Nie siedziałam przy tym stoliku pod Koloseum, nie trzymałam tych lodów i nie miałam na sobie tej czerwonej sukienki. Zdjęcie powstało na podstawie mojej prawdziwej fotografii i kilku zdań opisujących sytuację, której nigdy nie było. A jednak wygląda jak zwyczajne wakacyjne wspomnienie. Takie, które spokojnie mogłabym wrzucić na Facebooka z podpisem „Rzym, wrzesień 2026” i prawdopodobnie niewiele osób zaczęłoby się zastanawiać, czy naprawdę tam byłam.
To sprawia, że to zdjęcie trochę mnie zachwyca, ale chyba bardziej niepokoi. Zachwyca, bo przecież do jego „zrobienia” potrzebny był mi jedynie komputer, model AI i zdjęcie, które mam na moim facebookowym profilu. Niepokoi, bo jest na tyle wiarygodne, że bez dodatkowej informacji spokojnie mogłoby uchodzić za prawdziwe. Nie jestem przeciwniczką sztucznej inteligencji. Wręcz przeciwnie – korzystam z niej i widzę jej zwiększające się niemal z dnia na dzień możliwości.
Coraz częściej krąży mi po głowie nie pytanie o to, co potrafi AI, bo całkiem sporo na ten temat wiem, ale czy my, ludzie, jesteśmy przygotowani na świat, który właśnie dzięki niej zmienia się na naszych oczach. I mam wrażenie, że nie bardzo…
Człowiek wewnątrz wielkiej zmiany
Akurat wczoraj dostałam bardzo dobry historyczny punkt odniesienia do tych rozmyślań. Słuchałam sobie, jak zwykle przy sprzątaniu chaty, Radia Naukowego i rozmowy Karoliny Głowackiej z prof. Błażejem Brzostkiem o „Lalce” Bolesława Prusa. Nawiasem mówiąc, choć temat szkolnej lektury może większości wydawać się nieatrakcyjny, to jeden z najbardziej fascynujących odcinków tego podcastu, jakie słyszałam, więc szczerze polecam.
Rozmowa oczywiście nie jest o AI, tylko o Prusie, Wokulskim, Łęckich i Warszawie drugiej połowy XIX wieku, ale… równocześnie jest rozmową o społeczeństwie znajdującym się w środku ogromnej zmiany, choć jeszcze nie wiadomo, dokąd ta zmiana je zaprowadzi. Warszawa tamtych czasów bardzo szybko się rozrasta, modernizuje się i dosłownie na oczach jednego pokolenia staje się zupełnie innym miastem. Prof. Brzostek mówi między innymi o wyjątkowo ogromnym wzroście liczby mieszkańców i wielkim znaczeniu takich inwestycji infrastrukturalnych jak budowa wodociągów (bo ludzie wylewali wówczas fekalia z nocników bezpośrednio na podwórka…). Ten wątek zmian jest bardzo ważny, a z dzisiejszej perspektywy – nabiera jeszcze większej wagi.
Słuchając tego, pomyślałam, że my dzisiaj mamy pewien luksus, którego ludzie żyjący wewnątrz takich przełomów nigdy nie mają. Patrząc na rewolucję przemysłową z perspektywy XXI wieku, wiemy przecież, co było dalej. Wiemy, że powstaną ogromne miasta, fabryki, rozrosną się koleje, pojawią nowe klasy społeczne, związki zawodowe, przepisy prawa pracy, zupełnie nowe zawody i sposoby życia. Znamy dalszy ciąg, więc historia układa nam się w logiczną sekwencję zdarzeń.
Ale przecież… ludzie żyjący wtedy nie mieli pojęcia, jak będzie wyglądać następnych sto lat, mimo że przewidywanie przyszłości cieszyło się w XIX wieku ogromną popularnością. Prawda jest jednak taka, że ludzie widzieli przede wszystkim, że świat, który znali ich rodzice i dziadkowie, zaczyna działać inaczej – że zmieniają się praca, pieniądz, prestiż, sposób przemieszczania się, miasta, relacje między ludźmi i to, co właściwie decyduje o czyjejś pozycji. Jedni na tej zmianie zyskiwali, inni tracili całe swoje dotychczasowe bezpieczeństwo, a jeszcze inni próbowali funkcjonować tak, jakby stary porządek nadal obowiązywał.
I kiedy mówimy o kolejnych wielkich przełomach technologicznych, to z perspektywy podręcznika wszystkie wyglądają na znacznie bardziej uporządkowane niż to wygląda z perspektywy człowieka, który żyje, kiedy one się dzieją. A my właśnie jesteśmy w środku takiego przełomu i nie wiem, czy wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę.
Technologia zawsze przychodzi pierwsza
Takie przełomy w dziejach ludzkości zdarzały się wiele razy, właściwie od początku naszej historii. Opanowanie ognia zmieniło sposób, w jaki zdobywaliśmy i przygotowywaliśmy jedzenie, ale też dało nam większe poczucie bezpieczeństwa. Wynalezienie koła na zawsze zmieniło transport, handel i sposób przemieszczania się ludzi czy przewożenia towarów. Później kolejne technologie robiły właściwie to samo – nie były tylko nowymi narzędziami, ale zmieniały całe sposoby życia. Upowszechnienie druku to nie tylko szybsze i tańsze drukowanie książek, ale też zmiana tego, jak krążyły między ludźmi wiedza i idee, a nawet jak toczono spory religijne i polityczne. Bo przecież razem z wiedzą łatwiej zaczęły rozchodzić się również pogłoski, propaganda i manipulacje. Rewolucja przemysłowa nie dała ludziom samych tylko sprawniejszych maszyn, ale dosłownie przeorganizowała całe społeczeństwa. Nawet fotografia była taką rewolucją, bo całkowicie zmieniła sposób, w jaki dokumentujemy i zapamiętujemy rzeczywistość.
Telefon! Telefon spowodował, że po raz pierwszy można było rozmawiać z kimś oddalonym o setki czy tysiące kilometrów niemal tak, jakby stał obok. To, co wcześniej wymagało listu i dni albo tygodni oczekiwania, nagle mogło wydarzyć się w czasie rzeczywistym. Później radio, kino i telewizja, które pozwoliły docierać z tym samym przekazem do milionów ludzi i również doprowadziły do ogromnych zmian społecznych.
Komputery! Najpierw zmieniły sposób, w jaki liczymy, przechowujemy informacje i pracujemy, a z czasem weszły do domów i stały się czymś znacznie więcej niż narzędziem dla naukowców czy wielkich firm. Telefony komórkowe oderwały komunikację od konkretnego miejsca – nie trzeba już być w domu czy biurze, żeby ktoś mógł się z nami skontaktować. A smartfony zrobiły kolejny krok, bo w jednym niewielkim urządzeniu połączyły telefon, komputer, aparat fotograficzny, mapę, bank, bibliotekę, sklep, komunikator i dostęp do niemal całej sieci. Zobaczcie, jak szybko coś, co początkowo wydawało się luksusem albo ciekawostką, stało się czymś organizującym dużą część naszego codziennego życia!
Dalej – internet. Zmienił nie tylko nasz dostęp do informacji, ale też sposób, w jaki się komunikujemy, pracujemy, uczymy, kupujemy, tworzymy społeczności i zabieramy głos publicznie. I warto się zatrzymać na dłużej, bo z jednej strony internet zdemokratyzował wiedzę i publikowanie treści, ale z drugiej… stworzył warunki do błyskawicznego rozpowszechniania dezinformacji, teorii spiskowych czy zwyczajnych bzdur. Do tego hejt, nękanie, publiczne upokarzanie czy organizowane nagonki. Wiadomo, że nie powstały wraz z internetem, ale on dał im skalę, szybkość i trwałość, jakiej wcześniej nie miały. To, co kiedyś mogło pozostać złośliwością rzuconą do kogoś w niewielkim gronie, dziś może stać się lawiną nieczystości wylewaną na jednego człowieka przez setki, tysiące, miliony anonimowych ludzi z całego świata. I to w kilka godzin.
I dziś, z perspektywy rozwoju sztucznej inteligencji, widać chyba wyraźniej niż kiedykolwiek pewien paradoks ludzkości. Jesteśmy niewiarygodnie kreatywni, ciekawi świata i nastawieni na rozwój. Tak bardzo chcemy przekraczać kolejne granice, że
raz po raz tworzymy coś, na co sami nie jesteśmy jeszcze przygotowani.
Ogień dawał bezpieczeństwo i możliwość niszczenia, druk upowszechniał wiedzę i propagandę, internet połączył ludzi i jednocześnie dał nam dezinformację, anonimowy hejt czy cyberprzemoc. Najpierw pojawia się możliwość. Dopiero później zaczynamy naprawdę rozumieć, co zrobiliśmy i jak to zmieni nasze życie.
A teraz technologia potrafi stworzyć rzeczywistość, której nie było
Dziś znów jesteśmy w takim punkcie rozwoju cywilizacji, ale tym razem mam wrażenie, że skala zmian może być niewyobrażalnie wielka. Sztuczna inteligencja rozwija się wyjątkowo szybko i jednocześnie wchodzi w bardzo wiele obszarów naszego życia, jeśli nie właściwie w każdy. To już nie jest narzędzie czy maszyna, która zastępuje tylko siłę naszych mięśni albo przyspiesza obliczenia. AI wchodzi w przestrzenie, które przez długi czas uważaliśmy za typowo ludzkie. Pisze, tłumaczy, analizuje, programuje, tworzy obrazy, muzykę i film, naśladuje głos, prowadzi rozmowę, przetwarza dane. Może stworzyć twarz człowieka, który nigdy nie istniał, albo umieścić istniejącą osobę w sytuacji, która nigdy się nie wydarzyła.
Tak jak mnie pod Koloseum… Gdzie notabene naprawdę byłam, tyle że nie w tej sukience, nie we wrześniu 2026 roku i nie jadłam tam lodów.
Przez większość naszego życia myśleliśmy (a to moje „zdjęcie” jest tu świetnym przykładem), że skoro widzimy fotografię, to w jakiejś formie coś wydarzyło się przed obiektywem. Oczywiście zdjęcia niemal od początku istnienia tego medium można było inscenizować, kadrować, fotoszopować i wykorzystywać propagandowo. Ale stworzenie realistycznego obrazu przedstawiającego wydarzenie, którego w ogóle nie było, wymagało dotychczas wiedzy, czasu i odpowiednich narzędzi. A dzisiaj wystarczy kilka odpowiednio napisanych zdań w poleceniu do agenta AI.
I dlatego w czasach tej rewolucji, w której mamy szczęście – ja uważam, że szczęście – żyć, problemem nie będzie tylko to, że możemy uwierzyć w coś fałszywego. Już teraz oglądam i czytam wiele ostrzeżeń o tym, że powoli pojawia się mechanizm odwrotny, czyli że przestajemy wierzyć nawet w te rzeczy prawdziwe. Jeśli można stworzyć wiarygodne zdjęcie, nagranie głosu albo film przedstawiający wydarzenie, którego nie było, to każde autentyczne nagranie również będzie można zakwestionować słowami, że to przecież AI, prawda?
Deepfake nie tylko pozwala sfabrykować dowód, ale i podważyć ten prawdziwy.
Tego nie da się po prostu przeczekać
Można z AI nie korzystać, można jej nie lubić i świadomie ograniczać jej używanie. Nie można jednak zakładać, że dzięki temu pozostanie się poza jej wpływem. AI już jest obecna w pracy, edukacji, mediach, usługach, administracji, medycynie czy kulturze i będzie wpływać na coraz większą część naszego życia. Dlatego brak zainteresowania tą zmianą nie jest neutralnością, tylko według mnie rezygnacją z rozumienia świata, który i tak będzie się wokół nas zmieniał.
Zapewne w każdej wielkiej zmianie cywilizacyjnej część ludzi naturalnie próbuje zachować się tak, jakby można było przeczekać moment przejścia i wrócić później do dawnego porządku. Tyle że dawny porządek już nie wraca. Można za to próbować wpływać na nowy – domagać się regulacji, ograniczać szkody, uczyć się nowych kompetencji, stawiać granice, rozmawiać o etyce i o tym, czego technologii oddać nie chcemy. Do tego jednak trzeba najpierw rozumieć, z czym mamy do czynienia, a wiem, że są osoby nawet wśród korzystających z AI, które nie do końca ją rozumieją nawet w tym podstawowym zakresie, bo wiadomo, że ten pełny jest dla większości ludzi nieosiągalny. Dlatego – chociaż nie jestem informatykiem, matematykiem ani żadnym -ykiem, za to jestem całkiem niezłym obserwatorem i osobą, która z AI nawet szkoli (chociaż prezentacje trzeba zmieniać jeszcze kiedy poprzednie są ciepłe), więc stwierdziłam, że chcę o tym napisać trochę więcej.
W tym miejscu możesz przeskoczyć do puenty, bo główna teza już wybrzmiała, ale może warto czytać dalej? 😉
Za co będziemy płacić człowiekowi?
W historii niemal każda duża zmiana technologiczna wywoływała lęk, że maszyny zabiorą ludziom zajęcie. Zwykle rzeczywistość okazywała się bardziej skomplikowana – niektóre zawody znikały, inne zmieniały się radykalnie, pojawiały się też takie, których wcześniej nie potrafiliśmy sobie wyobrazić. Kto na przykład sto lat temu myślał o programistach? Tymczasem dziś to sami programiści należą do tych grup zawodowych, których sposób pracy AI już bardzo mocno zmieniła, a część ich dotychczasowych zadań już przejęła.
Zmiana, w której żyjemy teraz, już dotyka nie tylko programistów, ale też copywriterów, grafików, tłumaczy, księgowych, prawników, analityków, nauczycieli, dziennikarzy, naukowców czy lekarzy. Pewnie można wymieniać dużo więcej zawodów.
Nie wiem, czy większość tych zawodów zniknie. Może bardziej zmieni się (i to mocno) podział zadań między człowieka a jego agenta. Już dzisiaj wiemy, że część czynności, które jeszcze niedawno zajmowały nam godziny, AI wykonuje w minuty, a nawet sekundy. I ja wyobrażam to sobie tak, że człowiek do tego zadania, które zleca sztucznej inteligencji, powinien wnieść coś więcej – swoje doświadczenie, ocenę sytuacji, odpowiedzialność za decyzję, umiejętność interpretacji, wyczucie kontekstu, posiadanie relacji z innymi (AI ich nie ma) czy zaufanie, jakim wśród tych innych się.
Może wzrośnie waga takich kompetencji, które niekoniecznie były w cenie do tej pory, na przykład umiejętność zadania właściwego pytania we właściwym momencie, dostrzeżenia jakiegoś niuansu, rozpoznania błędu, połączenia możliwości AI z własnym doświadczeniem, obserwacją, pomysłem. Ale też tego, żeby umieć wyłapać jej halucynacje, bo póki co nie jest od nich wolna. Może – tak jak w przypadku poprzednich rewolucji technologicznych – pojawią się zawody, jakich jeszcze nie znamy? Przyszedł mi do głowy przykład z mojej bańki, czyli pisania. Kiedy byłam dzieckiem, książki czy gazety w drukarni składał zecer. Kiedy zaczynałam pracę w gazecie, gotowe strony woziło się do drukarni na kalkach technicznych, zecera już nie było, bo jego pracę przejęły komputerowy skład i operatorzy DTP, a kiedy kończyłam pracę w gazecie – kalek już dawno nie było, a gazetę wysyłało się przez internet prosto na serwer drukarni. Dziś cały proces odbywa się cyfrowo, a wokół tworzenia treści powstały zawody, o których wtedy nikt nawet nie myślał i wielu ludzi do tej pory nie wie, że istnieją 😉 Jak specjaliści od SEO, content managerowie, social media managerowie czy UX writerzy. Być może więc również tym razem część zawodów zniknie lub bardzo się zmieni, a jednocześnie pojawią się takie, których nazw dzisiaj jeszcze nawet nie znamy.
Kiedy wszyscy piszą tym samym głosem
Ale skoro jestem przy treściach, czyli też w mojej bańce, to tu też mam (i wiem, że nie tylko ja) pewną obserwację w związku z AI, bo przecież od ponad 20 lat pracuję ze słowem. I od czasu, kiedy każdy chętny człowiek ze smartfonem czy komputerem dostał dostęp do ChataGPT czy innych modeli, to coraz częściej widzę, jak osoby, które wcześniej właściwie nie pisały, a ich post na FB to była fota okraszona jednym zdaniem, dziś nagle publikują długie i pozornie (!) świetnie skonstruowane teksty. Niestety, od razu widać, że nie wydarzył tu się żaden nagły rozwój pisarskiego talentu, tylko narzędzie, które pomaga mu udawać, że ten talent jednak posiadł.
Niestety, te teksty bardzo często są do siebie łudząco podobne. Mają ten sam rytm, podobną konstrukcję, te same efektowne kontrasty, ten sam rodzaj puenty, podobne „mocne” zdania i charakterystyczną lekkość, która na pierwszy rzut oka może robić wrażenie. Ale dla osoby, która zawodowo pracuje ze słowem, ten schemat jest jednak bardzo łatwy do rozpoznania. I to jest smutne, bo w ten sposób zaczyna znikać indywidualny język, własny sposób prowadzenia myśli, rodzaj humoru, sposób budowania argumentacji itd., a przecież to właśnie sprawia, że czyjś styl jest CZYJŚ. Znikają nawet literówki, błędy interpunkcyjne czy… no cóż, ortografy! I to w sumie dobre, ale autokorektę mamy już od dawna. Ale w ten sposób, zamiast głosu autora jednego czy drugiego posta, dostajemy u różnych osób ten sam język, tylko na różne tematy, czyli po prostu język modelu AI, z którego dana osoba korzysta. A te modele wszystkie „brzmią” podejrzanie podobnie… W rezultacie taki tekst jest poprawny, ma jakąś strukturę, często efektowny początek i zgrabną puentę, tylko że… niestety, nie stoi za nim ani doświadczenie pracy ze słowem, ani świadomość, dlaczego to akurat zdanie jest w tym konkretnym miejscu. A bywa, że nie stoi za tym wygenerowanym tekstem nawet umiejętność oceny, czy on naprawdę mówi coś sensownego. A często nie mówi…
AI przecież nie daje człowiekowi warsztatu pisarskiego,
tylko możliwość wygenerowania tekstu i to jednak dwie zupełnie różne rzeczy. A najzabawniejsze (i też smutne) jest to, że w epoce narzędzi dających ludziom, którzy nie mieli dotąd tej umiejętności, możliwość stworzenia „własnego głosu”, coraz więcej ludzi zaczyna pisać tym samym głosem.
Powiem nawet mocniej – jeśli ktoś nigdy nie pisał i nadal nie zamierza nauczyć się pisać, to naprawdę nie musi nagle stawać się twórcą tylko dlatego, że AI może wyprodukować mu dwa tysiące znaków „w profesjonalnym, angażującym tonie”. I nie chodzi mi o to, żeby zamykać komukolwiek drogę do pisania. Wręcz przeciwnie – teraz bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości niemal każdy może się tego nauczyć, bo sztuczna inteligencja to świetne narzędzie do nauki nie tylko pisania.
Ale nie mylmy dostępu do narzędzia z kompetencją.
Umiejętność wygenerowania tekstu nie czyni pisarzem ani copywriterem, tak samo jak wygenerowanie grafiki nie czyni grafikiem, a kilku działających fragmentów kodu – programistą. Ale umiejętność wykorzystania AI do tych wszystkich rzeczy, tak żeby nie były jak z jednej sztancy, to już jest umiejętność. I być może to jest właśnie jedna z umiejętności przyszłości.
Bo tym razem nie wystarczy nauczyć się, gdzie kliknąć
Jako ludzie już nieraz uczyliśmy się żyć z technologią, której wcześniej nie było. Uczyliśmy się obsługiwać komputery, choć dla wielu osób pierwsze zetknięcie z klawiaturą, myszką czy systemem operacyjnym wcale nie było intuicyjne. Potem nauczyliśmy się telefonów komórkowych, SMS-ów, a później smartfonów, ekranów dotykowych, aplikacji, bankowości mobilnej, map i komunikatorów. Dzieciaki dorastające z konsolami do gier wchodziły w ich logikę właściwie mimochodem, podczas gdy dorośli często musieli nauczyć się zupełnie nowego sposobu sterowania, myślenia i reagowania. Ci dorośli nadal istnieją i są wśród nas. Wykluczeni z bardzo wielu dziedzin życia. Nieporadni, o czym wielokrotnie przekonałam się realizując cyfrowe szkolenia dla seniorów. Za każdym razem część ludzi mówiła, że to nie dla nich, ale w wielu przypadkach przekonywali się do tych cyfrowych narzędzi, nawet jeśli ograniczało się do robienia i wysyłania sobie zdjęć przez komunikatory. Docierało do nich jednak, jak technologia może ułatwiać życie. Bo chcemy tego czy nie – ona i tak staje się częścią codzienności.
Różnica polega na tym, że tamte narzędzia trzeba było przede wszystkim nauczyć się obsługiwać.
W przypadku AI to już za mało. Nie wystarczy wiedzieć, gdzie kliknąć i co wpisać.
Trzeba jeszcze nauczyć się komunikować, oceniać odpowiedzi, rozumieć ograniczenia modeli, sprawdzać informacje, rozpoznawać halucynacje, wiedzieć, kiedy technologii zaufać, a kiedy nie. Czyli tu już nie chodzi tylko o kompetencję techniczną, jak w przypadku obsługi smartfona, ale całkiem nowy rodzaj kompetencji poznawczej. Dlatego poznając możliwości AI, choć jednocześnie rozumiem związane z nią zagrożenia, mam duży problem, kiedy ktoś mówi, że nie będzie z tego korzystać, więc go to nie dotyczy. Tylko że ten człowiek nie wie, że jak dziesięć lat temu zaginęła mu paczka i pisząc na czacie InPostu wybierał opcję, o czym chce rozmawiać, to już wtedy go to dotyczyło.
Można przecież nie mieć konsoli, ale nadal rozumieć, czym są gry (ja nie mam, ale dzięki mojej córce rozumiem). Można było też długo nie używać smartfona, ale prędzej czy później trzeba było zrozumieć świat, który zaczął się wokół niego organizować. Z AI będzie prawdopodobnie… podobnie, tylko szybciej. Nie każdy więc musi być entuzjastą i nie każdy musi używać jej do wszystkiego. Ale świadome funkcjonowanie w świecie, w którym inni z niej korzystają, naprawdę – co już pisałam wyżej, ale powtórzę – będzie wymagało przynajmniej podstawowego rozumienia, z czym mamy do czynienia.
A co z edukacją?
Jeszcze ciekawiej – i chyba jeszcze trudniej – robi się w edukacji. Tutaj wspomniane już Radio Naukowe dało mi drugi bardzo ciekawy punkt odniesienia. Odcinek „Czy możemy ufać sztucznej inteligencji?” to rozmowa z prof. Przemysławem Bieckiem, który zajmuje się analizą danych i sztuczną inteligencją. Gość mówi w niej o własnej pracy ze studentami i doktorantami i o tym, że sam zastanawia się, jak teraz powinien z nimi pracować. To dość znamienne, bo nie jest to o tym, że ekspert od nowych technologii „nie wie, co robić”, tylko że ktoś stojący tak blisko tej zmiany widzi, że nie wystarczy dołożyć generatywnej AI do starego sposobu uczenia i prowadzić zajęcia dokładnie tak jak wcześniej. A jednocześnie obserwuję, jak koleżanki mające dzieci w wieku szkolnym kupują podręczniki z listy od wychowawcy. Podręczniki zawierające wiedzę, do której uczeń może dziś dotrzeć również za pomocą modeli AI.
A my dzisiaj dyskusję o AI w edukacji sprowadzamy do pytania, jak sprawdzić, czy uczeń albo student napisał pracę sam, czy z agentem. I tak oto szkoły szukają programów wykrywających teksty generowane przez AI, nauczyciele zastanawiają się nad sposobami kontroli, a uczniowie i studenci równie szybko uczą się omijania tych zabezpieczeń. Ale to w sumie najmniej interesujący fragment bardzo dużego problemu. Bo jeśli uczeń potrafi w kilkanaście sekund wygenerować poprawne wypracowanie, to może raczej nie powinniśmy się zastanawiać, jak mu tego zabronić, ale też po co właściwie kazaliśmy mu pisać trzy strony tekstu – czy celem było wyprodukowanie trzech stron, czy raczej nauczenie się rozumowania, argumentowania, sprawdzania źródeł, odróżniania faktu od opinii, dostrzegania błędów, formułowania własnego stanowiska i bronienia go w rozmowie? I jeśli chodziło o to drugie, to właśnie AI może bezlitośnie pokazać słabość systemu, który przez dziesięciolecia zbyt często premiował reprodukowanie informacji zamiast dochodzenia do nich i rozumienia ich. Tu też mam podcast, który pokazuje spojrzenie kogoś, kto zajmuje się edukacją w Dolinie Krzemowej, czyli fragment „Raportu o sztucznej inteligencji” sprzed kilku miesięcy – dokładnie część z Esther Wojcicki.
I tu dokładnie to samo, co widzę dziś w pisaniu postów w mediach społecznościowych, może wydarzyć się na znacznie większą skalę. Będziemy otrzymywać coraz lepsze produkty końcowe, nie wiedząc już, czy za nimi stoi jakakolwiek wiedza i umiejętność. Uczeń odda piękne wypracowanie, którego argumentacji nie będzie potrafił obronić. Student stworzy analizę, której metodologii nie będzie rozumiał. Pracownik przedstawi raport, którego nie będzie umiał zweryfikować ani ocenić. Sam rezultat może wyglądać coraz lepiej, ale faktyczna kompetencja stojąca za nim będzie coraz trudniejsza do oceny.
Problem polega na tym, że systemy edukacyjne nie są przygotowane na tempo tej zmiany. Szkoły nie są przygotowane w ogóle, uczelnie dopiero eksperymentują, nauczyciele często zostają z problemem sami. Program szkolny czy reforma edukacji powstają latami, tymczasem kolejna generacja narzędzi AI pojawia się co kilka, kilkanaście miesięcy i sprawia, że część (o ile nie większość) wcześniejszych pomysłów przestanie mieć jakikolwiek sens.
Mogłabym dalej pisać o tym, w jak bardzo wielu obszarach nie jesteśmy jako ludzkość gotowi na to, co stworzyliśmy, bo kolejnym jest choćby legislacja i ogarnięcie prawne zarówno działalności twórców modeli, jak też tej naszej rzeczywistości, która zmienia się dosłownie z dnia na dzień, na naszych oczach – jak XIX-wieczna Warszawa zmieniała się na oczach jej mieszkańców. Tylko ta dzisiejsza zmiana dzieje się – w porównaniu z tamtą – w mgnieniu oka.
Dlaczego może wzrosnąć rola trzeciego sektora
Od lat znam świat organizacji pozarządowych z różnych stron. I już dziś widzę, że w świecie tej gwałtownej zmiany naprawdę może bardzo mocno wzrosnąć rola trzeciego sektora. NGO-sy od dawna wchodzą tam, gdzie państwa reagują za wolno, gdzie systemy są za duże, zbyt sztywne albo gdzie potrzeby konkretnych grup są za mało widoczne, żeby szybko stały się przedmiotem zainteresowania twórców tych systemów. Nieważne, jak rozwinięte jest państwo, organizacje ciągle wypełniają jakieś luki – a to w edukacji obywatelskiej, a to w zdrowiu psychicznym, a to przeciwdziałaniu wykluczeniu, w pracy z dziećmi i młodzieżą, z osobami starszymi czy osobami z niepełnosprawnościami, a nawet w edukacji medialnej i cyfrowej.
Myślę, że w świecie AI ich rola może być jeszcze ważniejsza, bo ktoś będzie musiał uczyć ludzi nie tylko, jak używać sztucznej inteligencji, ale przede wszystkim jak używać jej świadomie i bezpiecznie.
Trzeci sektor ma tutaj przewagę, której wielkie systemy często nie mają – może działać lokalnie, szybko i eksperymentalnie.
Organizacja społeczna nie musi czekać na zmianę podstawy programowej, żeby uczyć młodzież rozpoznawania deepfake’ów, sprawdzania źródeł czy świadomego korzystania z AI. Może szkolić nauczycieli i rodziców, zanim podobne kompetencje na dobre trafią do systemowych programów edukacyjnych. Może też – już poza formalnym systemem edukacji – prowadzić warsztaty dla seniorów dotyczące coraz to nowych rodzajów oszustw albo testować wykorzystanie sztucznej inteligencji w zwiększaniu dostępności dla osób z niepełnosprawnościami. To już się zresztą dzieje.
Jest jeszcze jedna, moim zdaniem, niesamowicie ważna rola, jaka właśnie trzeciemu sektorowi przypadnie – organizacje społeczne najszybciej zajmą się tymi wszystkimi ludźmi, którzy na tej zmianie ucierpią. Tymi, którzy stracą pracę albo będą musieli całkowicie się przekwalifikować, którzy nie nadążą za tempem zmian technologicznych, zabraknie im kompetencji cyfrowych albo zwyczajnie środków, żeby z nowych narzędzi korzystać. Bo to jest przecież jasne, że tak jak przy wcześniejszych rewolucjach technologicznych, obok tych, którzy na zmianie zyskają, będą też tacy, którzy zapłacą za nią wysoką cenę. I właśnie trzeci sektor, działający bliżej ludzi i szybciej niż duże instytucje, będzie tym miejscem, które pomoże im przejść przez tę zmianę, zanim system zdąży w ogóle zauważyć, że pojawił się nowy problem. Z tego dostrzegania problemów ten sektor przecież wyrósł…
To nie jest tylko rewolucja technologiczna
Warto mieć świadomość, że rewolucja AI nie jest tylko rewolucją technologiczną, tak jak rewolucja przemysłowa nie była tylko pojawieniem się maszyny parowej i budowaniem fabryk. To zmiana społeczna, która może wpłynąć na sposób, w jaki pracujemy, uczymy się, tworzymy, szukamy informacji, podejmujemy decyzje i budujemy relacje. Może pogłębić (i jest duża szansa, że pogłębi) nierówności, jeżeli jedni będą mieli dostęp do najlepszych narzędzi i wiedzę, jak z nich korzystać, a inni pozostaną jedynie biernymi użytkownikami systemów, których działania nie rozumieją. Może również część nierówności zmniejszyć, jeżeli wykorzystamy ją na przykład do zwiększenia dostępu do edukacji, tłumaczenia, informacji, usług czy technologii wspierających osoby z niepełnosprawnościami.
Może uwolnić ludzi od części żmudnej pracy, ale może też sprawić, że część z nas straci kompetencje, bo przestaniemy ich używać. Może pomagać samotnym ludziom, ale może również zacząć zastępować im relacje. Może zwiększać dostęp do wiedzy i jednocześnie produkować dezinformację na skalę, której może jeszcze nawet nie znamy, choć sporo już widać w sieci. Może demokratyzować twórczość, ale może też zalać nas ogromną liczbą (i już zalewa) poprawnych i efektownych treści, które brzmią tak, jakby wszystkie pisał ten sam autor. I wkrótce największą wartością będzie coś, czego nie da się wygenerować jednym, nawet najlepiej napisanym promptem – rzeczywiste doświadczenie, wiedza, odpowiedzialność, własna perspektywa i to, czy ktoś naprawdę ma coś do powiedzenia.
Nie wiemy tego, ale najpewniej tak będzie, że pytanie, które się sobie dzisiaj zadajemy, czyli
„Czy jesteś za, czy przeciwko AI?”, za kilka lat może brzmieć równie dziwnie jak dzisiaj brzmi pytanie, czy jesteśmy za internetem albo za elektrycznością.
Chociaż wtedy nikt z nas specjalnie nie miał możliwości się za tym opowiedzieć…
Z perspektywy mojej wieloletniej pracy, która na różnych poziomach wiąże się z obserwacją świata, ze wsparciem ludzi, którzy tego wsparcia potrzebują, bardziej interesujące jest pytanie, jacy będziemy w świecie, w którym sztuczna inteligencja stanie się czymś zupełnie zwyczajnym. Jakich kompetencji będziemy potrzebowali? Czego nie oddamy technologii? Jak będziemy uczyć dzieci i młodzież? Jak przygotujemy osoby starsze? Jak ochronimy ludzi mających mniejsze kompetencje cyfrowe? Jak zmieni się praca? Co stanie się z zawodami twórczymi? Jak będziemy rozpoznawać wiarygodne informacje czy potwierdzać autentyczność nagrań? Jakie decyzje powinniśmy pozostawić człowiekowi nawet wtedy, kiedy maszyna będzie potrafiła podjąć je szybciej? No i najważniejsze – kto właściwie ma nas tego wszystkiego nauczyć? Szkoła, która sama dopiero próbuje zrozumieć, co się wydarzyło? Uczelnie? Państwa? Firmy technologiczne sprzedające nam swoje narzędzia dla kasy? Media? Organizacje społeczne? My nawzajem?
Pewnie wszyscy po trochu…
Mamy coś, czego nie mieli ludzie przed nami
Nie znam odpowiedzi na większość tych pytań i nie sądzę, żeby ktokolwiek dzisiaj je znał. Być może właśnie to łączy nas najbardziej z ludźmi żyjącymi podczas wcześniejszych wielkich przełomów. Oni również nie wiedzieli, jaki świat właśnie się rodzi. My dzisiaj patrzymy na nich z perspektywy, z której doskonale widzimy dalszy ciąg. Oni widzieli tylko teraźniejszość, która zaczynała nie pasować do reguł odziedziczonych po poprzednich pokoleniach.
My też jesteśmy dokładnie w takim miejscu, ale mamy coś, czego ludzie żyjący podczas wcześniejszych przełomów nie mieli – dobrą analizę historii. Wiemy już, że wielkie zmiany technologiczne rzadko są tylko opowieścią o postępie, albo tylko listą zagrożeń. Widzimy, że niemal zawsze przynoszą jednocześnie nowe możliwości, nowe zawody, ale też koszty społeczne, nowe nierówności, nowe formy wykluczenia i konieczność tworzenia regulacji, o których wcześniej nawet nie myśleliśmy, że kiedykolwiek możemy potrzebować.
Z tej perspektywy rewolucja AI, chociaż wciąż mamy więcej pytań niż odpowiedzi, nie jest całkowicie nieznanym zjawiskiem, tylko kolejnym wielkim momentem cywilizacyjnej zmiany. Na pewno jest szybszy i pod wieloma względami bardziej radykalny niż poprzednie, ale jednak taki, z którego nie musimy wyciągać wniosków od zera. I ja właśnie tak na niego patrzę. Historia nie podpowie nam dokładnie, co zrobić, ale może przynajmniej pokazać, jakie pytania warto zadawać wcześniej, zanim skutki nowych technologii zaczną nas zaskakiwać. Chociaż… wydaje mi się, że zaskakiwać będą, bo to dzieje się w nieprawdopodobnym tempie.
Patrzę więc na to swoje fałszywe zdjęcie z Rzymu z mieszaniną zachwytu i niepokoju. Jest naprawdę dobre, a jednocześnie tak wiernie trzyma się mojego wyglądu ze zdjęcia bazowego, że nadal wyglądam na nim jak ja, tylko… w sytuacji, która nigdy się nie wydarzyła. Tym bardziej mój mózg bez problemu akceptuje je jako obraz czegoś, co mogło się wydarzyć.
Patrzę więc na to swoje fałszywe zdjęcie z Rzymu z mieszaniną zachwytu i niepokoju. Jest naprawdę dobre, a jednocześnie tak wiernie trzyma się mojego wyglądu ze zdjęcia bazowego, że nadal wyglądam na nim jak ja, tylko… w sytuacji, która nigdy się nie wydarzyła. Niecałe dwie minuty wystarczyły, żeby stworzyć mi wspomnienie zdarzenia, którego próżno szukać w mojej przeszłości.
I tak od jednego zdjęcia zebrałam wszystkie obserwacje i przemyślenia, które od kilku lat krążą mi po głowie. Bo to jedno wygenerowane w AI zdjęcie najlepiej pokazuje paradoks czasów, w których żyjemy – potrafimy stworzyć coś szybciej, niż nauczymy się tym dobrze posługiwać i z tym żyć.
A ja? Nadal uważam, że mam ogromne szczęście obserwować tę zmianę od środka. Byleśmy tylko nie pomylili zachwytu z bezkrytycznością i strachu z rozsądkiem.
Pozdrowienia z Rzymu! 😉


Brak komentarzy