JAK TO JEST BYĆ (MŁODĄ) WDOWĄ?

piątek, Sierpień 26, 2016 14 0

To pytanie, którego nikt z Was nigdy mi nie zadał, a jednak często widzę je w Waszych oczach, kiedy dowiadujecie się, że jestem wdową. Wielu z Was wygłasza przyjęte w takich sytuacjach kulturowo słowa „nie wiedziałem/-am, bardzo mi przykro”. I wszyscy dziwicie się, kiedy reaguję mówiąc: „nie ma potrzeby, to już dawno za mną”. Bo można, jak Giulietta Massina, żona Federica Felliniego, umrzeć w niecałe pół roku po śmierci męża, bez którego świat przestał być taki sam. A można jak Jacqueline Kennedy kilka lat po śmierci ukochanego wyjść za mąż za milionera. I można jak ja i parę innych znanych mi wdów – wrócić do pracy kilka dni po śmierci, starając się ze wszystkich sił żyć dalej. I nic nikomu do tego, jak wdowa przeżywa żałobę!

Ale zobligowana tytułem, który sobie wymyśliłam po kolejnej rozmowie na temat mojego „stanu cywilnego”, jaką odbyłam dzisiaj, zupełnie nieoczekiwanie, w pewnej instytucji, pomyślałam, że opowiem Wam dokładnie, jak to było w moim przypadku. Bo już jestem na to gotowa.

Etap I – śmierć

Na to nikt z nas nie jest gotowy – obojętnie, czy dotyczy to nas, czy kogoś nam bliskiego. Ja oswajałam się z nią trzykrotnie, zanim umarł mój mąż. Mogłabym nawet powiedzieć, gdyby to nie zabrzmiało zbyt cynicznie, że miałam niezły trening.

Bo najpierw był mój tata, który umierał na raka od pierwszych wakacji z których wracałam sama (miałam 15 lat), przez początek mojego liceum (czyli mój wielki nastoletni przełom) do listopada, dokładnie 25 listopada (wiele lat później tego dnia, w sytuacji zagrożenia matki i dziecka urodziła się moja córka i dla mnie to nigdy nie będzie przypadek). Umarł błyskawicznie, mimo wsparcia lekarzy, rodziny, a nawet mojego znajomego studenta z enerdówka, który wysyłał nam gotowe odżywki, niedostępne wtedy w Polsce, a utrzymujące tatę w jako takiej kondycji. Nie chcę Wam opowiadać o tamtym Bożym Narodzeniu. Mimo wad mojego ojca, byłam córeczką tatusia, a on był moim tatusiem…

A potem była moja niedoszła teściowa. Z którą na jej prośbę, mimo że wcześniej nie chciała mnie w żadnym wypadku zaakceptować jako dziewczyny swojego syna, zamieszkaliśmy z moim chłopakiem, zanim jeszcze przyszło nam do głowy brać ślub. Była też w terminalnej fazie raka, a my staraliśmy się jej jak tylko potrafiliśmy to umieranie ułatwić. Zapracowani, błogosławiliśmy świdnickie TPCh Hospicjum, którego wolontariuszki przychodziły pobyć z Alicją, kiedy my musieliśmy być w pracy. Nagłe wyjazdy do kliniki we Wrocławiu w czasie powodzi tysiąclecia (bo cewnik wypadł) czy sprzątanie wymiocin spowodowanych morfiną, bo Alicja nie zdążyła do łazienki, to była nasza codzienna norma. Ale i ubieranie mnie na jakąś ważną imprezę i wspólne gotowanie i po prostu obecność – wiem, że zanim Alicja odeszła, dla nas obu była to ważna lekcja.

A potem była babcia Kazia, w której mieszkaniu dzisiaj mieszkam. Babcia mojego męża. Do której mieszkania, będąc w ciąży, wchodziłam na wdechu i biegłam na balkon, by złapać powietrze. Która zbierała wszystko i zewsząd. Która żywiła się resztkami, mimo że na koncie nie brakowało jej pieniędzy. Która węgielki, jakimi paliła w piecu, odmierzała na maleńkiej, starodawnej wadze z odważnikami. Która mimo wycieńczenia organizmu, tak długo zwlekała ze śmiercią, żeby chociaż zdążyć zobaczyć zdjęcie swojej najmłodszej i najbardziej oczekiwanej prawnuczki (bo spłodzonej przez ukochanego wnuka) – mojej córki… Dopiero po tym odeszła w spokoju z tego świata.

A potem był mój mąż. Kilka lat choroby, ale wcześniej i później kilka lat beznadziejnego, momentami trudnego do udźwignięcia życia. Taki klasyk – para na zewnątrz idealna, a wewnątrz… Dużo w tej grze pozorów mojej winy, bo… nie wierzyłam, że potrafię być sama. Ale to nie jest tematem tego wpisu… Wreszcie mój mąż, zmęczony chorobą, chudszy o kilkadziesiąt kilogramów (!) niższy ode mnie z powodu wapnienia kości (!) postanawia przerwać to sam. Raz na zawsze. I przychodzi dzień, kiedy po prostu to robi. Czy „po prostu” – nie wiem. Lecz „po prostu” nagle go nie ma…

II etap – żałoba

To jest coś, co bardzo trudno opisać. Wie o tym, każdy, kto kogoś stracił. Kiedy umarł mój tata, chciałam, żeby cały świat przestał istnieć. Ale potem trzeba było wrócić do szkoły i odpowiadać na polskim u Grześkowiaka, bo przyszedł czas na numer 13, który miałam wtedy w dzienniku. I ta konsternacja, kiedy mówisz, że jesteś nieprzygotowana. Dlaczego? Bo zmarł mój tato. Siadaj!…

Kiedy umarła Alicja, byłam już dojrzalsza. Przypomniałam ją sobie na szpitalnym łóżku, kiedy byliśmy u niej wszyscy, odjechaną na morfinie i spokojną, i pomyślałam, że wreszcie przestała cierpieć. Koniec bólu, który czynił z niej momentami zwierzę! Nareszcie odpocznie…

Kiedy umarła babcia Kazia, byłam jeszcze dojrzalsza. I miałam malutkie, niespełna miesięczne dziecko. Był żal, bo wiem, jak bardzo Kazia chciała poznać swoją prawnuczkę. Ale był też spokój. Bo człowiek samotny z czasem potrafi beznadziejnie zdziwaczeć. A na starość jest coraz gorzej. Więc kiedyś musi przyjść czas na odpoczynek.

Kiedy umarł mój mąż, nie umiałam przez kilka dni spać sama. Poprosiłam mamę, żeby pomieszkała ze mną. Ale szybko ją odprawiłam. Tak jak psychotropy, o które poprosiłam naszego rodzinnego lekarza. Bo co to zmieni? Przecież muszę przejść przez to sama. Przecież potem BĘDĘ SAMA. I wtedy włączyła się we mnie chyba największa dzielność, jaką udało mi się w sobie odnaleźć. I trwa do dzisiaj. Postanowiłam żyć. A wiecie, co to znaczy?…

III etap – młoda wdówka

To znaczy, że kiedy idziesz do kosmetyczki, dowiadujesz się, z kim się spotykasz i z kim śpisz.

To znaczy, że Twój ówczesny szef po pół roku od śmierci męża z przekąsem i ironią w głosie każe Ci pozdrowić swojego narzeczonego, który jest tylko Twoim przyjacielem, pomagającym przejść najgorsze, w dodatku gejem, ale kto Cię upoważnia, żeby to rozgłaszać?

To znaczy, że każde Twoje spotkanie z facetem, nawet tylko służbowe, inni uważają za zabawy „wesołej wdówki”.

To znaczy, że oceniają Cię na każdym kroku. Bo coś powinnaś, czegoś nie powinnaś, a czegoś nie wypada. Serio? A może by tak najpierw ktoś się znalazł w mojej skórze i przeżył to, co ja? Może gdyby po kilku latach wzywania pogotowia, jeżdżenia po szpitalach, klinikach, lekarzach, profesorach, wydawaniu fortuny na leki nagle spadł mu z barków gigantyczny ciężar, o którego istnieniu nawet nie wiedział (bo po prostu musiał żyć i już), spojrzałby na śmierć bliskiej osoby inaczej? Może gdyby w wieczór przed śmiercią podczas poważnej rozmowy, która jednak niczego nie zapowiadała, usłyszał, że przez lata był oszukiwany, że zasługuje na coś lepszego, że powinien wreszcie zacząć żyć, to może, mimo buntu i rozpaczy po stracie, chciałby jednak spełnić ten testament?…

To znaczy, że zaczynasz życie w dużym stopniu od nowa…

IV etap – wdową być

I to jest najtrudniejszy etap. Bo masz świadomość oceniania. Bo czujesz się obserwowana. Bo z jednej strony chciałabyś sobie „ułożyć życie”, jak mówi Twoja ciocia, od nowa, a z drugiej – boisz się wejść drugi raz do tej samej rzeki. Bo już wiesz, co było nie tak. I już wiesz, że na pewne kompromisy nie pójdziesz, choćby nie wiem co. I kiedy spotkasz się z facetami, to nie tylko oni mają trudno (bo skoro wymagasz od siebie, to i od nich też), ale i Ty masz trudniej niż klasyczna singielka, bo już wiesz, kiedy kubek parzy.

Ale zanim to nastąpi, przechodzisz jeszcze kilka etapów:

  • najpierw łapiesz się na byle czułe słówko czy spojrzenie – bo czujesz się samotna, bo nigdy (albo bardzo długo) nie byłaś sama i zwyczajnie tęsknisz za tym, co znasz, a co nie tak dawno straciłaś,
  • potem wchodzisz w fazę eksperymentów – no bo życie jest krótkie, więc po co zwlekać (i „przerabiasz” dziesiątki facetów, z których z większością nie masz nawet ochoty spotkać się po raz drugi),
  • wreszcie wchodzisz w fazę matrymonialną – czytasz w babskich czasopismach, że taka czy inna poznała miłość swojego życia w takich czy innych okolicznościach, więc też robisz wszystko, żeby taka miłość poznać,
  • i na koniec pojawia się faza „ale po co to wszystko”, w której ja obecnie jestem. Kolejnej nie znam. O ile jest.

Ale dziś już wiem, że w życiu nie ma nic na siłę. Bo mojego męża poznałam tylko dlatego, że całe życie przyjaźniłam się z młodszymi od siebie i w jakiś weekend w czasie studiów, kiedy akurat odwiedzałam Świdnicę, zaciągnęli mnie do Bunkra i ON tam był. Bo moją największą dotychczasową „miłość” poznałam zupełnym przypadkiem, w momencie, kiedy kompletnie się tego nie spodziewałam, w absolutnym zaskoczeniu nas obojga i… niestety, z takim samym spektakularnym końcem. I potem jeszcze parę było mniejszych lub większych absolutnie nieoczekiwanych zauroczeń. I wreszcie nastała cisza. Cisza, którą w dużym stopniu sama sprowokowałam. Bo już mi się nie chce. Mieć nadziei. Poszukiwać. Znajdywać. I przeżywać kolejnych rozczarowań. Bo wreszcie zrozumiałam, że co ma być, to będzie.

Wiem, że umiem sama zarobić na rodzinę.

Wiem, że umiem sama ogarnąć psujące się rzeczy w mieszkaniu.

Wiem, że umiem sama ogarnąć samochód.

Wiem, że umiem sama iść do kina (jeśli mam czas).

Wiem, że umiem sama robić wiele innych rzeczy, których wcześniej nie robiłam sama albo dzieliłam na dwoje.

Wiem, że całkiem dobrze czuję się sama ze sobą.

Wiem, że jeśli ktoś inny w moim życiu ma oznaczać daleko idące kompromisy, to… wolę nadal być sama.

I teraz już wreszcie mogę powiedzieć: „Skończyłam żałobę. Mogę żyć dalej”. DOPIERO teraz, choć minęły cztery lata. Tak to właśnie jest być wdową… A jakie Wy macie doświadczenia?

PS1 Na koniec jeszcze jedno. Wiem, że pojawią się osoby, które uznają ten wpis za zbytni ekshibicjonizm. Prawdopodobnie 100% z nich tego nie wyrazi, tylko pomyśli. Prawdopodobnie co najmniej 99% z nich nie przeżyło tego, co ja. Prawdopodobnie jakiś procent z nich zalajkuje ten wpis 😉

PS2 Ale i tak Was wszystkich szanuję i doceniam, że jesteście ze mną 🙂

PS3 Po namyśle dopisałam do tytułu „młodą”, bo mimo że wdowieństwo w każdym wieku jest trudne, to jednak w moim przypadku ta „młodość” + jeszcze mój nie aż tak dojrzały wygląd pobudzały i nadal pobudzają fantazję „oceniaczy” 😉

Komentarze

komentarz

Komentarzy
  • Magdalena Betlej
    Wrzesień 1, 2016

    Wow! Szacunek! Nijak nie mogę się porównać jednak tekst dodał otuchy;) dzięki za niego

    • Anita
      Wrzesień 1, 2016

      Bardzo Ci dziękuję, Magda. I cieszę się, że moje doświadczenia mogą dodawać otuchy 🙂 Trzymaj się tam u tych kangurów!

  • JJ
    Czerwiec 30, 2017

    Ten tekst to wypisz wymaluj moja sytuacja…jestem wdową od 3 lat, mąż był moim pierwszym facetem i jedynym, byliśmy ze sobą 14 lat(obecnie mam 34)i nagle wszystko się skończyło..wypadek w drodze do pracy.
    Wszystkie w/w etapy mam za sobą, nagła śmierć, żałoba i najtrudniejszy jest teraz- ŻYCIE..Oczywiście po drodze dokonała się selekcja „przyjaciół”i znajomych, jedni się odwrócili, niektórzy nie wiedzą jak się zachować, część z nich mnie swata z kim tylko się da(czy ja prosiłam o taką pomoc? czy mówiłam że kogoś szukam? a może byłam tak zżyta z mężem że nie umię się odnaleźć w nowej sytuacji? dlaczego nikt tego nie rozumie…wiem..bo ktoś tego nie przeżyl..)Jestem sama, nie potrafię być z nikim..wiem że już nie będzie tak jak kiedyś, jestem tego świadoma…chciałabym jeszcze założyć rodzinę, wieczorem przytulić się do męskiego ramienia ale nie wiem czy potrafię..P.Anito jest to możliwe? spotkać jeszcze raz dobrego człowieka na swojej drodze i znowu się zakochać? na samą myśl o tym mam wyrzuty sumienia..

    • Marek
      Lipiec 27, 2017

      Witam! Nie jest Pani osamotniona w swoich rozterkach i obawach. Ja mam 43 lata. Jestem mężczyzną który dopiero co pożegnał najwspanialszą żonę na świecie. Byliśmy dla siebie stworzeni. Ona jest miłością mojego życia. Mam troje dzieci. Obiecałem żonie że zrobię wszystko aby one były w życiu szczęśliwe. Dzień przed śmiercią żona powiedziała żebym ułożył sobie życie. Wiem dlaczego tak powiedziała, bo kochała mnie ponad wszystko.. Ja jej powiedziałem że jeszcze będziemy razem gdy moja ziemska droga się skończy i będziemy szczęśliwi. Ona już na zawsze będzie najważniejsza. Czy można sobie ułożyć życie z innym partnerem? Nie wiem. Jest wielu wspaniałych mężczyzn i kobiet wbrew temu co się mówi. Wiele osób jest w takiej sytuacji jak my. Dla ludzi takich jak ja problemem jest już sama myśl o takim fakcie, bo czuję się jakbym zdradzał żonę. Nie wiem jakie jest moje przeznaczenie czy będę chciał i czy będę w stanie ułożyć sobie życie. Nawet jeśli spotkam kogoś kto mnie pokocha, to wiem że nic nie będzie takie same, bo miłość mojego życia czeka na mnie w innym świecie. Wielu ludzi odczuwa rozdarcie, frustrację związane ze „zdradą” ukochanej osoby która odeszła. Wiem że na takie sprawy nie ma prostych odpowiedzi. Wiem natomiast że są to normalne ludzkie odruchy. I niech Pani nie zadręcza się myślami że zdradza Pani męża, bo to normalny ludzki odruch i nie ma w tym nic złego. Pani psycholog powiedziała mi „czas nie leczy ran, ale nauczy się Pan żyć na nowo”. Życzę aby Pani nauczyła się żyć na nowo.

      • Anita
        Sierpień 14, 2017

        Bardzo mi przykro z powodu Pańskiej żony. Nigdy nie zadręczałam się po śmierci męża myślami, że go zdradzam. Dlaczego? Dlatego że wiem, że on by nigdy tego nie chciał. Przeciwnie – chciałby, żebym ułożyła sobie życie na nowo. Nie jest to proste, ale próbuję. Najtrudniejsze, wbrew pozorom, okazuje się po prostu poznanie kogoś, kto choć w części ma te cechy, których po wielu „sparzeniach się” już wiemy, że w partnerze szukamy. Ale cóż – nie przestaję mieć nadzieję. Ważne, że nauczyłam się żyć na nowo, więc Pańskie życzenie właściwie już się spełniło. Teraz marzę o tym, żeby mieć taką jakość tego życia, jakiej zawsze pragnęłam i jestem na dobrej drodze. Brakuje mi tylko jednego puzzelka do pełnej układanki 🙂 Życzę Panu, żeby Pana nowe życie ułożyło się podobnie jak moje i żeby czerpał Pan z niego pełnię radości. Oboje wiemy, jak jest kruche i krótkie… Powodzenia!

    • Joanna
      Sierpień 14, 2017

      A moze to dziala tak..? Jesli jestes na tyle silna aby sama wszystko udzwignac, to sama przejdziesz przez zycie. Jesli nie , poznasz kogos w odpowiednim czasie.

      • Anita
        Sierpień 14, 2017

        Byłaby to smutna konkluzja, bo niby dlaczego silni mają być sami? Chcę wierzyć i nie przestaję, że jednak jest inaczej 🙂

  • Krucha
    Wrzesień 13, 2017

    Ja w w teorii nie jestem wdowa, ale w praktyce tak sie czuje. Moj partner zginal w wypadku, bylysmy razem 6 lat. Jezeli na kazdego czlowieka czeka tylko jedna 2 polowka to moja odeszla juz z tego swiata. Minely juz prawie 4 lata a ja nadal nie potrafie sie odnalezc. Jestem jeszcze przed 30, chcialabym moc oprzec sie na meskim ramieniu, zasnac w ukochanych ramionach. Ale to wydaje sie byc tak odlegle.
    Na poczatku zaloby bylam silna, ukrywalam cierpienie, pokazywalam wszystkim ze sobie dam rade. Plakalam tylko wtedy kiedy mnie nikt nie widzial, pod prysznicem, w lazience… poza domem. Lkalam cicho do poduszki. Rzucilam sie w wir zajec, szybko wrocilam do pracy zaczelam studia zeby wypelnic moje samotne dni, tak zeby wieczorami doslownie padac na twarz I przesypiac noce. Pierwsze kila miesiecy moje zycie bylo mi obojetnie, spacerowalam po nocach z mysla ze moge juz odejsc. Przez te 4 lata stalam sie bardzo niezalezna, bo wlaczylam o siebie zeby przetrwac. Poznalam wielu mezczyzn z ktorymi nie zawarlam zadnych specjalnych relacji. Napoczatlu czulam sie jakby nawet wyjsciem na kawe z mezczyzna bylo zdarda. Przez piwrwsze 2 lata, odrzucalam kazdego faceta ktory chcial wyciagnac mnie na 2 randke. Potem zdecydowalam sie na zwiazek, wszyscy do okola mowili ‚juz czas’ . Ale to byla klapa – zwiazek ktory mi pokazal jakiegos mezczyny nie chce w zyciu. Mysle ze to pogorszylo sytuacje. Kazdy facet ktory okazuje mi swoje zainteresowanie wybiegajac daleko palanami, I oczekiwaniami ze uczucia pojda w tym samym tepie jest odbierany jako zagrozenie I uciekam. Uciekam bo wiem ze jakbym sie zaangazowala znowu tak mocno I tego kogos strace to sie nie pozbieram. Uciekam, odcinam sie bo tak jest latwiej. Od dluzszego czasu sie zastanawiam, czy tak juz bedzie ze mna ? Wieczna ucieczka? Czuje sie jakbym nosila na sobie pietno, ktore nie pozwala mi ruszyc dalej. Mimo ze przetrwalam – czuje sie krucha w srodku. I nie wiem co dalej…

    • Anita
      Wrzesień 15, 2017

      Krucha, przykro mi z powodu Twojej sytuacji. Nie mnie doradzać, ale sama na własnej skórze przekonałaś się, jak kruche jest życie. Uciekanie przed kolejnymi doświadczeniami, nawet jeśli okażą się trudne, to trochę jak zabranianie sobie samej życia. Dziś jesteś, a jutro…? Dlatego ja jednak wolę czerpać z życia i nawet po śmierci męża nie raz boleśnie się ukłułam. Ale rany są po to, żeby pokazać nam, że coś odczuwamy i z tym walczymy. Trzeba je opatrzyć, otrzepać się i iść dalej przez życie. W końcu jest tylko jedno 🙂 Trzymam kciuki i pamiętaj – to Ty decydujesz, co dalej. Nikt inny 🙂

  • Emilia
    Listopad 16, 2017

    Edek zmarl 5 lipca 2016 roku. To byl facet. Ech. Mialam 30 lat jak Go poznalam zareczylismy sie na pielgrzymce. Szlam wtedy na Jasna Gorę. Jak ja sie cieszylam ze nie jestem juz sama, ze mam oparcie. Byl wwspaniałym człowiekiem wymarzonym dobrym ukochanym. Tanczylismy wieczorami w kuchni po kolacji a rano na stoliku zawsze stala moja ulubiona kawa. Codziennie mówiliśmy sobie jak sie kochamy. To bylo urocze. Urodziłam Oliwie byla jego ksiezniczka. Opowiadal jak bedzie uczyl ja jezdzic na rowerze jak odganial bedzie kolegow. Był dumnym ojcem. A ja bylam dumna ze swojej rodziny. To byl dziwny dzień. Bylam u mojej mamy. Wrocilam a on pogadal pytal jak sie czuje. I nagle upadl reanimowalam go w tle slyszalam tato tatusiu. Umarl na zawal od razu. Mial 40 lat. Oliwia wtedy miała 1.5 🙁 . Do tej pory wspomnia tate. Czarna rozpacz. Otchłań. Chęć ucieczki. Żal.. ból nie do opisania. Ale musialam sie pozbierac dla niej. Planowalismy budowe domu, wiec kupiłam projekt i buduje. Jestem dumna ze swojej siły. Zajmuje sie Oliwia i dogladam budowy. Placze wieczorem jak pójdzie spac ale wierze ze Edek by tego nie chcial. Kocham go nadal. Ale ide dalej.. nie ukrywam ze chodze na terapię do psycholog. Małgosia mi bardzo pomaga. Motywuje. Wierze w lepsze jutro. … trzymam kciuki za siłę jaka macie kobiety i mężczyźni. Cieszmy sie szczesciem jakie nas spotkalo, ze moglismy poznac tych wspanialych ludzi ze bylo nam dane przezyc chociaz tyle szczęścia.

    • Anita
      Listopad 17, 2017

      Emilio, dziękuję Ci za ten komentarz i życzę, żebyście razem z Oliwią znów mogły cieszyć się życiem 🙂

      • Emilia
        Listopad 17, 2017

        Dziękuję… wzajemnie wszystkiego najlepszego..

  • Justyna
    Listopad 18, 2017

    Straciłam męża trzy tygodnie temu.I nie rozumiem tego co czuje.Dlatego czytam różne forum, wypowiedzi. Załamać się nie zalamalam. Jakoś się trzymam. Też ten tydzień byłam już w pracy. Wieczory gorsze. Niespokojne noce. Dobrze ze mam jeszcze pieska. Narazie żyję chwilą, boje się myśleć co mnie czeka i jak będzie wyglądać moje życie.Ale już do końca mam być sama?

    • Anita
      Listopad 19, 2017

      Justa, bardzo mi przykro z powodu Twojego męża. Jedyne, co można w takiej sytuacji powiedzieć, to że zostaliśmy na Ziemi, dlatego że coś tu jeszcze jest przed nami, co musimy zrobić, przeżyć, zobaczyć… Trzymaj się! Jeśli masz potrzebę, pisz na maila. Anita

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *