BĘDZIE PAN ZADOWOLONY

sobota, Luty 28, 2015 0 0

To ja już tyle nie pisałam? Niedobrze, niedobrze 😉 Sama jestem na siebie zła. I sama się jednocześnie usprawiedliwiam. Raz na jakiś czas jest kumulacja wszystkiego. Też tak macie? Nie jest to, niestety, wygrana kumulacja w totolotku (chociaż do tego to trzeba podobno grać ;)), ale jednak czasem nagromadzenie zdarzeń, działań, zadań do wykonania i innych ważnych rzeczy do ogarnięcia wygląda tak, jakby ktoś rzucał rzeczy na kupę, byle szybko, a Ty się weź w tym człowieku ogarnij. I uporządkuj 🙂

A więc porządkuję. Choć inne rzeczy jeszcze w lekkim chaosie, powoli i nieuchronnie zbliża się mój wielki powrót do rodzinnego miasta. A więc – drżyjcie, wrogowie. Chociaż… ostatnio usłyszałam, że są tacy, którzy się nowej władzy odgrażają, że “jak nie-coś-tam” to będą dla niej “drugą mną”, znaczy “drugą Odachowską”. Chyba powinnam być dumna, że władza i jej mniej już niż w kampanii wyborczej doceniane otoczenie darzy mnie aż takim respektem 😉 Buuu! 😀

Okazuje się jednak, że nie muszę nic robić ani pisać, bo mieszkańcy – i ci mniej, i ci bardziej oświeceni samorządowo – już zaczynają żałować, że ręka im nad tą kartą do głosowania nie zadrżała. Już słyszę: “no, chciało się zmiany, ale daj spokój, przecież to jest smutne” albo “chciałbym usłyszeć jakąś propozycję w zamian za to, co z miasta zniknęło, a tu czas mija i nic”. Już widzę miny, komentarze półgłosem i inne takie – lepiej przytaczać nie będę.

I wiecie, chciałoby się powiedzieć: “a nie mówiłam?” Ale nie powiem. Tym razem to ja, zdystansowana do miasta, ludzi, władzy i wszystkiego, co świdnickie, będę namawiać, żebyśmy poczekali. Bo lubię kabarety. A już jest zabawnie, choć to dopiero początki. A więc cierpliwości – będzie jeszcze śmieszniej. A śmiech to zdrowie. Być może więc ci wyborcy, którzy “chcieli zmiany”, choć dziś tej zmiany żałują, zafundowali nam kurację – codzienna dawka śmiechu dla zdrowotności 🙂 Ja tam nie narzekam. Śmiać się lubię. I na pewno będę 😉

A jest z czego. Choćby ostatnie decyzje władzy… Kiedy ja w moim mieszkaniu, mając dotąd całą instalację elektryczną na jednym (!) korku, wymieniłam ją na nowoczesną, bezpieczną i wielofunkcyjną, władza zasila te rady ludźmi, którzy w większości zawodowo i samorządowo już wykorkowali. Swoją drogą, chyba zrobię sobie uprawnienia takiego członka rad nadzorczych i dobrze się zakręcę. Czysty pieniądz za nicnierobienie. Pół biedy same rady. Ale ich decyzje?… Szkoda nawet czasu na ich komentowanie.

Zresztą… wracając do kabaretów, to aż się tu prosi, żeby przywołać cudny skecz Kabaretu Moralnego Niepokoju “Na budowie”, znany bardziej jako “Będzie pan zadowoloooony” 😉

Bo przecież władza robi wszystko, żebyśmy byli zadowoleni. W końcu chce być blisko ludzi.

No i ja nawet tę władzę poniekąd rozumiem. Ja też w czasie remontu (czytaj: zmian) wywaliłam stare meble i teraz mebluję się na nowo. Z tą tylko różnicą, że nowe kupuję… nowe. Nie wyciągam ich z piwnicy 😉

…kto jest bez winy…

poniedziałek, Wrzesień 15, 2014 0 0

Moje życiowe perypetie i problemy, które pokonałam, a którymi mogłabym obdarować pewnie kilka osób i każda odczułaby ich ciężar, nauczyły mnie jednego – nie oceniam ludzi. Ich czyny czy działania, jeśli są osobami publicznymi, czasem mi się zdarza, ale nie ludzi, nie ich prywatność. Bo dziś już wiem, że kiedy znajdę się w podobnej do tych ocenianych sytuacji, sama siebie mogę zaskoczyć decyzjami, podejmowanymi działaniami i tym, co zrobię. Nie znamy samych siebie, dopóki życie nie postawi nas w konkretnej trudnej sytuacji.

Zanim urodziłam dziecko, widząc błędy popełniane przez rodziców, chciałam setki razy podpowiadać im, co ja bym na ich miejscu zrobiła. Dopiero gdy znalazłam się na ich miejscu, wszystko zweryfikowałam.

Kiedyś obserwując, jak niektóre wdowy chowają się przed życiem albo przeciwnie – zażywają go – “wiedziałam”, że ja bym na pewno tak a tak się nie zachowała, że wdowa powinna to, a nie powinna tamtego. Dziś, gdy wdową jestem, wiem, że nie miałam prawa słowem się odezwać (nawet sama przed sobą) w sprawie wdów, póki sama nią nie zostałam i nie poznałam tego stanu.

Nikomu nie wolno wypowiadać się na temat czyichś problemów finansowych, orientacji seksualnej czy żadnych innych szczegółów z prywatnego życia, bo nie ma pojęcia, czemu tak jest, jak to właściwie jest i zwyczajne nie ma do tego prawa. I nie nabywa tego prawa nawet w kampanii wyborczej. Smutne, kiedy nie wiedzą tego nawet ludzie, którzy na co dzień uczą dzieci, jak gra się fair…

Dziś jeden z moich przyjaciół zapytał mnie (jako świdnicką blogerkę), czy widziałam, co na swoim profilu na Facebooku wypisuje świdnicki radny, szef Komisji Kultury (z naciskiem na kulturę, bo sposób, w jaki to pisze, pozostawia wiele do życzenia). Miał nadzieję, że to skomentuję. Nie widziałam jednak tych wpisów, więc po powrocie do domu natychmiast odrobiłam lekcje i… szczęka mi opadła. Tak więc, owszem, skomentuję.

Właściwie zrobiło mi się żal pana radnego, który bycie radnym uczynił elementem swojego życia zawodowego, więc teraz będzie gryzł trawę i przepływał kolejne baseny pomyj, żeby nadal siedzieć przy tym korycie. Żal, bo – mówiąc językiem biblijnym – nie wie, co czyni obrzucając błotem i po chamsku wyciągając szczegóły z życia prywatnego innych kandydatów. Język biblijny ma tutaj znaczenie. Pan radny bowiem jest człowiekiem – jak wynika z jego deklaracji – głęboko wierzącym, katolikiem, a zatem razem z wiarą powinien mieć zakorzenione w głowie przekonanie, że pierwszy kamieniem może rzucić tylko ten, kto jest bez winy.

Nie będę wnikać, ale wie się to i owo na temat ludzi z tak zwanego świecznika (choć to w sumie parę patyków zbitych gwoździami udających misterny kandelabr), czy pan radny jest czysty i przejrzysty. Czy nie miał w przeszłości różnych problemów, większych i mniejszych, czy nigdy nie miał problemów finansowych, czy nie zdarzyło mi się mieć mniejszych czy większych długów ani innych historii, które ktoś w podobnie chamski sposób mógłby wyciągnąć. Czy w każdej minucie swojego życia postępuje zgodnie z Dekalogiem. Czy jest uczciwy wobec innych ludzi i czy na pewno ma uprawnienia do tego, żeby rzucać tym kamieniem. Śmiem wątpić, bo nikt z nas nie jest.

Mało tego. Pan Radny z Zaścianka dopieprza się do czyjejś orientacji seksualnej, dyskwalifikując wiedzę i kompetencje gejów dotyczące rodzin i przedszkoli. Serio? To jest taki problem, Panie radny? A Pan wiedzę na temat samorządu wyssał z mlekiem matki czy nabył ją Pan? No i jest Pan wierzący, prawda? Ale zastanawiał się Pan kiedyś, co na temat rodziny, dzieci, wychowania itd. wiedzą żyjący w celibacie księża katoliccy? Bo przecież wypowiadają się na ten temat, i to w sposób kategoryczny i autorytarny. Szczerze mówiąc, bardziej jestem skłonna wierzyć gejom w tej kwestii, bo żyją w świecie świeckim, mają rodziny, znajomych i nie są oderwani od rzeczywistości, jak wspomniani księża.

Znalazłam we wpisach Pana Radnego z Zaścianka jeszcze historię komorniczą, porównanie obiektu swoich drwin do schizofrenika (chyba bez świadomości, co to słowo właściwie znaczy) i zastanawiam się, co jeszcze z życia prywatnego tego czy innego kontrkandydata wywlecze Pan Radny z Zaścianka. Ale w sumie nie wiem, czy chcę wiedzieć.

To wszystko właściwie nie ma większego znaczenia, bo i tak decyzję podejmą wyborcy. Znaczenie w ustach czy pod klawiaturą Radnego z Zaścianka ma to, że generalizując pewne fakty może niektórym zrobić krzywdę – tak po ludzku. Bo jeśli ja teraz napiszę, że Radny z Zaścianka siedział przy jednym stole z alkoholikiem, więc pewnie sam też nim jest, to automatycznie przykleję panu radnemu łatkę trudną do usunięcia. A jeśli jeszcze bym napisała, że pan radny z tym alkoholikiem pił… Uuuu, toby dopiero była chryja.

Ale na koniec rozluźnijmy się, bo napięcie we mnie wzrosło na maksa. Pan radny zapewne – jak większość społeczeństwa – uwielbia dowcipy o blondynkach. Ciekawe więc, czemu jawnie popiera (to też wynika z wpisów na FB) kandydującą na prezydenta kobietę o ciemnoblond włosach? Przecież, zgodnie z jego stereotypowym tokiem myślenia, rozumu toto nie powinno mieć za grosz. Dalej – Pan radny jest Polakiem, prawda? Na pewno źle się więc czuje słysząc choćby niemieckie dowcipy o Polakach. Na pewno wkurza go takie stereotypowe szufladkowanie nas, Polaków. Ale właściwie czemu? On przecież robi to samo. Rzuca kamieniami w bliźniego, choć sam też na pewno ma niejedno za uszami. I to dla marnych, finansowych pobudek w postaci diety radnego oraz zapewne mglistej obietnicy owej kandydatki co do świetlanej przyszłości Pana Radnego z Zaścianka w nowej erze przy korycie, kiedy to równiejsi przejmą rządy po równych… Oby do tego nigdy nie doszło.

Żenujące, naprawdę…

Będę wójtem, choćby się zes…

wtorek, Sierpień 26, 2014 0 0

Dwa tygodnie milczenia? Sama jestem na siebie zła 😉 Ale w sumie nie tak bardzo, bo robiłam w międzyczasie ciekawe rzeczy. Potraktujmy to jako urlop od bloga. A propos urlopu, czasu wolnego i umiejętności jego spędzania, to po zmianach w moim życiu zawodowym nareszcie zrozumiałam, jak wielkie ma to znaczenie. Ale dziś nie o tym chcę pisać, bo na osłodę po milczeniu mam coś wyjątkowo smacznego, chociaż… nie wiem, czy to dobre określenie.

Otóż niektórzy ludzie jeszcze nie przyzwyczaili się do tego, że nie jestem dziennikarką, i podrzucają mi do torebki różne ciekawostki. Zwykle je pomijam, ale ta jest przecudnej urody. Otóż weszłam w posiadanie pewnego nagrania… Od razu zdementuję wszelkie przyszłe plotki i domysły, jakobym latała z dyktafonem po knajpach i nakłaniała ludzi do zwierzeń na mniej lub bardziej osobiste tematy (chociaż może wtedy nie miałabym dwutygodniowych przestojów, bo tematy zjeżdżałyby z taśmy w tempie jeden dziennie – jak na stronie “Wprostu” w czasie afery taśmowej). Nie. Ja po prostu otrzymałam nagranie fragmentu jednej z sesji Rady Gminy Marcinowice, na którym obecny wójt Jerzy Guzik krzyczy do przewodniczącego rady Zdzisława Grabowskiego, że… “choćby ten się zesrał (sic!), to on i tak będzie dalej wójtem”.

Wójt Guzik jest znanym specjalistą od wywoływania ogólnej wesołości w różnych gremiach, bo mówi, co mu ślina na język przyniesie i nie przejmuje się konsekwencjami. Wali prosto z mostu, bez ogródek, nie udając wcale inteligentniejszego niż jest w rzeczywistości. Czasem wójt wychodzi z urzędu i trafia na przykład do takiej stolicy powiatu, gdzie parę razy wybił się ponad przeciętność. Na przykład wtedy, kiedy na jednej z gospodarczych debat powiedział Leszkowi Balcerowiczowi, że powinno się przywrócić pegeery 😀 Albo wtedy, kiedy chciał nazwać ulicę nazwiskiem żyjącego biznesmena, ponoć dobroczyńcy gminy, co to wesprze i pomoże, a jak radni się nie zgodzili na to imię, to już nie wesprze i nie pomoże, bo wstyd prosić – tak mówi wójt. 

Nie od dzisiaj w gminie Marcinowice mówi się, że wójt nie dopuszcza do siebie myśli, że mógłby przestać być wójtem. Doszły mnie słuchy, że jeśli go nie chcą tam, to czeka na niego Sobótka, Świdnica, a nawet… fotel starosty. Czemu nie? W końcu wójt Guzik – jak niewielu samorządowców (gdzie by tam prezydent Świdnicy mógł przyjąć tyle ludzi co on, wójt małej gminy) – jest dostępny dla mieszkańców, o czym przekonuje nas sam w tym filmiku:

Są jednak i tacy, którzy mówią, że wcale taki dostępny ani fajny nie jest, bo w ciągu niespełna dwóch kadencji zdążył już zrazić do siebie nie tylko sporą część mieszkańców, ale prawie wszystkich radnych. Tych ostatnich do tego stopnia, że na jednej z tegorocznych sesji przewodniczący rady chcąc wójta – mówiąc po ludzku – wqrwić, zapowiedział, że będzie kandydować na wójta. Ponoć nie ma takich zamiarów, więc zaczepka była obliczona tylko na wywołanie owego wqrwa. Bo to wójta czuły punkt. I udało się. Wójt Guzik ponoć zapienił się na maksa, a wąs – jak wynika z relacji naocznych świadków – mu się wydłużył z emocji, i zakrzyknął do całej sali: „Choćby się zesrał, to ja i tak będę dalej wójtem i tak!”.

Nie wierzycie? Posłuchajcie!

PS Ten gwar nie oznacza, że była to przerwa w sesji. To była robocza część obrad 😉

Foto zaczerpnęłam ze strony www.marcinowice.pl

Who to fuck is…?

środa, Czerwiec 11, 2014 0 0

No dobra, ja wiem, kto to jest Rudolph Giuliani (to ten koleś na zdjęciu poniżej). Ale dwójka moich znajomych, którym tłumaczyłam, że czegoś tam nie mogę, bo się spieszę, bo idę na sesję plenarną z nim, na samo stwierdzenie “sesja plenarna” robili oczy okrągłe i wielkie jak denka od mojego największego garnka, w którym gotuję czasem bigos na święta. A na nazwisko Giuliani reagowali mniej więcej tak: “jakiś Włoch?”, “a kto to jest?”

Jakby na potwierdzenie tych słów posłuchałam rozmowę dwóch parkingowych na parkingu przed lodowiskiem, gdzie miało się odbyć spotkanie z Giulianim – “szeryfem Nowego Jorku”:

– Ty, a co to za gość w ogóle jest, że taka ochrona? – mówi jeden.

– A ch… wie, płacą, to pilnuję – odpowiada drugi.

I to niestety pokazuje poziom zainteresowania ludzi polityką i stopień percepcji tego, co jest podawane w mediach.

4 czerwca robiłam w Studio Festiwalu Reżyserii Filmowej wywiad z Ryszardem Bugajskim. Rozmawialiśmy między innymi o tym, po co się robi takie zaangażowane filmy jak “Przesłuchanie” czy może mniej zaangażowane, ale takie wobec których – jak stwierdzili jurorzy przyznając mu nagrodę specjalną – nie można przejść obojętnie, jak “Układ zamknięty”. Pan Ryszard, przesympatyczny człowiek, o którym po kilku minutach rozmowy mogę z całą pewnością powiedzieć, że wie, czego chce, stwierdził, że fabuła “Układu zamkniętego”, oparta przecież na prawdziwej historii (niewtajemniczonych odsyłam tutaj: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,13688420,Na_podstawie_jego_losow_powstal__Uklad_zamkniety__.html), byłaby historią jedną z wielu znanych nam z mediów, gdyby nie powstał na jej kanwie film.

Pan Ryszard powiedział dokładnie tak: “Andrzej Wajda powiedział, że na świecie jest wiele rzeczy, których ludzie, tak zwany naród, sobie nie uświadamia, dopóki nie zobaczy ich w przetworzeniu artystycznym (…) i “Układ zamknięty” jest dokładnym tego przykładem. To historia znana z mediów, ale taka, która zniknęłaby wśród innych historii, zabitego dziecka, wypadku i tak dalej, gdyby nie przetworzenie artystyczne”.

Fakt. Patrząc na newsy ostatnich dni – co zostaje nam w głowach? 3-letnie dziecko zostawione przez ojca w samochodzie. Jakieś inne tematy? No, zastanówcie się przez chwilę. Specjalnie po wizycie na spotkaniu z Giulianim, które dzisiaj odbyło się w Świdnicy podczas Kongresu Regionów, bardzo uważnie obejrzałam Fakty TVN, a potem Wiadomości TVP. Wśród innych informacji specjalny nacisk położony był na to, o czym mówią wszyscy, czym żyje Facebook, wszystkie portale, gazet itp. itd. I nawet gdyby któreś z nie-lokalnych mediów podało informację, że “legendarny burmistrz Nowego Jorku jest z wizytą w Świdnicy”, to zginęłaby w całej masie “ugotowanych” dzieci i właściwie tylko ich, bo “przecieki na tajnym posiedzeniu Sejmu” badane przez prokuraturę już dla większości społeczeństwa nie mają znaczenia.

Tak właśnie jest i choćby nie wiem, jak się dziennikarz dwoił i troił, poza pewne granice nie wyskoczy, bo poza nimi nie ma już odbiorcy.

Po tych dzisiejszych doświadczeniach zabrzmiał mi w głowie kiczowaty na maksa, ale wciąż grany w niektórych stacjach, przebój “Who to Fuck is Alice?” jeszcze bardziej kiczowatej grupy Smokie. Bo większość społeczeństwa. ZDECYDOWANA WIĘKSZOŚĆ nie ma pojęcia “who to fuck is Giuliani”. Smutne, bo facet jest politykiem wybitnym i słuchanie o jego doświadczeniach było naprawdę ciekawym przeżyciem. Smutne, ale… jakże prawdziwe…

Foto: Źródło wikipedia.pl