Długość dźwięku samotności

sobota, Październik 10, 2020 0 0

Jaka jest? Jak długo trwa? Do kiedy czujesz się w niej komfortowo, a od kiedy nie? I jak to jest po prostu być samemu ze sobą? Tak całkiem, w oderwaniu od wszystkiego. Opowiem Wam dziś o jednym z najdziwniejszych doświadczeń w moim życiu. Samotnych wakacjach w Beskidzie Niskim.

Tak się jakoś złożyło w tym dziwnym, pandemicznym roku, że długo odkładałam swój urlop, mimo że już kilka lat temu zrozumiałam, jak bardzo jest on potrzebny dla zdrowia psychicznego. Trochę to było zależne ode mnie, ale w dużym stopniu niezależne. Tak po prostu wyszło. Tak też wyszło, że przez to odkładanie nie miałam na ten urlop żadnego towarzystwa. Musiałam zdecydować, czy po prostu dać sobie wolne i zaszyć się w domu, czy zdecydować się na samotną wyprawę, co do której zawsze twierdziłam, że jest to coś, co mogłabym zrobić. Tak więc postanowiłam się przekonać.

Jako swój cel wybrałam Beskid Niski – część Polski wciąż jeszcze pełną tajemnic i nieodkrytych miejsc. A przede wszystkim uczęszczaną nawet mniej licznie niż Bieszczady, które już niestety mają turystyczną skazę. Piękne góry, cudowne krajobrazy, klimatyczne miejsca. I podobno, choć już dzisiaj, po powrocie, mogę to potwierdzić – najdziksze góry w Polsce. Nieprawdopodobne, szczerze mówiąc.

Bywały dni, kiedy w czasie moich wędrówek przez kilkanaście kilometrów nie spotkałam żywego ducha, za wyjątkiem ludzi, którzy prawdopodobnie byli w wiejskich domach, mijanych przeze mnie samochodem lub pieszo. Albo owiec, koni, czy krów na pastwiskach. Momentami otaczałaby mnie cisza, jakiej wieki całe nie słyszałam. Otaczałaby, gdyby nie mój permanentny szum w uchu 😉

Wyznaczyłam sobie cele i je zrealizowałam. Chciałam mieć pokój z widokiem i to się udało, choć całkiem niechcący. Chciałam zdobyć na pewno Lackową, piętnasty szczyt w Koronie Gór Polskich, chciałam przejść się łąkami z widokiem na góry, zobaczyć panoramy ze szczytów. Chciałam się zmęczyć. Chciałam też mieć czas, żeby poczytać, obejrzeć filmy czy seriale w nadmiarze bez wyrzutów sumienia i zająć się projektami wnętrz, których cały czas wciąż kilka na mnie czeka (i dziękuję właścicielom tych wnętrz za cierpliwość). I to wszystko mi się udało. A ja wciąż nie jestem usatysfakcjonowana. Co jest ze mną nie tak?

Rzecz w tym, co zrozumiałam będąc tam całkiem sam na sam ze sobą. Były podczas mojego wyjazdu dni, kiedy jedyne słowa, jakie wypowiadałam, to było zamówienie obiadu w restauracji. A każdego dnia wracałam do pensjonatu, do pokoju z przepięknym widokiem, w którym jednak nie czekały na mnie nawet koty, jak w domu. To ostatnie dotarło do mnie dopiero po powrocie i po tym, jak zobaczyłam, jakim przywiązaniem mnie darzą te zwierzaki. W tej chwili oba leżą tuż przy mnie, bo nie mogą się ode mnie oderwać, odkąd wróciłam do domu.

Uświadomienie sobie tego, jak bardzo można być samotnym, było najtrudniejszym doświadczeniem tego wyjazdu. Przez cały ten czas było zaledwie kilka osób, które się regularnie odzywały, pytały, jak się mam i generalnie były zainteresowane MNĄ, a nie obrazkami, które wrzucałam w social mediach. To też dało mi do myślenia. Bo przecież mam TYLU znajomych, przyjaciół itp. itd. Prawda jest jednak taka, że każdy żyje własnym życiem i choć to truizm, w tej sytuacji okazał się wręcz filozoficzną sentencją. Każdy ma swoje życie do przeżycia. I chce tego czy nie chce, skupia się przede wszystkim właśnie na tym.

Miałam więc sposobność doświadczyć zarówno ciszy realnej, jak też wirtualnej i emocjonalnej. Doświadczyłam też takiej ciszy, która sprawiła, że jak na jawie przyśnił mi się mój tata, który nie śnił mi się od 30 lat, a zmarł 32 lata temu. Rozmawiałam z nim o absolutnie przyziemnych sprawach, co czyniło ten sen jeszcze bardziej realistycznym. To nie wszystko. Mimo pięknego miejsca, urlopu i pięknych planów na każdy dzień, budziłam się tam pełna obaw i niepewności, co mam robić, bo przecież byłam zdana tylko i wyłącznie na siebie i swoje własne decyzje. W dodatku pogoda temu sprzyjała. Jej chwiejność sprawiała, że te decyzje podejmowałam dopiero po przebudzeniu i przeanalizowaniu prognoz dla miejsc, w których chciałam się znaleźć.

A jako wisienka na tym pełnym jesiennych, zielono-rudo-brązowych barw torcie pojawiła się kontuzja, która do tego wszystkiego uświadomiła mi nieuchronność zbliżania się do jesieni życia. Na kilka dni i kilkadziesiąt kilometrów górskich spacerów i wspinaczek moje lewe kolano powiedziało: “pierdolę to” i wysłało mi ostrzeżenie. Tak naprawdę, jak tak teraz analizuję, to oba moje kolana próbowały mi coś powiedzieć po każdej tegorocznej forsownej przejażdżce na rowerze i po każdym ostrzejszym treningu. Ale przecież ja jestem wciąż młoda i niezniszczalna! Tyle że to nieprawda. I o tym też się podczas tej mojej wyprawy przekonałam.

Jak długi jest dźwięk samotności? Nie potrafię tego precyzyjnie określić. Może to były te 464 km, które przejechałam, by znaleźć się w Wysowej Zdroju? Może tych kilkadziesiąt kilometrów, które samotnie przewędrowałam po górach? Może wszystkie te kilometry, włącznie z wczorajszym powrotem? A może te ułamki sekund, w których chciało mi się wyć, jak wilkom, których podobno w Beskidzie Niskim nie brakuje, podobnie jak innych dzikich i ginących zwierząt. Niestety, nie spotkałam żadnego, ale właściwie nie żałuję. To kolejna rzecz na świecie, z którą nie chciałabym się musieć mierzyć samotnie…

W przedostatni dzień trafiłam na jeden z licznych w Beskidzie Niskim cmentarzy wojennych z czasów I Wojny Światowej – cmentarz nr 60. Są ponumerowane i oznaczone na szlakach. Nie jestem fanką podróży śladami militarnymi, ale te cmentarze to jeden z symboli tych gór, więc chciałam zobaczyć, jak wyglądają. Cmentarz nr 60 jest wyjątkowo malowniczy – zachowały się niemal wszystkie krzyże, poza jednym, i widać, że ktoś dba o to miejsce. Jak można wyczytać z pamiątkowej tabliczki, pochowano na nim 174 żołnierzy armii austro-węgierskiej w 4 mogiłach zbiorowych i 63 pojedynczych. Wśród tych pojedynczych znalazłam jedną mogiłę, przy której musiałam przystanąć na dłużej. Najpierw dlatego, że wyróżniała się wyglądem od innych, potem dlatego, że była to mogiła Żyda, a ja ze względu na swoją wyjątkową niechęć do wieprzowiny często powtarzam, że w poprzednim wcieleniu musiałam być Żydówką i ta kultura mnie od zawsze fascynuje, a wreszcie dlatego, że właśnie wtedy, tam, w tym miejscu, na tym cmentarzu, przy tym grobie, poczułam się tak jak pochowany w nim Mendel Brod – sama pośród tak wielu.

Dziś już jestem u siebie i doszłam do siebie. Ale to doświadczenie i to, co przeżyłam i zrozumiałam, zostanie we mnie już na zawsze. I znów sprawdziło się moje stare credo – jeśli chcesz kogoś naprawdę poznać, zabierz go w góry. Zabrałam. Poznałam. Czas na zmiany…

Coś bym zepsuła…

sobota, Lipiec 18, 2020 0 0

Jednym z moich ulubionych babskich filmów są “Smażone zielone pomidory”. To historia kilku pokoleń kobiet rozgrywająca się w dwóch planach czasowych – w latach 30. XX wieku i współcześnie, tzn. w latach 90. XX wieku. Rzecz dzieje się w południowo-wschodnim stanie Alabama, co ma niebagatelne znaczenie dla całej fabuły.

Kobiety, których historiom się przyglądamy, nie mają lekko ani przed wojną, ani współcześnie. I w latach 30., i w momencie, gdy zaczyna się fabuła, wszechobecny jest patriarchat, mężczyźni trudniący się wyłącznie zarabianiem na rodzinę, kobiety spychane do roli kucharek, sprzątaczek i kelnerek. Do tego Afroamerykanie, którzy przed wojną mogli być wyłącznie służącymi. Typowe amerykańskie południe…

Kobiety z południa

Retrospekcje to opowieść bohaterki granej przez wspaniałą Jessikę Tandy, współczesność z godnością reprezentuje niezrównana Kathy Bates. Panie spotykają się w domu spokojnej starości, gdzie Tandy trafiła na stare lata. Uśmiechnięta, pogodzona z życiem, mająca do opowiedzenia niesamowitą historię “Whistle Stop Caffe” i dwóch kobiet zmagających się z trudną, patriarchalną rzeczywistością południa lat 30. Bates zajmuje się byciem żoną zapracowanego Eda, archetypicznego męża pracującego na utrzymanie rodziny, któremu gdy wraca z pracy, trzeba podać obiad i najlepiej od razu zniknąć, bo telewizor jest znacznie ciekawszy. Gdy kobiety się poznają, Kathy Bates jest sfrustrowana, czuje się niekochana, brzydka, ma wahania nastroju, oblewają ją fale gorąca… Po prostu przekwita. A tymczasem całe życie upłynęło jej na robieniu zakupów, sprzątaniu, praniu, gotowaniu i podawaniu mężowi posiłków. I właśnie sobie z tego zdaje sprawę.

Dziś jestem Kathy Bates

Nie mam, co prawda, męża i nie podaję nikomu obiadu pod nos (chyba że kotom). Ale od kilku tygodni uderzeń gorąca jest zdecydowanie więcej niż kiedyś, nastroje mam naprawdę przeróżne i czasem samej mi ze sobą trudno wytrzymać. Na szczęście praca kocha mnie z wzajemnością, nie dając za dużo myśleć o sobie. A pomiędzy pracę jeszcze wciskam rower, zakupy, gotowanie, sprzątanie, kosmetyczkę, książkę do poduszki, film czy serial na dobranoc. Nudy zdecydowanie nie ma. Jest za to wieczny dzień świstaka. Wieczna pogoń za nie wiadomo czym. Nawet na rowerze nie jadę, tylko gonię. A raczej uciekam. Od myśli, których jest ciągle za dużo. Od rzeczywistości, która nie zawsze jest piękna i różowa. Od niedoskonałości mojego starzejącego się ciała. Od każdego “muszę”, od ciągłego “trzeba”, od nieustannie towarzyszącego mi poczucia, że nie mogę stanąć w miejscu. Więc jak Forrest Gump – zawsze jak gdzieś idę, to biegnę.

Wewnętrzne po-rachunki

Dziś rano usiadłam na sofie, na kolana wlazła mi kotka, która koniecznie chciała być w tym momencie głaskana. I się zatrzymałam. Policzyłam, ile w moich myślach jest w tej chwili “muszę to”, “trzeba tamto”, “nie mogę tak siedzieć”, “tyle jest do zrobienia”. Policzyłam, ile w ciągu dnia muszę podejmować decyzji. W co się ubrać? Co zjeść na śniadanie/obiad/kolację? Gdzie zrobić zakupy? Którędy jechać/iść? O której to? O której tamto? Jak coś zrobić? Czy kupić świeże pieczywo, czy jeszcze dojemy to, co jest? Kiedy iść na urlop? Gdzie pojechać? Policzyłam, ile rzeczy sobie obiecuję, że zrobię, a ciągle na nie brakuje czasu. Porządki w szafach. Przemianę zagraconej spiżarni w rowerownię. Doczytanie wszystkich zaczętych książek. Napisanie takiej własnej, którą ktoś będzie chciał wydrukować. Częstsze pisanie na blogu. Dokończenie lub zrobienie tych wszystkich projektów, które obiecałam przyjaciołom i znajomym. Policzyłam wszystkie wyrzuty sumienia ze wszystkich powodów – tych powyżej i wielu innych – które mnie co dnia dopadają, że “czegoś nie zrobiłam”.

Jak robić nic?

Policzyłam to wszystko i pomyślałam, że spróbuję chociaż przez chwilę nic nie musieć i nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Przynajmniej dopóki nie będę musiała wyjść z domu na spotkanie. Pomyślałam, że skoro tak siedzę i nic nie robię (Widzicie? To niezależne ode mnie!), to może napiszę coś na blogu. Jeden wyrzut sumienia z głowy. A nawet więcej, bo to doskonałe wytłumaczenie, że pranie wciąż nieposkładane, że jeszcze nie zaczęłam sprzątać, że pościel wciąż niezmieniona, że zakupy dopiero przede mną, że nadal nie wiem, co na obiad, że w sumie to mogłabym teraz stać przy szafie i wywalać rzeczy, których od dawna nie noszę, albo być w spiżarni i skręcać regał, który do niej kupiłam. Zamiast tego siedzę, z laptopem na kolanach i kotem, dla którego moje nogi to najlepsze legowisko, słucham soundtrack z “Hamiltona”, dopijam kawę i myślę, że gdybym naprawdę tak się w życiu zatrzymała, nie byłabym sobą.

Towanda!

Chociaż więc denerwuje mnie to, że ciągle trzeba podejmować jakieś decyzje, że wciąż tyle rzeczy jest niezrobionych, niedokończonych, że wiecznie na coś brakuje mi czasu, że generalnie ostatnio to w ogóle mnie wszystko denerwuje bardziej niż kiedyś, że te hormony to pieprzone dranie, nad którymi trudno zapanować, nie zamierzam tak siedzieć w nieskończoność. Jedna z moich przyjaciółek, Sylwia, lubi powtarzać w chwilach idealnych: “coś bym zepsuła”. Pasuje mi to do mnie. Ja bym cały czas “coś zepsuła”. Bo nie może być ciągle tak samo. Ciągle tak samo znaczy nijako. Ja zawsze coś muszę robić, zmieniać, rozwalać, naprawiać. Dokądś zmierzać, jechać, gnać. I żadna menopauza mi w tym nie przeszkodzi. Towanda!

Kamień w wodę, czyli jak rozchodzi się fala

sobota, Lipiec 11, 2020 0 0

Kamień rzucony w wodę zawsze wywołuje fale. Koła rozchodzą się od miejsca, w którym zatonął, tak długo, aż woda się nie uspokoi. Czasem kamień znika na dnie już na zawsze, tworząc swoją własną, podwodną historię. A czasem ktoś po latach wyłowi go i przywróci do poprzedniego życia. Bo te fale, kręgi na wodzie to często taki sygnał dawany światu, że on, ten kamień, tam jest. Może wizualnie sygnał znika, ale w pamięci pozostaje…

Zwykły poniedziałek. Jadę samochodem. Dzwoni telefon. “Dzień dobry. Alicja Jakaśtamjakaś (też nie zapamiętujecie nazwisk w czasie rozmów telefonicznych, prawda?)” Przez głowę przebiega mi myśl, że znowu ktoś ma mój namiar z czasów mojej poprzedniej pracy i dzwoni albo że ktoś chce mi sprzedać przez telefon jakieś usługi itp. I generalnie – że zaraz skończę tę rozmowę i odłożę telefon. Ale nagle słyszę “Anita?” i prawie nieruchomieję. Dlaczego, do diabła, jakaś akwizytorka mówi do mnie po imieniu?! “Tak” – wyduszam niepewnie. “Cześć, tu Alicja (tu pada nazwisko, które w tym momencie dokładnie słyszę), ze studiów”. Szok, lawina myśli, radość, euforia… Skręcam i parkuję na najbliższym miejscu, które widzę. Wiem, że emocje będą zbyt duże, żeby jechać dalej.

Alicja, Ala to moja przyjaciółka ze studiów, z którą z biegiem życia nas obu straciłam kontakt. Całkiem niedawno, gdy słuchałam w jakimś serwisie, że w Krotoszynie jest bardzo duże ognisko koronawirusa, próbowałam ją odnaleźć na Facebooku. Ale bez rezultatu. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Stoję we wrocławskim akademiku o wdzięcznej nazwie “Słowianka” i czekam, tak jak inni obok, na przydział do pokoju. Podchodzi do mnie dziewczyna o kuli i mówi: “Cześć, jestem Ala. Jesteś tutaj sama?…” “Może zamieszkamy razem” – dodaje, gdy słyszy, że tak. Może nie taka, ale podobna rozmowa się wtedy odbyła. Czas już bardzo zatarł słowa, ale obrazy wciąż trwają. Później Ala powie mi, że dobrze mi patrzyło z oczu i dlatego do mnie podeszła.

Zamieszkałyśmy ze sobą na całe studia. Przeżyłyśmy razem spory kawałek życia. Ja, stroniąca wtedy bardzo od kościoła, chodziłam z nią nawet na nauki przedmałżeńskie, bo z przyszłym mężem, który studiował w Poznaniu, mieli zgodę na odbywanie ich osobno. Gdy przyszedł czas nauk, była zima i było bardzo ślisko. I mimo że parafia akademicka, w której Ala miała nauki, była dość blisko, jej było tam trudno iść samej. A może w taki wdzięczny sposób próbowała mnie na powrót przekonać do Kościoła 😉

W każdym razie tych kilka lat spędzonych razem w naszych akademikach i na studiach, to masa wspomnień, które są ze mną do dzisiaj. Wśród nich wspólna nauka do sesji przy piwie, testowanie depilatorów, które dopiero pojawiły się na rynku, dyżurne danie w postaci naleśników z konfiturą wiśniową. Słoiki z przysmakami swojej mamy, które Ala przywoziła i potem razem sobie na tej bazie gotowałyśmy. Przeprowadzka ze “Słowianki” do “Ołówka”, gdzie Ala mogła zamieszkać bez problemu, ale ja nie, więc wymyśliłyśmy bajerę, że ona, niepełnosprawna, bardzo potrzebuje opiekunki. Napisałyśmy piękne pismo i udało się! Bardzo byłyśmy sprytne załatwiając takie i różne inne rzeczy. Zwłaszcza Ala, typowa pragmatyczna “poznaniaczka”, umiejąca sobie doskonale radzić w życiu, w swoim drugim życiu, które dostała po wypadku na motocyklu z bratem. Ja tylko się od niej uczyłam. Ale nauczyłam się bardzo wiele.

Dwa dni wcześniej świętowałam moje 47. urodziny. Wiele miesięcy temu, jeszcze przed pandemią, stwierdziłam, że te urodziny to będzie taka moja pięćdziesiątka. Bo urodziłam się 4.07, a 4 i 7 to moje szczęśliwe cyfry. Nie, nie… nie jestem fanką numerologii. Po prostu są szczęśliwe. Pandemia zmieniła wszystko i teraz mam taki czas, że trochę się boję planować. Większość decyzji podejmuję albo na spontanie, albo na ostatnią chwilę. A więc kiedy przyszedł czas urodzin, nie zaplanowałam nic. Moja przyjaciółka Ania nie byłaby jednak sobą, gdyby czegoś nie wymyśliła. I tak oto wylądowałam we Wrocławiu u jeszcze jednej przyjaciółki.

Jechałyśmy więc tego 4 lipca taksówką do jednego z barów przy plaży i mijałyśmy miasteczko akademickie. Rzuciłam okiem na “Kredkę” i “Ołówek” i od razu zobaczyłam w myślach Alę. I jak siedzimy przy stolikach po południu próbując się uczyć i mimo wypitej kawy, prawie zasypiając i śmiejąc się, że “kawa zmarnowana”. I jak wyszukiwałyśmy tanie spektakle we wrocławskich teatrach, jak chodziłyśmy do DKF-ów (Dyskusyjnych Klubów Filmowych – jeśli ktoś nie wie), jak poszłyśmy na dodatkowe zajęcia z teorii filmu, na które namówiła mnie Ala, i które skończyły się tym, że pisałam z teorii filmu pracę magisterską…

I minął ledwie jeden dzień… a ona dzwoni do mnie! Bo 4 lipca, w moje urodziny, Ala też pomyślała o mnie. Chciała mi złożyć życzenia, więc wysłała SMS na mój dawny numer telefonu. Odpowiedziała jej jakaś hurtownia. I gdyby nie to, że odpowiedziała, temat by ucichł pewnie na kolejne lata. Ala myślałaby, że po prostu zignorowałam wiadomość. Ale gdy zrozumiała, że to już nie jest mój numer, zaczęła przeczesywać internety. I znalazła mnie TUTAJ, na moim blogu, który ostatnio tak bardzo po macoszemu traktuję. A szkoda, bo spełnił misję, do której nawet nie był powołany…

Kiedy byłam nastolatką, myślałam wzorem Ani z Zielonego Wzgórza, że w życiu ma się tylko jedną przyjaciółkę. Dziś, ukończywszy lat 47, wiem, że to całkowita nieprawda. Mam wielu przyjaciół i oczywiście jedna, Ania, jest najważniejsza, ale to w żaden sposób nie umniejsza roli, jaką pozostali odgrywają w moim życiu. A każdy z nich jakąś odgrywa. Każdy pojawia się po coś. Od każdego czegoś innego się uczę, od każdego co innego czerpię, z każdym mam różne rodzaje porozumienia dusz, myśli, wiedzy, humoru itp. itd. Ala, ten jej telefon spod wody upewnił mnie w tym, co już dawno wiem – sensem życia są ludzie, których się na swojej drodze spotyka. Zwłaszcza ci, z którymi nawet wieloletnia rozłąka niczego nie zmienia…

Wpis ten dedykuję wszystkim moim przyjaciołom, dzisiejszym i dawnym – tym, z którymi nasze drogi się rozeszły i tym, z którymi zeszły się dopiero teraz. Nie ma na świecie nic lepszego niż przyjaźń, niż miłość, niż wszystkie pozytywne emocje i uczucia, które wypływają dzięki spotkaniom z drugim człowiekiem.

Czego nauczy nas koronawirus?

środa, Kwiecień 8, 2020 0 0

Czego nauczy nas koronawirus? Próbuję sobie odpowiedzieć na to pytanie od kilku dni. A ten tekst próbuję napisać od 14 marca, dokładnie od dnia, kiedy jadąc przez opustoszały kraj przywiozłam do domu moją córkę. Wieczór wcześniej, gdy dotarłam do Nałęczowa, rząd ogłosił stan zagrożenia epidemicznego. Pojechałam po Olę, choć to bardzo nieekonomiczne i musiałam porzucić wiele zawodowych zobowiązań, bo nie bardzo umiałam ją sobie wyobrazić w transporcie publicznym. Nie po tym, co już dochodziło do nas i ze świata, i z Polski…

Miłe złego początki

Tydzień wcześniej z moimi przyjaciółkami, w ramach walki z koronawirusem, „odkażałyśmy się” od środka u jednej z nich, sporo rozmawiając o epidemii, a nawet trochę śmieszkując i wkurzając się na odwołane imprezy. Rozmawiałyśmy jakby to było coś bardzo odległego, co nas zupełnie nie dotyczy. Tydzień później ja jechałam przez całą Polskę z zachodu na wschód po moje dziecko, a Małgosia trafiła na domową kwarantannę, bo jej dziecko wróciło z pracy za granicą… Każdego dnia od tamtego czasu mam nowe przemyślenia. Trudno mi je nawet teraz przywoływać. Raz górę bierze zdrowy rozsądek i pragmatyzm, innym razem – zwykły ludzki, atawistyczny strach. A jeszcze innym… ta mała dziewczynka, która całe życie we mnie jest i która tyle już doświadczyła zła tego świata, że właściwie niestraszne jej już nic. I chyba ta ostatnia ma tu najwięcej do powiedzenia…

A koniec żałosny

Jako homo sapiens nie tylko z nazwy biorę sobie do serca zakazy i nakazy nawet tego, tak niechcianego przeze mnie, rządu i przestrzegam ich. Nie wychodzę, jeśli nie muszę. Zachowuję dystans. Mam rękawiczki, maskę, płyny odkażające, a po każdych zakupach – mimo że to nie jest jakoś szczególnie zalecane – Ola zakłada rękawiczki i wszystko po kolei odkaża i/lub myje. Wali potem spirytusem jak na dobrej melinie, dzięki czemu kontynuujemy niechlubne tradycje naszej bramy, w której swego czasu niejaka pani Z. prowadziła chyba najbardziej znaną melinę w mieście. A przynajmniej najbardziej znaną policji… Nie odwiedzam rodziny, choć oczywiście jesteśmy stale w kontakcie. Raczej nie spotkamy się w święta, bo jesteśmy odpowiedzialni. A ja przy każdej rozmowie z mamą strofuję ją, jak ma rozumieć słowo „izolacja”, i choć nie jestem do końca pewna, czy skutecznie, przynajmniej mam poczucie spełnionego obowiązku. No, bo przecież dzieckiem nie jest…

Zakupy tzw. codzienne, za którymi i tak nigdy nie przepadałam, teraz stały się czymś wyjątkowo stresującym. Stoję karnie w długiej kolejce do marketu, który normalnie byłby otwarty i po prostu bym weszła. Potem szybko i z duszą na ramieniu przelatuję przez sklep, walcząc z pokusą, żeby podrapać się w nos, który swędzi mnie pod maską jak diabli. Alergicy nie mają fajnie w te dni, uwierzcie mi. Nerwowo rozglądam się, kto za mną/przede mną stoi, i czy nie za blisko. Oczywiście, same zakupy ograniczone zostały do 1-2 dni w tygodniu. A i tak towarzyszy im nieprzyjemne uczucie, które potęgują jeszcze wszechobecne taśmy, ograniczniki i głosy ze sklepowych głośników przypominające o zakazach.

W oparach absurdu

Tak serio – gdyby ktoś Wam kiedyś powiedział, że przeżyjecie w życiu coś jak z filmu katastroficznego, uwierzylibyście? Przecież to absurd. To chodzenie w maskach, w rękawiczkach, odkażanie, mycie rąk po 300 razy dziennie, oglądanie się za siebie na ulicy, strach przed spotkaniem z listonoszem, kurierem, przed wejściem do sklepu, karne przestrzeganie zakazów… To przecież absurd. A jednak nagle stał się częścią naszego codziennego życia. 

Myślę sobie w takich chwilach, gdy sobie to uświadamiam, że gdy zaczęła się II Wojna Światowa, a później okupacja, ludzie też najpierw śmieszkowali, chodzili po kawiarniach, restauracjach, spotykali się, komentowali i rozmawiali o tym wszystkim, jakby to ich nie dotyczyło. Najpierw odległy był Hitler i niemiecki nazizm, a potem Westerplatte było tak samo odległe, jak dziś chińskie Wuhan, w którym wszystko się zaczęło. 

Kto? Ja mam umrzeć? Nieee….

Nasze zachowanie w takich sytuacjach to pewien mechanizm, który działa tak samo od stuleci. To ten sam mechanizm, który przez większość życia każe nam myśleć, że śmierć nas nie dotyczy. Kto? Ja? Nie… nie czuję, żebym miała dziś czy wkrótce umrzeć. Mój tato zwykł powtarzać, że „będzie wiedział, kiedy zdechnie”. Tak mówił. Najczęściej po alkoholu. Czy wiedział, gdy to następowało? Przez wiele dni przed śmiercią był nieprzytomny. Nawet nie mogliśmy się z nim pożegnać. Zmarł, tak jak umierają teraz ludzie na COVID-19. W samotności. Bez bliskich. Pod respiratorem. W szpitalu z dala o domu, w Sokołowsku. Też z powodu choroby zakaźnej – gruźlicy. Różnica była taka, że nie mieliśmy telefonu i o tym, że TO nastąpiło, dowiedzieliśmy się z telegramu.

My, ludzie, mamy poczucie pełnej kontroli nad wszystkim. Nawet – paradoksalnie – nad własną śmiercią. Jako ludzkość nie mamy w sobie za grosz pokory. Jako jednostki też w większości nie. Świat stoi przed nami otworem. Możemy wszystko. I osiągamy. Bez tego nie byłoby przecież rozwoju. Odkąd odkryliśmy, jak wzniecać ogień, bezustannie podporządkowujemy sobie także ziemię, wodę i powietrze. Bezrefleksyjnie. Bez skrupułów. Bez przewidywania konsekwencji. 

Czy koronawirus jest ostrzeżeniem? 

Czytałam i takie interpretacje tego, co się dzieje. Jako osoba mocno w życiu sponiewierana nie mam takich refleksji. To nie pierwsza i zapewne nie ostatnia pandemia w historii ludzkości. Wirusy były z nami, są i będą. Nigdzie się nie wybierają, o czym nie tylko antyszczepionkowcy zdają się zapominać. Jedyne, co możemy, to wynajdywać lekarstwa i szczepionki. I wynajdujemy. Ale nie byłoby lekarstw ani szczepionek, gdyby nie było epidemii, prawda?

Czy koronawirus nas czegoś nauczy? 

Też słyszę wokoło pełno takich interpretacji. Że nauczymy się doceniać… rodzinę. A co z kobietami i dziećmi cierpiącymi z powodu przemocy domowej? Ona nie znika tylko dlatego, że sprawców i ofiary zamknęliśmy nakazami i zakazami w czterech ścianach. Wręcz przeciwnie. A co z osobami, które po całym dniu z dziećmi, które nie chodzą do szkoły, przedszkola, na plac zabaw, na spacer, na dodatkowe zajęcia, są po prostu skrajnie wykończone? Że nauczymy się doceniać drobne rzeczy, jak np. to, że mamy balkon. Nie wiem, jakby było, gdybym mojego nie doceniała wcześniej. Ale nie sądzę, żebym nie doceniając go wcześniej, przypisywała teraz do niego jakąś szczególną wagę, poza tym, że mogę iść się przewietrzyć „na legalu”. Że docenimy zdrowie. Może i tak. Niektórzy. Na chwilę. Bo jak to wszystko się skończy… znów zapomnimy, jak jest ważne. 

Czego nauczy nas koronawirus?

A czy wojny nas czegoś nauczyły? Może tego, że niezbyt roztropnie, zwłaszcza pod względem ekonomicznym, jest wszczynać kolejne. I że potem trudno odbudować gospodarki. A więc czy może nas czegoś nauczyć wirus, na który w przeciwieństwie do wojen kompletnie nie mamy jako ludzkość wpływu? Może tego, że zatajanie tego typu informacji i nakazywanie służbom medycznym milczenia prowadzi do światowej pandemii? Może tego, że 90% systemów ochrony zdrowia na świecie jest wobec takiej skali zachorowań niewydolne. I może tego, że służby medyczne to nie krwiopijcy, tylko ci, którzy tę krew przetaczają dla ratowania zdrowia i życia. Ale to jest nauka dla ludzkości. Czego nauczy koronawirus przeciętnego mieszkańca Ziemi? Myślę, że dokładnie tyle, ile nauczył każdy inny wirus. Czyli po prostu niczego. Cieszmy się więc tym czasem samoizolacji i kwarantanny. Dla wielu Ziemian to prawdopodobnie najciekawsza rzecz, jaka wydarzyła się w ich życiu. Na szczęście, w moim już wydarzyło się znacznie więcej o wiele ciekawszych rzeczy. I mam nadzieję, że na tym nie koniec.

Moja mapa świata

niedziela, Luty 9, 2020 0 0

Kiedy byłam nastolatką, nad moim biurkiem wisiała mapa świata. Taka polityczna. Z kolorowym podziałem, dzięki któremu dokładnie wiedziałam, gdzie znajduje się który kraj…

Kiedy byłam nastolatką, moje życie nie należało do najłatwiejszych. Nie dość, że zmagałam się z problemami nastoletnimi (brzydka, niezgrabna, z ubogiej rodziny), to jeszcze zmagałam się z problemami czysto egzystencjalnymi (bieda, brak pieniędzy na wszystko, czasem też brak jedzenia), a dodatkowo filozoficzno-religijnymi (czy Bóg istnieje?, po co żyjemy? czy to wszystko ma sens?). O tych pierwszych mogłam porozmawiać z przyjaciółmi. Drugich, takich jak brak jedzenia w domu, nawet oni nie rozumieli. Trzecie… Kto zna odpowiedź?

Ta mapa świata nad moim biurkiem to był mój wentyl bezpieczeństwa. Kiedy było mi bardzo źle, patrzyłam na nią i wyobrażałam sobie, że gdzieś tam na świecie – w Afryce, Azji, Ameryce, Australii… – też są tacy biedni, zagubieni ludzie. Którzy nic nie mają. Którzy nie mają co jeść. Którzy nie mają pomocy. Którzy – tak jak ja – mają marzenia. Którzy chcą się z tego wszystkiego za wszelką cenę wydostać.

Ta mapa świata nad moim biurkiem to był mój psycholog, mój coach, mój mentor, mój przyjaciel większy niż wszyscy inni przyjaciele. Była ze mną zawsze i zawsze dawała mi nadzieję. Że nie jestem sama, że na smutnej Polsce czasu przełomu świat się nie kończy. Że mogę coś jeszcze w życiu osiągnąć…

W ostatnich tygodniach obejrzałam dwa filmy, które wywołały we mnie to wspomnienie. Oba rozgrywają się na tej mapie świata. Jeden w Azji, a drugi – w Afryce. Bohaterami obydwu są mali chłopcy. Jeden to “Kafarnaum” (opisywany też jako “Chłopiec, którego nie było”), drugi – “Chłopiec, który ujarzmił wiatr”. Ci chłopcy nie godzą się na rzeczywistość, w której żyją. Zain z “Kafarnaum” pozywa swoich rodziców za to, że się urodził. Że żyje w biedzie, że musi pracować, że jego małoletnia siostra zostaje wydana za mąż i przedwcześnie zachodzi w ciążę, która ją zabija. William z “Chłopiec, który ujarzmił wiatr” za wszelką cenę chce się uczyć, a dzięki wrodzonej inteligencji, mimo przeciwności losu, buduje w zmagającej się z głodem rodzinnej wiosce wiatrak, który pompuje wodę ze studni na pola. Obie to historie prawdziwe. Pierwsza nie dlatego, że naprawdę się wydarzyła, tylko dlatego że po obejrzeniu tego filmu uświadamiamy sobie, jak wiele dzieci chciałoby tak jak Zain oskarżyć swoich rodziców za to, że przywiedli go na ten świat. Druga – wydarzyła się naprawdę.

Oba te filmy poruszyły mnie do głębi, przypominając mi o tej mojej mapie świata. Bo ja też byłam trochę takim dzieckiem. Kochanym jak William, ale rzuconym na głęboką wodę jak Zain. Pamiętam, jak w domu nie było nic do jedzenia. Bo moja mama nie radziła sobie ze światem po śmierci ojca w wieku lat 40. Na szczęście, nie było tak jak w krajach trzeciego świata. Mieliśmy trochę mąki. I jakieś dżemy w piwnicy. Mój młodszy brat był mistrzem w robieniu naleśników z tej mąki i wody. Jedliśmy je z tymi dżemami, jakby to było królewskie jedzenie. Albo – choć nie bez wstydu – korzystałam z uprzejmości rodziców moich przyjaciół, dojadając u nich.

Te filmy poruszyły mnie też dlatego, że obaj chłopcy coś osiągnęli. Tak, jak ja, dzięki właściwie nie wiadomo czemu – uporowi? wierze we własne możliwości? niezgodzie? – wydostali się z tego swojego bagienka. Jak ja i wiele innych dzieci. Pewnie miliony takich dzieci. I powiem Wam, że jestem dumna z każdego jednego z nich. Z nas. Bo to jest prawdziwy wyczyn. Nie wyrosnąć w kochającym, dostatnim i dbającym o Ciebie (czasem nawet do przesady) domu, ale wyrosnąć w domu, który nie umie o Ciebie zadbać, bo nie potrafi zadbać o siebie. To jest prawdziwy wyczyn! Czemu o nim ciągle zapominam?…

Ta mapa świata… to było też zawsze moje okno na świat. Marzenie, żeby je otworzyć, zobaczyć, co tam jest. Jak żyją ludzie gdzie indziej. Poznanie ich. Poczucie, jak to jest żyć w jakimś innym miejscu na tej wielkiej mapie. Z tego – nie mam co do tego wątpliwości – zrodziła się moja potrzeba podróżowania, poznawania świata, a przede wszystkim poznawania życia ludzi. Dziś nagle z tego wszystkiego zakiełkował w mojej głowie nowy pomysł. Odwiedzić wszystkie kontynenty. Zobaczyć, jak tam żyją ludzie. Napisać moją własną mapę świata…

Uda mi się?…