ŻYCIE W MINIATURZE

Pamiętacie swoje powroty w miejsca z dzieciństwa? Do szkoły, na podwórko, na którym bawiliście się jako dzieci, do domu dziadków, w którym onegdaj spędzaliście całe wakacje?… Świat się wtedy kurczy w sposób niby racjonalny, bo przecież jesteśmy większymi ludźmi i nie może być inaczej, a jednak sposób ten jest jednocześnie irracjonalny, bo przecież w naszej pamięci miejsca te mają „nasz” dawny rozmiar.

Co ciekawe, takie powroty po latach, choć to rzadkie chwile, to jednak za każdym razem powodują to samo zaskoczenie. U mnie pierwszym takim był powrót na studiach do podstawówki, gdzie miałam praktyki studenckie. Gigantyczne boisko było wciąż duże, jednak wcale nie przypominało stadionu olimpijskiego, jakim niemalże był w mojej głowie. Długie i szerokie korytarze już nie były tak długie i tak szerokie, jak te, które zachowałam w pamięci. Po niewysokich schodach nie wchodziło się tak długo i wolno, jak w moich szkolnych wspomnieniach. Jedyne, co było odwrotnie proporcjonalne, to hałas panujący tam na przerwach, który dla mnie jako dziecka nie stanowił najmniejszego problemu, ale dla mnie jako dorosłej studentki – był czymś, do czego długo musiałam się przyzwyczajać i nadal się nie przyzwyczaiłam 😉

Dziś szkoła ta odzyskała już swój prawdziwy wymiar, zwłaszcza że w międzyczasie stała się gimnazjum, do którego chodzi moje dziecko. Ale to pierwsze takie zderzenie dwóch rzeczywistości pamiętam, jakby to było wczoraj. No, właśnie, a wczoraj…

Wczoraj podczas mojego świątecznego wyjazdu zaliczyłam jeden z głównych jego celów – wizytę na wsi, na której spędzałam kiedyś każde wakacje, raz u dziadków, raz u ciotki, ale zawsze w tej właśnie wiosce. Pomijam już fakt, że zamiast piachu na drodze dojazdowej pojawił się asfalt, zastępując także kamienne kocie łby w samej wsi, do której w dodatku dotarły także inne dobra cywilizacji, jak oświetlenie czy bieżąca woda w kranach, bo to po dwudziestu latach zmian w całej Polsce normalne, ale poza tym – czas jakby się tam całkiem zatrzymał… Z jednym wyjątkiem – skalą.

Jak w miniaturowym świecie Małgorzaty Suchodolskiej, nie tylko domy się pozmniejszały, ale i odległość między nimi. Jedyny sklep we wsi, do którego nikt z nas, dzieci, nie chciał chodzić, bo był niewiarygodnie daleko, i który już dzisiaj nie funkcjonuje, okazał się stać w odległości zaledwie kilkuset (!) kroków od domu moich dziadków. Wszystko się skurczyło, wbijajac mnie jak gwóźdź w ścianę w dokładnie taki sam szok, jak podczas tamtej pierwszej po latach wizyty w podstawówce. I niby to naturalne, a jednak wciąż na nowo dajemy się (przynajmniej ja) nabierać na ten psychologiczno-umysłowo-życiowy trick 😉

Czułam się niemalże jak Guliwer w krainie liliputów, choć do wielkoludów nie należę 😉 Jednak poza tym… Poza tym niewiele się zmieniło. Duże i czasem dla mieszkających tu ludzi nie do przejścia pozostały ich codzienne problemy. Te same od lat – tyle że kiedyś odbierałam je jako dziecko i wydawały mi się takie odległe, jak i sama moja dorosłość. A dziś zdarza się, że i ja mam podobne. Życie tak bowiem właśnie się toczy – gdy kurczy się świat zewnętrzny, rozrasta się ten nasz wewnętrzny, wypełniany kolejnymi historiami, miejscami, przeżyciami, wspomnieniami i doświadczeniami. Dobrze to widać, gdy tak jak ja, spojrzy się z odpowiedniego dystansu.

W tym kurczeniu się wiele jest jednak rzeczy fajnych – jak choćby wynikający z naszej potrzeby oswajania maxi świata rozwój cywilizacyjny, dążenie ludzi do skracania odległości, zwiększania łatwości przenoszenia się z miejsca na miejsce, szybkości komunikacji… Na przykład ja teraz siedzę w kuchni mojej kuzynki, spoglądam za okno na mini-świat i piszę to wszystko na minisprzęcie – iPadzie. Mini, oczywiście. Bo świat jest mały 😉