Dancing queen, czyli PRL wiecznie żywy

niedziela, Czerwiec 22, 2014 0 0

Energetyk. Tak się mówi potocznie na napój, który po wypiciu powoduje, że chce Ci się tak jak Ci się nie chciało przed. W Świnoujściu odkryłam jednak jeszcze inne znaczenie tego słowa…

Energetyk to zlokalizowane po sąsiedzku Sanatorium Uzdrowiskowe Zrzeszenia Związków Zawodowych Energetyków w Warszawie (cóż za piękna dawna nomenklatura!). Czego oni tam nie leczą! Choroby serca i naczyń. Nadciśnienie i niedociśnienie. Miażdżyce tętnic. Astmę i rozedmę płuc. Nieżyty nosa, zatok i krtani. Cukrzyce. Tarczyce. Choroby kobiece, reumatologiczne i dermatologiczne, a nawet otyłość i osteoporozę. Już od samego patrzenia na listę zabiegów widniejącą na skwerze przed obiektem czułam się zdrowa jak ryba, którą codziennie konsumowałam na obiad. 

W Energetyku można zażyć kąpieli solankowych i perełkowych, okładów borowinowych , inhalacji, ultradźwięków, wszelkiego rodzaju lamp, masaży i wielu, wieeeelu innych atrakcji sanatoryjnych…

Nie wiem jednak, co lepiej działa na ciało, duszę i różne schorzenia – wszystkie te zabiegi czy… odbywający się tam codziennie DANCING…

Już pierwszego wieczoru, w ramach poznawania lokalnych atrakcji turystycznych, zostałam zaprowadzona do Energetyka, by ów dancing podglądnąć. Wsadziłam głowę przez drzwi prowadzące do ciemnej sali wypełnionej po brzegi przedziwną mieszanką ludzi w wieku 60+…

Pań odstrzelonych w szałowe kreacje, prezentujących modę począwszy gdzieś tak od lat 80. aż po czasy obecne, obwieszonych biżuterią, z mniej lub bardziej wyczesanymi fryzurami. Tańczących do “Zatańczysz ze mną jeszcze raz” Krawczyka. W parach, samotnie, w kółeczkach.

I panów, których strojów nie dostrzegłam, bo tonęły w chmurach taniej wody kolońskiej. Tulących panie lub przeciwnie – sztywno zdystansowanych. Nie tańczących jednak samotnie. Deficyt panów wyraźnie rzucał się w oczy, podobnie jak widoczne w każdym spojrzeniu pragnienia pań, które można by wyrazić granym tam innym hitem “Tylko mnie poproś do tańca” Anny Jantar.

I wreszcie, a trwało to moje podglądanie jakieś może dwie minuty, zobaczyłam didżeja (tak około 50-tki), który właśnie puszczał z płyty “A teraz idziemy na jednego”… Tancerze posłusznie zmierzali do stolików zasłanych zielonym bistorem i ozdobionych sztucznymi różami. Zamarłam… po czym wychodząc razem z całą ekipą wybuchnęłam śmiechem. Za kilka dni jednak miałam się przekonać, że ten się śmieje, kto się śmieje ostatni hahahaha 😀

Otóż po czterech dniach aktywnego plażowania (czyt. przewracania się z boku na bok jak kotlet na patelni, czytania książek i gazet oraz wpadania od czasu do czasu na loda, kawę, piwo lub cydr do baru przy plaży) moi przyjaciele rozpoczęli proces namawiania mnie na dancing w Energetyku. Sami wybrali się dnia piątego, by ośmielić jedną z osób w wieku zbliżonym do bywalców Energetyka. Ośmielanie przeszło najśmielsze oczekiwania wszystkich, więc następnego dnia namawianie mnie przybrało jeszcze intensywniejszy charakter. Z odsieczą przyszło moje dziecko, które powiedziało, że “Ruda musi zostać z nią, bo ona też potrzebuje towarzystwa”. I udało się oprzeć pokusie socjologicznych badań (to miał być wabik na mnie). Ale gdy kolejnego dnia ekipa powróciła w jeszcze bardziej szampańskich nastrojach, a ośmielana osoba “miała branie”, zrozumiałam, że muszę to zobaczyć na własne oczy, bo inaczej urlop będzie niepełny 😉

A więc na finał wczasów w kurorcie odstrzeliłam się w nową chabrową kieckę, wyszminkowałam usta na czerwono, pomodliłam się, żeby wino było dobre (niestety, chyba słabo się modliłam). I poszłam. Dancing w Energetyku trwa codziennie od 19.00 do 22.00. Przed 22.00 kelnerka obchodzi obsługiwane stoliki i zgarnia opłaty za wypite wino (tak nieprawdopodobnie kiepskiej jakości, że nawet słaby enolog nie postawiłby go i pod półką z winami, a co dopiero na niej) oraz inne trunki. I nie ma to tamto – punktualnie o dziesiątej wieczorem didżej puszcza jakiś wyraźnie weselnego pochodzenia hit pożegnalny, a tancerze posłusznie opuszczają lokal. Energetyk więc nie wqrwia wczasowiczów z sąsiedztwa, jak pierwsza lepsza knajpa w świdnickim Rynku w weekend, lecz zachęca ich, by też przyszli się przed snem pobawić.

I tak oto ja w ciągu dwóch godzin dancingu w Energetyku zweryfikowałam moje pierwsze dwuminutowe wrażenia.

Po pierwsze, panie były ubrane różnie. Od dżinsów i T-shirtów na opalone, całkiem jędrne ciało pewnej sympatycznie uśmiechniętej kobietki około sześćdziesiątki, która – samotna – podłączała się do naszego intensywnie balującego kółeczka, poprzez biel sukni do ziemi pewnej niewiele młodszej od tej sześćdziesiątki, ale z niepokojem patrzącej na nas, młodszych, a właściwie – na nas, MŁODSZE i kurczowo ściskającej w tańcu partnera innej kobiety, aż po elegancko skrojoną granatową bistorową kieckę ozdobioną długim sznurem sztucznych pereł 83-letniej (!) maleńkiej staruszki (stałej bywalczyni, jak mi powiedziano) z misternym kokiem na głowie i śmiejącymi się oczami, drepczącej w miejscu przy kolumnie (bo normalnie chodzi o kulach).

Po drugie, panowie faktycznie znajdowali się w mniejszości i faktycznie jechali wodą kolońską w klimacie “Brutala” (niecałe 15 zeta za 100 ml), ale sporo było wśród nich szlachetnych “obtańcowywaczy” wszystkich co ciekawszych kobiet po kolei. Ci mili panowie, jak poinformowali mnie “moi bywalcy” Energetyka, to w większości tubylcy, którzy w sezonie spędzają tam każdy wieczór (coś jak taki Maxi Kaz, tyle że ze Świnoujścia). Potańczą, potańczą, pomacają, czy aby jest za co złapać i od czasu do czasu pewnie wyrywają nie tylko do tańca 😉

Po trzecie, didżej (nadal koło 50-tki) nawet zdarzyło się, że i sam złapał za gitarę i coś zagrał oraz zaśpiewał, a w dodatku przeboje moich rodziców i dziadków oraz weselne evergreeny puszczał jednak rzadziej niż całkiem współczesne hity znane ze stacji radiowych oraz te, przy których ja zwykłam się bawić, gdy idę się bawić 😉

Po czwarte, towarzystwo było w tak różnym wieku, że… nagle okazało się, że ja i moja ekipa wcale nie jesteśmy tam najmłodsi, bo jeden ze stolików zajęły dwie młode, szalejące jak w dyskotece pary, które najwyraźniej przyszły – tak jak ja – podrzeć sobie łacha i poobserwować, a po chwili same wciągnęły się w energetyczny, całkowicie egalitarny klimat dancingu w Energetyku.

I tak oto moja obserwacja socjologiczna zamieniła się w całkiem energetyczną zabawę w klimacie, jakiego nie da się pewnie poczuć nigdzie indziej. Ja sama z kolei zamieniłam się w klasyczną dancing queen. You can dance, you can jive, having the time of your life… Ooo, yeah!  Może już nie seventeen, ale jeszcze nie seventy haha 😉

I było się śmiać? 😀

Pół porcji, proszę!

środa, Czerwiec 18, 2014 0 0

Mój odwieczny problem w polskich restauracjach: kiedy pytam, czy można wziąć pół porcji, kelnerzy patrzą na mnie jak na kosmitkę, a mówiąc bardziej po ludzku – jak na biedaka, który chce smacznie zjeść, ale go nie stać, a czasem jak na skąpca, którego stać, ale sobie żałuje, więc chce tylko „spróbować”. Co ciekawe, jeszcze większe oczy robią, gdy mówię, że zapłacę jak za normalną porcję, tylko żeby przynieśli mi mniej. Myślicie, że przynoszą mniej? Nie! Nadal muszę z żalem patrzeć na to, co pozostaje na talerzu, bo mój żołądek więcej nie przyjmie.

We Włoszech, gdy mówiłam, że chcę mniejszą porcję, też patrzyli na mnie jak na upośledzoną. Ale dodawałam, że jem tak, jak wyglądam, i kiwali głowami ze smutnym zrozumieniem, może trochę współczuciem, haha! Ale mniejsza porcja nie była problemem. W Polsce jest inaczej…

Wczoraj kelner w Toscanie w Świnoujściu, gdzie właśnie wypoczywam, zapytany o możliwość wzięcia pół porcji zachował jednak, trzeba mu przyznać, stoicki spokój (w przeciwieństwie na przykład do kelnerki w świdnickiej włoskiej restauracji, która kiedyś powiedziała mi, że kucharz się obraża, jak go prosi o pół porcji!). Powiedział, że owszem, robią to – wtedy, gdy rodzic jest z małym dzieckiem i bierze normalną porcję, prosząc o dodatkowy talerz. Popatrzył przy tym znacząco na moją córkę, której małą już nazwać nie można, bo jest prawie mojego wzrostu. Nie da się ukryć – minęły już czasy, gdy można było zamówić jedną porcję i obie się najadałyśmy. Teraz moje dziecko w fazie intensywnego wzrostu potrzebuje więcej. Mój żołądek nadal jednak pozostał taki sam.

Ale cóż było robić? Propozycje w menu brzmiały smakowicie, wino z Toskanii w całkiem dobrej cenie zachęcało jeszcze bardziej, by w Toscanie pozostać, więc na naszym czteroosobowym stole wylądowały: tagliatele po toskańsku, tagliatele ze szpinakiem, tagliatele z grzybami i gigantyczna lasagne (dla mojej córki, rzecz jasna). Z pozoru porcje makaronu nie wyglądały na duże. „ZJEM!” – pomyślałam wojowniczo i złapałam za widelec (noże też nam podano, za co barman dostał mniejszy napiwek, no i jeszcze za brak terminalu płatniczego – w XXI wieku w naprawdę dobrej restauracji!). Tak mniej więcej w połowie porcji mój żołądek (ponoć wielkości pięści) zaczął się lekko rozciągać, jakbym na tę pięść naciągała grubą wełnianą rękawicę. „No, dobra, jutro jeżdżę rowerem godzinę dłużej” – pomyślałam, z każdym kęsem czując narastającą ciężkość, którą próbowałam niwelować kolejnymi łykami wina. I tak przez dłuższą chwilę. Rozmowa, kęs, łyk wina, rozmowa, rozmowa, kęs, łyk wina, rozmowa, łyk wina, kęs, łyk wina, rozmowa, rozmowa, rozmowa, łyk wina, łyk wina, kęs… Aż wreszcie pięść w wełnianej rękawicy wyprana jeszcze w Perwolu czy innym Lenorze powiedziała: „DOŚĆ!” I przypomniała mi jeden z tych obrazków z dzieciństwa, których nie lubię wspominać…

Siedzę przy stole w kuchni. Moja siostra właśnie dojada swoją porcję obiadu. A mnie już od dłuższej chwili wszystko rośnie – najpierw w żołądku, potem w przełyku, idzie do góry, jak woda w napełnianej pod kranem butelce, aż osiąga kres. Ale jem. Jem, bo nade mną stoi ojciec, który mówi o mnie „chuda” i wzrokiem śledzi każdy kęs, który wędruje do moich ust. Nic nie może się zmarnować. Jestem za chuda, więc mam jeść. Moja siostra właśnie kończy, a ja? „Jedz, chuda!” No to jem. Jem, choć na tym etapie powinnam już oddawać to, co w siebie wtłoczę. Ale ten wzrok… Wreszcie psychika przegrywa z fizjologią. Trzeba było kilku tysięcy takich obiadów, żebym wreszcie, po latach, już jako nastolatka, odważyłam się powiedzieć ojcu „nie”. Niewątpliwie była to moja pierwsza w życiu lekcja asertywności.

Kiedy to wspominam, sama na siebie jestem zła, że jestem zła na tych kelnerów. W końcu luksus pozostawienia na talerzu niedojedzonej porcji jedzenia powinien być idealną odtrutką na tę traumę z dzieciństwa. Nie mogę – nie jem. A jednak nie potrafię. Bo do diabła – kto tu dyktuje warunki? Ja, klientka, która płacę i chcę dostać to, co chcę i ile chcę? Czy kucharz, który być może dla swoich dzieci jest takim ojcem jak mój był dla mnie? Ja, która chętnie zapłacę za całą porcję (skoro już te kilkanaście złotych ma takie znaczenie), byleby dostać jej pół? Czy kucharz, który widocznie jest mało kreatywny, że nie potrafi sobie proporcji podzielić na pół i zrobić tej porcji dla mnie mniejszej? Te pytania wciąż pozostają nierozstrzygnięte. Ale muszę Wam powiedzieć, że z taką misją chodzę po restauracjach. Zawsze najpierw robię „test pół porcji”. Jak wypadają? Sprawdźcie, jeśli macie ten sam problem 😉