziesiątki spotkań, wyjazdów, rozmów i przeczytanych artykułów, książek, badań, statystyk… Dziś, po półtora roku pracy, z dumą przedstawiam Wam jej efekty – moją książkę „Być (młodą) wdową”. To praktyczny przewodnik dla wdów i wszystkich, którzy poszukują wsparcia po stracie bliskiej osoby. Ma być towarzyszką w drodze przez coś, czego nikt nie chciałby doświadczać, ale co jednak się zdarza i jest częścią życia – przez stratę, żałobę, samotność i wszystko to, z czym każdy z nas w takiej sytuacji musi się zmierzyć.

„Tamtego popołudnia wróciłam do domu z pracy po bardzo ciężkim dniu i wyjątkowo mocno zmęczona, o wiele bardziej niż zwykle. Byłam redaktorką naczelną lokalnej, powiatowej gazety i nie widziałam wówczas dla siebie innej zawodowej przyszłości. Od wielu lat żyłam z chorobą męża. A właściwie chorobami. Depresją. Alkoholizmem. A potem wszystkim tym, co te choroby zrobiły z jego organizmem i umysłem.
Był 29 marca 2012 roku. Czwartek. Na dnie Atlantyku odnaleziono fragmenty statku Apollo 11. Polscy emeryci i renciści doczekali się reformy emerytur. MSZ nie mógł doprosić się zwrotu wraku Tupolewa, który rozbił się w Rosji dwa lata wcześniej. Hiszpanię sparaliżowały strajki przeciw rządowym reformom, a piłkarska reprezentacja Polski do lat 17 awansowała do Mistrzostw Europy w Słowenii. Mój mąż był wielkim fanem futbolu.
Tamtego popołudnia, kiedy cały świat kręcił się, jak co dzień, mój mąż, zmagający się z chorobą alkoholową, która wywołała wiele innych schorzeń, powodując, że w wieku 42 lat był wyniszczony, niedołężny i wyglądał jak cień człowieka, leżał na sofie (…)”

Tak zaczyna się moja książka „Być (młodą) wdową”, której data premiery jest symboliczna – 30 marca 2025 to 13. rocznica śmierci mojego męża. Śmierci samobójczej, która całkowicie zmieniła bieg mojego życia i która – chcę tego czy nie – będzie ze mną już zawsze. Choć żałobę przeżyłam, jestem pogodzona z tym, co się stało, zaakceptowałam wszystkie moje emocje, a dziś nadaję tej bezsensownej śmierci jakiś sens edukując i pomagając innym osobom w kryzysie emocjonalnym, to jednak taka śmierć zostaje z nami na zawsze…

Ale żeby nie było tak ponuro, bo ta książka wcale nie jest ponura ani smutna. Kilkoro znajomych kupiło ją przedpremierowo i to, co od nich usłyszałam, to to że bali się zacząć czytać, bo to „taki trudny temat”, ale ciekawość wygrała i… potem nie mogli się oderwać. Tak, śmierć, żałoba, rozpacz bliskich to trudne tematy, a jednak pomysł, żeby napisać tę książkę wykiełkował w mojej głowie z potrzeby zrobienia czegoś więcej dla kobiet, które każdego dnia dołączały do mojej grupy wsparcia – zrozpaczonych, załamanych, zagubionych, przerażonych, szukających miejsca, w którym ktoś zrozumie, co czują, co przeżywają. Dlatego tym bardziej nie mogła to być „ciężka” książka ani książka w jakikolwiek sposób obciążająca, dołująca, pogrążająca w jeszcze głębszej rozpaczy.

Nie.

To mogła być tylko książka wspierająca, podnosząca na duchu, pomocna i pokazująca, że… znów cytat z niej „to my jesteśmy głównymi scenarzystkami, pierwszymi reżyserkami i bohaterkami tej opowieści, która jeszcze jest przed nami…”

O czym ona jest? To praktyczny i oparty na autentycznych doświadczeniach innych kobiet przewodnik dla wdów i wszystkich, którzy poszukują wsparcia po stracie bliskiej osoby. Ma być towarzyszką w drodze przez coś, czego nikt nie chciałby doświadczać, ale co jednak się zdarza i jest częścią życia – przez stratę, żałobę, samotność i wszystko to, z czym każdy z nas w takiej sytuacji musi się zmierzyć. Napisałam ją z serca, wciąż pamiętając o bólu, który dobrze znam. Napisałam ją też z nadziei, która przychodzi z czasem. I z potrzeby, jaką uświadomiły mi inne kobiety, które znalazły się w podobnej sytuacji. Napisałam ją też z innymi wdowami, żeby każda wiedziała, że nie jest i nie będzie w tym sama. Mam nadzieję, że każda wdowa znajdzie w niej coś, co da jej ukojenie, zrozumienie, a może nawet siłę.

Recenzja Marty, jednej z wdów, które czytały książkę przedpremierowo

Czuję ogromną wdzięczność i dziękuję autorce książki za to, że zdecydowała się wydać tę książkę. Delikatny niedosyt odczuwam w stosunku do losu, który pokierował czasem w taki sposób, że książka trafiła do moich rąk zbyt późno. Gdyby pozycja została wydana wcześniej, moja psychoterapia po śmierci samobójczej najukochańszego męża trwałaby znacznie krócej (mniej niż półtora roku). Książka zawiera usystematyzowaną wiedzę dotyczącą niezmiernie ciężkiej, emocjonalnej drogi wdowy, jaką przeżywa, by odzyskać dobrostan psychiczny. Książka nacechowana jest treścią z dużym ładunkiem wsparcia terapeutycznego – dokładnie takich słów potrzebowałam, wyjaśnienia i zrozumienia moich emocji w trakcie całego procesu przeżywania żałoby.

Chwile spędzone nad czytaniem książki wywoływały we mnie emocje zbliżone do tych, jakie czułam po każdej sesji z terapeutą czy rozmowie z osobami, które również doświadczyły śmierci bliskiej osoby. Zapewne dzieje się tak dlatego, że książka zawiera pozbawione przeredagowania wpisy o emocjach doświadczonych śmiercią kobiet, co sprawia wrażenie „czynnej rozmowy”.

„Dziękuję” – to za mało.

Więcej recenzji znajdziesz TUTAJ.

Recenzja eksperta

Autorka dzieli się własnymi przeżyciami, związanymi z samobójczą śmiercią męża. Ale również – jak na prawdziwym spotkaniu grupy wsparcia – bez oceny i moralizatorstwa oddaje głos kobietom, które doświadczyły śmierci męża lub partnera.

Jak pisze Anita Odachowska, jej książka to „nie-poradnik dla wdów i nie tylko”. Nie znajdziemy tu zatem złotych rad i zaleceń, jak dalej żyć. Bo żałoba po śmierci najbliższej osoby jest jak daleka, trudna i wyczerpująca podróż, która w przypadku każdego z nas wygląda nieco inaczej i którą trzeba przebyć samodzielnie. Samodzielnie, ale nie w osamotnieniu dzięki historiom wielu różnych kobiet, które połączyła jedynie i aż śmierć „drugiej połówki”, często nagła, przedwczesna, nieoczekiwana, w wyniku dramatycznych okoliczności lub na skutek problemów zdrowotnych.

Lektura tej książki pozwala Czytelnikom zobaczyć, jak w lustrze, własne doświadczenia związane ze śmiercią najbliższej osoby. W ten sposób daje poczucie, że to, co przeżywają, jest naturalne, to, jak postępują, jest możliwe, to, jakie decyzje podejmą w swojej sprawie, jest ich prawem.

Małgorzata Łuba, psycholożka, psychoterapeutka, suicydolożka

Więcej informacji o książce znajdziesz TUTAJ.