FESTIWAL REŻYSERII FILMOWEJ – JAKIE HORYZONTY? ;)

Dzisiaj wyjątkowo nie mój wpis. Udostępniam apel, który wysłał m.in. do mnie (i chyba też do mediów, ale coś nie widzę, żeby publikowały) Stanisław Dzierniejko, pomysłodawca, producent i dyrektor Festiwalu Reżyserii Filmowej w Świdnicy. Udostępniam, bo podpisuję się pod każdym słowem. W Świdnicy jest miejsce i na FRF i na świetny Festiwal Filmów Dokumentalnych Okiem Młodych. Ale do tego trzeba mieć szerokie horyzonty, a nie perspektywę ściągnięcia do miasta popłuczyn z Festiwalu Nowe Horyzonty ;)

 

Szanowni Świdniczanie,

Kiedy osiem lat temu zwróciłem się do władz miasta z propozycją zorganizowania jedynego na świecie festiwalu poświęconego sztuce reżyserii filmowej, szczerze powiem, nie liczyłem na to, że Świdnica zdecyduje się na ten ryzykowny krok. Pamiętam, jak ludzie z branży pukali się w czoło i mówili, że chyba postradałem zmysły chcąc robić festiwal takiej rangi w mieście, w którym nie ma nawet kina z prawdziwego zdarzenia.

Pierwsza edycja mimo wszystko się odbyła i mówiąc delikatnie – ku zadowoleniu przeciwników pomysłu – spotkała się z umiarkowanym zainteresowaniem widzów. Na spotkanie z Panem Prezydentem, podsumowujące pierwszy Festiwal Reżyserii Filmowej, szedłem z teczką pełną krytycznych opinii ze strony mediów i opozycyjnych radnych. Druga teczka zawierała propozycje gruntownych zmian i nowe pomysły, które miały zapewnić sukces imprezie.

Przez całą drogę z Wrocławia do Świdnicy nurtowało mnie pytanie, na którą teczkę Prezydent się zdecyduje. Czy ulegnie wszechobecnej krytyce i wybierze święty spokój, czy może podzieli mój optymizm i – już bardzo ryzykując- da mi jeszcze jedną szansę.

Teraz, po siódmej edycji, obaj nie żałujemy, że wzajemnie sobie zaufaliśmy. Pełne sale, wspaniali, usatysfakcjonowani widzowie i znakomici goście- tak dziś wygląda świdnickie święto filmu. Święto miasta i publiczności, której nie przeszkadza, że musi stać w stumetrowej kolejce po bezpłatne wejściówki. Festiwal to także prestiż i coraz większa liczba nagród, które zdobywa Festiwal Reżyserii Filmowej. Z pełną świadomością mogę dziś powiedzieć, że to przede wszystkim zasługa Pana Prezydenta Wojciecha Murdzka, człowieka, który osiem lat temu podjął odważną decyzję.

Ale to także mój osobisty powód do dumy. Zaledwie kilka tygodni temu zdobyłem bardzo prestiżową nagrodę „PROFESJONALISTA ROKU 2014“. W tekście laudacji Związku Artystów Scen Polskich, który zgłosił moją kandydaturę można przeczytać: „Stanisław Dzierniejko potrzebował zaledwie trzech lat, żeby z nieznanej nikomu filmowo Świdnicy, zrobić stolicę reżyserii filmowej, do której masowo zjeżdżają najlepsi reżyserzy…”

Dlatego z zaskoczeniem teraz czytam, że Pani Radna Beata Moskal – Słaniewska, która aspiruje do roli Prezydenta, ma inny pomysł na filmową Świdnicę. Chce odebrać świdniczanom ich ukochany festiwal i zastąpić go, jak to powiedziała w jednym z wywiadów, o wiele, wiele lepszym Festiwalem Filmów Dokumentalnych „Okiem Młodych“ oraz nawiązać współpracę z festiwalem Nowe Horyzonty. W tym momencie przypomina mi się scena z filmu „Wyjście awaryjne“ w reż. Romana Załuskiego, w której pani naczelnik Gminy widząc olbrzymią kolejkę przed sklepem mięsnym, wpada na genialny pomysł: „żeby zlikwidować kolejkę, trzeba zamknąć sklep“.

Nie mam nic przeciwko filmom dokumentalnym czy niszowemu, egzotycznemu kinu np. o wypasie kóz w Azerbejdżanie, jednak czy rzeczywiście tego chcieliby świdniczanie? Czy takie pomysły faktycznie mają służyć mieszkańcom, miłośnikom kina i tym, którzy ten jeden raz w roku mogą sobie pozwolić na bezpłatne wyjście do kina, na spotkanie z wybitnym twórcą i swoim ulubieńcem z ekranu?

I ostatnia kwestia, którą często podnosi Pani radna Słaniewska. Chodzi o wysokie, zdaniem radnej, wynagrodzenie za moją pracę. Po pierwsze, nie jest to wynagrodzenie moje, ale firmy, którą prowadzę. Po drugie, miasto Świdnica przeznacza na festiwal kwotę 230 tysięcy złotych, z których moja firma nie otrzymuje nawet jednej złotówki. Po trzecie, wynagrodzenie mojej firmy zależy od hojności donatorów, których muszę sam pozyskać. Po czwarte, podam tylko kilka przykładów budżetów festiwali filmowych, które odbywają się w Polsce:
– Festiwal Nowe Horyzonty – 10 milionów złotych.
– Gdynia Film Festiwal – 5,5 miliona złotych.
– Festiwal Camerimage – 6 milionów złotych.
– Festiwal Filmów Animowanych – 1,2 miliona złotych.
– Festiwal Filmów Rosyjskich – 1,35 miliona złotych.
– Krakowski Festiwal Filmowy – 2,3 miliona złotych.
– Festiwal Filmu i Sztuki – 1,6 miliona złotych
– Festiwal Reżyserii Filmowej – 230 tysięcy złotych.
Jeśli chodzi o przelicznik budżetu festiwalu na ilość widzów, Festiwal Reżyserii Filmowej plasuje się na pierwszym miejscu w Polsce, wręcz deklasując pozostałych rywali.

Nie jestem mieszkańcem Świdnicy i nie mam wpływu na to, kto będzie decydował o losach tego miasta, jego rozwoju i propozycjach kulturalnych dla mieszkańców. Tylko symbolicznie mogę oddać mój głos i publicznie wyrazić poparcie dla pewnych myśli, idei i ludzi. I oddaję ten głos na człowieka odważnego, konsekwentnego, który wie, czego chce, który świetnie potrafi odróżnić profesjonalizm od amatorszczyzny, który robi wszystko, żeby Świdnica była miastem rozpoznawalnym, a jej mieszkańcy byli z tego miasta dumni. Dlatego wybieram Wojciecha Murdzka i proszę moich świdnickich przyjaciół oraz przyjaciół Festiwalu Reżyserii Filmowej, aby uczynili to samo.

Z wyrazami szacunku
pomysłodawca, dyrektor i producent Festiwalu Reżyserii Filmowej
Stanisław Dzierniejko

KANDYDAT I KANDYDATKA

Kandydat i kandydatka w jednym stali domu.

Kandydat na górze, kandydatka na dole.

Kandydat spokojny, nie wadził nikomu,

Kandydatka najdziksze wyprawiała swawole…

 

Jak widać Fredro, mimo że pisał o Pawle i Gawle, a nie o jakichś tam kandydatach, miał też co nieco do powiedzenia w kwestii polityki ;) Ale oto mamy kandydata i kandydatkę, chociaż może bardziej elegansio będzie – kandydatkę i kandydata. Byli sobie, żyli w tej samej czasoprzestrzeni i każdy robił swoje. Z tą jednak zasadniczą różnicą, że kandydat robił swoje dla ludzi, a kandydatka robi swoje dla siebie (i choć mówi ludziom, że będzie bliżej nich, to jednak ci, którzy poznali ją naprawdę dobrze, a nie są już kluczowi dla realizacji własnych planów pani kandydatki, wiedzą, jak to wygląda naprawdę). Że kandydat pracował własną głową i rękoma, a o kandydatce jej byli współpracownicy mówią, że żadnej pracy się nie boi, byleby miała ją kim wykonywać. Że kandydat ma ogromne osiągnięcia samorządowe, a kandydatka pochwalić się może jedynie tym, że dawała „lekcję samorządu” samorządowcom z SLD, z którymi teraz przestaje i jest ich kandydatką. Ot, ironia losu. Ale nie pierwsza w życiu kandydatki, która z niejednego politycznego pieca już chleb jadła. I miejmy nadzieję, że ktoś to wreszcie pokaże, żeby wszyscy ci zauroczeni obrazem z Photoshopa wiedzieli, z kim mają do czynienia. Swoją drogą, bieda będzie, jak ta pani, nie daj Boże, wygra i spotka się ze swoimi plakatowymi wyborcami twarzą w twarz – echo może się roznieść tak szeroko, jak niedawno w przypadku Renee Zellweger, która po operacjach plastycznych jest nie do poznania ;)

Pani kandydatki życiorys przejrzałam ostatnio – ten oficjalny, na jej stronie. I wynika z niego, że przez 20 lat pracowała w mediach. Dobre. Ja pracowałam „zaledwie” lat 17. Ale w większości w trybie ciągłym, więc mogę uczciwie powiedzieć, że naprawdę tyle przepracowałam. A pani kandydatka? Yyyy, no cóż… Tu też, podobnie jak w polityce, było skakanie z kwiatka na kwiatek, kłócenie się, odchodzenie, zakładanie konkurencyjnych gazet, godzenie i powracanie. Wszystko zależne od aktualnych stosunków z lokalnym potentatem prasowym. Historię, którą na temat swojej pracy w mediach kreuje pani kandydatka, można przyrównać do gościa, który co jakiś czas wyjeżdża za granicę i twierdzi, że mieszka za granicą ;) No chyba, że pani kandydatka za pracę w mediach uznaje wieczorne telefony do rzeczonego potentata, po których naczelni stawali na dywaniku, ale chyba jej za to nikt nie płacił. Chociaż…;)

A teraz pan kandydat (żeby nie było, że aż tak się uwzięłam)… Mam wiele zastrzeżeń. Wiele można by w nim poprawić, zmienić… Szklane wrota to był wielbłąd. Kościół? Ja też jestem katoliczką. Ale czy wszyscy muszą o tym wiedzieć? W mieście mieszkają też niekatolicy. Ale myślę, że kandydat sam już to wie. Jednak w przeciwieństwie do kandydatki – jest dobrym, szczerym człowiekiem. Nie działa z pobudek, o których coraz więcej osób, które poznają prawdziwą twarz kandydatki, może sporo powiedzieć. Ale nie będę tych pobudek nazywać po imieniu. Kandydat nie buduje sobie fasady, za którą stoi kolubryna gotowa wypalić w każdego, kto przeciwko niemu. Na zdjęciach jest sobą i nie udaje nikogo, kim nie jest. Nie poddaje się fotoszopkom. Jest prawdziwy.

Jeśli więc mam wybór między nieszczerością i szczerością, wyrachowaniem i prostolinijnością, udawaniem a byciem sobą, prawdziwością a totalną sztucznością, to… No jak to co? Stawiam na Murdzka :D

PS Qrczę, nie myślałam, że kiedykolwiek się tak zaangażuję, ale panią BMS, czy też BMX jak piszą niektórzy, znam jak zły szeląg. Albo jeszcze gorszy. Nie tylko zresztą ja…

PS 1 Aaa no i pani BMS naprawdę wygląda tak jak na tym zdjęciu powyżej, a nie tak, jak na plakacie wyborczym. Szczerość i prawda, w tym „prawda obrazu” to naprawdę wielka sztuka ;)

W DUPIE TEGO NIE MAM…

Taaak, mamy oto wybory, a że za niecałe 24 godziny zaczyna się cisza wyborcza, to jeszcze jeden wpis a propos wyborów. Ciekawy dzień dzisiaj, nieoczekiwanie pełen spotkań z samorządowcami, radnymi, kandydatami na radnych… Słuchanie opowieści o tym, jak chodzą po domach, jak namawiają, zapraszają do głosowania i… jak ludzie mają to totalnie w dupie.

Smutne to, ale prawdziwe. Piszę o tym od kilku miesięcy, a nikt mi nie chce uwierzyć. Nikt nie chce uwierzyć w to, że samorząd i życie miasta rozumie i analizuje grupa tak niewielka, że można by zaryzykować stwierdzenie, że rekrutuje się spośród samorządowców oraz przyjaciół i znajomych tego królika, który podawany jest zawsze tak jak wyborca chce ;)

Jedna z kandydatek, która po raz drugi wędruje po domach w swoim liczącym nieco ponad 2000 uprawnionych do głosowania okręgu, relacjonuje, że tylko jedna osoba zwróciła uwagę na to, że gromadzi ulotki i czyta programy. A reszta? Reszta ma pracę, dom, dzieci, rodzinę… Troski i radości. Sukcesy i porażki. Własne i osobiste. Co ich obchodzą jakieś wybory? Ale część z nich pójdzie zagłosować, bo czuje, że powinna. Inna część – spędzi 16 listopada taką niedzielę jak zwykle.

Zżymamy się na frekwencję wyborczą, a powinniśmy się cieszyć z tej, która jest. Polacy najwyraźniej uważają, że raz zagłosowali – w 1989 roku. I wystarczy :) Gdyby wybory odbywały się latem, chętniej poszliby grillować niż głosować. A przy grillowaniu narzekaliby na to czy tamto w mieście. I czy ktoś im zabierze to prawo obywateli demokratycznego kraju? Tak! Ja! Bo nie narzekajcie potem, jeśli w dupie mieliście głosowanie w wyborach. Sami sobie zabierzecie prawo do narzekania. Ale jak Wam się podoba taka postawa, Wasz problem…

I jeszcze kolejna refleksja po dzisiejszych spotkaniach… Jesteśmy w środku nowego rozdania unijnych funduszy. Świdnica – wbrew temu, co rozpowiadają w swoich demagogicznych gadkach inni kandydaci – korzysta z nich po mistrzowsku, no… po wicemistrzowsku, bo na Dolnym Śląsku zajmuje drugie miejsce. Gdy przyjdzie nowy prezydent… to wierzycie, że będzie się zajmował funduszami unijnymi? Nie! Najpierw zacznie od czystek w urzędzie, obsadzania stanowisk „swoimi”, potem to samo zrobi w miejskich spółkach, a potem… zacznie uczyć się, jak być prezydentem. I tak zastanie go rok 2016. Kiedy już będzie za późno na cokolwiek.

Ja… nie mam tego wszystkiego w dupie, więc konsekwentnie… stawiam na Murdzka. Właśnie dlatego :)

Wara od kultury!

Pewien wysokiej rangi polityk SLD miał powiedzieć paru niewysokiej rangi naszym świdnickim politykom: „Nie podoba Wam się, że obecna władza lansuje się na Festiwalu Reżyserii Filmowej? Przejmijcie władzę. Wówczas Wy będziecie się lansować”. Czy tak faktycznie było? Informacje mam z naprawdę dobrego źródła, ale że jest to blog, mój własny, więc ja mogę sobie tutaj domniemywać wszystko, dlatego nie będę tracić czasu na weryfikację.

O Festiwalu Reżyserii Filmowej mam prawo wypowiadać się jak mało kto.

Po pierwsze, jestem jego uczestniczką od pierwszej edycji. Pan Staszek Dzierniejko do dzisiaj, choć już w żartach, wypomina mi, jak tę pierwszą edycję zjechałam nazywając ją „festiwalem odgrzewanych kotletów”.

Po drugie, mam wykształcenie w tym kierunku, więc wiem, o czym mówię. I tak jak za pierwszym razem płatne seanse ze starymi filmami, którym nie towarzyszyło nic specjalnego, choć wiele z nich wymagało pomocy w rozumieniu, interpretacji itd., wywołały moje oburzenie, tak kolejne edycje festiwalu, z całkowicie darmowymi, tematycznymi seansami, spotkaniami autorskimi, warsztatami itd., budzą mój wielki respekt.

Po trzecie wreszcie, od dwóch lat współtworzę, prowadzę i współprowadzę Studio Festiwalu Reżyserii Filmowej, do którego wraz z młodzieżą z Naszej Świdnicy zapraszamy wszystkich gości FRF i na własne uszy, poza kadrem, mam okazję usłyszeć, to co mówią na temat festiwalu, jego organizacji i samego miasta.

[embedyt]http://www.youtube.com/watch?v=kBbJJSZ3uKM[/embedyt]

Udowodniłam, że mam prawo? No to teraz się wypowiem.

Wkurza mnie (a nawet gorzej) to, że negatywnie na temat festiwalu wypowiadają się osoby, które zasiadają w pierwszych rzędach na gali otwarcia i zamknięcia, rozdając swoje fałszywe uśmiechy na prawo i lewo. Zapewne żal im ściska tłuste cztery litery, że to nie one ten festiwal otwierają i zamykają. I że nie one wręczają nagrody.

Wkurza mnie, gdy ktoś, kto chce rządzić miastem, nie patrzy w przyszłość dalej niż rąbek ludowej kiecki, którą przywdziewa, by zdobyć określony elektorat.

Wkurzam się, kiedy ktoś, kto nigdy nie rozmawiał z tłumami stojącymi w kolejkach po bilety na seanse FRF, kto nie miał okazji porozmawiać z jego gośćmi o tym, jak ważny jest taki festiwal i ile dobrego robi dla miasta, twierdzi kategorycznie, że jest on miastu niepotrzebny. Powiedzmy sobie wprost – byłby potrzebny, gdyby to ten ktoś rządził miastem, a tak… wieś tańczy, wieś śpiewa do kotleta, hamburgera, mlecznej kanapki… byleby ktoś zapłacił.

Mamy więc Kulturę i… „kulturę”. Ja wybieram zdecydowanie tę pierwszą. I nie zamierzam się na niej nigdzie lansować.

A rozjuszonym kandydat(k)om zalecam powściągliwość, na wypadek – nie daj, Boże – gdyby wygrali/ły. Bo jak potem wytłumaczycie świdniczanom, że jednak ta impreza powinna w mieście zostać? 😀 A nie wierzę, że nie chcielibyście, by tak było… I wara od kultury, bo najwyraźniej się na niej nie znacie.

Ja chcę misia!

– Ja chcę misia! Chcę misia! – krzyczał mały chłopiec w supermarkecie, kiedy kasjerka kasowała moje zakupy. – Misia! – nie dawał za wygraną, balansując na krawędzi krzyku i płaczu. Nie wiem, co było owym misiem – czy jakiś baton, czy może żelki… Na pewno coś słodkiego. Ale wiem, że w zamian za „mroczny przedmiot pożądania” w postaci misia mama przehandlowała ze swoim kilkuletnim synkiem kilka innych paczek słodyczy. Skoro chciał misia… 😀

Nieważne, że być może w domu zachce mu się czekoladę, lizaka, cukierka czy pianki (brrr!). Ważne, że wówczas mama będzie miała argument: „No, przecież sam wybrałeś misia”, „To była twoja decyzja”. Bo grunt to oddać dziecku głos. Nauczyć je decydować, wybierać. Pozwolić mu mieć coś do powiedzenia. Poczuć, że liczymy się z jego zdaniem. Nawet jeśli potem nie będzie zadowolone z wyboru czy decyzji. To pierwsza i najlepsza lekcja wolności słowa i demokracji, ale też pokazanie naszego zaufania do dziecka.

Zaczęłam w zeszłym tygodniu cykl wykładów i warsztatów w ramach Akademii Dziennikarstwa Obywatelskiego (przy okazji dziękuję Monice, koleżance z dawnych lat, że sobie o mnie przypomniała). I mam teraz taką fajną grupę uczennic z III LO, z którą zgłębiamy tajniki partycypacji, samorządności, obywatelskich zachowań i obywatelskiego dziennikarstwa, oczywiście. Tematy w sumie dla młodzieży nudne. Jak na początku zapowiedziałam, że powiemy sobie m.in. trochę o partycypacji, to miałam wrażenie, że połowa nastolatek zaraz wyjdzie z sali ha ha 😉

Ale luzik – wystarczyło dać im się wypowiedzieć i samej wyznać, że to okropne słowo – w sensie brzmieniowym, ale jak dojdziemy do tego, co ono właściwie oznacza, to zrozumiemy, że partycypować, mieć w czymś udział, móc decydować, zrobić coś więcej niż tylko to, co robimy dla siebie – to fajna sprawa. Czy dziewczyny mi uwierzyły, na razie na słowo, i będą „partycypować” w kolejnych zajęciach – okaże się. Ale są na nich z własnej, nieprzymuszonej woli. Same zadecydowały. A więc i same mogą podjąć decyzję o tym, by nie przyjść. Przy okazji będzie to też sprawdzian moich umiejętności zainteresowania i zatrzymania uwagi. Na pierwszych zajęciach było całkiem nieźle – niektóre zrezygnowały z autobusu, by zostać do końca.

Ale to bardzo ważne, by młodych ludzi słuchać. Gdybym przez trzynaście lat nie słuchała mojego dziecka, dziś w trudnym przecież wieku gimnazjalnym, nie byłoby mi dane usłyszeć: „Mamo, koleżanki mi zazdroszczą tego, jaki mam z tobą kontakt”. Gdybym nie pozwalała mojemu dziecku decydować o jej własnych sprawach, nie dawała czasem (kontrolowanej) wolnej ręki, zawsze jednak uświadamiając jej możliwe konsekwencje, na pewno ten kontakt byłby inny. Gdybym jej pewnych rzeczy zakazywała, nie ufała jej – nie byłabym mamą, do której można przyjść z każdym problemem i opowieścią o całkiem czasem błahych sprawach. Bo nie zbudowałabym zaufania. A gdybym czasem sama nie stawała się dzieckiem i nie pozwalała sobie na wygłupy z dzieckiem moim, nie byłoby między nami tego luzu, jakiego zapewne zazdroszczą te koleżanki.

A gdyby z kolei nie było normalności i luzu przetrenowanego z własnym dzieckiem – nie byłoby fajnych, naturalnych i często pełnych śmiechu i zabawy kontaktów z młodzieżą z Naszej Świdnicy, z którą trwają one ciągle i zapewne się nie skończą. Bo w kontaktach z dziećmi i młodzieżą najważniejsze to najpierw widzieć w nich ludzi, a dopiero potem – ludzi sporo młodszych. Wtedy i oni widzą w nas najpierw ludzi, a później dopiero – ludzi sporo starszych.

Dziwi mnie, że dorośli, i to w większości, w pewnym momencie przestają traktować swoje dzieci jak partnerów. Ba! Niektórzy (jeśli nie większość) nawet nigdy nie zaczynają. Chociaż są i chlubne wyjątki – ostatnio jeden znajomy powiedział mi, że jak nie rozumie swoich dzieci, to sobie siada i przypomina, jaki był w ich wieku. I już rozumie. Można?

I tu wracamy do misia, partycypacji, samorządności itd. Bo dziś, zestawiając sobie tych kilka faktów, o których napisałam powyżej, wiem, że to dorośli odpowiadają za brak chęci młodych ludzi do obywatelskich zachowań, do udziału w życiu społecznym, do partycypacji (brrr! – tak powinny się nazywać słodkie pianki ha ha :D). To mama czy tata, którzy odgradzają świat dzieci i dorosłych murem, wstawiając coraz to kolejne „bricks in the wall”, zniechęcają dzieci, a potem młodzież do udziału w tym świecie. Rodzice są nudni. To jaki ma być ich świat? Nudny. Nie da się z nimi pogadać, nie słuchają. To jak ich świat ma usłyszeć, co mają do powiedzenia młodzi? Jak świat ma usłyszeć, że oni chcą misia, a nie coś innego? 😉

Dlatego, kochana moja młodzieży, której coraz więcej poznaję, która jest fantastyczna i z której od prawie dwóch lat regularnie wysysam świeżą krew ha ha 🙂 – walczcie o swojego misia. Na pewno każdy jakiegoś ma 😀 A jeśli okaże się, że miś to błąd? To też niezła życiowa nauka 😉

Tymczasem macie w Świdnicy mały „misiowy” sprawdzian – budżet obywatelski. Zagłosujecie?…

Pani od polskiego

Na studiach przez dwa lata mieszkałam w akademiku z dziewczyną, która deklarowała, że chce zostać nauczycielem, żeby mścić się na dzieciach za swoje krzywdy. Było to tyleż zabawne co przerażające. Zwłaszcza że laska uczy dziś pewnie w jednej z wałbrzyskich szkół. Nie wiem, w jakiej. Nie śledzę jej losów. Łatwo się domyślić, czemu 🙂

Belfer, nauczyciel, „pani/pan od…” – tak ich określamy. Ale czy uświadamiamy sobie, jak ogromny wpływ mają na nasze życie? Ja wiem, co zawdzięczam niektórym nauczycielom i co mam za złe innym. I pewnie każdy z nas tak ma. Jednak czasem warto sobie uświadomić, jaki ci ludzie mają naprawdę na nas wpływ.

Temat ten, który czasem przewija się przez moje życie jak oblatujący je bumerang, powrócił do mnie ostatnio przy dwóch okazjach. Po pierwsze, moja córka rozpoczęła kolejny etap edukacji. Od ponad tygodnia codziennie słyszę o tym czy tamtym nauczycielu tego czy owego przedmiotu, który „jest fajny” lub beznadziejny. Wiem już, że – podobnie jak angielskiego w podstawówce – będzie się z powodu nauczyciela świetnie uczyła niemieckiego w gimnazjum. „Pani od niemieckiego” okazała się bowiem wyjątkowo fajna. Jest tak z jeszcze kilkoma innymi przedmiotami, ale nie będę ich ujawniać, bo zaraz nas zidentyfikują ci, których nie wymienię 😉 A po co mojemu dziecku kwasy w szkole?

Druga okazja to kręcenie reklam Smart Learning Centre – firmy, z którą od niedawna współpracuję. Długie rozmowy z młodymi ludźmi na różne tematy, w tym – szkoła i ulubione przedmioty. Nawet nie sondowałam, ale wyszło, że 100 procent nielubianych przedmiotów jest nielubianych z powodu nauczycieli. I odwrotnie – te, które młodzież lubi, lubi z powodu nauczycieli.

Przypadek?

Na pewno nie.

Tak jak znaczenie ma to, jaki na tym ziemskim padole trafi Ci się rodzic i rodzina, tak ma znaczenie, na jakiego trafisz w szkole belfra. „Kto chce zapalać innych, sam musi płonąć” – mówił Ludwik Hirszfeld. Ja wiem, że gdyby nie paru z nich, nie byłabym dzisiaj tym kim jestem. W siódmej klasie podstawówki (ciekawe, że to ten sam budynek, w którym dziś mieści się gimnazjum mojej córki) odkryła mnie pani Gawałek. Dosłownie – odkryła, bo kto by zwrócił uwagę na wiecznie wystraszoną chudą dziewczynkę w drugiej ławce? Odkryła, bo napisałam coś, co ją zaintrygowało. Wysłała mnie na olimpiadę i jak matka prowadziła przez cały proces prawie za rękę. W liceum – prof. Grześkowiak, mimo że na lekcjach siedziałam cicho i najchętniej schowałabym się pod ławkę, żeby nie musieć nic mówić, odkrył we mnie to samo. Że pisać umiem. Też poszłam na olimpiadę, ale wyłożyłam się na gadaniu (zupełnie jak dzisiaj w teatrze – kto był, ten wie). I na studiach – doktor Bobowski, mój późniejszy promotor z teorii filmu… Gdy na czwartym roku napisałam pracę o „Pulp Fiction”, zapytał, czy sama ją pisałam. Był w szoku. Nic dziwnego – w końcu całymi miesiącami na zajęciach się nie odzywałam. Nieśmiałość blokowała mnie skutecznie.

A jednak ci ludzie, a potem jeszcze zawodowo Krzysiek Wierzęć, więcej niż nauczyciel, ktoś, kto odkrył mój talent i zobaczył we mnie więcej niż ja sama – to moje kamienie milowe. Moje drogowskazy i aniołowie stróże, których spotykałam na swojej drodze. Nigdy nie będę w stanie wytłumaczyć, dlaczego oni, dlaczego wtedy i chyba do końca nie pojmę, ile im zawdzięczam. Ale wiem, że gdyby nie oni, moje życie dziś wyglądałoby inaczej. I na pewno nie byłoby tak wielobarwne jak teraz.

Dlatego kibicuję wszystkim nauczycielom z pasją, tym, którzy żyją swoją pracą i kochają młodzież. Jeśli potrafią zarażać, będą mieli na koncie tysiące tak wdzięcznych absolwentów jak ja. Taaak, wieeem… nie byłoby tego, gdyby nie moje wrodzone zdolności. Ale jednak – nie wyszłyby one na światło dzienne, gdybym nie spotkała na swojej drodze tych właśnie ludzi.

Przez mgnienie oka (dziewięć miesięcy) sama uczyłam w szkole. Byłam „panią od polskiego”. Ci, którzy mnie dobrze znają, wiedzą, że nauczanie w szkolnym drylu to nie moje klimaty. Trzydziestoosobowa klasa, schemat, kanon lektur itd. Dałam radę, ale odchodząc wiedziałam już na pewno, że to nie dla mnie. A jednak… Gdy zdarza mi się po latach spotkać z moimi byłymi uczniami, słyszę od nich, że to były najlepsze lekcje polskiego, jakie mieli. Miłe 🙂 Bo chyba liczy się właśnie pasja. I normalność. Swoją panią od niemieckiego moja córka określiła właśnie jako „normalną”. A więc mimo że każdy z nas chciałby być oryginalny (i na swój sposób jest), to jednak po latach doświadczeń w różnych dziedzinach wiem, że „bycie normalnym”, że to największy komplement.

Co może niebieski ptak?

„Przepraszam…” Akurat wracałam do domu, gdy z zamyślenia wyrwał mnie głos siedzącego na schodach niebieskiego ptaka. Przytomniejącym wzrokiem spojrzałam na niego szybko włączając asertywność, aby odmówić 50 groszy brakujących zapewne na piwo, gdy z tym charakterystycznym, pijackim bełkotliwym L, usłyszałam: „aLe pani jest śLiczna”. Z zatkania wykrztusiłam „dziękuję” i poszłam dalej śmiejąc się w głos.

Zaczęłam rozmyślać, że mam jakieś niebywałe szczęście (zresztą nie tylko ja, bo moje koleżanki też zgłaszają takie przypadki) do zbierania komplementów ze strony miejskiego, wiejskiego czy jaki tam się trafi lumpenproletariatu. Być może wyczuwają z daleka moje zamiłowanie do dobrego wina, choć pewnie dla nich byłoby to coś, co przełknęliby tylko w sytuacji ostatecznej (czytaj: gdy suszy, a kwesta uliczna zakończyła się fiaskiem). A może po prostu jestem w ich typie, nawet jak mam na sobie sukienkę, którą moje dziecko nazywa futerałem hahaha 😀

W sumie trochę mnie to wkurza, że śliczną nie nazwie mnie na ulicy jakiś – na ten przykład – dobrze ubrany i pachnący przystojniak, tylko taki jeden z drugim lumpenproletariusz siedzący z kolegą na schodach pod bankiem czy stojący w bramie haha 😉

Ale w sumie tu nie ma się na co wkurzać, bo po pierwsze, dostaję przecież komplementy, a po drugie… w tej psychologicznej łamigłówce chyba o co innego chodzi…

Otóż dobrze ubrany i pachnący przystojniak nie powie kobiecie na ulicy, że jest śliczna, bo w najlepszym razie wyjdzie na podrywacza, a w najgorszym – na potencjalnego stalkera czy zboczeńca. Dobrze ubrany i pachnący przystojniak nie popatrzy na ładną kobietę bezczelnie, jak menel, tylko zerknie dyskretnie spod oka udając, że patrzy gdzie indziej, bo jeszcze kobieta „sobie coś pomyśli”. A taki niebieski ptak od rana nurzający się w oparach trunków, na które akurat tego dnia było go stać, w dupie ma, co kobieta sobie pomyśli i w ogóle co ktokolwiek sobie pomyśli, bo ten tekst do mnie na pewno słyszało kilka mijających się osób. No i w oparach takich trunków nawet kobieta w futerale może się przecież podobać haha 😀

Dobrze ubrany i pachnący przystojniak (a nawet nie-przystojniak, ale też pachnący itd.) będzie się obawiał reakcji kobiety (cholera wie, czy w futerale nie kryje się kałasznikow albo przynajmniej tłuczek), więc będzie wolał unikać bezpośredniej konfrontacji. A żul ma w serdecznym poważaniu, co kobieta zrobi, bo i tak wie, że w najlepszym razie – tak jak ja dzisiaj – podziękuje. A w najgorszym – zignoruje. Bo jaka kobieta by się siłowała słownie z takim lumpem? I po co?

Dobrze ubranemu i pachnącemu przystojniakowi (lub nie) nawet zresztą do głowy by nie przyszło, żeby taką kobietę zaczepić, nawet gdyby był spragniony jak rekin ludojad z Przylądka Dobrej Nadziei idący środkiem Pustyni Błędowskiej. A takiemu niebieskiemu ptakowi wsio rawno, bo i tak wie, że za wyrażeniem podziwu dla kobiecej urody nie pójdzie nic, bo nie raz już to robił i zawsze kończyło się tak samo. Czyli jak wyżej.

Próżno też wypatrywać dobrze ubranego i pachnącego przystojniaka na schodach pod bankiem czy w bramie, bo to facet odpowiedzialnie podchodzący do życia i w życiu nie będzie go trwonił na przesiadywanie z kolegą na schodach pod bankiem, bo tam nie wpłaci kasy na lokatę. A taki lumpenproletariusz może sobie przesiadywać na schodach pod bankiem, za bankiem (tak, z tyłu też tacy siedzą), w bramie, pod bramą, on w ogóle może przesiadywać i stać gdzie chce i może robić, co chce, bo nic nie musi. Może więc zaczepić dowolną kobietę i powiedzieć jej, że jest śliczna (albo ma śliczne nóżki – to tekst z zeszłego tygodnia od innego menela), bez obawy jakichkolwiek konsekwencji. No, może takich, że ta kobieta akurat jest blogerką i postanowi ten akt ulicznego zachwytu utrwalić na swoim blogu hahaha 😉

Back to reality? ;)

„Wake up to reality” – śpiewał Frank Sinatra w „I’ve got you under my skin”. Cóż, czasem trzeba. Dwa tygodnie w Mieście Dzieci, a potem weekend w Niesulicach mogą skutecznie od rzeczywistości oderwać, ale… czas się obudzić. Tylko czy na pewno? Czy do końca? Czy nie można sprawić, żeby życie zawsze było przygodą pełną tak przyjemnych doświadczeń, jak te moje ostatnie? Jaka jest Wasza odpowiedź?…

Większość ludzi w dzisiejszych czasach żyje jak roboty zaprogramowane na tryb praca-dom z perspektywą urlopu raz do roku.  Świetnie! Wiedzą, co będą robić jutro, pojutrze, za tydzień, miesiąc, rok, za dziesięć, pięćdziesiąt lat – TO SAMO! Ale czy na tym polega życie? Ostatnie miesiące przekonały mnie, że w życiu nie ma nic piękniejszego niż:

a) niepewność jutra, bo żyjesz dniem dzisiejszym, tak jakby jutra miało nie być,

b) ryzyko, bo czujesz, że żyjesz,

c) uśmiech i zadowolenie z życia, bo innych to strasznie wqrwia,

d) zero planowania, bo co po nim, jeśli w drodze nad morze będziesz miał wypadek? Albo rano się nie obudzisz? Albo nie obudzi się ktoś z Twoich bliskich?*

Pewnie można by wymieniać więcej, ale tak naprawdę każdy sam powinien sobie budować listę rzeczy najpiękniejszych na świecie. Dla jednych to będzie mąż wracający do domu i wychwalający ugotowany właśnie obiad, a potem rozwalający się z brzuchem w fotelu i oglądający TV. Dla innych – żona, która ten obiad ugotowała i poda. Dla jeszcze innych – gromadka dzieci albo przeciwnie – ich brak. Są tacy, którzy będą cieszyć się wczasami pod namiotem w spartańskich niesulickich warunkach i tacy, których uszczęśliwi tylko kilkugwiazdkowy hotel i all inclusive gdzieś w świecie. Są i tacy, których cieszy wszystko, co powinno. I ja zaliczam się właśnie do tych ostatnich.

[embedyt]http://www.youtube.com/watch?v=_XCVnV5CGh0[/embedyt]

Dziś na moim ulubionym portalu natemat.pl znalazłam zakamuflowaną (jak zwykle tam) reklamę T-shirtów z zabawnymi napisami dostępnych na (teraz to moja reklama) www.koszulkowo.pl. Jeden z nich szczególnie przypadł mi do gustu: „UWAGA! Zadowolony człowiek”. I tu kolejna sentencja, którą przypomniał mi ostatnio ktoś bardzo mądry – w sieci lata taki mem „Nic tak nie wkurza ludzi jak szczęście innych” (albo coś w tym stylu, bo nie mogę znaleźć, a czasu mi szkoda, bo życie ucieka ;))

Zresztą, pozostając – tak jak we wstępie – w muzycznych klimatach, warto przypomnieć prostą piosenkę Bobby McFerrina (skądinąd bardzo utalentowanego jazzmana) „Don’t worry, be happy”. Prostą, bo to przecież proste? Prawda? Czy nie? Dla mnie czasem nie bardzo, ale na pewno bardzo, bardzo się staram. I zalecam innym, bo… jutra może nie być. Po prostu.

[embedyt]http://www.youtube.com/watch?v=d-diB65scQU[/embedyt]

Aaaa, zapomniałabym o jeszcze jednej piosence mówiącej dokładnie to samo, ale już rodzimej, polskiej (żeby nie było, że promuję tylko obcą kulturę haha ;))

[embedyt]http://www.youtube.com/watch?v=oG6pEolAKm8[/embedyt]

*W tym miejscu musiałam dać gwiazdkę, bo oczywiście jakieś plany powinny być. Tyle że my nie powinniśmy się do nich przywiązywać

Śnieżna kula w środku lata

Taaak, poprzynudzam znowu o Mieście Dzieci, ale… wiecie, co to jest oksymoron? To taka figura retoryczna, w której dwa zestawione ze sobą słowa czy frazy wzajemnie się, w logicznym świecie, wykluczają. Gorący lód albo ciepłe lody albo… wirtualna rzeczywistość 😉 Miasto Dzieci to śnieżna kula tocząca się w samym środku lata. Ona nie topnieje, tylko rośnie. Jaki piękny oksymoron, prawda?

Z tą śnieżną kulą było tak. Najpierw baliśmy się, że dla Miasta Dzieci nie będzie sponsorów. I było niewielu. Ale nagle worek ze sponsorami rozwiązał się. Jedni pociągali za sobą drugich (oczywiście, nie bez naszej pracy). Potem zrozumieliśmy, że to nie sponsorzy są problemem, ale ludzie – opiekunowie dzieci posiadający uprawnienia i wolontariusze, których domagali się pracodawcy w samym środku sezonu urlopowego. I łataliśmy. Dziećmi, znajomymi, przyjaciółmi… Aż nagle… to oni sami zaczęli się do nas zgłaszać. Chętni do pomocy… Zaangażowani…

W Mieście Dzieci wydarzyło się coś niesamowitego. Obserwowaliśmy, jak osoby niechętne temu projektowi przemieniały się z dnia na dzień w ludzi najbardziej zaangażowanych. Jak z braku wolontariuszy zaczęliśmy mieć ich nadmiar. Jak opiekunowie, których mieliśmy „na styk” nagle zgłosili się w takiej liczbie, że ciężko ich zagospodarować.

W Mieście Dzieci dzieciaki smutne odzyskują uśmiech na twarzach. W Mieście Dzieci dzieciaki wycofane zaczynają lgnąć do społeczeństwa. W Mieście Dzieci to dzieci są najważniejsze i… czy może być coś piękniejszego niż pokazanie tym małym ludziom, że naprawdę są ważni i mają głos?

Do Miasta Dzieci wstaje się z przyjemnością. Każdy dzień tutaj przynosi nowe, zawsze pozytywne emocje. Pozytywna energia narasta wprost proporcjonalnie do kolejnych spędzanych tutaj dni.

Śmiem twierdzić, że niejedna osoba (prawda, Olu, Karolino i Patrycjo, Klaudio, Dominiko, że mam rację?) odnalazła tutaj nową siebie. Że każdemu chce się tutaj wracać następnego dnia?… Jestem tego pewna patrząc na twarze nie tylko dzieci, ale też ich opiekunów.

Śnieżna kula w środku lata wciąż się toczy. Przybywa kolejnych dorosłych chętnych, by pomóc, i dzieci, które chciałyby zamieszkać w Mieście Dzieci. Pracujemy nad tym – my i nasi sponsorzy, którzy stanowią kanwę tej śnieżnej kuli.4

DZIĘKUJEMY!!!

Jak Pan Śrubkowy stworzył społeczność

Przyznam Wam się do czegoś 😉 Uwielbiam uczestniczyć w procesie tworzenia się krótkotrwałych małych społeczności. Tych, którym to słowo kojarzy się z Fejsbukiem, naszą klasą, guglami itd. od razu uprzedzam, że nie o takie społeczności tutaj chodzi, tylko o takie, które obserwuje się live, a najlepiej – w nich chwilowo tkwi.

Kto gdzieś tam liznął choć odrobinę socjologii, wie, że nawet grupa ludzi w autobusie to już społeczność, w której tak samo można zobaczyć reakcje społeczne, jak  w całym narodzie. Ona jest takim małym jego wycinkiem, chociaż wcale nie wzorcowym. Wasza wspólnota to taka społeczność czy jedna brama w bloku, sąsiedzi z osiedla domków, sąsiedzi z jednego bloku, grupa wiernych uczestniczących w tej samej mszy w kościele, klasa w szkole, no, dobra – grupa na Fejsie też 😉 I tak dalej, i tak dalej. Można jeszcze długo wymieniać. Najfajniejsze są jednak te grupy efemeryczne, które tworzą się z jakiegoś powodu na chwilę, a potem rozpływają – każdy osobnik w swoją stronę. Jak na przykład grupa ludzi w kolejce do kasy albo…

Dzisiaj pojechałam po kilka śrubek do Leroy Merlin, który bardzo lubię, bo tam nikt nigdy nie odmawia pomocy i można zadawać najgłupsze pytania, a opiekunowie działów będą cierpliwie na nie odpowiadać. I pomagać. Tak więc o pomoc w znalezieniu śrubek ostatecznie wartych 0,17 zł 😉 musiałam poprosić Pana Śrubkowego, czyli pana ze śrubkowego działu, bo nie zmierzyłam średnicy. Pan rozpoczął poszukiwania dokładnie takiej śrubki, jaką pieczołowicie przez całą drogę przechowywałam w kieszeni, co chwila sprawdzając, czy mi się przypadkiem nie zgubiła. A to naprawdę drogocenna śrubka była – od nowego roweru 🙂 No i te poszukiwania trwały, trwały, bo śrubki identycznej nie było. Zaczęliśmy więc, już wspólnie z innym klientem, który chciał Pana Śrubkowego o coś zapytać, ale nie mógł, bo pan obsługiwał mnie, poszukiwać nieidentycznej. Wreszcie osiągnęliśmy sukces…

Niestety, na nieszczęście moje, moich śrubek i mojej zaplanowanej przejażdżki rowerowej, na klientach przede mną zacięła się waga, a konkretnie zabrakło w niej taśmy na kody kreskowe (bo te śrubki na wagę były, co pan mi szczególnie polecił, bo taniej – i jak tu nie lubić Leroy Merlin ;)) Pan Śrubkowy zabrał się więc za umieszczanie nowej taśmy, odpowiadając w międzyczasie na rozliczne pytania gromadzących się w dziale hakowo-śrubkowym i jakimś tam jeszcze kolejnych klientów. Z nudów zaczęłam razem z nimi poszukiwać haków, śrubek i innych akcesoriów, które akurat im były potrzebne, przy okazji się dokształcając w śrubkologii stosowanej i wymieniając uwagi o pogodzie oraz Mundialu. W końcu to w większości panowie byli.

Była też jedna pani, która – zatroskana, kiedy Pan Śrubkowy poleciał z kawałkiem wagi do jakiegoś fachowca, żeby mu dobrze włożył taśmę – zaczęła wyręczać go w poszukiwaniu uzupełniaczy do opróżnionych śrubkowych pudełek.

– Widzi pani? – wycelowała palcem w górę, gdy stałyśmy obok siebie. – Są! A on mi mówi, że się skończyły – i wskazała palcem w dół na opróżnione pudełko. – Będzie skakał – dokończyła triumfalnie.

Spojrzałam w górę na pudełko śrubek, których większych ilości pożądała ta pani i potem na dół, gdzie faktycznie leżały jakieś smętne resztki i usprawiedliwiłam Pana Śrubkowego, bo bardzo był sympatyczny, że ma problem z wagą i skoro teraz biega z taśmą, to może i poskakać, jak wróci. Na to wszystko zgromadzeni wokół inni klienci wybuchnęli śmiechem zerkając na mnie, ale jednocześnie pieczołowicie szukając własnych śrubek.

Pan Śrubkowy wreszcie wrócił z właściwie zamontowaną taśmą. Zważył moje śrubki, które zapakowaliśmy razem do 9118975671287-krotnie za dużej reklamówki, którą oblepiliśmy naklejkami (bo to różne śrubki były) i zabrał się za doradzanie innym klientom. Podziękowałam i na koniec powiedziałam „do widzenia” wszystkim. Jak miło było usłyszeć chóralne zwrotne „do widzenia”.

Być może z żadną z tych osób już nigdy nigdzie się nie spotkam. Chociaż życie jest tak przewrotne, że lepiej nigdy nie mówić nigdy. Jedna rzecz jest pewna – uwielbiam takie sytuacje i choćbym nie wiem jak się spieszyła, nigdy nie żałuję czasu, jaki w nich spędziłam. To fajne obserwacje, ciekawe doświadczenia, no i… szansa na zdobycie wiedzy, która nigdy nie byłaby mi dana, gdyby nie „śrubkowa społeczność”. To lepsze niż FB. Warte co najmniej tysiaka lajków 😉