Zwracaliście kiedyś jeden grosz na konto urzędu, bo systemowi wyszło, że tak będzie bardziej „transparentnie” niż zaokrąglenie kwoty dotacji? Nie? To znaczy, że nigdy nie prowadziliście w Polsce organizacji pozarządowej ani z nią nie współpracowaliście. Kiedy więc cały Internet pieje z zachwytu nad rekordowym, wielomilionowym streamem Łatwoganga dla Fundacji Cancer Fighters, a kanapowi eksperci z piwem w ręku już krzyczą: „Owsiak do domu, mamy nowego króla dobroczynności!”, ja uśmiecham się pod nosem. Żeby było jasne – ja pieję też. Bo sukces chłopaków jest kosmiczny i zasługuje na owacje na stojąco. Ale kiedy gasną ringlighty, a internetowe rozgrywki wokół tego, kto pomaga lepiej, wchodzą w fazę pucharową, trzeci sektor wraca do swojej szarej rzeczywistości. Chcę Was więc dzisiaj zabrać do takiej niewidzialnej kuchni polskich NGO-sów… Do miejsca, w którym pachnie przypalonymi garnkami, a jeden wolontariusz ceruje państwo z dykty nićmi ze sprutego przez innego wolontariusza koca z darów. Zapraszam!
Jako społeczeństwo (piszę to, dla potrzeb tego artykułu, bardzo ogólnie) z przerażającą łatwością – nie robiąc jednocześnie absolutnie niczego użytecznego – potrafimy oceniać ludzi odwalających czarną robotę, o której nikt z nich głośno nie opowiada. To tysiące cichych szaleńców z małych i wielkich miast, z mniejszych i większych wiosek, którzy z uporem maniaka łatają, cerują i naklejają plastry na gigantyczne dziury, jakie zostawiają nam w spadku system społeczny, ekonomiczny i samo państwo.
Dlaczego w ogóle się wymądrzam na ten temat?
Zanim jednak przejdę dalej – krótka informacja, dlaczego w ogóle roszczę sobie prawo do tego, żeby się w tym temacie wymądrzać. Z prostej przyczyny: trzeci sektor znam na wylot, i to z każdej możliwej strony.
Jako wieloletnia redaktorka naczelna lokalnej gazety patrzyłam fundacjom i stowarzyszeniom na ręce z zewnątrz, widząc ich publiczne oblicze i zakulisowe zmagania. Jako wolontariuszka Stowarzyszenia „Pro-Motor”, członkini zarządu Fundacji „Piątka”, a dzisiaj prezeska Stowarzyszenia „Po tej stronie” (które przejęło pałeczkę po „Pro-Motorze”) – od lat taplam się w tym samym organizacyjnym błocie od środka. To błoto, które klei się do butów, wchodzi pod paznokcie i zmusza do ciągłego szukania nowych dróg, by nie utonąć. Z kolei jako osoba realizująca projekty w stowarzyszeniu, a także jako doradca i pracownik Ośrodka Wsparcia Ekonomii Społecznej rozkładam problemy NGO-sów na czynniki pierwsze od strony urzędniczej i systemowej. Jak widać, znam ten sektor i prywatnie, i zawodowo. Jako organizatorka akcji i szeregowa wolontariuszka. Jako obserwatorka i komentatorka.
Krótko mówiąc, przeszłam pełne spektrum. Kiedy więc piszę o NGO-sach od kuchni, możecie mi wierzyć – doskonale wiem, jaki zapach ma ta kuchnia, ile w niej leży przypalonych garnków i jak bardzo pusta jest lodówka. Wiem, ile razy trzeba improwizować obiad z resztek, bo na pełnowartościowe składniki po prostu brakuje środków, a i tak trzeba nakarmić wszystkich głodnych.
Stream Łatwoganga i Cancer Fighters, a cisi bohaterowie trzeciego sektora
Ustalmy fakty. Ponad 282 miliony złotych zebrane podczas dziewięciodniowego, niemal bezsennego streamu Łatwoganga na rzecz pacjentów onkologicznych to kosmos. Rekord Guinnessa pobity, Internet płonie od zasięgów, a na konto Fundacji Cancer Fighters płynie rzeka życia dla wielu pacjentów. Sukces jest absolutnie niezaprzeczalny i zasługuje na oklaski na stojąco. Wielogodzinne, a nawet wielomiesięczne. To jak potężna, błyskawiczna burza, która nawadnia wysuszoną ziemię, przynosząc ulgę i nadzieję. Ale kiedy opada kurz i wyłączają się kamery (nawet te w telefonach), trzeci sektor wraca do swojej szarej rzeczywistości, niczym rzeka, która po tej burzy i powodzi wraca do swojego koryta, a jej nurt znów staje się spokojny, choć wciąż niesie życie.
W Polsce działa około 75 tysięcy aktywnych organizacji pozarządowych. Większość z nich nie ma milionów na koncie, nie ma w zespole influencerów z milionowymi zasięgami i nie bije rekordów Guinnessa. To są tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy inicjatyw ludzi na wsiach, w małych miasteczkach i w wielkich miastach, którzy łatają, cerują i przyklejają plastry na gigantyczne dziury. Dziury w systemie społecznym, ekonomicznym, w zarządzaniu miastami i wreszcie – w zarządzaniu samym państwem. Są jak niewidzialne nici, które zszywają rozpadające się tkanki społeczne, często w miejscach, gdzie nikt inny nie chce się pochylić.
Niemal połowa z nich opiera się wyłącznie na bezpłatnej pracy społecznej. Ich codzienność to nie triumfalne paski w portalach informacyjnych, lecz nerwowe szukanie środków na pokrycie opłat za wynajem rozpadającej się świetlicy dla dzieci, walka o każdą złotówkę na zupę dla bezdomnych czy desperackie próby znalezienia wolontariusza, który zawiezie starszą osobę do lekarza. To mrówcza praca, która nigdy nie trafia na pierwsze strony gazet, ale bez której wiele lokalnych społeczności po prostu by się rozpadło.
Sport narodowy, czyli krytyka z kanapy
I najlepiej jeszcze z piwem, w ręku, prawda? Tak. Ten sport to Polacy lubią chyba bardziej niż grillowanie (notabene nazwa grillowanie idealnie pasuje do tej dyscypliny, więc coś w tym jest). To jak oglądanie meczu piłki nożnej z perspektywy wygodnej kanapy, gdzie każdy jest selekcjonerem, a decyzje trenera są zawsze błędne. Tylko że tu stawką nie jest puchar, a często ludzkie życie i godność.
Bo co się dzieje, gdy jedna akcja charytatywna odnosi spektakularny sukces? Internetowa publiczność natychmiast rusza do boju, organizując sobie darmowe igrzyska. Pojawiają się głosy: „Łatwogang pokazał, jak to się robi, Owsiak może już pakować manatki!”. Niestety, jak zwykle, najchętniej doradzają i oceniają ci, których wkład w naprawę świata kończy się na zostawieniu uszczypliwego komentarza między scrollowaniem Instagrama a konsumpcją kolejnego mema. Są jak kapitanowie statku, którzy nigdy nie wyszli z portu, ale z zapałem krytykują kurs obierany przez tych, którzy walczą ze sztormem na otwartym morzu. Ich doświadczenie i wiedza są równie głębokie, co kałuża po letnim deszczu.
Prawda jest taka, że w pomaganiu nie ma limitów ani monopolu, co wielokrotnie powtarzam. Czy myślicie, że pacjenta leżącego na oddziale onkologicznym naprawdę interesuje, czy respirator lub łóżko kupiono z pieniędzy wrzuconych do tekturowej puszki w styczniowy mróz, czy też z wirtualnej puszki na Zrzutce? To pytanie retoryczne, bo dla niego liczy się tylko to, że pomoc nadeszła. Dobroczynność, Kochani, to nie mistrzostwa świata w piłce nożnej, gdzie wygrać może tylko jedna drużyna. To raczej sztafeta, w której każdy biegnie, ile sił w nogach, by przekazać pałeczkę dalej, a cel jest wspólny – meta, czyli realna pomoc.
Zestawianie i antagonizowanie tych dwóch światów jest nie tylko głupie, ale wręcz szkodliwe, bo odwraca uwagę od sedna sprawy i dzieli tych, którzy powinni działać razem. To jak kłótnia o to, czy lepsza jest woda z kranu, czy butelkowana, podczas gdy ktoś umiera z pragnienia. Co więcej, każde złe słowo i cios wymierzony w WOŚP, która dla wielu jest symbolem i reprezentantem polskiego trzeciego sektora, i to symbolem znanym na całym świecie, to cios wymierzony w cały ten sektor. Podważanie wiarygodności jednej z najbardziej rozpoznawalnych i skutecznych organizacji charytatywnych w Polsce jest jak podcinanie gałęzi, na której siedzi cała społeczność – osłabia zaufanie do wszystkich, którzy z poświęceniem pracują na rzecz innych. To nie tylko uderzenie w konkretną fundację, ale w ideę pomagania jako taką, podkopujące fundamenty społeczeństwa obywatelskiego.
Problemy organizacji pozarządowych w Polsce – absurd goni absurd
Większość ludzi, którzy z dobroczynnością stykają się tylko przez ekrany smartfonów czy komputerów, nie ma pojęcia, jak wygląda codzienność organizacji pozarządowych. A bardzo często przypomina to ciągłe przepraszanie za to, że w ogóle się istnieje! A teraz przełóżmy to na inne zawody (i słowa „zawody” używam z premedytacją) – to jest tak jakby artysta musiał przepraszać za to, że tworzy, a lekarz za to, że leczy. Jeden i drugi, choć w różnych aspektach życia, są nam po prostu potrzebni.
Tymczasem około 55 procent fundacji i stowarzyszeń tonie w biurokracji, która jest niczym lepka pajęczyna, oplatająca każdą inicjatywę. Żeby kupić obiecany sprzęt rehabilitacyjny czy zorganizować bezpłatną pomoc psychologiczną, ktoś najpierw musi wypełnić stos formularzy, rozliczyć paragony na pięć złotych z adnotacją na odwrocie i udowodnić urzędnikowi, że nie jest oszustem. Znam z autopsji sytuacje, kiedy trzeba było zwracać na konto organizacji realizującej projekt 1 grosz, bo to było bardziej transparentne niż zaokrąglenie kwoty o ten grosz! To absurd, który zniechęca i demotywuje, niczym walka z wiatrakami, gdzie każda wygrana bitwa kosztuje więcej energii niż jest warta.
Prawda jest taka, że organizacje pozarządowe są darmowym podwykonawcą państwa. Są jak niewidzialne ręce, które sprzątają bałagan, którego nikt inny nie chce dotknąć. Mało wam przykładów? Kiedy wybuchała wojna czy pandemia, to właśnie wolontariusze z organizacji trzeciego sektora jako pierwsi byli na granicach i w szpitalach, organizując zbiórki i transporty w czasie, gdy państwowe procedury dopiero się „procedowały”. Byli jak pierwsi ratownicy na miejscu katastrofy, zanim jeszcze przyjechały służby.
Ale gdy przychodzi do aplikowania o fundusze unijne lub samorządowe, ci sami społecznicy muszą stawać na rzęsach, udowadniając w pięćdziesięciu załącznikach, że nie są wielbłądami. Bohaterowie, którzy ratują komuś życie, muszą później wypełniać stosy papierów, udowadniając niemal, że nie są terrorystami. Co więcej, w wielu miejscach urzędnicy nadal traktują dotacje nie jako zapłatę za realizację publicznych zadań przez ekspertów – czym de facto to właśnie jest – ale jako swego rodzaju jałmużnę dla „pań z koła gospodyń” czy „chłopaków ze stowarzyszenia”. To podejście, które podcina skrzydła i deprecjonuje ciężką pracę, niczym wrzucanie monet do kapelusza ulicznego artysty, zamiast kupienia biletu na jego występ. Taka jest cena łatania luk po niewydolnym państwie – cena płacona przez tych, którzy z sercem na dłoni próbują naprawić to, co inni zepsuli.
Wypalenie zawodowe w NGO. Cichy zabójca pod wyliniałą sofą
Próbujący związać koniec z końcem w obliczu braków finansowych i sprzętowych działacze społeczni to grupa, która jest najczęściej zagrożona wypaleniem. To główny problem aż 67 procent z nich! Żeby dotarło to do Was, moi drodzy, bardziej dobitnie: wyobraźcie sobie, że jesteście strażakiem ochotnikiem, który gasi pożary wiadrem, podczas gdy obok stoi hydrant, ale nie możecie go użyć, bo brakuje odpowiedniego formularza. Jaka to musi być frustracja, prawda? Wypalenie to cichy zabójca, który pożera pasję i energię, zostawiając za sobą tylko zgorzknienie i rezygnację. To nie tylko problem jednostek, ale całej społeczności, która traci bezcennych ludzi, gotowych poświęcić się dla innych.
Fundacja Cancer Fighters, od lat robi świetną, strukturalną pracę – wspierają bliskich, motywują, refundują leczenie, pomagają w profilaktyce zdrowotnej. Tego zaufania nie zbudowali jednym streamem zaprzyjaźnionego, influencera, który swoją bezinteresownością i szczerością porwał tłumy. Budowali je mrówczą pracą dzień po dniu, cegiełka po cegiełce, niczym budowanie solidnego domu, który przetrwa każdą burzę. A i tak fundacja czuje już teraz na sobie ten „piwny oddech” smartfonowych komentatorów, którzy siedząc na wyliniałej sofie będą ją rozliczać z każdego wydanego grosza. Myślicie, że dlaczego powstała odrębna strona do tych rozliczeń? Bo fundacja doskonale wie, jak łatwo feruje się wyroki siedząc na tej symbolicznej sofie, jak łatwo bije się brawa i rozdaje na prawo i lewo medale. Ale też jak łatwo w minutowej rolce na TikToku miażdży się trzydzieści kilka lat organizacji, która wspólnie z Polakami z całego świata zebrała miliardy złotych i pomogła milionom Polaków…
Przy tej okazji życzę wszystkim organizacjom pozarządowym, by system w końcu przestał traktować je jak natrętną muchę i docenił to bezszelestne cerowanie naszej codzienności. By ludzie, zamiast ciągle piętnować je, że „wyciągają rękę” po kasę, wyciągali tę kasę z własnej kieszeni, bo poza skrajnie nielicznymi patologiami, to jest kasa wydana zawsze w słusznej sprawie. A wszystkim nam – żeby ta nasza dwudziesta gospodarka świata wreszcie potrafiła się tak zorganizować, by ludzie tu, na dole, nie musieli łatać każdej dziury własnymi inicjatywami.
Anita
PS I jeszcze specjalne życzenia dla ludzi działających w trzecim sektorze – żeby wreszcie Polacy zrozumieli, że jeśli to nie wolontariat, to jest to praca jak każda inna, a może nawet trudniejsza i bardziej odpowiedzialna niż w większości zawodów, a zatem – powinna być godziwie wynagradzana i nikt nie powinien się wstydzić, że otrzymuje pensje za to, że jest niepisanym podwykonawcą państwa w tak wielu obszarach, że czasu i miejsca by mi zabrakło, by je wszystkie wymienić.


Brak komentarzy