CZY JAK JESTEM MATKĄ, TO MAM SIĘ ZAPUŚCIĆ?

czwartek, Wrzesień 17, 2015 0 0

Media forsują wzór idealnego ciała, więc młoda matka nie może wyglądać jak matka, nie może się „zapuścić”. Ten nurt wpisuje się w ogólnoświatowy kult młodości i wiarę, że współczesna medycyna daje nam władzę nad ciałem i pozwala je kształtować. 

Przeczytałam te słowa dzisiaj przy śniadaniu w “Polityce” i się na dzień dobry wqrwiłam. Media forsują i młode matki co?… Ulegają medialnej hipnozie? Chciałyby się “zapuścić”, ale nie mogą, bo… media? Serio? A może po prostu chcą dobrze wyglądać, żeby za kilka lat nie wyładowywać na dziecku, z powodu którego “się zapuściły”, swoich frustracji? Może chcą czuć się dobrze w swoim ciele i akurat lubią być szczupłe? Może dla nich ruch to najzwyczajniej w świecie zdrowie, dobre samopoczucie, pogoda duch, a nie kult młodości itp. itd. Naprawdę się wqrwiłam. Zwłaszcza że to cytat psycholożki dr Elżbiety Korolczuk, feministki, która chyba nie rozumie, że świadome kobiety chcą dobrze wyglądać same dla siebie, a nie dlatego, że media forsują wzór idealnego ciała.

Regularnie ćwiczę, bo całe życie byłam szczupła i jak mi coś zaczęło przybywać, to się z tym po prostu źle czuję. Do tego lubię ruch i czuję się dzięki niemu sto razy lepiej. Wczoraj ktoś mnie zapytał, jak wytrzymuję takie tempo. Praca na etacie, sporo dodatkowych zleceń, matkowanie, zajmowanie się domem itp. itd. To proste – bo mam energię. A mam ją dzięki temu, że zdrowo się odżywiam, że regularnie trenuję, a dzięki temu czuję się dobrze w swoim ciele i jestem pogodna. Wchodzę po południu do domu i nie padam na twarz, tylko mam ochotę jeszcze coś fajnego zrobić. Poczytać. Pogadać z córką. Gdzieś wyjść. Coś ugotować. Albo… iść do Energia Fitness Klub na Słobódzkiego w Świdnicy (lokuję produkt mojej koleżanki Pauliny), gdzie panuje genialna atmosfera, pachnąca potem, wyzwaniem i wzajemną pozytywną motywacją 🙂

Kiedy urodziłam córkę, byłam szczęściarą, bo stosunkowo szybko wróciłam do swojej wagi. Ale nasłuchałam się zwierzeń koleżanek, które w ciąży przytyły nawet i po dwadzieścia parę kilo (chociaż się nie objadały) i było im po prostu z tym źle, bo też zawsze były szczupłe. I to dla siebie chciały walczyć z nadmiarem kilogramów. Nie dla mężów. Nie z powodu presji społecznej. Nie dlatego że media lansują wzór idealnego ciała.

Była też jedna odwrotna sytuacja. Pewna moja koleżanka po ciąży tak się sobie spodobała z krągłościami (bo zawsze była przeraźliwie chuda), że zapragnęła pozostać taka na zawsze.

Bo “idealne ciało” to takie, w którym to my się dobrze czujemy. My! I tak jak nikt nie będzie nam dyktował, że mamy być szczupłe, tak nikt nie ma prawa namawiać nas to zapuszczania się i w dodatku nazywać to “wyglądaniem jak matka”. Masakra!

Na koniec zabawna historia z wczorajszych zajęć. Na fitnessie jedna z koleżanek, mama wygadanego i wyjątkowo rezolutnego malucha, zawzięcie i absolutnie z własnej nieprzymuszonej woli walcząca z nadmiarem kilogramów, opowiedziała nam w przerwie dwie anegdoty ze swojego matczynego życia.

Anegdota pierwsza

Pewnego dnia wraca z fitnessu (a chodzi od dwóch tygodni), a synek do niej: “Mamo, coś słaba jest ta twoja trenerka. Cały czas masz duży brzuch”.

Anegdota druga

Spaceruje sobie z synem, przed nimi chuda nastolatka w mini, z nogami aż po szyję i brzuchem na wierzchu. Syn patrzy na nią, na mamę, znowu na nią i znowu na mamę i pyta: “Mamo, dlaczego nie jesteś taka ładna jak ta pani?”

 

STANY LĘKOWE VS. JESIEŃ ŚREDNIOWIECZA

piątek, Sierpień 21, 2015 0 0

“W Świdnicy święte oburzenie. Późnym wieczorem, na Rynku ma być wyświetlony „Pulp Fiction” – genialny film Quentina Tarantino, w którym jednak – jak policzyli co niektórzy – słowo fuck pada aż 272 razy!  A do tego film przesycony jest brutalnością, krwią, a nawet rasizmem. Straszne!!! Dziwię się, że nikogo nie oburza fakt, że piękna Mia wciąga w nim kokę na kilogramy 🙂 ” – napisała dziś na FB moja przyjaciółka, dziennikarka. Nie wierzyłam w to, co czytam…

Bo czy na świdnickim Rynku, gdzie w letnie noce różne “kurwy”, “chuje” i wszystkie inne znane powszechnie (również i naszym dzieciom, bo chyba nie myślimy, że jest inaczej?) bluzgi lecą całymi setkami, umiejętnie stymulowane setkami w płynie, coś takiego może bulwersować. I kogo? Chyba tylko kolesia, który cierpi na jakieś stany lękowe połączone z nerwicą natręctw i słowo “fuck” działa na niego jak linie na Jacka Nicholsona w “Lepiej być nie może”…

Pamiętacie zabawę w “kto nadepnie na linię, ten całuje świnię”? 😀

W Rynku, gdzie weekendowe nocne życie jest w tej chwili w najwyższej fazie rozkwitu, co w poniedziałkowe poranki odzwierciedla moja klatka schodowa, służąca w równym stopniu za nocny bar “po godzinach” i wychodek, a sądząc po odgłosach – bywa, że i dom schadzek, słowo – nomen omen – fuck nie może budzić niczyjego oburzenia. Bo jak często mawiał na studiach profesor Miodek, jest słownik i jest uzus. Uzus (nie mylić z zusem) to inaczej utarty zwyczaj, ustalona praktyka, a w lingwistyce – powszechne istnienie jakiegoś słowa w mowie potocznej. To właśnie uzus sprawił, że mamy dziś komputery, internety, a nawet rowery. To dzięki niemu mówimy, że coś jest fajne.

I zapewniam, że już za kilka, kilkanaście lat słowo “zajebisty” będzie funkcjonować w słowniku jako dopuszczalne potocznie!

Jest uzus, więc żadne takie słowo nikogo nie powinno już dziwić. A skoro mówimy o filmie – to jest i konwencja. Bo czy widzieliście kiedyś kino gangsterskie bez przemocy? Czy “Ojciec chrzestny” byłby tak samo ekscytujący, gdyby Woltz zamiast z głową konia na poduszce obok obudził się rano z przekrojonym arbuzem? 😀 Czy “Dawno temu w Ameryce”, według mnie arcydzieło, byłby tym, czym jest, gdyby De Niro i inni rozprawiali się z konkurencją wyzywając na pojedynek 😉 Haha 😀

Albo wyobraźcie sobie ten emocjonalny dialog dwóch kultowych już w historii kina gangsterów Julesa i Vincenta:

Jules Winnfield: Co jest, kurwa?!

Vincent Vega: Kurwa, strzeliłem mu w ryj!

Jules Winnfield: Po jaką cholerę?!

Vincent Vega: Nie chciałem. To wypadek.

Jules Winnfield: Przegiąłeś, facet!

Vincent Vega: Wyluzuj się. Pewnie podskoczyliśmy na wyboju.

Jules Winnfield: Gówno, nie wybój!

Vincent Vega: Słuchaj, nie chciałem skurwiela zabić. Pistolet sam wypalił.

w takiej formie:

Jules Winnfield: Co się stało?

Vincent Vega: Ojej, strzeliłem mu w twarz!

Jules Winnfield: Och, dlaczego?

Vincent Vega: Nie chciałem. To był wypadek.

Jules Winnfield: Przesadziłeś, człowieku.

Vincent Vega: Nie denerwuj się. Pewnie podskoczyliśmy na wyboju.

Jules Winnfield: No co ty? Jaki wybój?

Vincent Vega: Słuchaj, nie chciałem tego pana zabić. Pistolet sam wypalił.

Hahaha 😀 Sama się uśmiałam 😉

No i co byśmy dzisiaj zrobili w internetach bez tekstu “zrobię ci z dupy jesień średniowiecza”? 😀

Konwencja, która w “Pulp Fiction” ma nieprawdopodobne znaczenie, bo cały film, począwszy od tytułu (którego dzięki Bogu i partii nikt nie zdecydował się przetłumaczyć na polski, bo słabo nam to wychodzi) jest łamaniem konwencji kina gangsterskiego, WYMAGA używania przekleństw. Widzieliście kryminalistę, który by nie przeklinał? 😀

Wracając do “święcie oburzonych” – nie wiem, ile razy w tym filmie pada słowo “fuck”, chociaż na samych tylko studiach pisząc o nim pracę, bo to dzieło w historii kina genialne, obejrzałam go setki razy, wielokrotnie klatka po klatce, ale wiem, że jest to jedna z lepszych propozycji na “kino pod chmurką”. Mądry, uniwersalny, kpiący z konwencji, łączący w sobie wszystkie niemal gatunki filmowe, zabawny, a do tego jeszcze świetnie napisany, nakręcony i zagrany. Organizatorom można tylko gratulować, a oburzonym – współczuć… zaściankowości 🙂

LUDZIE SĄ JACYŚ INNI…

czwartek, Kwiecień 23, 2015 0 0

Wczoraj koleżanka zapytała mnie, ile lat mieszkam w Rynku. Prawie dwanaście. Wprowadziłam się pod koniec maja 2003 roku. Moja córka miała niecałe dwa lata. Akurat trafiliśmy na Dni Świdnicy – głośno, hałaśliwie i… wesoło. Kompletnie nie przeszkadzał nam hałas zza okien. Przyznam szczerze, że bardziej dała nam się onegdaj we znaki krajalnica w piekarni pod nami włączana o 5.00 nad ranem, ale po interwencji wygłuszono sufit.

Mimo że mieszkałam w Rynku, a może właśnie dlatego, od lat walczyłam w “WŚ” o jego ożywienie. O to, żeby knajpy były, żeby knajpy żyły i żeby “się działo”. I dlatego nigdy nie zrozumiem pozostałych mieszkańców Rynku, którzy – jak czytam dzisiaj w lokalnych mediach – żądają zamykania lokali o 23.00. Zwłaszcza że te lokale są czynne dłużej tylko w weekendy.

Owszem, zdarzało mi się zadzwonić do straży miejskiej czy na policję, szczególnie nad ranem, gdy jakieś niedobitki nie mogły znaleźć drogi do domu i włączały echosondę, tak że słyszało ich pół miasta, a ja akurat miałam przed sobą perspektywę trudnego dnia 😉 Ale nawet wtedy nie przyszło mi do głowy walczyć z lokalami, chcieć je zamykać wcześniej itd. Rynek to rynek. Jest dla wszystkich. A lokal to lokal. W weekend musi być otwarty dłużej. Jedyne, o co powinny zadbać władze miasta, to odpowiednie zabezpieczenie tych lokali i tyle.

Naprawdę, coraz częściej myślę, że ludzie są jacyś inni… Brak tolerancji, otwartości i zwyczajnego luzu to nasz wielki narodowy problem. Jak widać, nie trzeba daleko szukać, żeby zobaczyć przykłady. Dlatego moim rynkowym sąsiadom zalecam, żeby w weekend po prostu zamiast w piżamy wbili się w jakieś fajne łaszki i zeszli na dół napić się piwa, wina, drinka czy zwyczajnie soku i wchłonęli trochę tej atmosfery, którą mieliśmy okazję poczuć w Świdnicy dwa razy – podczas Zjazdów Świdniczan. Wtedy też mieszkańcy Rynku protestowali. Ale Rynek jest dla wszystkich. Ja to wiem, a nadal tu mieszkam. I dobrze mi z tym 🙂

JAK SIĘ ODBIERA CUDZE NAGRODY

poniedziałek, Kwiecień 20, 2015 0 2

Jest takie powiedzenie, że jeśli nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie. Nowego znaczenia te mądre słowa nabrały dla mnie podczas Gali Gwiazd Biznesu w piątkowy wieczór w wałbrzyskiej Starej Kopalni. Siedziałam tam, patrzyłam na scenę i zastanawiałam się, gdzie są granice tej przyzwoitości. Oto nowa pani prezydent Świdnicy usłyszawszy, że to jej miasto otrzyma nagrodę w kategorii samorząd przyjazny biznesowi, nie czekając na zaproszenie, popędziła na scenę, co prowadząca skwitowała uroczym “no, skoro już pani idzie, to zapraszamy” 😉

W tym momencie powiedziałam do moich koleżanek “ciekawe, czy powie, że na tę nagrodę zapracował jej poprzednik”. Jak myślicie?

Pamiętam inną galę. Krótko po tym jak z dnia na dzień objęłam po obecnej pani prezydent stanowisko redaktora naczelnego “Wiadomości Świdnickich” okazało się, że gazeta zdobyła nagrodę w konkursie Fundacji IDEE dla gazet lokalnych. Na galę jej wręczenia wydawca kazał jechać mnie i koledze Pawłowi, który zajmował się zgłoszeniem do konkursu. Źle to wspominam. Nie dość, że nagroda nie była “moja”, to jeszcze ulokowano nas w hotelu a la wczesny Gierek, który do złudzenia przypominał mi wrocławski akademik “Dwudziestolatka” (na szczęście, nigdy w nim nie mieszkałam). Był obskurny, ciemny, ciasny. W dodatku wszędzie stamtąd było daleko. No dobra – nie lubię Warszawy 😉

Było mi naprawdę niezręcznie odbierać tę nagrodę. Dlatego wtedy też powtarzałam sobie

“jeśli nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie”.

Powiedziałam, że to jest nagroda moich kolegów, którą ja jedynie odbieram i przekażę we właściwe ręce. Nie mogłabym sobie następnego dnia spojrzeć w lustrze w twarz, gdybym postąpiła inaczej.

Tym, którzy na gali nie byli, a są ciekawi, jak postąpiła pani prezydent (poza tym, że nawet nie zaczekała na zaproszenie na scenę), dopowiem, że powiedziała, że jest to nagroda “wszystkich byłych samorządowców”. Przyznam, że w kontekście, który przecież wszyscy znamy, zabrzmiało to jak żenujący żart prowadzącego. W dodatku ponury.

Warto więc przypomnieć kilka faktów. Bo może już niektórzy zapomnieli, jaka była Świdnica w momencie przejęcia władzy w mieście przez Wspólnotę Samorządową i Wojciecha Murdzka.

Miasto wciąż jeszcze zmagało się ze skutkami upadków dużych fabryk. 6,3 tys. osób bezrobotnych w 2002 roku to liczba, która mówi sama za siebie. Wsparcie przedsiębiorczości ze strony samorządu praktycznie nie istniało. Dlatego ulgi dla przedsiębiorców były jedną z pierwszych decyzji nowej władzy. A walka o powstanie strefy ekonomicznej – priorytetowym działaniem. Wprowadzona w 2004 roku podstrefa ekonomiczna (notabene dokładnie jutro minie 11 lat od tamtej naprawdę wiekopomnej chwili) spowodowała, że w czasie zaledwie czterech lat liczba bezrobotnych w mieście zmalała do nieco ponad 2 tys. osób. I ten stan utrzymuje się do dzisiaj, co znaczy, że w większości są to “zawodowi” bezrobotni, na co już niewielki wpływ mogą mieć urzędnicze działania.

Wszystkie te działania całymi latami, aż do zeszłego roku, kiedy postanowiłam odejść, relacjonowałam jako dziennikarka zajmująca się gospodarką i biznesem. Nie robiłam tego bezkrytycznie. Nie raz się czepiłam tamtej władzy, że coś robi źle. Nie raz byli na mnie za to wściekli, a niektórzy nawet obrażeni. Ale tym bardziej potrafię obiektywnie ocenić, kto zapracował na tę nagrodę, którą z bananem na twarzy odbierała pani prezydent.

Czasem zdarza się, że trzeba odebrać cudzą nagrodę. Miarą klasy człowieka jest to, w jaki sposób się to robi.

Foto pożyczyłam z www.naszbiznes24.pl

ZA MŁODZI NA STAROŚĆ

środa, Kwiecień 15, 2015 0 0

Strasznie mnie kusi, żeby zrobić użytek z paru informacji, które w ostatnich tygodniach dotarły do mnie z otoczenia nowej władzy (a właściwie już ex-otoczenia), a na które dziś ktoś wrzucił wisienkę, ale nie ulegnę tej pokusie. Po pierwsze, trzeba ćwiczyć silną wolę. Po drugie, dystans, jakiego nabrałam do całej tej coraz zabawniejszej historii Nikosia Dyzmy w spódnicy, coraz bardziej mi się podoba. Po trzecie, niech się wreszcie wypowiedzą inni, bo to, czego oni dowiadują się teraz, ja wiedziałam już dawno i nikt mi nie chciał wierzyć.

Dziś więc nie będzie krytyki pomysłów i planów świdnickiej nowej samorządowej fali. Niech sobie żyje w swoim iluzorycznym świecie wypełnionym przekonaniem o własnej samozajebistości tak długo, jak długo trzeba, by kolejni świdniczanie, żyjący w tym realnym świecie, dostrzegli to, co i ja oraz inni “wyklęci” znajdujący się na czarnej liście nowej władzy widzieliśmy już dawno. Jeszcze zanim, jak mi to dzisiaj powiedziano, podrzucono miastu to kukułcze jajo. Nie napiszę Wam też o tym, jak powoli, krok po kroku, jedna za drugą, wycofują się z otoczenia tejże władzy ludzie dotychczas ją wspierający, omamieni (czasem nie po raz pierwszy) jej pustozłotosłowiem. I nie powtórzę, jak zwykle, “a nie mówiłam” 😉

Dziś, w ramach ćwiczenia silnej woli i powiększania dystansu, będzie o… starości.

Obserwujecie czasem starszych ludzi? Ja tak. Przygarbionych, powolnych, zwykle zbyt ciepło ubranych, opóźniających przejazd samochodów na przejściach dla pieszych, sunących wolniutko chodnikiem, siedzących na ławkach, w oknach. Z tymi twarzami wyrzeźbionymi zmarszczkami wieloletnich doświadczeń i przeżyć. Z tymi oczami schowanymi dziś głębiej, ale które przecież są tymi samymi oczami, jakimi oglądają świat od urodzenia. Zwykle samotnych. Patrzycie na nich i co myślicie? “Jaki/jaka ja będę na starość?”, “Wolałbym/wolałabym nie żyć tak długo”, “Nie chciałbym/nie chciałabym być ciężarem dla innych”, “Nie chciałbym/nie chciałabym być samotna na starość”…

No to kolejne pytanie – dlaczego w takim razie każdy z Was jednocześnie marzy o długowieczności? Dlaczego denerwujecie się, że czas tak pędzi? Że tego nie zrobiliście czy tamtego? Powiem Wam. Bo sami nie wiemy, czego w życiu chcemy. Tak, my. Bo ja też tak często mam. Z jednej strony chciałabym żyć długo, jak najdłużej. Z drugiej – obserwując starość w takim wydaniu, jak opisałam wyżej, myślę sobie czasem: “nie chcę być na starość czyimś ciężarem” albo “jeśli mam być na starość samotna, jak ci ludzie, to wolę tego nie dożyć”.

Ale jest inna starość. Starość radosna i pogodna. Aktywna i pełna uroku. Starość, której każdy chciałby dożyć. To starość ludzi pełnych werwy, radości życia i nieustannego poszukiwania dziecka w sobie. Starość seniorów z uniwersytetów trzeciego wieku, tak aktywnych, że trudno im znaleźć lukę w napiętym grafiku, by pomóc dzieciom czy wnukom. Starość przyjaciółek maszerujących z kijkami nad świdnickim zalewem. Starość seniorów z Domu Dziennego Pobytu, którzy po 60-tce uczą się angielskiego. I starość Stanisława Kowalskiego. Najbardziej niesamowita.

Bo czy nie chcielibyście żyć 105 lat i zasłużyć na nieśmiertelność? W jesieni życia zapisać się złotymi zgłoskami nie tylko we własnej życiowej księdze, ale też w mediach w kraju i na świecie? Wejść do panteonu ludzi, którzy dokonali rzeczy niezwykłych, pokonali własne ograniczenia, przeżyli wiek i pół dekady, a formy mógłby im pozazdrościć niejeden dzisiejszy nastolatek? Nie chcielibyście przeżywszy setkę pobić rekord w biegu na sto metrów?  Wczoraj dziarski świdniczanin skończył wspomniane 105 lat. Pogodą ducha, aktywnością fizyczną, spokojnym, bezstresowym podejściem do życia, imponuje każdemu. I zaraża.

Tym więc, którzy denerwują się obserwacjami poczynań lokalnego samorządu, tym, którzy już zrozumieli i którzy dopiero zrozumieją, jak bardzo się mylili stawiając krzyżyk w tej konkretnej kratce, zalecam – wzorem pana Stanisława, za którym i ja podążam – trening i dystans. Pamiętajcie, że w duszy zawsze będziemy za młodzi na starość, więc pomóżmy swojemu ciału za nią nadążyć. A największym jego wrogiem jest stres. Dlatego trenujemy silną wolę i nabieramy dystansu. Jak Hawajczycy. Co ma być, to będzie. Aloha! 😉

Foto podkradłam od superfotografa Wiktora Bąkiewicza 😉 (www.wiktorfoto.pl)

CZY JA MIESZKAM W TYM SAMYM RYNKU?

środa, Kwiecień 8, 2015 0 1

Czasem wystarczy, jeśli pozwoli się po prostu komuś działać – takie słowa usłyszałam wczoraj w rozmowie z kolegą. A odnosiły się do sytuacji w naszym mieście. Jaka sytuacja? – zapytacie pewnie. Jest przecież sielsko, wręcz idealnie, jak w Utopii Thomasa More’a. Ludzie sami wychodzą z inicjatywami, a władza patrzy łaskawym okiem i wszystkie wspiera oraz popiera. Jest pięknie! Przyszła wiosna. Miasto posprzątane. A Bystrzycą, której brzegi zostaną w czynie społecznym posprzątane, popłyną wkrótce mleko i miód. Coś tu jednak nie całkiem chyba gra.

Od jakiegoś czasu regularnie przeglądam lokalne media. I mam wrażenie, że nasza nowa władza robi same dobre rzeczy, ma zawsze rację i nie ma żadnych wad. Może faktycznie tak jest i może także mediom udzieliła się sielska atmosfera. Najgorsze i najgłupsze decyzje już podjęte, choć nie wiemy, jakie tam jeszcze asy się w rękawie kryją, pierwsza burza minęła, więc można złapać drugi oddech i markować działanie, bo że się nic ciekawego (poza inicjatywami mieszkańców) nie dzieje, to chyba widać gołym okiem? Nie widać?

Zaraz Wam to udowodnię.

Oto oglądam w lokalnej telewizji materiał o tym, że nowa władza odkryła Amerykę w postaci Rynku, w którym “nic się nie dzieje”.

Przyznam, że słuchając wynurzeń tejże władzy przed kamerą przecierałam oczy ze zdumienia i poszłam do łazienki po waciki do uszu, bo nie byłam pewna, czy dobrze słyszę. Bo jeśli jest tak, jak mówi władza, to ja chyba mieszkam w innym Rynku innej Świdnicy.

Owszem, z martwym Rynkiem był problem kilka lat temu, dlatego wspólnie z kolegami z redakcji “Wiadomości Świdnickich” zorganizowaliśmy akcję “Przywróćmy Rynek z tradycjami”. To my męczyliśmy co tydzień artykułami, zdjęciami, felietonami, wywiadami i pytaniami poprzednią władzę, żeby wreszcie podjęła jakieś kroki. I podjęła.

Świdnicki Rynek od pierwszych do ostatnich ciepłych promieni słońca tętni życiem i tak dzieje się od kilku już lat, odkąd poprzednia władza zastosowała m.in. ulgi dla osób prowadzących lokale gastronomiczne. Niektóre lokale organizują latem obok swoich ogródków pokazy czy minirecitale, zatrudniają artystów, by bawili ich gości, a przy okazji – ożywiają Rynek. Nie wspomnę o Galerii44, która była królową świdnickich lokali, jeśli chodzi o wystrój, jakość obsługi, wyjście do klienta i… wyjście na Rynek, która – jak słyszę – ma na powrót być Galerią Fotografii, odwiedzaną przez 0,75 osoby dziennie.

To się nazywa ożywianie Rynku!

A jakie jeszcze pomysły na ożywienie ma nowa władza? Nie padnijcie z wrażenia. Udostępnienie Rynku dla osób niepełnosprawnych (co się chwali, ale Rynek dla niepełnosprawnych nie jest niedostępny, o czym świadczy drąca się często latem pod moimi oknami “Agnieeeeszkaaaa! Agnieeeeeszkaaaa!” pewna niepełnosprawna osoba, chcąca, by moja sąsiadka do niej zeszła, bo domofon zepsuty), udostępnienie Rynku dla taksówek oraz… stworzenie kilku miejsc do parkowania dla taksówek 😀 Po co? Bo Rynek ma być “dostępny”. Rozumiecie? Bo dzisiaj nie jest 😉 Osoba, którą stać na taksówkę, nie da rady dotrzeć do Rynku piechotą 5 metrów, bo tyle ma od najbliższego miejsca postoju taksówek na ul. Grodzkiej. Trzeba ją wwieźć do Rynku. Osoba, która jest w Rynku i narobiła 25 kilogramów zakupów, nie dojdzie przecież z nimi te parę metrów na Grodzką. Biedni zakupoholicy 😉

Cóż… Z pewnością tegoroczny świdnicki dawny plac targowy nie będzie taki sam jak kiedyś. Nie zobaczymy w letnich ogródkach znanych aktorów czy reżyserów popijających kawę czy piwo w trakcie Festiwalu Reżyserii Filmowej, nie zaroi się na nim od gości Kongresu Regionów, nie był na ten rok planowany także Zjazd Świdniczan, który miał mieć dwuletnią przerwę, ale diabli wiedzą, co nowa władza zrobi z nim za rok. Nie będzie najlepszego ogródka letniego w Galerii44. Tak naprawdę sporo zmian nas czeka, których przeciętny świdniczanin jeszcze nie czuje.

Nie martwcie się jednak, bo jak się dowiedziałam z rzeczonej wypowiedzi, pomysłów na ożywienie Rynku jest jeszcze bardzo wiele. Rozumiem, że te powyższe są sztandarowe, skoro zostały już zaprezentowane. Nieświadomy czytelnik może się zastanawiać, czemu akurat takie. No cóż, jak widać “ożywienie” ma się wiązać z lizaniem dupy środowiskom kupieckim, bo ich celem najwyraźniej jest przywiezienie i odwiezienie potencjalnego klienta. A na temat siły nabywczej tegoż klienta już tutaj pisałam, więc nie będę się powtarzać.

Ten konsumpcjonizm jednak chyba nie dziwi u kogoś, kto przez ostatnie lata bujał się jako kaowiec po galeriach handlowych. Nie może więc też dziwić kompletny brak pojęcia o tym, jak od wiosny do późnej jesieni wygląda świdnicki Rynek. A że teraz jest ciut niemrawy, cóż… zimą wszystko zamiera, a wiosna jeszcze nie przyszła. Ale już stoi za Rynkowym progiem.

PS Jak na ironię – właśnie dzisiaj w Rynku zamontowano pierwszy ogródek letni 😀

PARKING W RYNKU? JESTEM NA TAK! ;)

niedziela, Marzec 29, 2015 0 3

Niedziela Palmowa. Niedziela handlowa. I Rynek ciut mniej dziś niedzielny. Ludzie, którzy nie znajdują w tygodniu czasu na różne zakupy, a otwarte cały tydzień markety i galeria im nie wystarczają, wpadli zajrzeć do sklepów. Ale szału nie ma. Tłumów nie widzę. Mimo że strefa parkowania dziś nieczynna i można parkować bez płacenia. I mimo że ludzie mają czas wolny. Zastanawiam się więc, gdzie jest to kupieckie eldorado, zakłócane ponoć przez płatne parkowanie? Tymczasem z magistratu płyną kolejne wieści o ułatwieniach dla środowisk kupieckich z centrum miasta. Władza zastanawia się, czy w okresie jesienno-zimowym nie otworzyć Rynku dla kierowców… I ja mówię: TAK!

Wreszcie, zgodnie z sugestią pani doktor, mojej sąsiadki z góry, zamurujemy tylne drzwi. Bo latem można się przejść dookoła, a zimą – będziemy mieć parking od frontu 😉 Nareszcie nie będę krążyć dookoła Rynku, żeby znaleźć miejsce do parkowania, tylko sobie elegancko zaparkuję pod balkonem i nie będę daleko zakupów dźwigać. Nareszcie moja córka przestanie mieć kompleksy, że jej pokój ma widok na parking. Bo i z salonu będzie taki widok, i z mojej sypialni. Cudownie!

Będzie jak w Rynku w Dzierżoniowie, który niedawno po dłuższym pobycie opuściłam. I dzierżoniowianie już nie będą musieli przyjeżdżać do nas szukać rynkowej atmosfery, bo będą mieli taką samą u siebie. Świątek, piątek czy niedziela, bez względu na to, czy jest wiosna, czy jesień, lato czy zima, widzę rodziców z małymi dziećmi spacerujących sobie świdnickim Rynkiem, zaglądających na wystawy, przysiadających na ławeczkach, dzieci karmią albo ganiają gołębie, mamy dzielą się doświadczeniami, babcie plotkują albo narzekają na pogodę. Nawet jeśli ogródki są nieczynne. I tak w kółko. Nuda! Może więc tylko cieszyć, że nowa władza chce nam te spacery urozmaicić. Dzieci, zamiast ganiać gołębie, będą uciekać przed samochodami, mamy lawirować z wózkami między zaparkowanymi autami, a dziadkowie i babcie siedzący na ławeczkach – doszkalać się w nowych markach samochodów. Bo co tak tylko ciągle będą się na kamienice i wieżę gapić? Jest XXI wiek! Czas nim wjechać do Rynku.

A że przy tym straci on cały klimat? Że ten klimat to nie tylko ogródki wiosną i latem, ale sam Rynek – o każdej porze roku? Że wymagało kilku lat, aby świdniczanie przyzwyczaili się, że główny plac miasta jest jednocześnie miejskim deptakiem, takim jak we Wrocławiu, Krakowie czy jak Piotrkowska w Łodzi, na którą też nie wolno wjeżdżać? No to co? Dla średnio paru złotych dziennie więcej zostawionych w tym czy owym sklepie – warto. W końcu środowiska kupieckie są ważne. Tyle że każdego dnia Rynkiem przechodzą setki świdniczan i przyjezdnych. Mimo że muszą zostawić samochód poza nim albo dojechać autobusem. Czy będzie ich więcej, jeśli będą mogli zaparkować w Rynku? Raczej mniej, bo i mniej przyjemnie będzie tam bywać.

I znów mamy kolejną rzecz, która wymagała kilku lat pracy, a którą ma się zakusy skreślić jednym pociągnięciem kopiowego ołówka (że zapożyczę od mojego kolegi Tetryka gadżet świetnie charakteryzujący osobowość jednego z coraz liczniejszych doradców nowej władzy). I znów, jeśli ten zamysł zostanie wprowadzony w życie, mamy kolejną rzecz, dzięki której Świdnica ze z trudem wypracowanej rangi miasta europejskiego będzie znów prowincjonalnym małym miasteczkiem, jakich wiele na Dolnym Śląsku. I znów – wzorem kabareciarza (bo mówiłam, że będzie śmiesznie) Grzegorza Halamy – chciałoby się zaśpiewać: “Ja wiedziałam, że tak będzie. Ja wiedziałam”. Zresztą te działania są równie absurdalne, jak tekst tej piosenki 😉

Mam jeszcze jedną propozycję dla nowej władzy – zburzcie wieżę. Tam też kiedyś ludzie parkowali. Wtedy już naprawdę będzie jak dawniej 😉

Foto “podkradłam” z portalu www.mojemiasto.swidnica.pl. Autor nieznany

TANIE MIĘSO PSY JEDZĄ

czwartek, Marzec 12, 2015 0 0

Omal nie kopnęłam w kalendarz widząc… kalendarz świdnickich wydarzeń kulturalnych. A nie mówiłam, że będzie zabawnie? Wiemy już, że władze usunęły dwie duże imprezy promujące miasto, trzecią, która mogłaby je promować, zignorowały, a jest jeszcze i czwarta, która mogła ściągnąć do Świdnicy kilkuset zawodników z całej Europy oraz ich załóg i kibiców. Razem kilka tysięcy ludzi.

Nie płaczmy jednak. Imprezy te gdzieś się odbędą, może poza czwartą, bo pomysłodawcom zależało na promocji właśnie Świdnicy. Żal jednak, że straciło je moje rodzinne miasto. Żal tych kilkunastu lat pracy wielu ludzi nad ich wypromowaniem, bo nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy, że promocja to coś, co się dzieje samo – wystarczy mieć dobry produkt. To ciężka praca na różnych frontach, by nawet najlepszy produkt zaistniał w lokalnej, a co dopiero – ponadlokalnej świadomości. Praca liczona w latach.

W moim mieście, do którego właśnie po dłuższej nieobecności powróciłam na dobre, jednym pociągnięciem ręki zmiata się z powierzchni ziemi efekty czyjejś ciężkiej pracy. I to może by aż tak nie dziwiło, bo polityka rządzi się swoimi prawami, chociaż dziwi coraz więcej ludzi, z którymi rozmawiam (właściwie codziennie, odkąd tu jestem na stałe, dowiaduję się kolejnych dziwnych historii na ten temat). Ale dziwi argumentacja i pobudki, dla których tak się dzieje.

Tanie mięso psy jedzą, i to też nie wszystkie. Jeśli więc ktoś Wam mówi, że impreza promująca miasto jest za droga, popukajcie się w czoło.

Świdnicy nie wypromują ani Dni Świdnicy (bo są dla nas, przepraszam, dla gawiedzi), ani Festiwal Teatru Otwartego (choć to świetna impreza, to jednak latem takowych jest na pęczki w całej Polsce), ani Festiwal Bachowski (bo to gratka jedynie dla koneserów), ani nowe twory, o jakich czytam dzisiaj na www.regionfakty.pl, jak festiwal niszowych filmów Romana Gutka, a właściwie popłuczyny po tym festiwalu, który de facto odbywa się we Wrocku, albo Akademia Filmowa dla Dzieci i Młodzieży (edukacja filmowa dzieci i młodzieży jest ważna, ale żadna to promocja miasta).

W kalendarzu imprez, poza Kongresem Turystyki Polskiej, nie ma niczego nowego, czego by poprzednia władza nie robiła. Spektakle i monodramy są co roku, koncerty i recitale – także, a aktorów tak znakomitych jak Krystyna Janda mieliśmy na wyciągnięcie ręki podczas Festiwalu Reżyserii Filmowej. Zresztą – jeśli chodzi o ten turystyczny kongres, to też nie jest impreza wymyślona przez nowe władze, tylko przez uczestników posiedzenia Rady Polskiej Organizacji Turystycznej w… 2013 roku (http://www.aktualnosciturystyczne.pl/pot/bdzie-kongres-turystyki-polskiej)! Chwała, że to Świdnicy udało się zostać gospodarzem tego spotkania, ale kreatywności, jak widać, w tym żadnej.

No i na koniec smutna refleksja. Jak wiecie, znam wielu i wiem bardzo dużo. Gdybym opisała tutaj wszystko, co wiem, musiałabym poprosić o ochronę ha ha 😉 A co wiem tym razem? Wiem, jakie motywy kierują władzą w tym wszystkim. Zresztą byłam pewna, że tak właśnie będzie. A są to motywy najniższe.

Wzniesienie się “ponad” i godne reprezentowanie wyborców okazało się nie do udźwignięcia.

Zwyciężyły przyzwyczajenia rodem z meksykańskiej telenoweli – intrygi, plotki, knucie za zamkniętymi drzwiami i telefoniczne, dopuszczanie do głosu prywatnych urazów i niechęci, a nade wszystko – zionącej ciągle z głębi trzewi nienawiści. Jakie to małe…

MĘŻCZYZNO, BĄDŹ MĘŻCZYZNĄ, CZYLI JAK ŚWIĘTOWAĆ DZIEŃ KOBIET

niedziela, Marzec 8, 2015 0 0

Wczoraj wpadłam do Tesco na szybkie zakupy do mojej absolutnie puściutkiej po remoncie lodówki i poczułam się dziwnie. Jakby ktoś wymiótł z miasta większość kobiet. Albo panował tu matriarchat i to panowie byli strażnikami ogniska domowego, ogarniającymi – jak ja – temat weekendowych zakupów. I przyznam, że nie spodobał mi się ten widok.

Chodziłam po tym sklepie wrzucając szybko do koszyka to, co potrzebne. A tu wszędzie faceci z intensywną myślą zastygłą na twarzy w dziwnym grymasie krążący między regałami, kupujący a to słodycze, a to kosmetyki, a to róże, już zawinięte w celofan, a to storczyki w doniczkach, a to tulipany nawiezione setkami i stojące tuż przy wejściu, jak niezbyt delikatna sugestia, że wrócić powinieneś chłopie z wiechciem do domu.

Patrzyłam na nich z politowaniem. Bo większość z nich wyglądała, jakby wypełniali ciężki obowiązek. Bo trzeba. Dać kwiatka. Złożyć życzenia. Ucałować. Trzeba.

I potem przyjdzie taki z wiechciem do domu, da buziaka, niektóry może zaprosi na kolację albo sam coś ugotuje. Nawet ten, co na co dzień tłucze żonę, “bo tak ją kocha”, w Dzień Kobiet nie stłucze, a nawet i kwiatka może da. Jest święto – jest impreza. Kobieta się cieszy, bo on ją docenia. A on jest dumny, że się spisał. Ale 9 marca wszystko wraca do normy. Facet przychodzi po pracy do domu bez wiechcia i nie zaprosi na kolację ani nie ugotuje, tylko żąda obiadu na stole. Ten, który tłucze, już nie świętuje, więc sprawdza, czy zupa przypadkiem nie jest za słona. Albo kawa za słodka. To się na szczęście zaczyna zmieniać, ale jednak nadal w większości polskich domów dominuje, wbrew temu, co widziałam w Tesco, patriarchat.

Kiedy więc już wsiadłam do auta, to pomyślałam sobie, że ten Dzień Kobiet to w gruncie rzeczy smutne święto. To dzień, w którym panowie usilnie przekonują panie, że je kochają i doceniają. A ja pytam – czemu tak nie robią na co dzień? Wiem, mam skłonności do generalizowania i krzywdzę tym samym panów, którzy w Dniu Kobiet faktycznie czują potrzebę emablowania swojej wybranki. Ale oni sami przyznają mi rację, że kobietę TRZEBA doceniać i w miarę możliwości rozpieszczać zawsze. Zresztą trzeba się rozpieszczać nawzajem, a jak się jest samym, to nawet i samemu. To niezwykle ważne dla naszego zdrowia psychicznego. Drobne przyjemności, małe gesty, miłe niespodzianki, nieoczekiwany kwiatek, porwanie kobiety na weekend, kolacja sam na sam ugotowana przez żonę w seksownej bieliźnie pod sukienka, a wszystko to na co dzień, nie od święta – to jedna z najlepszych rzeczy, jakie można sobie w życiu dać.

Kobiety od pewnego czasu wyrywają się tego dnia z domu, by świętować we własnym gronie. Jak myślicie, dlaczego? Dlaczego istnieją takie imprezy, jak “Kino na szpilkach” (byłam dwa razy, więcej nie pójdę)? Dlaczego panie chodzą do pubów, oglądają chippendalesów? Dlaczego nie chcą spędzać tego czasu ze swoim facetem? Dlatego że on niczym ich już nie zaskoczy. Dzień Kobiet powstał z kobiecego zrywu. Panie upominały się o swoje prawa. I wywalczyły je. Mogą głosować, manifestować, mogą nawet dominować w związkach i tłuc mężczyzn (smutne, ale prawdziwe). Kobiety mogą dziś wszystko, choć jeszcze niektóre tego nie wiedzą 😉 Ale po latach goździków, rajstop, ręczników i innych niezapomnianych prezentów od peerelowskich pracodawców zrozumiały, że nie tędy droga. Że Dzień Kobiet powinien być codziennie, nawet w drobnym geście. A więc gdy przez lata mężczyźni powtarzają ten sam schemat, kobiety z niego wychodzą. Bo po co siedzieć w domu z facetem, któremu nie chciało się – skoro jest narzucona międzynarodowym świętem okazja – wymyślić czegoś oryginalnego? I to też jest smutne.

Ale trochę jesteśmy temu winne. Nie wiem, czemu panowie podchodzą do tego święta tak schematycznie. Ale wiem, że z facetami to jest tak, że pewne rzeczy trzeba im wyłożyć jak kawę na ławę. Muszą mieć wyraźny komunikat, że chciałybyśmy z ich strony jakąś niespodziankę, żeby wymyślili coś miłego, żeby – przede wszystkim – wysilili się, by to wymyślić. By wiedzieć, co może nam sprawić radość. Każdy ma to na początku związku. A potem znika w rutynie dnia codziennego. Moja teoria jest taka, że znika, kiedy się nie rozmawia i kiedy za bardzo jest się “ze sobą”, przyduszając się nawzajem swoją nadmierną obecnością. Bo każdy człowiek musi mieć własną przestrzeń. Dzięki niej docenia się tę drugą osobę.

A więc – drogie panie – dajcie mężczyźnie przestrzeń i zadbajcie o własną (ale nie tylko w Dniu Kobiet) oraz wyraźnie komunikujcie swoje potrzeby i oczekiwania, drodzy panowie – będąc w swojej przestrzeni nie myślcie tylko o sobie, wykorzystajcie niekiedy ten czas na wymyślenie niespodzianki dla dziewczyny, żony, partnerki. Zdziwicie się, jak bardzo potrafią to docenić. I bądźcie mężczyznami, bo nawet silne kobiety potrzebują silnego męskiego ramienia, żeby się czasem oprzeć. I świętujcie po męsku – z dumą codziennie, a nie z przymusem od święta.

No i najważniejsze – dzień kobiet i dzień mężczyzn, dzień każdego człowieka powinien być codziennie. Bo żyje się raz.

 

BĘDZIE PAN ZADOWOLONY

sobota, Luty 28, 2015 0 0

To ja już tyle nie pisałam? Niedobrze, niedobrze 😉 Sama jestem na siebie zła. I sama się jednocześnie usprawiedliwiam. Raz na jakiś czas jest kumulacja wszystkiego. Też tak macie? Nie jest to, niestety, wygrana kumulacja w totolotku (chociaż do tego to trzeba podobno grać ;)), ale jednak czasem nagromadzenie zdarzeń, działań, zadań do wykonania i innych ważnych rzeczy do ogarnięcia wygląda tak, jakby ktoś rzucał rzeczy na kupę, byle szybko, a Ty się weź w tym człowieku ogarnij. I uporządkuj 🙂

A więc porządkuję. Choć inne rzeczy jeszcze w lekkim chaosie, powoli i nieuchronnie zbliża się mój wielki powrót do rodzinnego miasta. A więc – drżyjcie, wrogowie. Chociaż… ostatnio usłyszałam, że są tacy, którzy się nowej władzy odgrażają, że “jak nie-coś-tam” to będą dla niej “drugą mną”, znaczy “drugą Odachowską”. Chyba powinnam być dumna, że władza i jej mniej już niż w kampanii wyborczej doceniane otoczenie darzy mnie aż takim respektem 😉 Buuu! 😀

Okazuje się jednak, że nie muszę nic robić ani pisać, bo mieszkańcy – i ci mniej, i ci bardziej oświeceni samorządowo – już zaczynają żałować, że ręka im nad tą kartą do głosowania nie zadrżała. Już słyszę: “no, chciało się zmiany, ale daj spokój, przecież to jest smutne” albo “chciałbym usłyszeć jakąś propozycję w zamian za to, co z miasta zniknęło, a tu czas mija i nic”. Już widzę miny, komentarze półgłosem i inne takie – lepiej przytaczać nie będę.

I wiecie, chciałoby się powiedzieć: “a nie mówiłam?” Ale nie powiem. Tym razem to ja, zdystansowana do miasta, ludzi, władzy i wszystkiego, co świdnickie, będę namawiać, żebyśmy poczekali. Bo lubię kabarety. A już jest zabawnie, choć to dopiero początki. A więc cierpliwości – będzie jeszcze śmieszniej. A śmiech to zdrowie. Być może więc ci wyborcy, którzy “chcieli zmiany”, choć dziś tej zmiany żałują, zafundowali nam kurację – codzienna dawka śmiechu dla zdrowotności 🙂 Ja tam nie narzekam. Śmiać się lubię. I na pewno będę 😉

A jest z czego. Choćby ostatnie decyzje władzy… Kiedy ja w moim mieszkaniu, mając dotąd całą instalację elektryczną na jednym (!) korku, wymieniłam ją na nowoczesną, bezpieczną i wielofunkcyjną, władza zasila te rady ludźmi, którzy w większości zawodowo i samorządowo już wykorkowali. Swoją drogą, chyba zrobię sobie uprawnienia takiego członka rad nadzorczych i dobrze się zakręcę. Czysty pieniądz za nicnierobienie. Pół biedy same rady. Ale ich decyzje?… Szkoda nawet czasu na ich komentowanie.

Zresztą… wracając do kabaretów, to aż się tu prosi, żeby przywołać cudny skecz Kabaretu Moralnego Niepokoju “Na budowie”, znany bardziej jako “Będzie pan zadowoloooony” 😉

Bo przecież władza robi wszystko, żebyśmy byli zadowoleni. W końcu chce być blisko ludzi.

No i ja nawet tę władzę poniekąd rozumiem. Ja też w czasie remontu (czytaj: zmian) wywaliłam stare meble i teraz mebluję się na nowo. Z tą tylko różnicą, że nowe kupuję… nowe. Nie wyciągam ich z piwnicy 😉