Czego nauczy nas koronawirus?

środa, Kwiecień 8, 2020 0 0

Czego nauczy nas koronawirus? Próbuję sobie odpowiedzieć na to pytanie od kilku dni. A ten tekst próbuję napisać od 14 marca, dokładnie od dnia, kiedy jadąc przez opustoszały kraj przywiozłam do domu moją córkę. Wieczór wcześniej, gdy dotarłam do Nałęczowa, rząd ogłosił stan zagrożenia epidemicznego. Pojechałam po Olę, choć to bardzo nieekonomiczne i musiałam porzucić wiele zawodowych zobowiązań, bo nie bardzo umiałam ją sobie wyobrazić w transporcie publicznym. Nie po tym, co już dochodziło do nas i ze świata, i z Polski…

Miłe złego początki

Tydzień wcześniej z moimi przyjaciółkami, w ramach walki z koronawirusem, „odkażałyśmy się” od środka u jednej z nich, sporo rozmawiając o epidemii, a nawet trochę śmieszkując i wkurzając się na odwołane imprezy. Rozmawiałyśmy jakby to było coś bardzo odległego, co nas zupełnie nie dotyczy. Tydzień później ja jechałam przez całą Polskę z zachodu na wschód po moje dziecko, a Małgosia trafiła na domową kwarantannę, bo jej dziecko wróciło z pracy za granicą… Każdego dnia od tamtego czasu mam nowe przemyślenia. Trudno mi je nawet teraz przywoływać. Raz górę bierze zdrowy rozsądek i pragmatyzm, innym razem – zwykły ludzki, atawistyczny strach. A jeszcze innym… ta mała dziewczynka, która całe życie we mnie jest i która tyle już doświadczyła zła tego świata, że właściwie niestraszne jej już nic. I chyba ta ostatnia ma tu najwięcej do powiedzenia…

A koniec żałosny

Jako homo sapiens nie tylko z nazwy biorę sobie do serca zakazy i nakazy nawet tego, tak niechcianego przeze mnie, rządu i przestrzegam ich. Nie wychodzę, jeśli nie muszę. Zachowuję dystans. Mam rękawiczki, maskę, płyny odkażające, a po każdych zakupach – mimo że to nie jest jakoś szczególnie zalecane – Ola zakłada rękawiczki i wszystko po kolei odkaża i/lub myje. Wali potem spirytusem jak na dobrej melinie, dzięki czemu kontynuujemy niechlubne tradycje naszej bramy, w której swego czasu niejaka pani Z. prowadziła chyba najbardziej znaną melinę w mieście. A przynajmniej najbardziej znaną policji… Nie odwiedzam rodziny, choć oczywiście jesteśmy stale w kontakcie. Raczej nie spotkamy się w święta, bo jesteśmy odpowiedzialni. A ja przy każdej rozmowie z mamą strofuję ją, jak ma rozumieć słowo „izolacja”, i choć nie jestem do końca pewna, czy skutecznie, przynajmniej mam poczucie spełnionego obowiązku. No, bo przecież dzieckiem nie jest…

Zakupy tzw. codzienne, za którymi i tak nigdy nie przepadałam, teraz stały się czymś wyjątkowo stresującym. Stoję karnie w długiej kolejce do marketu, który normalnie byłby otwarty i po prostu bym weszła. Potem szybko i z duszą na ramieniu przelatuję przez sklep, walcząc z pokusą, żeby podrapać się w nos, który swędzi mnie pod maską jak diabli. Alergicy nie mają fajnie w te dni, uwierzcie mi. Nerwowo rozglądam się, kto za mną/przede mną stoi, i czy nie za blisko. Oczywiście, same zakupy ograniczone zostały do 1-2 dni w tygodniu. A i tak towarzyszy im nieprzyjemne uczucie, które potęgują jeszcze wszechobecne taśmy, ograniczniki i głosy ze sklepowych głośników przypominające o zakazach.

W oparach absurdu

Tak serio – gdyby ktoś Wam kiedyś powiedział, że przeżyjecie w życiu coś jak z filmu katastroficznego, uwierzylibyście? Przecież to absurd. To chodzenie w maskach, w rękawiczkach, odkażanie, mycie rąk po 300 razy dziennie, oglądanie się za siebie na ulicy, strach przed spotkaniem z listonoszem, kurierem, przed wejściem do sklepu, karne przestrzeganie zakazów… To przecież absurd. A jednak nagle stał się częścią naszego codziennego życia. 

Myślę sobie w takich chwilach, gdy sobie to uświadamiam, że gdy zaczęła się II Wojna Światowa, a później okupacja, ludzie też najpierw śmieszkowali, chodzili po kawiarniach, restauracjach, spotykali się, komentowali i rozmawiali o tym wszystkim, jakby to ich nie dotyczyło. Najpierw odległy był Hitler i niemiecki nazizm, a potem Westerplatte było tak samo odległe, jak dziś chińskie Wuhan, w którym wszystko się zaczęło. 

Kto? Ja mam umrzeć? Nieee….

Nasze zachowanie w takich sytuacjach to pewien mechanizm, który działa tak samo od stuleci. To ten sam mechanizm, który przez większość życia każe nam myśleć, że śmierć nas nie dotyczy. Kto? Ja? Nie… nie czuję, żebym miała dziś czy wkrótce umrzeć. Mój tato zwykł powtarzać, że „będzie wiedział, kiedy zdechnie”. Tak mówił. Najczęściej po alkoholu. Czy wiedział, gdy to następowało? Przez wiele dni przed śmiercią był nieprzytomny. Nawet nie mogliśmy się z nim pożegnać. Zmarł, tak jak umierają teraz ludzie na COVID-19. W samotności. Bez bliskich. Pod respiratorem. W szpitalu z dala o domu, w Sokołowsku. Też z powodu choroby zakaźnej – gruźlicy. Różnica była taka, że nie mieliśmy telefonu i o tym, że TO nastąpiło, dowiedzieliśmy się z telegramu.

My, ludzie, mamy poczucie pełnej kontroli nad wszystkim. Nawet – paradoksalnie – nad własną śmiercią. Jako ludzkość nie mamy w sobie za grosz pokory. Jako jednostki też w większości nie. Świat stoi przed nami otworem. Możemy wszystko. I osiągamy. Bez tego nie byłoby przecież rozwoju. Odkąd odkryliśmy, jak wzniecać ogień, bezustannie podporządkowujemy sobie także ziemię, wodę i powietrze. Bezrefleksyjnie. Bez skrupułów. Bez przewidywania konsekwencji. 

Czy koronawirus jest ostrzeżeniem? 

Czytałam i takie interpretacje tego, co się dzieje. Jako osoba mocno w życiu sponiewierana nie mam takich refleksji. To nie pierwsza i zapewne nie ostatnia pandemia w historii ludzkości. Wirusy były z nami, są i będą. Nigdzie się nie wybierają, o czym nie tylko antyszczepionkowcy zdają się zapominać. Jedyne, co możemy, to wynajdywać lekarstwa i szczepionki. I wynajdujemy. Ale nie byłoby lekarstw ani szczepionek, gdyby nie było epidemii, prawda?

Czy koronawirus nas czegoś nauczy? 

Też słyszę wokoło pełno takich interpretacji. Że nauczymy się doceniać… rodzinę. A co z kobietami i dziećmi cierpiącymi z powodu przemocy domowej? Ona nie znika tylko dlatego, że sprawców i ofiary zamknęliśmy nakazami i zakazami w czterech ścianach. Wręcz przeciwnie. A co z osobami, które po całym dniu z dziećmi, które nie chodzą do szkoły, przedszkola, na plac zabaw, na spacer, na dodatkowe zajęcia, są po prostu skrajnie wykończone? Że nauczymy się doceniać drobne rzeczy, jak np. to, że mamy balkon. Nie wiem, jakby było, gdybym mojego nie doceniała wcześniej. Ale nie sądzę, żebym nie doceniając go wcześniej, przypisywała teraz do niego jakąś szczególną wagę, poza tym, że mogę iść się przewietrzyć „na legalu”. Że docenimy zdrowie. Może i tak. Niektórzy. Na chwilę. Bo jak to wszystko się skończy… znów zapomnimy, jak jest ważne. 

Czego nauczy nas koronawirus?

A czy wojny nas czegoś nauczyły? Może tego, że niezbyt roztropnie, zwłaszcza pod względem ekonomicznym, jest wszczynać kolejne. I że potem trudno odbudować gospodarki. A więc czy może nas czegoś nauczyć wirus, na który w przeciwieństwie do wojen kompletnie nie mamy jako ludzkość wpływu? Może tego, że zatajanie tego typu informacji i nakazywanie służbom medycznym milczenia prowadzi do światowej pandemii? Może tego, że 90% systemów ochrony zdrowia na świecie jest wobec takiej skali zachorowań niewydolne. I może tego, że służby medyczne to nie krwiopijcy, tylko ci, którzy tę krew przetaczają dla ratowania zdrowia i życia. Ale to jest nauka dla ludzkości. Czego nauczy koronawirus przeciętnego mieszkańca Ziemi? Myślę, że dokładnie tyle, ile nauczył każdy inny wirus. Czyli po prostu niczego. Cieszmy się więc tym czasem samoizolacji i kwarantanny. Dla wielu Ziemian to prawdopodobnie najciekawsza rzecz, jaka wydarzyła się w ich życiu. Na szczęście, w moim już wydarzyło się znacznie więcej o wiele ciekawszych rzeczy. I mam nadzieję, że na tym nie koniec.

Moja mapa świata

niedziela, Luty 9, 2020 0 0

Kiedy byłam nastolatką, nad moim biurkiem wisiała mapa świata. Taka polityczna. Z kolorowym podziałem, dzięki któremu dokładnie wiedziałam, gdzie znajduje się który kraj…

Kiedy byłam nastolatką, moje życie nie należało do najłatwiejszych. Nie dość, że zmagałam się z problemami nastoletnimi (brzydka, niezgrabna, z ubogiej rodziny), to jeszcze zmagałam się z problemami czysto egzystencjalnymi (bieda, brak pieniędzy na wszystko, czasem też brak jedzenia), a dodatkowo filozoficzno-religijnymi (czy Bóg istnieje?, po co żyjemy? czy to wszystko ma sens?). O tych pierwszych mogłam porozmawiać z przyjaciółmi. Drugich, takich jak brak jedzenia w domu, nawet oni nie rozumieli. Trzecie… Kto zna odpowiedź?

Ta mapa świata nad moim biurkiem to był mój wentyl bezpieczeństwa. Kiedy było mi bardzo źle, patrzyłam na nią i wyobrażałam sobie, że gdzieś tam na świecie – w Afryce, Azji, Ameryce, Australii… – też są tacy biedni, zagubieni ludzie. Którzy nic nie mają. Którzy nie mają co jeść. Którzy nie mają pomocy. Którzy – tak jak ja – mają marzenia. Którzy chcą się z tego wszystkiego za wszelką cenę wydostać.

Ta mapa świata nad moim biurkiem to był mój psycholog, mój coach, mój mentor, mój przyjaciel większy niż wszyscy inni przyjaciele. Była ze mną zawsze i zawsze dawała mi nadzieję. Że nie jestem sama, że na smutnej Polsce czasu przełomu świat się nie kończy. Że mogę coś jeszcze w życiu osiągnąć…

W ostatnich tygodniach obejrzałam dwa filmy, które wywołały we mnie to wspomnienie. Oba rozgrywają się na tej mapie świata. Jeden w Azji, a drugi – w Afryce. Bohaterami obydwu są mali chłopcy. Jeden to „Kafarnaum” (opisywany też jako „Chłopiec, którego nie było”), drugi – „Chłopiec, który ujarzmił wiatr”. Ci chłopcy nie godzą się na rzeczywistość, w której żyją. Zain z „Kafarnaum” pozywa swoich rodziców za to, że się urodził. Że żyje w biedzie, że musi pracować, że jego małoletnia siostra zostaje wydana za mąż i przedwcześnie zachodzi w ciążę, która ją zabija. William z „Chłopiec, który ujarzmił wiatr” za wszelką cenę chce się uczyć, a dzięki wrodzonej inteligencji, mimo przeciwności losu, buduje w zmagającej się z głodem rodzinnej wiosce wiatrak, który pompuje wodę ze studni na pola. Obie to historie prawdziwe. Pierwsza nie dlatego, że naprawdę się wydarzyła, tylko dlatego że po obejrzeniu tego filmu uświadamiamy sobie, jak wiele dzieci chciałoby tak jak Zain oskarżyć swoich rodziców za to, że przywiedli go na ten świat. Druga – wydarzyła się naprawdę.

Oba te filmy poruszyły mnie do głębi, przypominając mi o tej mojej mapie świata. Bo ja też byłam trochę takim dzieckiem. Kochanym jak William, ale rzuconym na głęboką wodę jak Zain. Pamiętam, jak w domu nie było nic do jedzenia. Bo moja mama nie radziła sobie ze światem po śmierci ojca w wieku lat 40. Na szczęście, nie było tak jak w krajach trzeciego świata. Mieliśmy trochę mąki. I jakieś dżemy w piwnicy. Mój młodszy brat był mistrzem w robieniu naleśników z tej mąki i wody. Jedliśmy je z tymi dżemami, jakby to było królewskie jedzenie. Albo – choć nie bez wstydu – korzystałam z uprzejmości rodziców moich przyjaciół, dojadając u nich.

Te filmy poruszyły mnie też dlatego, że obaj chłopcy coś osiągnęli. Tak, jak ja, dzięki właściwie nie wiadomo czemu – uporowi? wierze we własne możliwości? niezgodzie? – wydostali się z tego swojego bagienka. Jak ja i wiele innych dzieci. Pewnie miliony takich dzieci. I powiem Wam, że jestem dumna z każdego jednego z nich. Z nas. Bo to jest prawdziwy wyczyn. Nie wyrosnąć w kochającym, dostatnim i dbającym o Ciebie (czasem nawet do przesady) domu, ale wyrosnąć w domu, który nie umie o Ciebie zadbać, bo nie potrafi zadbać o siebie. To jest prawdziwy wyczyn! Czemu o nim ciągle zapominam?…

Ta mapa świata… to było też zawsze moje okno na świat. Marzenie, żeby je otworzyć, zobaczyć, co tam jest. Jak żyją ludzie gdzie indziej. Poznanie ich. Poczucie, jak to jest żyć w jakimś innym miejscu na tej wielkiej mapie. Z tego – nie mam co do tego wątpliwości – zrodziła się moja potrzeba podróżowania, poznawania świata, a przede wszystkim poznawania życia ludzi. Dziś nagle z tego wszystkiego zakiełkował w mojej głowie nowy pomysł. Odwiedzić wszystkie kontynenty. Zobaczyć, jak tam żyją ludzie. Napisać moją własną mapę świata…

Uda mi się?…