LUDZIE SĄ JACYŚ INNI…

czwartek, 23 kwietnia, 2015 0 0

Wczoraj koleżanka zapytała mnie, ile lat mieszkam w Rynku. Prawie dwanaście. Wprowadziłam się pod koniec maja 2003 roku. Moja córka miała niecałe dwa lata. Akurat trafiliśmy na Dni Świdnicy – głośno, hałaśliwie i… wesoło. Kompletnie nie przeszkadzał nam hałas zza okien. Przyznam szczerze, że bardziej dała nam się onegdaj we znaki krajalnica w piekarni pod nami włączana o 5.00 nad ranem, ale po interwencji wygłuszono sufit.

Mimo że mieszkałam w Rynku, a może właśnie dlatego, od lat walczyłam w “WŚ” o jego ożywienie. O to, żeby knajpy były, żeby knajpy żyły i żeby “się działo”. I dlatego nigdy nie zrozumiem pozostałych mieszkańców Rynku, którzy – jak czytam dzisiaj w lokalnych mediach – żądają zamykania lokali o 23.00. Zwłaszcza że te lokale są czynne dłużej tylko w weekendy.

Owszem, zdarzało mi się zadzwonić do straży miejskiej czy na policję, szczególnie nad ranem, gdy jakieś niedobitki nie mogły znaleźć drogi do domu i włączały echosondę, tak że słyszało ich pół miasta, a ja akurat miałam przed sobą perspektywę trudnego dnia 😉 Ale nawet wtedy nie przyszło mi do głowy walczyć z lokalami, chcieć je zamykać wcześniej itd. Rynek to rynek. Jest dla wszystkich. A lokal to lokal. W weekend musi być otwarty dłużej. Jedyne, o co powinny zadbać władze miasta, to odpowiednie zabezpieczenie tych lokali i tyle.

Naprawdę, coraz częściej myślę, że ludzie są jacyś inni… Brak tolerancji, otwartości i zwyczajnego luzu to nasz wielki narodowy problem. Jak widać, nie trzeba daleko szukać, żeby zobaczyć przykłady. Dlatego moim rynkowym sąsiadom zalecam, żeby w weekend po prostu zamiast w piżamy wbili się w jakieś fajne łaszki i zeszli na dół napić się piwa, wina, drinka czy zwyczajnie soku i wchłonęli trochę tej atmosfery, którą mieliśmy okazję poczuć w Świdnicy dwa razy – podczas Zjazdów Świdniczan. Wtedy też mieszkańcy Rynku protestowali. Ale Rynek jest dla wszystkich. Ja to wiem, a nadal tu mieszkam. I dobrze mi z tym 🙂

I KTO TU JEST PODSTĘPNĄ ŻMIJĄ?

niedziela, 23 listopada, 2014 0 0

Niektórzy ludzie są tacy głupi, że wszystko, co zamieszczają na Facebooku jest publiczne i każdy może z tego korzystać. Są podobni do tych, co to Endomondo im liczy bieg wokół domu i się tym chwalą na FB, bo nie mają pojęcia, że pewne opcje można włączyć lub wyłączyć.

 

Ale do rzeczy.

Dziś przypadkiem, idąc śladem komentarza jednego z moich znajomych, dowiedziałam się, że pani kandydatka SLD na prezydenta wyhodowała sobie w mojej osobie żmiję. Wow! A więc to prawda, że hodowlą takich zwierząt trudni się pani kandydatka. Porzucając ironię, zastanawiam się, czemu ktoś, kto to napisał, tak właśnie ocenił sytuację. Najwyraźniej pani kandydatka, podobnie jak ma to w zwyczaju, przedstawiła mu giętkim żmijowym językiem sobie tylko znaną wersję wydarzeń. Tyle że jak zwykle minęła się z prawdą…

A prawda jest taka, że pani kandydatka nie miała najmniejszej szansy wyhodować sobie jako żmii mnie nawet w brudzie za paznokciem, bo po rozpoczęciu współpracy z ówczesnym szefem pani kandydatki (a nie z nią) i po jednym obiedzie w Piaście z panią kandydatką zostałam rzucona na głęboką wodę (bo pani kandydatka nie lubiła za bardzo sama pracować). Podobnie dwa miesiące później – dostałam od tego samego szefa propozycję zastąpienia pani kandydatki na stanowisku redaktora naczelnego WŚ. Niestety, ta drzazga siedzi w oku tej pani (albo w czym innym) lata całe i wyjść nie może.

Byłam potem, w czasach, gdy znów zostałam przez panią kandydatkę chwilowo oczarowana, chętnie wykorzystywana przez nią jako niezadowolony pracownik, którego wyrazy niezadowolenia przekazywała wydawcy w rozlicznych, regularnych od lat rozmowach telefonicznych. Dzięki temu udało się jej doprowadzić do rozbratu wydawcy z ówczesną redaktorką. Trwały rozmowy o objęciu stanowiska przez panią kandydatkę i przyznam, że nawet ja sama tego chciałam. Będąc w okresie kolejnej fascynacji myślałam: „wow, fajnie, wreszcie ktoś sensowny” (to podobnie jak teraz większość omamionych przez nią wyborców). Ale nie dogadała się z wydawcą co do tego, co zwykle, czyli kasy, i ja zostałam (znów niechcący) p.o. redaktora naczelnego, a ona na otarcie łez dostała to samo stanowisko w gazecie w Wałbrzychu, która do dziś po jej rządach nie może podźwignąć się z kolan.

Byłam fajna, kiedy bezwiednie pomagałam wrócić na wymarzone stanowisko, ale natychmiast stałam się niefajna, kiedy to mnie zaproponowano jego objęcie. Od tamtej pory zaczął się sześcioletni okres pani kandydatki „w tle”. Raz nawet „WŚ” nie wyszły o czasie, bo pani kandydatka przekonała wydawcę, że Dni Papieskie to lepszy temat niż inny, chętnie czytany przez czytelników. Odwołanie mnie z wolnej niedzieli i późne zmiany spowodowały opóźnienie do drukarni, co oznaczało nieukazanie się gazety na czas.

Wcześniej pani kandydatka jako rzecznik SPiKŚ omamiła mnie drugi raz, mówiąc, że to, co robię pisząc w WŚ o gospodarce, to w ogóle nikt wcześniej nie robił tak świetnie i że ona tylko ze mną chce współpracować… I współpracowała. Nawet pisała do WŚ za kasę, gdy ja byłam redaktorem naczelnym. A więc kto tu kogo hodował? ;) Bo na pewno to ja dłużej naliczałam wynagrodzenie pani kandydatki, niż było odwrotnie. Ludzie są doprawdy naiwni.

Finałem kilkuletnich podchodów pani kandydatki do WŚ było buntowanie przeciwko mnie załogi w jubileuszowym roku 2012 (i to w czasie, gdy zaprosiłam ją jako jedną z VIP-ów do występowania w jubileuszowej sztuce), a następnie, rok później, napisanie do wydawcy listu otwartego o mojej potencjalnej nierzetelności i braku obiektywizmu (z desperacji jego fragmenty zamieściła nawet w komentarzach pod artykułem), bo… podobnie jak wszystkie inne media, pojechałam na spływ pontonowy w ramach organizowanej przez LOT konferencji prasowej. Dziwne, że inni wydawcy nie dostali takich listów pod adresem ich redaktorów naczelnych i pracowników… Czyżby pani kandydatka miała jakiś kompleks?

Cóż… jedyne, co po tym wyznaniu pozostaje, to pytanie… kto tu jest żmiją? Bo na pewno, nie ja :D