Who to fuck is…?

No dobra, ja wiem, kto to jest Rudolph Giuliani (to ten koleś na zdjęciu poniżej). Ale dwójka moich znajomych, którym tłumaczyłam, że czegoś tam nie mogę, bo się spieszę, bo idę na sesję plenarną z nim, na samo stwierdzenie „sesja plenarna” robili oczy okrągłe i wielkie jak denka od mojego największego garnka, w którym gotuję czasem bigos na święta. A na nazwisko Giuliani reagowali mniej więcej tak: „jakiś Włoch?”, „a kto to jest?”

Jakby na potwierdzenie tych słów posłuchałam rozmowę dwóch parkingowych na parkingu przed lodowiskiem, gdzie miało się odbyć spotkanie z Giulianim – „szeryfem Nowego Jorku”:

– Ty, a co to za gość w ogóle jest, że taka ochrona? – mówi jeden.

– A ch… wie, płacą, to pilnuję – odpowiada drugi.

I to niestety pokazuje poziom zainteresowania ludzi polityką i stopień percepcji tego, co jest podawane w mediach.

4 czerwca robiłam w Studio Festiwalu Reżyserii Filmowej wywiad z Ryszardem Bugajskim. Rozmawialiśmy między innymi o tym, po co się robi takie zaangażowane filmy jak „Przesłuchanie” czy może mniej zaangażowane, ale takie wobec których – jak stwierdzili jurorzy przyznając mu nagrodę specjalną – nie można przejść obojętnie, jak „Układ zamknięty”. Pan Ryszard, przesympatyczny człowiek, o którym po kilku minutach rozmowy mogę z całą pewnością powiedzieć, że wie, czego chce, stwierdził, że fabuła „Układu zamkniętego”, oparta przecież na prawdziwej historii (niewtajemniczonych odsyłam tutaj: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,13688420,Na_podstawie_jego_losow_powstal__Uklad_zamkniety__.html), byłaby historią jedną z wielu znanych nam z mediów, gdyby nie powstał na jej kanwie film.

Pan Ryszard powiedział dokładnie tak: „Andrzej Wajda powiedział, że na świecie jest wiele rzeczy, których ludzie, tak zwany naród, sobie nie uświadamia, dopóki nie zobaczy ich w przetworzeniu artystycznym (…) i „Układ zamknięty” jest dokładnym tego przykładem. To historia znana z mediów, ale taka, która zniknęłaby wśród innych historii, zabitego dziecka, wypadku i tak dalej, gdyby nie przetworzenie artystyczne”.

Fakt. Patrząc na newsy ostatnich dni – co zostaje nam w głowach? 3-letnie dziecko zostawione przez ojca w samochodzie. Jakieś inne tematy? No, zastanówcie się przez chwilę. Specjalnie po wizycie na spotkaniu z Giulianim, które dzisiaj odbyło się w Świdnicy podczas Kongresu Regionów, bardzo uważnie obejrzałam Fakty TVN, a potem Wiadomości TVP. Wśród innych informacji specjalny nacisk położony był na to, o czym mówią wszyscy, czym żyje Facebook, wszystkie portale, gazet itp. itd. I nawet gdyby któreś z nie-lokalnych mediów podało informację, że „legendarny burmistrz Nowego Jorku jest z wizytą w Świdnicy”, to zginęłaby w całej masie „ugotowanych” dzieci i właściwie tylko ich, bo „przecieki na tajnym posiedzeniu Sejmu” badane przez prokuraturę już dla większości społeczeństwa nie mają znaczenia.

Tak właśnie jest i choćby nie wiem, jak się dziennikarz dwoił i troił, poza pewne granice nie wyskoczy, bo poza nimi nie ma już odbiorcy.

Po tych dzisiejszych doświadczeniach zabrzmiał mi w głowie kiczowaty na maksa, ale wciąż grany w niektórych stacjach, przebój „Who to Fuck is Alice?” jeszcze bardziej kiczowatej grupy Smokie. Bo większość społeczeństwa. ZDECYDOWANA WIĘKSZOŚĆ nie ma pojęcia „who to fuck is Giuliani”. Smutne, bo facet jest politykiem wybitnym i słuchanie o jego doświadczeniach było naprawdę ciekawym przeżyciem. Smutne, ale… jakże prawdziwe…

Foto: Źródło wikipedia.pl

Torebka w Krainie Pieczątkowców

– A nie ma pani jakiejś pieczątki? –  zapytał mnie nieśmiało kurier, któremu potwierdzałam odbiór poleconego w biurze.

– Nie mam i raczej nie będę miała – odpowiedziałam bohatersko, czując, że mogę narazić się na atak szpiegów z Krainy Pieczątkowców.

– Nooo dooobrze – odparł zbity z tropu kurier, postał jeszcze chwilę w miejscu, zakręcił się na pięcie i wyszedł. Niestety, bez pieczątki.

Polska to jest dziwny kraj. Już w 1977 roku Maciej Wojtyszko napisał w tym kraju komiks „Trzynaste piórko Eufemii”, wznowiony, co sobie rzetelnie wyguglowałam, 30 lat później (!), bo kultowy był. Nie wiem właściwie, czemu, bo ja się trochę bałam tej całej Bromby, a jeszcze bardziej „ambitnego twórcy filmowego” Glusia. Ale to pewnie przez rysunki, bo do Wojtyszki nie mam nic a nic 😉 No więc – wracając do głównego wątku – w tymże komiksie pojawia się Kraina Pieczątkowców, symbol niepohamowanej i wszechogarniającej biurokracji. Trafia tam jeden z bohaterów – Zwierzątko Mojej Mamy (cokolwiek autor miał przez to nazewnictwo na myśli). Pieczątkowcy to żywe stworzenia, które polują na swoje ofiary, by zadręczać je biurokratycznymi wymysłami. Tak przynajmniej piszą w recenzjach, bo tak naprawdę, to jest jak normalnie w Polsce, znaczy w kraju tym – żeby przez machinę biurokratyczną przejść, musisz napisać podanie, a na nim zdobyć mnóstwo pieczątek. Proste? No jasne! Polak potrafi. Tyle że w Krainie Pieczątkowców trwa to niestety latami, a pieczątki zdobywa się po to, by z tej machiny, przepraszam, krainy wyjść. Co się stało z tym Zwierzątkiem itp. itd.? No, pojawia się detektyw-superbohater, niejaki Kajetan Chrums, który je stamtąd wyswobadza i mamy happy end. Czyli mniej więcej też jak w kraju naszym – jak już zdobędziesz te pieczątki, to czujesz się jak bohater filmu kończącego się szczęśliwie.

Dlatego pieczątkom, pieczęciom i innym tuszowanym gąbkom oraz odbitkom mówię moje stanowcze „nie”! Może firma Rolski&Rolski przestanie mnie lubić, ale w sumie właśnie wymieniłam ich nazwę i jeszcze otaguję, a pieczątki w Polsce były, są i będą, więc właściwie to jakby reklama 😉

Nie lubię pieczątek jak Joanna Kołaczkowska wampirów. Nie żebym ich nie używała, kiedy był mus, ale ileż to razy nie mogąc czegoś podpisać, prosiłam sekretarkę, żeby przybiła moją pieczątkę i skreśliła jakiś znaczek? Noo, tak przyznaję się publicznie. Ale bez obaw, to nie były jakieś superważne dokumenty czy podania. Nie piszcie obywatelskiego donosiku do prokuratury…

[embedyt]https://www.youtube.com/watch?v=WDLxR8X6Fs4[/embedyt]

A propos donosików, tych anonimowych, to trzeba zadać kłam twierdzeniu, że należy je od razu wyrzucać do kosza. Śmiem twierdzić, że mają taką samą wartość, jak te dokumenty z moją pieczątką, ale bez mojego podpisu. Odszukałam w sieci taką refleksję pewnego Polaka z Waszyngtonu, którą jakiś czas temu czytałam, a która genialnie obnaża polską biurokrację porównując ją z amerykańską. Cały tekst można znaleźć pod tym linkiem: http://wgospodarce.pl/informacje/64-polska-papierem-pieczatka-segregatorem-stoi-czyli-co-musialem-zrobic-w-polsce-by-dostac-moje-zarobione-100-zl-a-co-w-usa, ja zacytuję tylko puentę:

„Z jednej strony mamy: trzy listy polecone, trzy umowy po trzy strony każda, podpisy (z pieczątkami, a jakże!) głównego szefa, prawnika i głównego księgowego. Oraz bliżej nieokreślony czas pracy – raczej godziny niż minuty – osoby przygotowującej (przygotowanie, wyprawa na pocztę, zbieranie odpowiednich podpisów, bo przecież szef i reszta zabiegani), prawnika, księgowego, sekretariatu głównego czasu i Bóg wie kogo jeszcze).

Z drugiej strony: mejl, wydrukowaną stronę papieru, czas potrzebny na podpis szefa i wypisanie czeku przez księgową”.

Która strona jest która, to już pewnie wiecie, a jeśli nie – odsyłam do tekstu.

O! A widzieliście te ilości (celowo użyłam niewłaściwego sformułowania, bo tego jest tyle, że śmiem twierdzić, że mogą one być niepoliczalne) pieczątek przybijanych na poczcie? Akurat wczoraj stałam tam w kolejce, żeby coś odebrać. I wsłuchałam się w pocztową ciszę (bo zwróćcie uwagę, że tam panuje specyficzna cisza), którą co jakiś czas przerywa głośne „jeb, jeb, jeb, jeb” – pieczątka, pieczątka, pieczątka, pieczątka. Albo zostawiacie coś w urzędzie: „jeb, jeb” – pieczątka, pieczątka. O, właśnie – też wczoraj coś zostawiałam u zarządcy mojego budynku: „jeb” – jest pieczątka. Przyjęte! Ufff!

Pieczątka i parafka. Pieczątka i podpis. Pieczątka na górze, pieczątka na dole. Na lewej stronie, na prawej stronie. I nikt nawet się nie zastanawia, czy podpisy pod tymi pieczątkami są prawdziwe, czy skreśliła je sekretarka, bo szef akurat nie mógł. Tak, choć Wojtyszko w tym swoim komiksie rozprawia się z polską biurokracją, to jednak od blisko już czterdziestu lat nic, ale to nic się w tej materii nie zmienia. Pokaż mi swoją pieczątkę, a powiem Ci, kim jesteś.

PS

Hmmm, a właściwie skoro te pieczątki są takie ważne, to może sobie jednak jakąś zrobię?

Anita Odachowska-Mazurek

Ta, Która Przybiła Tę Pieczątkę

Wygląda całkiem spoko, nie?

Polski jad w austriackiej kiełbasie

Nic tak nie rozgrzeje serca Polaka jak wspólny wróg. Tym razem padło na Kobietę z Brodą. News dnia we wszystkich serwisach skonsolidował Polaków jak już dawno żadna informacja. Gdyby ta drag queen, niejaka Conchita Wurst, tylko wygrała Eurowizję, byłaby to jedynie medialna ciekawostka. Ona jednak wygrała z NASZYMI! Ooo, tej potwarzy my, Polacy, nie możemy puścić płazem! A więc zrobiło się polskie pospolite ruszenie i w komentarzach pod newsami i na Facebooku zawrzało jak w 1683 pod (nomen omen, bo ta brodata laska z Austrii pochodzi) Wiedniem.

Zastępy husarii ruszyły na polsko-austriackie, hetereoseksualno-homoseksualne muzyczne pole bitwy z takim hukiem i hałasem, że ich przodkowie spod Wiednia brzmieli przy tym jak trzepot skrzydeł motyla. I pomyśleć, że jeszcze wczoraj była to tylko „bitwa na głosy” – głosy Europejczyków. Dziś czytam, że nawet Donatan siedzi i liczy te głosy, upewniając się, że ludzie to właściwie wybrali Cleo, ale jurorzy w tych muzycznych wyborach wyprodukowali własną kiełbasę.

Prawda jest jednak taka, że Eurowizja to gówno nie festiwal. Mielonka słabej artystycznie jakości sezonowych przebojów przyprawiona emocjami głosowania i wtłoczona we flak wspólnej Europy. Tanie mięso w średniej, jak na możliwości Europy, klasy oprawie. Może to wręcz znamienne, że wygrywa ją tym razem ktoś, kto przybrał nazwisko kiełbasa? Ktoś, kto zaśpiewał dokładnie taką sieczkę, jaką Eurowizja kupuje – mdłą, bez smaku i do szybkiej konsumpcji, bo błyskawicznie traci świeżość.

Od czasów szwedzkiej grupy ABBA, która wygrała Eurowizję, jak miałam roczek, czyli czterdzieści lat temu, z tej produkcji o krótkim terminie ważności żaden ze zwycięzców nie wybił się dalej niż poza Europę, a najczęściej – zaledwie swój własny kraj. A i to nie na długo.

O co więc ta polska husaria podnosi takie larum i wyciąga broń? Że nie wygrało polskie masło, tylko austriacka kiełbasa? Że nie wygrały polskie cycki, tylko austriacka parówa (takie określenia też gdzieś czytałam)? Że Cleo zaśpiewała lepiej niż Conchita? A kogo to, u diabła, obchodzi? Od dziesięcioleci Eurowizja, festiwal, o którym mam naprawdę niskie mniemanie, to muzyczny margines nie tylko świata, ale i samej Europy, a nawet biorących w niej udział krajów. Taka prawda i tego żadne polskie pospolite ruszenie nie zmieni.

A co do samej Chonchity Wurst vel Thomasa Neuwirtha… Będąc młodą dziewczyną, w Świdnicy często wpadałam na kobietę z wąsem. Nie był to zbyt smaczny widok, przyznaję, zwłaszcza że znałam już tajniki pozbywania się niechcianego owłosienia, ale… była, jaka była. Może bała się depilacji? A może po prostu „taka była” – jak śpiewa tegoroczna zwyciężczyni/zwycięzca Eurowizji? Nie wnikam, bo co to zmienia w moim życiu?

A polskiej husarii polecam ściągnąć pancerze, bo chyba Wam trochę za ciasno i krew nie dopływa tam gdzie powinna, wyluzować się i obejrzeć „Priscillę, królową pustyni” – przezabawny film o inności, świetnie zagrany przez znanych australijskich aktorów Hugo Weavinga, Guy’a Pierce’a i Brytyjczyka Terence’a Stampa (dawniej główne role u Felliniego i Passoliniego), którzy wcielają się w role drag queens. I wypuśćcie z siebie ten kiełbasiany jad. Gwarantuję, że samopoczucie natychmiast się poprawi 😉

[embedyt]http://www.youtube.com/watch?v=dbakps0k19w[/embedyt]

Szefie, zafunduj pracownikowi wycieczkę!

Pewna świdnicka spółka z okazji swojego jubileuszu zabiera pracowników na pięć dni do Tunezji. Nie pięciu i nie dziesięciu pracowników, ale stu siedemdziesięciu paru! Kiedy usłyszałam tę wiadomość, aż podskoczyłam z wrażenia. A więc istnieją w naszym kraju pracodawcy, którzy mają tak zwany gest…

I od razu mi się przypomniał tekst w natemat.pl o Richardzie Bransonie, brytyjskim miliarderze, i jego radach dla przedsiębiorców. Trzy rady, jakie im przekazał, jeśli chcą osiągnąć sukces, to… „ludzie, ludzie, ludzie”. Niestety, jeśli o to chodzi, Polska wciąż jest na etapie wczesnego kapitalizmu. I są dwie szkoły. Albo wyciska się ludzi jak cytryny, a kiedy już są prawie całkiem pozbawieni soku i zaczynają schnąć, zamawia się świeżą dostawę owoców, albo wyciska się ich, ale od czasu do czasu wstrzykuje sok w koncentracie – a to w postaci premii, a to w postaci podwyżki, ale pod pewnymi warunkami, a to w formie jakiegoś bonusu. Lekka reanimacja i pracownik wraca do zawodowego życia 😉

Kiedy się rozmawia na ten temat z pracodawcami, to często pojawia się kwestia kosztów pracy. Zgodnie twierdzą, że w Polsce są one niebotyczne. Sorry – panie i panowie przedsiębiorcy. Nie jest tak. Z raportu opublikowanego przez portal rynekpracy.pl na podstawie danych Eurostatu wynika, że koszty pracy w naszym kraju są jednymi z najniższych w Europie! Niżej są tylko Łotwa, Litwa, Rumunia i Bułgaria. Wielu przedsiębiorców narzeka także na politykę fiskalną Polski. To ona według nich ma wpływ na to, ile płacą swoim pracownikom, na jakie umowy ich zatrudniają itd. Przykro mi – tu znów statystyki porównawcze mówią co innego. Polska jest na dziewiątym miejscu na liście dziesięciu europejskich rajów podatkowych. Serio! (jeśli nie wierzycie, to sprawdźcie: http://biznes.onet.pl/raje-podatkowe-w-ue-jest-i-polska,18490,5389935,13464477,fotoreportaze-detal-galeria). A na pierwszych miejscach są wspomniane Litwa, Rumunia i Bułgaria.

O co więc chodzi? Cóż – stare porzekadło mówi, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to znaczy, że chodzi o pieniądze. Pieniądze, dodajmy, przedsiębiorcy, a nie jego pracowników. Polscy przedsiębiorcy chcą po prostu więcej (nie będę się rozwodzić o kryzysie, bo to prawda, że dotknął wszystkich). Chcą więcej, chcą taniej, żeby jak najwięcej zostało dla nich. To jasne – ich firma, ich pieniądze. Wciąż jednak niewielu rozumie, że czasem to mniej znaczy więcej, a nie odwrotnie. Mniej dzisiaj dla mnie, bo chcę zainwestować w świetnego pracownika, to więcej jutro i dla mnie, i dla tego pracownika, w którego zainwestowałem.

Problemem większości polskich przedsiębiorców nie są ani koszty pracy, ani podatki. Ich problemem jest nieumiejętność otwarcia umysłu, widzenia dalej i więcej, przewidywania i wyprzedzania faktów. Albo inaczej – robią to w kontekście czysto biznesowym, bo biznes tego wymaga, ale nie włączają do tego procesu pracowników. Większość wciąż traktuje ich jak narzędzie, a więc przedmiot, a nie podmiot. Nie ten, to następny. Tymczasem inwestycja w dobrych pracowników to inwestycja w przyszłość własnej firmy. I tego jeszcze wielu polskich przedsiębiorców musi się uczyć. Oby jak najszybciej.

A pracownicy?… Cóż, nawet ci z tej firmy, która zabiera swoich ludzi do Tunezji, narzekają. Taka już ludzka natura. Przedsiębiorcy na koszty i podatki, pracownicy – na przedsiębiorców 😉

Świat według pomnika

Taki pomnik… Ten to musi mieć zamkniętą w kamieniu, granicie, brązie czy innym trwałym materiale cierpliwość. Zanim się pojawi, najczęściej już budzi kontrowersje. Jedni chcą, drudzy nie chcą. Potrzebny, niepotrzebny. Ładny, nieładny. Stawiać, nie stawiać. Każdy ma swoje zdanie. Pomniki jednak się stawia i są. I już. Dziś w Świdnicy postawiono kolejny – Jana Pawła II. Też budził kontrowersje – nawet moje. Jest jednak w mieście jeden taki pomnik, który ma wyjątkowo przerąbane…

Myślę o Pomniku Zwycięstwa na placu Grunwaldzkim. Ten to musi mieć cierpliwość… Nie dość, że… co prawda o gustach się nie dyskutuje, ale umówmy się, że nie grzeszy urodą, nie dość, że jest wystawiony na łaskę i niełaskę pogody, nie dość, że gołębie i inne ptactwo mogą robić na niego, ile chcą, nie dość, że zdobią go dwa NAGIE miecze, to jeszcze wszyscy bezwstydnie organizują przy nim wszelkie możliwe uroczystości, nie pytając go nawet o to, czy chce być ich świadkiem.

Dziś widziałam, że cieszył się z imprezy zorganizowanej przez Polskie Stowarzyszenie Osób z Upośledzeniem Umysłowym – wreszcie mógł popatrzeć na prawdziwe tłumy, pocieszyć oko (czy co on tam ma) kolorowymi balonami, radością życia (może nawet i jemu się udzieliła i wkrótce sam ożyje?), zobaczyć prawdziwe, a nie sztuczne, polityczne życie…

Ale też dziś, kilka godzin wcześniej, ten sam pomnik był nie świadkiem, a obiektem – wieszania… przepraszam, składania kwiatów, zniczy i co tam jeszcze politycy składają w hołdzie bohaterom, zwycięzcom, poległym i żyjącym. Nawet, jak wynika z relacji lokalnych mediów, był takim obiektem dwukrotnie. Bo jedni z drugimi się nie dogadali. Bo podobno jakieś nieporozumienie. Bo jedni mieli nie obchodzić, a inni chcieli obchodzić. Znaczy świętować rocznicę, dziś akurat zakończenia II wojny światowej.

Biedny pomnik… Ciekawa jestem, ile takich rocznic musiał przeżyć. Ile kwiatów na nim złożono? Ile zniczy zapalono? Ile flag mu towarzyszyło? Ilu sprzecznych w wymowie przemówień musiał wysłuchać? I ilu ludzi przy nim stało… od święta – bo przecież nikt nie ma chyba wątpliwości, że na co dzień to nawet nikt go nie zauważa. Biedny pomnik… Chociaż… dzisiaj – wreszcie doczekał się pierwszej słitfoci (ilustracja do tekstu) – wreszcie to on jest bohaterem, a nie świadkiem ani obiektem. Miał swoje pięć minut. Może dziś nagie miecze się do siebie uśmiechnęły albo nawet… splotły? 😉

foto sobie zaciągnęłam z ws-24.pl, autor Wiktor Bąkiewicz

Rynek należy do wszystkich

Pani z Torebką z przyjemnością wróciła dziś wieczorem do domu. Dzień obfitował w przyjemne emocje, parking, jak to przed dniami wolnymi, przyjaźnie świecił pustkami, więc zakupów nie trzeba było nieść aż z Siostrzanej, Rynek wyludniał się z godziny na godzinę, jak zwykle przed każdym, a zwłaszcza długim weekendem, a rynkowe ogródki powoli się zaludniały.

Ściągając pranie z balkonu spojrzała właśnie na jeden z ogródków. I wspomniawszy relacje z wczorajszej debaty na temat rynkowego życia, które czytała dziś rano, Pani z Torebką zastanowiła się swoim zwyczajem, o co tu chodzi? Rynek każdego miasta, nie tylko Świdnicy, to specyficzne miejsce. Jeszcze kilka lat temu mieszkańcy, lokalni przedsiębiorcy, a w ślad za nimi – także media – suchej nitki nie zostawiały na władzach miasta narzekając, że Rynek jest martwy, że nic się nie dzieje, że taki piękny, a nocą i wieczorami zamiera… Pojawiły się kawiarnie. Pojawiły się restauracje. Pojawiły się puby. Jak grzyby po deszczu wyrosły ogródki. Rynek, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ożył. Marzenie świdniczan się ziściło. Mają gdzie wypić dobrą kawę, zjeść pyszne lody, pójść na obiad i napić się dobrego piwa, a nawet wina. Wieczorem Rynek nie śpi, tylko żyje. Tak jak chcieli. Więc w czym problem? Cóż – te tysiące mieszkańców nie wzięły pod uwagę tych czterdziestu mieszkańców Rynku, którzy teraz protestują przeciwko hałasom, burdom itp. ekscesom, które – wedle relacji lokalnych mediów – każdego dnia spędzają im sen z powiek i nie pozwalają spać.

– Hmmm… – zastanowiła się Pani z Torebką stojąc na tym balkonie i na głos mówiąc do kota, który właśnie wskoczył na balustradę. – No, jest głośno. Ale my przecież też mieszkamy w Rynku i choć chcemy sprzedać mieszkanie, to wcale nie z powodu hałasów, burd itd. Choć Rynek to w pewnym sensie podwórko Pani z Torebką, to jednak jest on własnością wszystkich mieszkańców. Nie ogrodzi tu sobie wejścia, nie posadzi trawy, nie wypuści tam kota, nie postawi sobie leżaka i nie będzie wygrzewać się na słońcu jak co niektórzy świdniczanie w swoich przydomowych ogródkach. Rynek to także miejsce dla innych. Miejsce dla każdego miasta wyjątkowe, bowiem tu od wieków toczyło się i nadal powinno toczyć jego życie. To tu się umawiamy „pod Neptunem”. To tu idziemy na kawę do Galerii 44. To tu nasze nastoletnie dzieci wybierają się do Amaretto na lody z koleżankami. To tu najpierw szukamy restauracji, gdy chcemy coś zjeść. To serce miasta. Naszego wspólnego.

Kiedy Pani z Torebką wprowadziła się do Rynku, właśnie zaczynały się Dni Świdnicy (jeszcze wtedy organizowano je w Rynku). Było głośno i gorąco, ale cóż – trzeba było zamknąć te okna i przeczekać. A potem było jeszcze kilkadziesiąt różnych imprez, mniej czy bardziej głośnych. I comiesięczna giełda staroci, której odgłosy słychać już od szóstej rano. A co jeśli ktoś lubi spać w niedzielę do późna?

I tu rodzi się dylemat – czy z Rynku wyprowadzić giełdę staroci, która gromadzi miesięcznie kilka tysięcy odwiedzających i wystawców? Czy zamknąć wszystkie lokale? Czy zakazać im mieć czynne po 23.00?… Czy może lepiej zrobić coś, żeby to niezadowoleni mieszkańcy wyprowadzili się z Rynku w spokojniejsze miejsca? W końcu – kto im każe tu mieszkać? Poza tym – nawet jak tu było cicho i głucho, nie brakowało letnich weekendowych nocy, kiedy pijani świdniczanie tylko się tędy przemieszczający potrafili narobić tyle nagłego hałasu, że ten gwar, do którego się przyzwyczailiśmy, że jest regularnie (a da się przyzwyczaić, tak jak do bicia zegara czy hejnału), to przy tym pikuś.

Tak. Wiem, że narażam się moim sąsiadom. Ale – proszę Państwa – ja nie mam problemu ani ze snem, ani z głośnymi imprezami, ani z tym, że w ogródkach jest głośno. Owszem – nie ma wątpliwości, że Kanappa i jej klientela to nieporozumienie, bo nie potrafią się odnaleźć w tym wyjątkowym miejscu, jakim jest Rynek. Ale mam nadzieję, że jej istnienie tutaj to tylko kwestia czasu. A cała reszta – oby tych lokali i ogródków było jeszcze więcej. Ja nie mam z tym najmniejszego problemu. I nie życzę sobie, żeby mi zamykano ogródki, zwłaszcza jeden, ten w którym najczęściej bywam (patrz foto ;-)).

Foto Wiktor Bąkiewicz

Muzyku, zrób to sam

Dzisiaj wyciągnęłam z szafy torebkę muzyczną. Tak się jakoś ciekawie zbiegło w czasie, że lokalne talenty, którym kibicuję i wspieram na różne sposoby, prawie w jednym czasie osiągnęły coś fajnego. Paulina Lenda, Ditroit, Natalia Widuto – miło pomyśleć, że każdy z tych talentów na różnych etapach promowałam, wspierałam albo pomagałam promować i wspierać. Nie! Na pewno będę tutaj pisać, że jestem ojcem, przepraszam, matką ich sukcesów. Daleko mi do tego. Raczej z muzycznej torebki wyciągnę słuchawki, podłączę do iPhone’a i z przyjemnością posłucham ich twórczości. Bo warto! A z historii tej trójki, a właściwie szóstki, płynie ciekawa nauka…

Paulina Lenda, największa nadzieja świdnickiej sceny muzycznej (nadzieja na zrobienie dużej kariery), wydała wreszcie płytę. Historia obdarzonej niezwykłym głosem i talentem młodej wokalistki, finalistki pierwszej edycji „Mam Talent”, to z jednej strony nadzieja, z drugiej – przestroga dla jej młodszych kolegów. Ale też w dużym stopniu – drogowskaz. „To były tak burzliwe lata… Najpierw wielkie zamieszanie związane z programem, połączone z moją maturą. Później kilka złych decyzji, które podjęłam i za które słono zapłaciłam. Skomplikowane relacje z najbliższymi, które musiałam wyprostować. Problemy, z którymi borykałam się przez kilka lat w życiu prywatnym i pewne tragedie, które mnie spotkały przez ten czas. Do tego miłość, z której nie mogłam się wyleczyć i która bardzo destrukcyjnie na mnie działała w tamtym okresie…” – wyznaje Paulina Lenda portalowi muzyka.interia.pl, odsłaniając także kulisy „pomocy”, której naobiecywano jej po TVN-owskim talent show, oraz polskiego biznesu muzycznego. O tym ostatnim można powiedzieć tyle, że ze swoim materiałem na płytę Paulina poszła do kilku rodzimych wytwórni. „W odpowiedzi usłyszałam tylko, że płycie brakuje „hitów”. Nie chcąc zmieniać tam ani jednego dźwięku, ani jednego słowa, by zostało to tak autentyczne, jak słychać na nagraniach – postanowiłam zrobić to sama, bez pomocy firmy, a z pomocą przyjaciół. Udało się, płyta została wydana” – opowiada. Chcąc wydać „Wolf Girl”, Paulina zrobiła to sama…

[embedyt]http://www.youtube.com/watch?v=LarKVdrh3fw[/embedyt]

Ditroit, z którym rok temu w moje urodziny rozmawiałam w trakcie nagrania ich pierwszego singla, kończy nagrywać płytę, a za miesiąc zagra pierwszy koncert. Ditroit to dość egzotyczny lokalny twór powstały z muzyków dawnego Zero Procent (finalisty programu „Śpiewaj i walcz” TVP 1 i laureata Pierwszego Wyróżnienia na opolskich Debiutach w 2010 roku, z którego ponad rok temu odszedł wokalista Kamil Franczak), czyli Krzyśka „Chrisa” Brzezińskiego, Daniela „Dady” Urbaniaka i Maćka „Maxa” Magocha oraz byłego wokalisty The Floorators Michała „Miśka” Kulniewa. Piszę „egzotyczny”, bo jeśli porównać raczej pop-rockową twórczość Zero Procent z hardrockową muzyką The Floorators, trudno go nazwać inaczej, ale… Ale! Już pierwszy singiel „Trefny klucz” pokazał, że ta egzotyka ma sens i że osiągnięcie złotego środka może przynieść nieoczekiwane efekty.

[embedyt]http://www.youtube.com/watch?v=0MiNGNI4d_4&feature=youtu.be[/embedyt]

„Kiedy się poznaliśmy przy okazji prac nad pierwszym utworem, który miał być tylko eksperymentem, okazało się, że większość naszego życia żyliśmy w błędzie. Misiek nie słucha tylko ciężkiej muzyki, a chłopaki – nie tylko lekkiej, rockowej muzyki” – opowiadał mi „Misiek” w wywiadzie kilka miesięcy temu. To on napisał teksty do wszystkich utworów z płyty, nad którą kończą pracę, a jak mówi Krzysiek Brzeziński, menadżer zespołu, każdy jest na wskroś przemyślany. „Myślę, że Misiek pisząc te teksty i pracując z nami przeszedł w krótkim czasie bardzo długą drogę. Każdy z nas się czegoś nauczył” – mówił mi niedawno „Chris”. Dziś możemy delektować się kolejnym singlem Ditroit – „Niewiele”, który tylko to potwierdza, i z niecierpliwością czekać na koncert grupy, który zagrają już 30 maja w pubie Highlander (tam zresztą powstała część zdjęć” do „Trefnego klucza”). A wkrótce zapewne, tak samo jak z Pauliną, będziemy cieszyć się z ich pierwszej płyty. I co? Oni TEŻ zrobili to sami!

[embedyt]https://www.youtube.com/watch?v=ENwHZ9hqqG8[/embedyt]

Na koniec najmłodsza z nich pod względem muzycznego stażu medialnego – Natalia Widuto, która wydaje się, że w porównaniu z Pauliną czy Ditrotit jest dopiero na początku drogi… Ale, ale… Czy to nie ona swoim wykonaniem coveru A Fine Frenzy „Almost Lover” nie podbiła przed rokiem światowego internetu? Czy to nie ta dziewczyna ćwiczy z najlepszymi, jak Mieczysław Szcześniak, i unika talent shows, bo jak rezolutnie mówi, „jeśli się nie ma warsztatu, to po co w ogóle startować?” Czy to nie ona niedawno została dzięki wspomnianemu coverowi odnaleziona na YouTubie i zaproszona do nagrania serialowej piosenki? Biorąc pod uwagę, że głos ten świat usłyszał niespełna rok temu… można powiedzieć, że milowymi krokami goni swoich starszych kolegów. W tym krótkim czasie Natalia zdążyła już (zresztą razem „Dadą” z Ditroit) zagrać recital podczas Świdnickiego Dnia Mody i koncert podczas ubiegłorocznej Juliady, tuż przed występem Sidney’a Polaka, a teraz – rzutem na taśmę – nagrać swoją pierwszą piosenkę „Spell of Rain” (przepiękną!), której mogliśmy posłuchać w jednym z odcinków „Przyjaciółek”. Ona też osiągnęła to sama… swoim głosem i systematyczną pracą.

[embedyt]http://www.youtube.com/watch?v=03x5taLEV10[/embedyt]

Kochani, życzę Wam wszystkim fajnych karier! 🙂

Mój dom jest moim… zamkiem!

Damska torebka jest jak Google – jest w niej wszystko, tyle że czas wyszukiwania jest znacznie dłuższy. Święta internetowa prawda. W mojej torebce, obok różnego rodzaju kluczy, kluczyków, perfum, szminek, chusteczek, pendrive’ów, przyborów do pisania, w tym ukochanego pióra, do którego odkąd nie pracuję w „WŚ” nie mam nabojów (nie dlatego, że mnie nie stać, ale dlatego że mi nie po drodze do Rolskiego czy któregoś z papierniczych, bo wychodzę tyłem do samochodu i wracam takąż samą trasą), wylądowała… KLAMKA! Tak! Klamka. Normalna klamka taka z drzwi wyjęta. I właśnie z tym tyłem i samochodem wiąże się jej niesamowita historia…

Klamka jest bowiem w tej chwili jedynym sposobem otwarcia tylnych drzwi budynku, których nasza wspólnota po wielu bojach z Miejskim Zarządem Nieruchomości dorobiła się jakieś półtora roku temu. Drzwi aluminiowe, dość solidne w porównaniu z otwieranym na kopa wcześniejszym paździerzem. Panowie montujący przekonywali, że solidne i nikt ich na pewno z kopa nie otworzy. Mieli rację. I to jak! Kilka tygodni temu tajemniczy nieznajomy, zwany w policyjnych kronikach skrótem NN (moim zdaniem powinno być NS – „nieznany sprawca” albo wzorem Tygryska z „Kubusia Puchatka” – ZS, jak „zamaskowany przestępca”, ale jest NN i trudno). A więc ten NN wymontował z naszych solidnych drzwi klamkę.

Do wstawienia nowej klamki konieczna była uchwała wspólnoty podpisana przez wszystkich właścicieli mieszkań i zaniesiona osobiście do MZN-u. Właściciele części mieszkań mieszkają gdzieś tam, w bliżej nieokreślonych miejscach, bo mieszkania wynajmują. Pani doktor z góry przyjeżdża już tylko raz w tygodniu, bo podobno się na emeryturę wybiera. Tak więc ja, nie mając czasu poszukiwać tych właścicieli i pilnować terminu otwarcia gabinetu pani doktor, musiałam się przystosować do nowych warunków. Nie było to takie trudne, bo przecież wciąż był zamek, a ja miałam do niego klucz! A drzwi, co wie przecież każde dziecko, otwiera się kluczem 😀

Otwierałam i ja. Do czasu… Do czasu, gdy inny (a może ten sam) NN postanowił dla utrudnienia wymontować z naszych drzwi także zamek. To już – przyznaję – była zagwozdka. Dwa dni chodziłam na parking naokoło, przez Rynek. Aż tu nagle dnia trzeciego wypatrzyłam w przedpokoju w takim koszyczku, gdzie trzymam korki – na wypadek gdyby się spaliły, świeczki – na wypadek, gdyby spaliły się korki, zapałki – żeby te świeczki zapalić, latarkę – na wypadek, gdyby jak te korki się spalą, było już ciemno i trzeba było szukać zapałek i świeczek (bo nie wiadomo, czy korki zadziałają), wypatrzyłam tam… KLAMKĘ! Nie mam pojęcia, skąd się tam właśnie wzięła, ale podała mi pomocną dłoń. Chwyciłam ją więc i z radością zapakowałam do mojej coraz cięższej torebki. I już nie muszę chodzić na parking naokoło. I tak oto tworzy się zawartość damskiego torebkowego Google’a 😉

PS I co, panie NN? Chcesz jeszcze coś zrobić z naszymi drzwiami? Proszę bardzo! Dam sobie radę. Mój dom to mój ZAMEK! I żaden NN nie utrudni mi w nim życia bardziej niż sama sobie utrudniam 😉

To wiara czyni cuda

Na pomnik Jana Pawła II brakuje jeszcze 45 tysięcy złotych, ale i tak go postawią, by na 8 maja klęczał już nasz papież przed katedrą. Biskup Ignacy prosi wiernych w kościołach, by dokładali się do budowy, a ks. prałat Śliwka grzmi z ambony, żeby nie dać się zwieść przeciwnikom pomnika, bo to… źli ludzie, którzy nie chcą czuć obecności świętych pośród nas!

No, przepraszam! Ja nie chcę pomnika, a nie uważam siebie za złego człowieka. Nie chcę pomnika, bo nie przez to będę czuła obecność Jana Pawła II pośród nas. Kto jak kto, ale akurat Kościół nie powinien zapominać, że obecność świętych czuje się zmysłem szóstym, duszą, a nie jednym z pięciu. Innymi słowy – nie muszę zobaczyć, żeby wierzyć. Dziś w kościołach wierni słuchają o niewiernym Tomaszu. Pasuje jak ulał! „Błogosławieni ci, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Czyż nie tak to powinno działać? Nie chcę pomnika, bo nie chcę, żeby na podobiznę świętego, wybitnego człowieka robiły miejskie gołębie i z wielu innych powodów, o których parokrotnie pisałam w moich felietonach w „WŚ”.

Nie chcę także dlatego, że nikt mnie nie zapytał, czy chcę.

Właśnie! Jako Pani z Torebką mam tu akurat prawo się denerwować. Bo jak chciały władze miasta postawić rzeźbę torebki-giganta, to zapytały mieszkańców o zdanie. I ci powiedzieli „nie”. Ale jak grupa świdniczan postanowiła postawić pomnik Jana Pawła II, to nikt nie pytał pozostałych świdniczan, czy też tego chcą. A gdy do tego pomnika władze postanowiły dostawić szklane wrota, to też nie pytały, czy chcemy. Dlaczego właściwie? Bo torebka jest świecka, a wrota kościelne?…

Fakt, że po kilku latach zbiórki, na półtora tygodnia (!!!) przed terminem odsłonięcia pomnika, brakuje jeszcze 1/5 potrzebnej kwoty chyba jasno pokazuje stosunek świdniczan do jego postawienia. Nie uratowali sytuacji lokalni biznesmeni, którzy dla tabliczki ze swoim nazwiskiem namawiali jeden drugiego na ten „dar serca”, jakim były minimum 2 tysiące złotych (tyle potrzeba było wpłacić, by obok pomnika na specjalnej tablicy zobaczyć swoje nazwisko).

Jan Paweł II świętym człowiekiem był, jest, a teraz oficjalnie na wieki będzie. Był święty za życia, bo nikt tak jak on, nie będąc muzykiem rockowym czy jakimkolwiek innym celebrytą, nie potrafił gromadzić, jednoczyć i porywać tłumów. Był święty, bo samą tylko swoją obecnością, wsparciem i głoszonym słowem przyczynił się do upadku komunizmu w Polsce i innych krajach. Był święty, bo żył jak święty. Mnie nikt nie musi tego udowadniać potwierdzając cuda, które uczynił, bo uczynił ich znacznie więcej, zwłaszcza takich, o których nie wiemy. Cudów małych, ale wielkich. Cudów, które dokonywały się w ludzkich sercach i umysłach. Nie widziałam, ale wierzę. A to wiara czyni cuda…

Ilustracja to obraz Caravaggia „Niewierność św. Tomasza”