JAK TO JEST BYĆ (MŁODĄ) WDOWĄ?

piątek, Sierpień 26, 2016 50 0

To pytanie, którego nikt z Was nigdy mi nie zadał, a jednak często widzę je w Waszych oczach, kiedy dowiadujecie się, że jestem wdową. Wielu z Was wygłasza przyjęte w takich sytuacjach kulturowo słowa “nie wiedziałem/-am, bardzo mi przykro”. I wszyscy dziwicie się, kiedy reaguję mówiąc: “nie ma potrzeby, to już dawno za mną”. Bo można, jak Giulietta Massina, żona Federica Felliniego, umrzeć w niecałe pół roku po śmierci męża, bez którego świat przestał być taki sam. A można jak Jacqueline Kennedy kilka lat po śmierci ukochanego wyjść za mąż za milionera. I można jak ja i parę innych znanych mi wdów – wrócić do pracy kilka dni po śmierci, starając się ze wszystkich sił żyć dalej. I nic nikomu do tego, jak wdowa przeżywa żałobę!

Ale zobligowana tytułem, który sobie wymyśliłam po kolejnej rozmowie na temat mojego “stanu cywilnego”, jaką odbyłam dzisiaj, zupełnie nieoczekiwanie, w pewnej instytucji, pomyślałam, że opowiem Wam dokładnie, jak to było w moim przypadku. Bo już jestem na to gotowa.

Etap I – śmierć

Na to nikt z nas nie jest gotowy – obojętnie, czy dotyczy to nas, czy kogoś nam bliskiego. Ja oswajałam się z nią trzykrotnie, zanim umarł mój mąż. Mogłabym nawet powiedzieć, gdyby to nie zabrzmiało zbyt cynicznie, że miałam niezły trening.

Bo najpierw był mój tata, który umierał na raka od pierwszych wakacji z których wracałam sama (miałam 15 lat), przez początek mojego liceum (czyli mój wielki nastoletni przełom) do listopada, dokładnie 25 listopada (wiele lat później tego dnia, w sytuacji zagrożenia matki i dziecka urodziła się moja córka i dla mnie to nigdy nie będzie przypadek). Umarł błyskawicznie, mimo wsparcia lekarzy, rodziny, a nawet mojego znajomego studenta z enerdówka, który wysyłał nam gotowe odżywki, niedostępne wtedy w Polsce, a utrzymujące tatę w jako takiej kondycji. Nie chcę Wam opowiadać o tamtym Bożym Narodzeniu. Mimo wad mojego ojca, byłam córeczką tatusia, a on był moim tatusiem…

A potem była moja niedoszła teściowa. Z którą na jej prośbę, mimo że wcześniej nie chciała mnie w żadnym wypadku zaakceptować jako dziewczyny swojego syna, zamieszkaliśmy z moim chłopakiem, zanim jeszcze przyszło nam do głowy brać ślub. Była też w terminalnej fazie raka, a my staraliśmy się jej jak tylko potrafiliśmy to umieranie ułatwić. Zapracowani, błogosławiliśmy świdnickie TPCh Hospicjum, którego wolontariuszki przychodziły pobyć z Alicją, kiedy my musieliśmy być w pracy. Nagłe wyjazdy do kliniki we Wrocławiu w czasie powodzi tysiąclecia (bo cewnik wypadł) czy sprzątanie wymiocin spowodowanych morfiną, bo Alicja nie zdążyła do łazienki, to była nasza codzienna norma. Ale i ubieranie mnie na jakąś ważną imprezę i wspólne gotowanie i po prostu obecność – wiem, że zanim Alicja odeszła, dla nas obu była to ważna lekcja.

A potem była babcia Kazia, w której mieszkaniu dzisiaj mieszkam. Babcia mojego męża. Do której mieszkania, będąc w ciąży, wchodziłam na wdechu i biegłam na balkon, by złapać powietrze. Która zbierała wszystko i zewsząd. Która żywiła się resztkami, mimo że na koncie nie brakowało jej pieniędzy. Która węgielki, jakimi paliła w piecu, odmierzała na maleńkiej, starodawnej wadze z odważnikami. Która mimo wycieńczenia organizmu, tak długo zwlekała ze śmiercią, żeby chociaż zdążyć zobaczyć zdjęcie swojej najmłodszej i najbardziej oczekiwanej prawnuczki (bo spłodzonej przez ukochanego wnuka) – mojej córki… Dopiero po tym odeszła w spokoju z tego świata.

A potem był mój mąż. Kilka lat choroby, ale wcześniej i później kilka lat beznadziejnego, momentami trudnego do udźwignięcia życia. Taki klasyk – para na zewnątrz idealna, a wewnątrz… Dużo w tej grze pozorów mojej winy, bo… nie wierzyłam, że potrafię być sama. Ale to nie jest tematem tego wpisu… Wreszcie mój mąż, zmęczony chorobą, chudszy o kilkadziesiąt kilogramów (!) niższy ode mnie z powodu wapnienia kości (!) postanawia przerwać to sam. Raz na zawsze. I przychodzi dzień, kiedy po prostu to robi. Czy “po prostu” – nie wiem. Lecz “po prostu” nagle go nie ma…

II etap – żałoba

To jest coś, co bardzo trudno opisać. Wie o tym, każdy, kto kogoś stracił. Kiedy umarł mój tata, chciałam, żeby cały świat przestał istnieć. Ale potem trzeba było wrócić do szkoły i odpowiadać na polskim u Grześkowiaka, bo przyszedł czas na numer 13, który miałam wtedy w dzienniku. I ta konsternacja, kiedy mówisz, że jesteś nieprzygotowana. Dlaczego? Bo zmarł mój tato. Siadaj!…

Kiedy umarła Alicja, byłam już dojrzalsza. Przypomniałam ją sobie na szpitalnym łóżku, kiedy byliśmy u niej wszyscy, odjechaną na morfinie i spokojną, i pomyślałam, że wreszcie przestała cierpieć. Koniec bólu, który czynił z niej momentami zwierzę! Nareszcie odpocznie…

Kiedy umarła babcia Kazia, byłam jeszcze dojrzalsza. I miałam malutkie, niespełna miesięczne dziecko. Był żal, bo wiem, jak bardzo Kazia chciała poznać swoją prawnuczkę. Ale był też spokój. Bo człowiek samotny z czasem potrafi beznadziejnie zdziwaczeć. A na starość jest coraz gorzej. Więc kiedyś musi przyjść czas na odpoczynek.

Kiedy umarł mój mąż, nie umiałam przez kilka dni spać sama. Poprosiłam mamę, żeby pomieszkała ze mną. Ale szybko ją odprawiłam. Tak jak psychotropy, o które poprosiłam naszego rodzinnego lekarza. Bo co to zmieni? Przecież muszę przejść przez to sama. Przecież potem BĘDĘ SAMA. I wtedy włączyła się we mnie chyba największa dzielność, jaką udało mi się w sobie odnaleźć. I trwa do dzisiaj. Postanowiłam żyć. A wiecie, co to znaczy?…

III etap – młoda wdówka

To znaczy, że kiedy idziesz do kosmetyczki, dowiadujesz się, z kim się spotykasz i z kim śpisz.

To znaczy, że Twój ówczesny szef po pół roku od śmierci męża z przekąsem i ironią w głosie każe Ci pozdrowić swojego narzeczonego, który jest tylko Twoim przyjacielem, pomagającym przejść najgorsze, w dodatku gejem, ale kto Cię upoważnia, żeby to rozgłaszać?

To znaczy, że każde Twoje spotkanie z facetem, nawet tylko służbowe, inni uważają za zabawy “wesołej wdówki”.

To znaczy, że oceniają Cię na każdym kroku. Bo coś powinnaś, czegoś nie powinnaś, a czegoś nie wypada. Serio? A może by tak najpierw ktoś się znalazł w mojej skórze i przeżył to, co ja? Może gdyby po kilku latach wzywania pogotowia, jeżdżenia po szpitalach, klinikach, lekarzach, profesorach, wydawaniu fortuny na leki nagle spadł mu z barków gigantyczny ciężar, o którego istnieniu nawet nie wiedział (bo po prostu musiał żyć i już), spojrzałby na śmierć bliskiej osoby inaczej? Może gdyby w wieczór przed śmiercią podczas poważnej rozmowy, która jednak niczego nie zapowiadała, usłyszał, że przez lata był oszukiwany, że zasługuje na coś lepszego, że powinien wreszcie zacząć żyć, to może, mimo buntu i rozpaczy po stracie, chciałby jednak spełnić ten testament?…

To znaczy, że zaczynasz życie w dużym stopniu od nowa…

IV etap – wdową być

I to jest najtrudniejszy etap. Bo masz świadomość oceniania. Bo czujesz się obserwowana. Bo z jednej strony chciałabyś sobie “ułożyć życie”, jak mówi Twoja ciocia, od nowa, a z drugiej – boisz się wejść drugi raz do tej samej rzeki. Bo już wiesz, co było nie tak. I już wiesz, że na pewne kompromisy nie pójdziesz, choćby nie wiem co. I kiedy spotkasz się z facetami, to nie tylko oni mają trudno (bo skoro wymagasz od siebie, to i od nich też), ale i Ty masz trudniej niż klasyczna singielka, bo już wiesz, kiedy kubek parzy.

Ale zanim to nastąpi, przechodzisz jeszcze kilka etapów:

  • najpierw łapiesz się na byle czułe słówko czy spojrzenie – bo czujesz się samotna, bo nigdy (albo bardzo długo) nie byłaś sama i zwyczajnie tęsknisz za tym, co znasz, a co nie tak dawno straciłaś,
  • potem wchodzisz w fazę eksperymentów – no bo życie jest krótkie, więc po co zwlekać (i “przerabiasz” dziesiątki facetów, z których z większością nie masz nawet ochoty spotkać się po raz drugi),
  • wreszcie wchodzisz w fazę matrymonialną – czytasz w babskich czasopismach, że taka czy inna poznała miłość swojego życia w takich czy innych okolicznościach, więc też robisz wszystko, żeby taka miłość poznać,
  • i na koniec pojawia się faza “ale po co to wszystko”, w której ja obecnie jestem. Kolejnej nie znam. O ile jest.

Ale dziś już wiem, że w życiu nie ma nic na siłę. Bo mojego męża poznałam tylko dlatego, że całe życie przyjaźniłam się z młodszymi od siebie i w jakiś weekend w czasie studiów, kiedy akurat odwiedzałam Świdnicę, zaciągnęli mnie do Bunkra i ON tam był. Bo moją największą dotychczasową “miłość” poznałam zupełnym przypadkiem, w momencie, kiedy kompletnie się tego nie spodziewałam, w absolutnym zaskoczeniu nas obojga i… niestety, z takim samym spektakularnym końcem. I potem jeszcze parę było mniejszych lub większych absolutnie nieoczekiwanych zauroczeń. I wreszcie nastała cisza. Cisza, którą w dużym stopniu sama sprowokowałam. Bo już mi się nie chce. Mieć nadziei. Poszukiwać. Znajdywać. I przeżywać kolejnych rozczarowań. Bo wreszcie zrozumiałam, że co ma być, to będzie.

Wiem, że umiem sama zarobić na rodzinę.

Wiem, że umiem sama ogarnąć psujące się rzeczy w mieszkaniu.

Wiem, że umiem sama ogarnąć samochód.

Wiem, że umiem sama iść do kina (jeśli mam czas).

Wiem, że umiem sama robić wiele innych rzeczy, których wcześniej nie robiłam sama albo dzieliłam na dwoje.

Wiem, że całkiem dobrze czuję się sama ze sobą.

Wiem, że jeśli ktoś inny w moim życiu ma oznaczać daleko idące kompromisy, to… wolę nadal być sama.

I teraz już wreszcie mogę powiedzieć: “Skończyłam żałobę. Mogę żyć dalej”. DOPIERO teraz, choć minęły cztery lata. Tak to właśnie jest być wdową… A jakie Wy macie doświadczenia?

PS1 Na koniec jeszcze jedno. Wiem, że pojawią się osoby, które uznają ten wpis za zbytni ekshibicjonizm. Prawdopodobnie 100% z nich tego nie wyrazi, tylko pomyśli. Prawdopodobnie co najmniej 99% z nich nie przeżyło tego, co ja. Prawdopodobnie jakiś procent z nich zalajkuje ten wpis 😉

PS2 Ale i tak Was wszystkich szanuję i doceniam, że jesteście ze mną 🙂

PS3 Po namyśle dopisałam do tytułu “młodą”, bo mimo że wdowieństwo w każdym wieku jest trudne, to jednak w moim przypadku ta “młodość” + jeszcze mój nie aż tak dojrzały wygląd pobudzały i nadal pobudzają fantazję “oceniaczy” 😉

Komentarze

komentarz

Komentarzy
  • Magdalena Betlej
    Wrzesień 1, 2016

    Wow! Szacunek! Nijak nie mogę się porównać jednak tekst dodał otuchy;) dzięki za niego

    • Anita
      Wrzesień 1, 2016

      Bardzo Ci dziękuję, Magda. I cieszę się, że moje doświadczenia mogą dodawać otuchy 🙂 Trzymaj się tam u tych kangurów!

  • JJ
    Czerwiec 30, 2017

    Ten tekst to wypisz wymaluj moja sytuacja…jestem wdową od 3 lat, mąż był moim pierwszym facetem i jedynym, byliśmy ze sobą 14 lat(obecnie mam 34)i nagle wszystko się skończyło..wypadek w drodze do pracy.
    Wszystkie w/w etapy mam za sobą, nagła śmierć, żałoba i najtrudniejszy jest teraz- ŻYCIE..Oczywiście po drodze dokonała się selekcja “przyjaciół”i znajomych, jedni się odwrócili, niektórzy nie wiedzą jak się zachować, część z nich mnie swata z kim tylko się da(czy ja prosiłam o taką pomoc? czy mówiłam że kogoś szukam? a może byłam tak zżyta z mężem że nie umię się odnaleźć w nowej sytuacji? dlaczego nikt tego nie rozumie…wiem..bo ktoś tego nie przeżyl..)Jestem sama, nie potrafię być z nikim..wiem że już nie będzie tak jak kiedyś, jestem tego świadoma…chciałabym jeszcze założyć rodzinę, wieczorem przytulić się do męskiego ramienia ale nie wiem czy potrafię..P.Anito jest to możliwe? spotkać jeszcze raz dobrego człowieka na swojej drodze i znowu się zakochać? na samą myśl o tym mam wyrzuty sumienia..

    • Marek
      Lipiec 27, 2017

      Witam! Nie jest Pani osamotniona w swoich rozterkach i obawach. Ja mam 43 lata. Jestem mężczyzną który dopiero co pożegnał najwspanialszą żonę na świecie. Byliśmy dla siebie stworzeni. Ona jest miłością mojego życia. Mam troje dzieci. Obiecałem żonie że zrobię wszystko aby one były w życiu szczęśliwe. Dzień przed śmiercią żona powiedziała żebym ułożył sobie życie. Wiem dlaczego tak powiedziała, bo kochała mnie ponad wszystko.. Ja jej powiedziałem że jeszcze będziemy razem gdy moja ziemska droga się skończy i będziemy szczęśliwi. Ona już na zawsze będzie najważniejsza. Czy można sobie ułożyć życie z innym partnerem? Nie wiem. Jest wielu wspaniałych mężczyzn i kobiet wbrew temu co się mówi. Wiele osób jest w takiej sytuacji jak my. Dla ludzi takich jak ja problemem jest już sama myśl o takim fakcie, bo czuję się jakbym zdradzał żonę. Nie wiem jakie jest moje przeznaczenie czy będę chciał i czy będę w stanie ułożyć sobie życie. Nawet jeśli spotkam kogoś kto mnie pokocha, to wiem że nic nie będzie takie same, bo miłość mojego życia czeka na mnie w innym świecie. Wielu ludzi odczuwa rozdarcie, frustrację związane ze “zdradą” ukochanej osoby która odeszła. Wiem że na takie sprawy nie ma prostych odpowiedzi. Wiem natomiast że są to normalne ludzkie odruchy. I niech Pani nie zadręcza się myślami że zdradza Pani męża, bo to normalny ludzki odruch i nie ma w tym nic złego. Pani psycholog powiedziała mi “czas nie leczy ran, ale nauczy się Pan żyć na nowo”. Życzę aby Pani nauczyła się żyć na nowo.

      • Anita
        Sierpień 14, 2017

        Bardzo mi przykro z powodu Pańskiej żony. Nigdy nie zadręczałam się po śmierci męża myślami, że go zdradzam. Dlaczego? Dlatego że wiem, że on by nigdy tego nie chciał. Przeciwnie – chciałby, żebym ułożyła sobie życie na nowo. Nie jest to proste, ale próbuję. Najtrudniejsze, wbrew pozorom, okazuje się po prostu poznanie kogoś, kto choć w części ma te cechy, których po wielu “sparzeniach się” już wiemy, że w partnerze szukamy. Ale cóż – nie przestaję mieć nadzieję. Ważne, że nauczyłam się żyć na nowo, więc Pańskie życzenie właściwie już się spełniło. Teraz marzę o tym, żeby mieć taką jakość tego życia, jakiej zawsze pragnęłam i jestem na dobrej drodze. Brakuje mi tylko jednego puzzelka do pełnej układanki 🙂 Życzę Panu, żeby Pana nowe życie ułożyło się podobnie jak moje i żeby czerpał Pan z niego pełnię radości. Oboje wiemy, jak jest kruche i krótkie… Powodzenia!

    • Joanna
      Sierpień 14, 2017

      A moze to dziala tak..? Jesli jestes na tyle silna aby sama wszystko udzwignac, to sama przejdziesz przez zycie. Jesli nie , poznasz kogos w odpowiednim czasie.

      • Anita
        Sierpień 14, 2017

        Byłaby to smutna konkluzja, bo niby dlaczego silni mają być sami? Chcę wierzyć i nie przestaję, że jednak jest inaczej 🙂

    • Anita
      Maj 6, 2018

      Droga JJ, ten tekst do mnie wraca, bo mimo upływu prawie dwóch lat, ciągle ktoś go komentuje. Odpowiadając na niedawny komentarz, zauważyłam, że nie odpowiedziałam na Twój. Bardzo za to przepraszam. Jest dla mnie ważne, żeby reagować na to, co piszą czytelnicy. Przede wszystkim – minął rok od Twojego komentarza i mam nadzieję, że ŻYCIE zrobiło się łatwiejsze. Mam nadzieję, że nawet jeśli do tej pory nie spotkałaś kogoś, w kim się zakochałaś, to stanie się to wkrótce 🙂 Ja już jestem sześć lat wdową i przyznam, że coraz mi trudniej dawać sobie szansę na związek. Chyba im jest się starszym, tym trudniej. Ale za to ŻYJĘ. Dużo pracuję, ale też dużo się “rozpieszczam” – zakupy, wakacje na Bali, które przede mną. Zrozumiałam, że to ważne, żeby przede wszystkim pokochać siebie. Nigdy nie wiemy, czy starczy nam życia, żeby jeszcze ktoś nas pokochał 🙂 Trzymaj się JJ i daj znać, co u Ciebie. Jeszcze raz przepraszam za brak odpowiedzi.
      Anita

  • Krucha
    Wrzesień 13, 2017

    Ja w w teorii nie jestem wdowa, ale w praktyce tak sie czuje. Moj partner zginal w wypadku, bylysmy razem 6 lat. Jezeli na kazdego czlowieka czeka tylko jedna 2 polowka to moja odeszla juz z tego swiata. Minely juz prawie 4 lata a ja nadal nie potrafie sie odnalezc. Jestem jeszcze przed 30, chcialabym moc oprzec sie na meskim ramieniu, zasnac w ukochanych ramionach. Ale to wydaje sie byc tak odlegle.
    Na poczatku zaloby bylam silna, ukrywalam cierpienie, pokazywalam wszystkim ze sobie dam rade. Plakalam tylko wtedy kiedy mnie nikt nie widzial, pod prysznicem, w lazience… poza domem. Lkalam cicho do poduszki. Rzucilam sie w wir zajec, szybko wrocilam do pracy zaczelam studia zeby wypelnic moje samotne dni, tak zeby wieczorami doslownie padac na twarz I przesypiac noce. Pierwsze kila miesiecy moje zycie bylo mi obojetnie, spacerowalam po nocach z mysla ze moge juz odejsc. Przez te 4 lata stalam sie bardzo niezalezna, bo wlaczylam o siebie zeby przetrwac. Poznalam wielu mezczyzn z ktorymi nie zawarlam zadnych specjalnych relacji. Napoczatlu czulam sie jakby nawet wyjsciem na kawe z mezczyzna bylo zdarda. Przez piwrwsze 2 lata, odrzucalam kazdego faceta ktory chcial wyciagnac mnie na 2 randke. Potem zdecydowalam sie na zwiazek, wszyscy do okola mowili ‘juz czas’ . Ale to byla klapa – zwiazek ktory mi pokazal jakiegos mezczyny nie chce w zyciu. Mysle ze to pogorszylo sytuacje. Kazdy facet ktory okazuje mi swoje zainteresowanie wybiegajac daleko palanami, I oczekiwaniami ze uczucia pojda w tym samym tepie jest odbierany jako zagrozenie I uciekam. Uciekam bo wiem ze jakbym sie zaangazowala znowu tak mocno I tego kogos strace to sie nie pozbieram. Uciekam, odcinam sie bo tak jest latwiej. Od dluzszego czasu sie zastanawiam, czy tak juz bedzie ze mna ? Wieczna ucieczka? Czuje sie jakbym nosila na sobie pietno, ktore nie pozwala mi ruszyc dalej. Mimo ze przetrwalam – czuje sie krucha w srodku. I nie wiem co dalej…

    • Anita
      Wrzesień 15, 2017

      Krucha, przykro mi z powodu Twojej sytuacji. Nie mnie doradzać, ale sama na własnej skórze przekonałaś się, jak kruche jest życie. Uciekanie przed kolejnymi doświadczeniami, nawet jeśli okażą się trudne, to trochę jak zabranianie sobie samej życia. Dziś jesteś, a jutro…? Dlatego ja jednak wolę czerpać z życia i nawet po śmierci męża nie raz boleśnie się ukłułam. Ale rany są po to, żeby pokazać nam, że coś odczuwamy i z tym walczymy. Trzeba je opatrzyć, otrzepać się i iść dalej przez życie. W końcu jest tylko jedno 🙂 Trzymam kciuki i pamiętaj – to Ty decydujesz, co dalej. Nikt inny 🙂

  • Emilia
    Listopad 16, 2017

    Edek zmarl 5 lipca 2016 roku. To byl facet. Ech. Mialam 30 lat jak Go poznalam zareczylismy sie na pielgrzymce. Szlam wtedy na Jasna Gorę. Jak ja sie cieszylam ze nie jestem juz sama, ze mam oparcie. Byl wwspaniałym człowiekiem wymarzonym dobrym ukochanym. Tanczylismy wieczorami w kuchni po kolacji a rano na stoliku zawsze stala moja ulubiona kawa. Codziennie mówiliśmy sobie jak sie kochamy. To bylo urocze. Urodziłam Oliwie byla jego ksiezniczka. Opowiadal jak bedzie uczyl ja jezdzic na rowerze jak odganial bedzie kolegow. Był dumnym ojcem. A ja bylam dumna ze swojej rodziny. To byl dziwny dzień. Bylam u mojej mamy. Wrocilam a on pogadal pytal jak sie czuje. I nagle upadl reanimowalam go w tle slyszalam tato tatusiu. Umarl na zawal od razu. Mial 40 lat. Oliwia wtedy miała 1.5 🙁 . Do tej pory wspomnia tate. Czarna rozpacz. Otchłań. Chęć ucieczki. Żal.. ból nie do opisania. Ale musialam sie pozbierac dla niej. Planowalismy budowe domu, wiec kupiłam projekt i buduje. Jestem dumna ze swojej siły. Zajmuje sie Oliwia i dogladam budowy. Placze wieczorem jak pójdzie spac ale wierze ze Edek by tego nie chcial. Kocham go nadal. Ale ide dalej.. nie ukrywam ze chodze na terapię do psycholog. Małgosia mi bardzo pomaga. Motywuje. Wierze w lepsze jutro. … trzymam kciuki za siłę jaka macie kobiety i mężczyźni. Cieszmy sie szczesciem jakie nas spotkalo, ze moglismy poznac tych wspanialych ludzi ze bylo nam dane przezyc chociaz tyle szczęścia.

    • Anita
      Listopad 17, 2017

      Emilio, dziękuję Ci za ten komentarz i życzę, żebyście razem z Oliwią znów mogły cieszyć się życiem 🙂

      • Emilia
        Listopad 17, 2017

        Dziękuję… wzajemnie wszystkiego najlepszego..

    • Marcin
      Czerwiec 21, 2018

      Trzymaj się Emilko. I bądź dzielna i silna.

      • Emilia
        Sierpień 21, 2018

        Dziękuję Marcin

  • Justyna
    Listopad 18, 2017

    Straciłam męża trzy tygodnie temu.I nie rozumiem tego co czuje.Dlatego czytam różne forum, wypowiedzi. Załamać się nie zalamalam. Jakoś się trzymam. Też ten tydzień byłam już w pracy. Wieczory gorsze. Niespokojne noce. Dobrze ze mam jeszcze pieska. Narazie żyję chwilą, boje się myśleć co mnie czeka i jak będzie wyglądać moje życie.Ale już do końca mam być sama?

    • Anita
      Listopad 19, 2017

      Justa, bardzo mi przykro z powodu Twojego męża. Jedyne, co można w takiej sytuacji powiedzieć, to że zostaliśmy na Ziemi, dlatego że coś tu jeszcze jest przed nami, co musimy zrobić, przeżyć, zobaczyć… Trzymaj się! Jeśli masz potrzebę, pisz na maila. Anita

  • Agnieszka
    Styczeń 11, 2018

    Do mnie dopiero dociera co się stało. Już (a może dopiero) minęło 1,5 roku. Byliśmy małżeństwem 18 lat. Zostałam sama z 2 dzieci. Syn ma teraz 9,5 a córka 15,5. Choroba zaczęła się nagle i trwała 2,5 roku. Nie chcę już wracać do tego co było bo sama nie wiem jak dałam radę a sytuacja była jeszcze trudniejsza bo nałożył się jeszcze kryzys związku i do tego wtrąciła się matka męża, która w czasie choroby się nim opiekowała, kiedy ja pracowałam i zajmowałam się dziećmi i próbowałam się jeszcze dokształcać aby zdobyć dodatkowy zawód. Po śmierci męża postanowiła jeszcze bardziej “kontrolować” życie moje i dzieci i przywłaszczyła sobie pieniądze męża, które należą się mnie i dzieciom i nie chce oddać bo podobno jestem złą matką i wydam na podróże i swoje potrzeby …
    Mogę tylko dodać, że wraz z jego śmiercią odeszło dawne życie. Finansowo jestem zabezpieczona i mogę być w domu z dziećmi, jednak powoli wkrada się brak sensu i celu. Czuję się też oszukana przez Los i wcale nie chodzi o te pieniądze, które i tak prędzej czy później wrócą do nas, ale oto że znowu muszę zaczynać od nowa i zmagać się z życiem sama. Że to nie tak, miało być, że teraz miał być dom i więcej czasu dla nas, że po prostu marnuję się w tym tak fajnym momencie życia (mam 43 lata) bo wraz z wdowieństwem straciłam status społeczny i co z tego że stać mnie żeby pojechać do SPA – jeśli będę w nim zupełnie sama a obok będzie kąpać się para przeżywająca właśnie swoją 20 rocznicę ślubu. I to dziwne uczucie bycia ofiarą kiedy mówisz, że jesteś wdową, choć przecież nic złego nie zrobiłaś. I nie pomoże Ci żaden mąż koleżanki bo przecież jesteś potencjalnym zagrożeniem dla jej związku i nie zaproszą Cię na wyjazd znajomi, choć Wasze dzieci się znają ze szkoły. Na stronach biur podróży są tylko oferty dla par z dziećmi a jak się spotkasz z facetem to nie wiesz co mówić bo wolałabyś być rozwódką a tak to Tobie chcę się płakać a On zmienia temat bo nie wiem jak Cię pocieszyć. Generalnie co dziennie myślę o tym co sięstało i chyba czekam na cud … choć sama nie wiem co to miałoby być …

    • Anita
      Marzec 30, 2018

      Agnieszko, bardzo mi przykro. Wierzę, że wszystko jest po coś i że znajdziesz własną drogę do szczęścia. Trzymaj się i pisz, jeśli tylko masz potrzebę.

  • Jola
    Maj 4, 2018

    Czytam i oczom nie wierzę. Odczucia wdów są identyczne! Ja jestem sama od 3 lat.Mąż zmarł po 1,5 roku choroby.Był niezwykłym człowiekiem …takim dla mnie.Znosił moje humory ,dbał o komfort rodziny ,…Byliśmy razem 20 lat.Zmarł przed maturą córki…Trudno o tym pisać nawet teraz, po tych 3 latach. Gdy analizuję swoją sytuację ,dochodzę do wniosku ,że bycie wdową to straszny stan!Nie ma się obrońcy, życie się skończyło,czas,gdy dorosła córka na już swoje życie można by wykorzystać na spokojne trwanie i pielęgnowanie uczucia …Ale to niemożliwe i Los jest niedwracalny.Pozdrawiam wszystkie wdowy …Aż tak szczerze mówiąc ,też czuję się jak ofiara i ktoś gorszy gdy myślę o sobie jako o wdowie…I nie zmieni tego wspomnienie czasu,gdy byłam ukochaną żoneczką kogos, kto na moje pytanie :”podobam Ci się “odpowiadał :”czy sądzisz ze chciałbym mieć brzydką żonę?”:)Ech…

    • Anita
      Maj 6, 2018

      Jolu, dziękuję Ci za tę wiadomość. Bardzo mi przykro z powodu Twojej straty. Współczuję też Twojej córce. Mój tata zmarł, kiedy miałam 15 lat. Moja córka miała 11, kiedy odszedł mój mąż. Nikt nie potrafi chyba zrozumieć, jak takie dwie kobiety (matka z córką) mają ciężko po stracie męża i ojca. Zwłaszcza w tym pierwszym okresie. Nagle znika ktoś, kto wypełniał pozostałą część wspólnego świata i trzeba sobie z tym poradzić samodzielnie. Nikt inny nie jest w stanie w tym pomóc. Szczególnie ciężko jest wdowie, bo musi zacisnąć zęby i iść do przodu, bo… przecież ma dziecko i musi mu teraz być matką i zastąpić ojca. Z drugiej strony – mnie to dało niesamowitą siłę, która sprawiła, że jestem dziś w takim momencie życia, o jakim nigdy wcześniej nawet nie śniłam, że mogę być. Ale masz rację – ludzie często traktują wdowy inaczej niż na przykład rozwódki czy po prostu singielki. Tak jakby miały mniejsze prawa do ułożenia sobie życia na nowo niż inne samotne kobiety. Jakby miały trwać w stanie wdowim, bo męża już miały. Są obserwowane, wskazywane palcami, ludzie, zwłaszcza w małych miastach, emocjonują się ich życiem prywatnym, jakby nagle stało się własnością wszystkich. No bo nagle… jesteś niczyja. Nigdy nie będę potrafiła tego zrozumieć.
      Trzymaj się i nie myśl źle o swoim stanie. Wykorzystaj tę część życia na… życie. Drugiego nie będzie 🙂 Pozdrawiam gorąco!

      • Marcin
        Czerwiec 21, 2018

        Te wpisy tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, jak wspaniałe, silne i piękne są Kobiety. Pod każdym względem. Ogromny szacunek dla Was Wszystkich. Trzymajcie się.

  • Marcin
    Czerwiec 17, 2018

    Trzymaj się ciepło, Anitko. Jesteś silną Kobietą. Podziwiam i chylę czoła, przed takimi Osobami, jak Ty… Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie i duchowo wspieram. Nie jesteś Sama. Pamiętaj…

    • Anita
      Czerwiec 18, 2018

      Dziękuję bardzo, Marcin 🙂

      • Marcin
        Czerwiec 21, 2018

        Anitko, bądź silna. Zawsze.

  • mgielka
    Lipiec 26, 2018

    witam wszyskich. mam 30 lat wdowa /choc dalej ciezko przechodzi mi to przez gardlo / od ponad 2 lat. w chwili smierci corka miala 6 m-cy. wrocilam do pracy staram sie jakos zyc. jest ciezko pezede wszystkim emocjonalnie, ts bezradnosc i swisdomosc ze wszystko jest na mojej glowie. sa takie dni w kforych sama siebie pocieszam ze bedzie dobrze a w inne boje sie co jeszcze mnie zlego
    czeka.

    • Anita
      Lipiec 27, 2018

      Mgiełko, przykro mi bardzo z powodu Twojej straty. Wiem, że jest Ci teraz ciężko, ale w żadnym wypadku nie możesz bać się, że czeka Cię coś złego. Myśl tylko pozytywnie – to zawsze procentuje 🙂 Trzymaj się!

  • Wdowa
    Lipiec 28, 2018

    Witam wszystkich. Niebawem mina 2 lata jak zostalam wdowa i samotna matka. Noe wiem co gorsze. Maz zmarl po roku od diagnozy, syn mial wtedy 9 lat i mial pierwsza komunie. Maz nie doczekal zostawil mnie z tym sama. Mam rozne dni raz rycze, jak teraz, raz sobie radze. Nawet wyremontowalam synowi pokoj i musze przyznac, ze bardzo mi sie podoba. Bylo ciezko bo o wszystko musialam zadbac sama, nawet glupi zepsuty dzwonek do drzwi doprowadzil mnie do lez, bo tego nie potrafie robic, ale… naprawilam SAMA! Mimo wszystko jakos sobie radze z zyciem i wychowywaniem syna, najgorsza jest ta samotnosc. Tak bardzo chce sie do niego przytuli wieczorem i opowiedziec o calym dniu a tu… tylko puste lozko. Niestety ale nadal nienawidze swego zycia i chce by minelo jak najszybciej, zeby syn juz byl dorosly i samodzielny. Czasem mysle o tym czy uloze sobie jeszcze z kims zycie, ale najbardziej sie chyba boje, ze nie bedzie kochal mojego syna tak jak mlody na to zasluguje, tzn. Jak prawdziwy OJCIEC.

    • Anita
      Lipiec 29, 2018

      Droga Wdowo, dziękuję, że dzielisz się z nami swoim bólem. Chyba wszyscy tutaj doskonale wiemy, co czujesz. I nikt inny, poza osobami, które naprawdę przeżyły taką stratę, nie wie, jak naprawdę się czujemy i co się w nas dzieje. Kochana, proszę, nie poddawaj się! Pomyśl, że to wspaniałe, że potrafiłaś SAMA naprawić ten dzwonek. Mój mąż nie żyje od 6 lat – nawet nie zliczę, ile rzeczy w tym czasie musiałam naprawiać sama i ile razy płakałam trzymając w ręku zepsuty kran, zmywając zalaną podłogę czy nie wiedząc, do jakiego serwisu mam jechać z taką czy inną usterką w samochodzie. Ale każdą taką rzecz “na moim koncie” doceniam. I proszę, spójrz na to właśnie tak. Zobacz, jaka jesteś dzielna! Wiadomo, że wolałybyśmy, żeby ktoś z nas zdjął trochę tego ciężaru. Ale też przecież nie chcemy być z kimś za wszelką cenę. A czasu nie cofniemy 🙁 Pomyśl, jak bardzo syn doceni, że tak doskonale sobie radzisz. Moja córka miała 11 lat, kiedy zmarł mój mąż. To dla niej zaciskałam zęby i żyłam. Teraz mam najbardziej kochające dziecko na świecie. Żadnych konfliktów z nastolatką, mimo że też przechodziła tzw. “trudny wiek”. Życzę każdemu rodzicowi takiego wdzięcznego i kochającego dziecka. Musisz też koniecznie pokochać sama siebie. Żyjesz dla syna, ale – jak sama piszesz – kiedyś się usamodzielni. A Ty powinnaś wtedy żyć dla siebie, cieszyć się życiem, bo jest tylko jedno. Nie warto się zamykać przed światem i go bać. Bądź dzielna, tak jak do tej pory. I uśmiechnij się do siebie! Jesteś wspaniała!

      • Wdowa
        Lipiec 29, 2018

        Anito
        Bardzo Ci dziekuje za te slowa. Musze przyznac, ze w ciagu tych prawie 2 lat nikt w tak krotkiej wypowiedzi nie podniosl mnie tak na duchu! Jestes Wielka za to co robisz: sama to przezylas, sama borykasz sie z codziennoscia i widac, ze jestes radosna. Podziwiam!
        Jesli chodzi o syna, to psycholog mi powiedziala, ze ten bol straty ojca moze wrocic rowniez w czasie dojrzewania. Jak to bylo u Was? Troche sie martwie, bo nastolatek potrzebuje meskiego wzorca. Ja nie bede mogla zastapic mu taty…

        • Anita
          Lipiec 30, 2018

          Dziękuję Ci bardzo za ciepłe słowa. Cieszę się, że choć trochę podniosłam Cię na duchu. Co do syna – trudno to przewidzieć. Nie chciałabym pisać tak intymnie na temat mojej córki i jej żałoby. Ale na pewno cokolwiek przeżywa jako nastolatka, najważniejsze, że ma moje wsparcie. Nigdy go nie zabrakło, nawet jeśli sama potem musiałam odreagować. Moim zdaniem bardzo procentuje to, że nigdy nie byłam typowym rodzicem, który nagle jakby spadła kurtyna zapomina, że kiedyś też był dzieckiem i jak wtedy widział świat. Dzięki temu udało się być dla córki też towarzyszem i przyjacielem, a nie tylko rodzicem. Wydaje mi się, że to jest klucz do tego, żeby też dziecko łatwiej przechodziło okres dojrzewania. Nie wiem, czy Ci coś pomogłam tym komentarzem. Mam nadzieję, że troszkę tak 🙂

  • Wdowa
    Lipiec 30, 2018

    Dziękuję, nawet nie wiesz jak bardzo

  • corniglia
    Wrzesień 6, 2018

    A ja jestem wdową od tygodnia. Mam aż 51 lat. Wszystko za mną. Marek chorował 5 miesięcy. Ja 5 miesięcy niemal mieszkałam w szpitalach, potem w hospicjum. Byłam do końca. Teraz sama nie wiem co czuję – czy ulgę, że skończyło się nasze cierpienie, czy żal. Dziś jestem pierwszy raz sama w domu – wyjechali wszyscy, wrócili do swojego życia, takiego jak zawsze. Ja zostałam w swoim życiu, niby w tym samym miejscu, ale wszystko jest inaczej. Najgorsze jest to , że Marek nie odpowiada, gdy mówię mu jak minął dzień i co będę robić jutro. Nie mówi mi, że czas spać. Nie sprzątnął butów z korytarza. Nie wyniósł śmieci. Nie poszedł do piwnicy. Pewnie nie obudzi mnie też rano. I tak ma być już zawsze? Uśmiecha się do mnie ze zdjęcia, ten uśmiech jest dla mnie, udało mi się go tak ładnie uchwycić. Byliśmy razem 31 lat. Po tych pięciu miesiącach, po tym co widziałam i przeszłam – nie wzruszają mnie niczyje problemy, nie obchodzą niczyje sprawy, nie słucham niczyich opowieści, wszystko jest nudne i nieistotne. Jestem z lodu. Czy tak będzie zawsze? Za tydzień wracam do pracy, która jest jakby na Marsie. W poniedziałek zadzwonię do pani psycholog, która nic nie wie o życiu. Chociaż się wyryczę, bo sama w domu nawet płakać nie mogę.
    Cały czas wydaje mi się, że to taki czas przejściowy, ze wróci , że wyjdzie ze szpitala i znów będzie. A potem przypominam sobie, że nie. Że będzie NIC.

    • Anita
      Wrzesień 7, 2018

      Corniglia, bardzo, bardzo mi przykro z powodu Twojej straty. Z doświadczenia wiem, że żadne słowa tutaj nie pomogą. Ale też wiem, że życie jeszcze może być piękne. Marek odszedł, ale Ty żyjesz i ważne, żebyś żyła tym, co przed Tobą, a nie za Tobą. Teraz będzie jeszcze trudno. Wszystko jest takie świeże i tak boli. Ale zobaczysz, że poukłada się. Jestem tego pewna. Trzymam mocno kciuki i pamiętaj, nie jesteś sama. Nawet jeśli bliscy wrócili do swoich domów i własnego życia. Pisz, kiedy masz potrzebę. Mój adres to kontakt@anitaodachowska.pl. PS Nie masz AŻ 51 lat, ale dopiero. Pomyśl, że ludzie żyją znacznie dłużej 🙂

  • K
    Wrzesień 12, 2018

    Cieszę się, że trafiłam na Twój wpis… W necie podobno jest wszystko, nieprawds, nie ma młodych wdów…

    Rok temu, w wieku 40 lat zostałam wdową z 7 letnim dzieckiem…. Nagle jak wiele z Nas, ale jednak, choć zabrzmi to dziwnie, zazdroszcze innym wdowom z jakiegi sie nimi stały. Moj mąż odebrał sobie życie…. Nagle. Ledwo zauważylam zmiany w jego dotychczasowym, normalnym zachowaniu a juz go nie było. Bez wyjaśnień, bez wiekszych powodów oprócz tych, które musiał tworzyć pewnie w jakiś chory sposób jego mózg….

    Milion pytań bez odpowiedzi, rozpacz, złość, niedowierzanie… wszyscy mogli rozpaczac, przestać normalnie funkcjonowac ale nie ja, ze względu na dziecko ktore potrzebowalo mnie podwojnie…. zawsze kiedy przestawałam mieć siłę okazywało sie ze rodzice męża mają właśnie wtedy jakieś wymagania wobec mojej osoby. Moja siła którą zbierałam dla dziecka postrzegana była jako ignorancja straty… nikt nie zastanawiał sie co mogę czuć, nie – nie tylko ból ale złość i poczucie zakpienia z mojego i dziecka życia…
    zazdroszcze wdową ktore mogą porozmawiac z sąsiadką o swojej traagedi jaką jest choroba czy wypadek męża… mnie nikt o to nie zaczepi, smierc w taki sposob musi kryc w sobie jakąś mroczną tajemnicę, to pewnie nie są zwyczajni młodzi ludzie… tak myślą inni, podchodzą od tego dnia z dystansem, patrzą jak na trendowatą… nie ma tu nic mrocznego jedynie jakiś nagły obłęd w jego głowie który ledwo zaczeliśmy dostrzegać a co dopiero reagować…

    Mam wrażenie, że każdy moj krok, ubior, gest jest oceniany. Wiele lat jestem ustabilizowana pod względem finansowym wynikającym z mojej pracy (mojej własnej), nagle tesciowie jakby o tym zapominają uważając chyba, że renta na córkę (czyli ‘ofiara’ po synu) pozwala mi na wygodne życie… najdziwniejsze ze oceniają najbliżsi, ci ktorzy wiedzą jak wyglądało nasze życie. Nagle wszystko zostało wywalone do góry nogami, dół jest górą a góra dołem… i wszyscy wiedzą najlepiej co powinnam czuć, robić, mówić… nikt nie zastanawia sie co czuję Ja, moje dziecko, jakie mam obawy…. ciągle tylko wieczne żądania..

    Wszędzie czuję sie jak 5te koło u wozu..

    Jak napisałam na wstępie, nie znalazłam żadnych grup wsparcia, forum (aktualnego), innych form pomocy młodym wdowom. Jeśli ktoś się na takowe natknął, będę wdzięczna za informacje.

    Dziękuję Ci za ten wpis…

    • Anita
      Wrzesień 12, 2018

      Droga K, doskonale wiem, jak się czujesz. Może nie napisałam tego wprost, ale kiedy napisałam, że mój mąż “sam postanowił to przerwać” oznacza dokładnie to samo, co u Ciebie – popełnił samobójstwo. Znalazłam go na korytarzu. I potem dokładnie tak jak u Ciebie – jakby wszyscy szukali problemu we mnie, obwiniali mnie. Oczywiście, nie moja rodzina – jego. Jakbym nie dość poświęciła, żeby go przed tym uchronić. Jakbym przez kilka wcześniejszych lat nie żyła wiecznie z duszą na ramieniu i sama ciągnęła cały ten wózek. Nagle wszyscy wiedzą lepiej. Jakby dokładnie to samo przeżyli. Inaczej niż Ty, ja po śmierci mojego męża poczułam najbardziej ulgę. Po pierwszym szoku, łzach i niedowierzaniu zrozumiałam, że poczułam ulgę, bo choć nadal musiałam się martwić sama o wszystko, to odeszło jedno potężne zmartwienie – jego choroba, jego depresja, z którą nie chciał walczyć, i mój wieczny stres, że dostanę telefon ze szpitala, że to koniec. Koniec przyszedł i… poczułam ulgę. I nie wstydzę się tego. I nikt nie ma prawa mnie oceniać, zwłaszcza ten, kto tego nie przeżył.
      A co bycia młodą wdową – to podwójnie trudne. Dzisiaj się z tego śmieję, ale kiedyś jakiś zainteresowany mną facet, kiedy dowiedział się, że jestem wdową (nie singielką albo rozwodniczką), powiedział mi “Coś jest z tobą nie tak! Żeby w takim młodym wieku być wdową!” Szczęka mi opadła, a dzisiaj opowiadam to, bo to pokazuje, jak ludzie podchodzą do młodych wdów – że one coś “zmalowały”, że coś z nimi “nie tak”, szczególnie gdy mąż odszedł tak jak Twój czy mój. To naprawdę chore.
      Kochana, jeśli tylko masz ochotę, załóżmy zamknietą grupę wsparcia na Facebooku. Może dołączą do niej inne kobiety. Chętnie napiszę o takiej grupie na swoim blogu, żeby zachęcić innych. Ja nadal jestem samotna i wiem, jakie to trudne znów się z kimś związać, więc bardzo fajnie byłoby się nawzajem wspierać.
      Trzymaj się, K. Mam nadzieję, że wszystko poukłada się u Ciebie tak jak u mnie i będziesz mogła być dumna z tego, kim jesteś i jak wspaniale wychowujesz swoje dziecko :*

      • K
        Wrzesień 12, 2018

        Bardzo dziękuję Ci za Twoją szczerość, czytam dziś Twoje słowa w koło i od nowa i choć popłakałam sie w komunikacji miejskiej to myślę, że poczułam sie trochę silniejsza.. Grupa wsparcia to wspaniały pomysł, myślę, że jest nas wiele w podobnej sytuacji a jest tak niewielu ludzi, ktorzy nas rozumieją. Napewno każda młoda wdowa powinna trafić na Twój wpis… Dziękuję Ci raz jeszcze.

        • Anita
          Wrzesień 16, 2018

          K, przepraszam, że dopiero teraz, ale życie tak pędzi… Widzę Cię, jak wzruszasz się w komunikacji miejskiej 🙁 Sama tak miałam wiele razy, że publicznie musiałam coś dziwnego robić, żeby zakryć łzy albo po prostu się gdzieś szybko ukryć. Dziś robię wpis na temat naszych doświadczeń. Mam nadzieję, że w ślad za nim uda nam się stworzyć grupę wsparcia. Tymczasem wszystkiego, co życie ma najpiękniejszego. A ma dużo – nawet dla osób doświadczonych przez los 🙂

      • M
        Październik 16, 2018

        Mam 33 lata. Dwa miesiące temu mój świat runął. Nie był moim mężem, ale był miłością mojego życia.
        Nie wiem jak dalej żyć, wszystko straciło sens. Zrozumiałabym chorobę, wypadek…to było samobójstwo… Dlaczego? Jak trzeba się czuć aby podjąć taki krok. Nie potrafię tego zaakceptować.

        • Anita
          Listopad 16, 2018

          M, bardzo mi przykro, że straciłaś najbliższą osobę. Wierzę, że z czasem wszystko się ułoży. I przepraszam, że Twój komentarz pojawił się dopiero teraz. Czasem gdzieś mi znikają te linki do zatwierdzenia. Jeśli chcesz porozmawiać z osobami, które na pewno Cię zrozumieją, bo przeszły to samo, co Ty, to znajdź na FB naszą grupę “Być młodą wdową”. Razem nam tam raźniej 🙂

  • Jamajka
    Wrzesień 24, 2018

    To dziwne, ale swiadomosc, ze sa ludzie, ktorych tez dotknela ta tragedia sprawia, ze nie czuje sie taka wyobcowana. Trzy miesiace temu zmarl moj maz. Szesnascie miesiecy po naszym slubie I tydzien przed moimi 32 urodzinami. Nagle, bez przygotowania, bo najgorsze mielismy juz za soba. Pokonal sepse ale okazalo sie, ze mial wrodzona wade serca, o ktorej nie wiedzielismy. Byl za slaby zeby dalej walczyc I dwa dni po operacji wymiany zastawki Jego organy sie poddaly. Ostatni czas to odkrywanie uczuc, ktorych do tej pory nie znalam. Jest coraz gorzej. Na poczatku mialam duzo spraw do zalatwienia I to trzymalo mnie w ryzach. Lubie wszystko ogarnac sama. Ale teraz ogarnia mnie nicosc I kompletny marazm. Jutro wracam do pracy po zwolnieniu lekarskim I jestem przerazona, ze bede musiala obcowac z ludzmi. Zaszylabym sie najchetniej w jakiejs norze I nie wychodzila. Codziennie przechodze kilka stanow od totalnej obojetnosci na wszystko poprzez panike dotyczaca mojej przyszlosci skonczywszy na zazdrosci, ktora czuje wobec znajomych I wszystkich ludzi, ze nadal prowadza normalne zycie. Bo o czym ja moge teraz z kimkolwiek rozmawiac. Nie mam planow, nie jade na wakacje, nie bede miec dzieci … nicosc. Czuje sie winna jak czasem sie usmiechne, jak czasem pomysle, ze sobie radze, bo przeciez nie powinnam. Mam wrazenie, ze przed kazdym musze tlumaczyc sie z tego co robie, zeby nie zostac zle odebrana. Czasem mam wrazenie, ze niektorzy ludzie odwiedzaja mnie zeby popatrzec na jakis dziwny okaz, ktorym jest mloda wdowa I wysuwaja swoje psychologiczne podsumowania na podstawie godzinnej wizyty. Oczywiscie sa tez dobre duszki, ktore z calych sil staraja sie pomoc, ale to chyba ja wszystkich odsuwam… Nie wiem jak dalej bedzie. Ogolnie to malo wiem ostatnio. Nie potrafie sie na niczym skupic. Wiem, ze sposobem byloby wypelnienie sobie dnia od switu do nocy ale po otwarciu oczu nie mam sily na nic. Nic mnie nie cieszy. Przestalam robic wszystko co kiedys mnie cieszylo. Nie czytam, nie ucze sie hiszpanskiego, nie chodze na basen. Bo nic nie ma sensu…
    Dziekuje, ze istnieje miejsce, w ktorym moglam sie tym podzielic. To tylko namiastka tego co dzieje sie w mojej glowie, ale wypisanie sie pomaga. To jedyne co dalej robie. Pisze, zeby nigdy nie zapomniec o uczuciach I przemysleniach jakie mi towarzyszyly…
    Usciski dla wszystkich, ktorzy rozumieja bo przeszli to samo.

    • Anita
      Wrzesień 25, 2018

      Jamajka, doskonale Cię rozumiem. Strasznie mi przykro z powodu Twojej straty. Nie piętnuj się, kochana, że przeżywasz to wszystko, co przeżywasz – te różne skrajne stany i brak planów i całe zwątpienie, smutek, wszystko… Głupio to zabrzmi, ale to “normalne”. Najważniejsze, żebyś się nie poddawała sama przed sobą. Nie przejmowała tym, co pomyślą o Tobie inni. To nie oni stracili kogoś bliskiego, tylko Ty. To, jak Ty się czujesz, zachowujesz, co robisz, czego nie robisz, to jest tylko i wyłącznie TWOJA SPRAWA i Twoje przeżywanie żałoby. Co więcej, nie bardzo mamy wpływ na to, jak ją przeżywamy, bo każdy przeżywa inaczej. Daj sobie czas… Masz nas na grupie, gdzie zawsze możesz się podzielić jakimś problemem, zwątpieniem czy czymś, z czego po prostu chcesz się wygadać. Po to jesteśmy. Trzymaj się ciepło <3 Czas nie jest teraz Twoim wrogiem, a naprawdę wielkim przyjacielem.

    • mariola
      Listopad 4, 2018

      moj mąż już 4 miesiace nie żyje.bylismy nierozłączni 25 lat.śmierć przyszła nagle bez ostrzeżenia.nie umiem bez niego żyć tak bardzo go kocham i tęsknię.musiałam zacząćbrać leki bo było już żle ,mam 3 dzieci więc musze żyć chociaż nie chcę.ludzie dziwnie reagują na nas ,jedni udają że nie widzą a drudzy narzucają mi co muszę teraz zrobić zamiast zapytać czy może mi w czymś pomóć .ogolnie nawet najbliższa rodzina ma nas w d… wiem to mój problem ,moje życie więc nikogo o nic nie proszę.tęsknota tak boli.pomóżcie .może jakaś grupa wsparcia?

  • Asia
    Październik 13, 2018

    Moje drogie,
    Będzie lepiej. Jestem wdową piąty rok. Mój mąż zmarł 25 grudnia (tak, tak, w Boże Narodzenie) i zostałam sama z wówczas 3 miesięcznymi bliźniakami. Początki trudne,ale z czasem naprawdę jest lepiej, łatwiej. Teraz już nie cierpię, nie rozpominam tego co było. Patrzę przed siebie z nadzieją i radością. Życzę Wam wszystkim przede wszystkim spokoju ducha i dużo radości.

  • Sylwia
    Październik 19, 2018

    To straszne uczucie.. moje życie również rozsypało się na drobne kawałki. Jestem młoda wdowa, jestem.. bylam młoda mężatka. Niespełna 4 miesice po ślubie.. był chory. Sam zdecydował o swoim życiu. Powiedział, ze mam sobie ułożyć życie z kimś innym, kilka godzin później dowiedziałam się, ze go nie ma, ze mnie zostawił.. nie wiem jak się pozbieram, nie wiem jak żyć bez niego, a co dopiero z kimś innym. Wszyscy mi mówią, ze czas leczy rany.. ja gdy myśle o przyszłości to widzę sam ból i niesamowita pustkę. Czuję jakby moje życie się właśnie skończyło. Straciło kompletnie sens.. życie jest niesprawiedliwe.

  • mariola
    Listopad 4, 2018

    jestem wdowa od 4 miesiecy.mąż zmarł nagle 43 lata.jedyna moja miłość ,25 lat razem.zostałam z 3 dzieci .nie umiem żyć bez niego,nie wyobrażam sobie jak dalej żyć.to był cudowny mąż,ojciec dla mnie był wszystkim …psychologiem ,przyjacielem ,mężem całym światem a teraz połowa mnie odeszła .nie chce mi się żyć,boję się życ bez niego, nie umiem.jestem na lekach bo juz było żle .pomóżcie ,dajcie mi jakiś pomysł jak żyć

    • JELLY
      Listopad 16, 2018

      Mariola, wiem co czujesz.. ten ból po stracie najukochanszej osoby jest okropny…ja sama straciłam narzeczonego..najwspanialszego dla mnie mężczyzny na świecie.. Nie umiem się odnaleźć . Wpadłam w wir pracy..pracuje dużo od rana do późnego wieczora, nawet w weekendy.. boję się zostać sama w domu. Strach , lęk to uczucia, które towarzyszą mi na codzień:( chodziłam na terapię, też leki brałam silne…Ale nic z tych rzeczy nie pomaga ..bo ciągle pozostaje pytanie po co I dla kogo to wszytko ..przecież ten jedyny najwspanialszy najkochanszg mężczyzna,z którym pragnęła spędzić całe życie odszedł…I nigdy nie wróci:( ja nie wyobrażam sobie dnia bez pobytu na cmentarzu…spędzam tam każda wolna chwilę.. Po śmierci ..spędzałam nawet 5-6 godzin, rozmawiałam z nim, mimo że ryczałam nad grobem, odrobinę mi to pomagało ..czułam jakbym była przy nim…Nie wiem jak Ci można pomóc, ja sama ledwo sie trzymam..13 tygodni i tęsknota coraz większą…coraz większą świadomość,że jego już nie ma i nie wróci…wszyscy mówią że potrzebny jest czas..I pewnie mają rację.. Ale czy to coś zmieni ? Samotność pozostanie ..ból po stracie również. Ja nie wyobrażam sobie , żebym mogła pomyśleć nawet o układaniu sobie życia na nowo jak niektórzy piszą…moim zdaniem się nie da…można próbować.. Ale ja nie zamierzam. Kochać będę go zawsze i na zawsze. Jednak myśl bycia samej jest przerażająca, mimo że jestem niezależna kobieta ,zawodowo się spełniam, nie mam problemów z codziennością, ale tak najmocniej mi Go brakuje.. 🙁 trzymaj się i daj znać jak sobie radzisz.. Myślę,że powinnyśmy się wspierać, bo tylko osoby ,które przeżyły coś podobnego , są w stanie się zrozumieć i zmotywowac do walki z codziennością…

  • JELLY
    Listopad 15, 2018

    Witam Was wszystkie,
    Trafiłam na tego bloga, ponieważ szukałam jakiś grup wsparcia…Nie jestem wdową, ale tak się czuję..ślub planowaliśmy, dzieci , budowę domu. Miłość jak z bajki…idealny partner traktujący mnie jak królowa. Świata poza sobą nie widzieliśmy.. wszystko było takie najwspanialsze…do momentu kiedy Sam zdecydował o odejściu…bez żadnych znaków, problemów….Tak po prostu ..wieczorem pisał, że na zawsze na dobre i na złe będzie przy mnie, że kocha najmocniej , że jestem jego jedyną najwspanialsza miłością…rano następnego dnia…już cisza….już go nie ma …mija 13 sty tydzień…probuje funkcjonować…To dobre słowo bo nie ma to nic wspólnego z życiem…praca dom cmentarz każdego dnia..niedowierzanie, złość, samotność, tęsknota okrutna.. Nie wyobrażam sobie życia dalej…już zawsze będę sama…bez niego…Tak mi brakuje wspólnych chwil , rozumieliśmy się jak z nikim innym…najwspanialszy czas mojego życia.. może nie długi..bo byliśmy razem rok czasu…Ale.mialo być na długo..na zawsze…I nagle odszedł…sam tak zdecydował…Nie potrafię się podnieść po jego śmierci…terapia była.. psychotropy były…Ale wszystko jakby na chwilę…żal tęsknota.. chyba nigdy nie będą słabsze…jak żyć?

    • Anita
      Listopad 16, 2018

      Jelly, bardzo mi przykro z powodu Twojej straty. Wcale nie trzeba być żoną, żeby odczuwać po odejściu najbliższej osoby te same emocje, które czuje wdowa, bo to SĄ te same emocje. Zapraszamy Cię do naszej tajnej grupy na FB. Szukaj “Być młodą wdową”.Jestem pewna, że tam znajdziesz wsparcie.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *