MIŁOŚĆ DO CZERWONEGO BUTA

wtorek, Kwiecień 28, 2015 0 1

Mam świra na punkcie czerwonych butów. Oczywiście, inne kolory także noszę. Ale widok czerwonych ładnych szpilek działa na mnie jak kwiat na pszczołę – chciałabym od razu się rzucić i zapylać… w nich po rynkowym bruku 😉 Nigdy nie zastanawiałam się, czemu tak mam. Człowiek po prostu ma jakieś preferencje i raczej ich nie analizuje. Ale jedna rozmowa z moją córką – o butach właśnie – spowodowała, że moja pamięć odgrzebała traumatyczną, w gruncie rzeczy, jeśli się temu dobrze przyjrzeć, historię z mojego dzieciństwa z czerwonym bucikiem w roli głównej…

A było to tak.

Dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, a właściwie nastolatką w wieku mniej więcej mojej córki, poszłam do sklepu samodzielnie kupić sobie buty. Dziś pozwoliłabym dziecku to zrobić, ale wtedy to był big deal, zwłaszcza w ubogiej rodzinie. Musiałam ostro negocjować z rodzicami, żeby dali mi pieniądze i pozwolili samodzielnie wybrać buty. Kupiłam. Najpiękniejsze buty w sklepie. Półbuty w kolorze czerwonym na maleńkim obcasie. Pamiętam, jak mierzyłam je w sklepie i jak pięknie wyglądały na moich stopach, nawet odzianych w grube granatowe rajstopy…

Wracając do domu niosłam pudełko z nabożną niemal czcią, szczęśliwa, że pierwszy raz (PIERWSZY RAZ) będę miała na jakąś szkolną uroczystość nowe, śliczne, czerwone buty. Dzień później, na szkolnej uroczystości, miałam nowe, ohydne, pomarańczowe buty. A jak to się stało?

Otóż po powrocie do domu zostałam poproszona przez ojca, abym zaprezentowała swoje nowe obuwie. Włożyłam je szczęśliwa, że dokonałam tak wspaniałego wyboru i pewna, że otrzymam zaraz pochwałę. Jakież było moje zdziwienie, kiedy tata zawyrokował, że buty są na mnie za duże, że mi „klapią” i że absolutnie nie mogę w takich chodzić? Zapytał, czy nie było mniejszych…

Przyznam Wam się teraz po cichu, że też o to pytałam w sklepie. Nie byłam przecież głupia. To jasne, że widziałam, że buty są za duże. To oczywiste, że chciałam mniejsze.

Ale to była ostatnia para. A ja TAK BARDZO chciałam je mieć! Za wszelką cenę.

Umyśliłam sobie, że będę pakować do nich dużo waty, a wkrótce na pewno stopa mi dorośnie i będzie po sprawie.

Po watę poleciałam też natychmiast, gdy tata powiedział, że musimy je wymienić. Chciałam mu pokazać, że da się nosić takie za duże. No, nie dało się. Musiałam to sama przyznać. Zabraliśmy je z powrotem do sklepu. Tym razem tato poszedł ze mną. I wybrał. Takie, które były na mnie dobre, nie spadały, też miały obcas i które były najohydniejszymi butami, jakie w życiu miałam! Wstrętne skórzane mokasyny w zbyt pomarańczowym kolorze, na zbyt wysokim i zbyt topornym obcasie. Kto w ogóle pozwolił na taki design?! Na moich grubych granatowych rajstopach wyglądały jeszcze ohydniej. Jak ja się ich wstydziłam!!!

Ale cóż… Rodzice nas wychowują i czasem nie mamy wpływu na własne życie. Dlatego moja córka o swoich butach od dawna decyduje sama (choć faktycznie, odpowiedniego rozmiaru pilnuję ja). Pozwalam jej na to, choć dotąd nie pamiętałam tamtej historii. Pewnie wyparłam tamto traumatyczne przeżycie 😉 Ale dzięki tej obuwniczej rozmowie z córką przypomniałam je sobie. I wiem już, skąd moja miłość do czerwonego buta 😀

LUDZIE SĄ JACYŚ INNI…

czwartek, Kwiecień 23, 2015 0 0

Wczoraj koleżanka zapytała mnie, ile lat mieszkam w Rynku. Prawie dwanaście. Wprowadziłam się pod koniec maja 2003 roku. Moja córka miała niecałe dwa lata. Akurat trafiliśmy na Dni Świdnicy – głośno, hałaśliwie i… wesoło. Kompletnie nie przeszkadzał nam hałas zza okien. Przyznam szczerze, że bardziej dała nam się onegdaj we znaki krajalnica w piekarni pod nami włączana o 5.00 nad ranem, ale po interwencji wygłuszono sufit.

Mimo że mieszkałam w Rynku, a może właśnie dlatego, od lat walczyłam w „WŚ” o jego ożywienie. O to, żeby knajpy były, żeby knajpy żyły i żeby „się działo”. I dlatego nigdy nie zrozumiem pozostałych mieszkańców Rynku, którzy – jak czytam dzisiaj w lokalnych mediach – żądają zamykania lokali o 23.00. Zwłaszcza że te lokale są czynne dłużej tylko w weekendy.

Owszem, zdarzało mi się zadzwonić do straży miejskiej czy na policję, szczególnie nad ranem, gdy jakieś niedobitki nie mogły znaleźć drogi do domu i włączały echosondę, tak że słyszało ich pół miasta, a ja akurat miałam przed sobą perspektywę trudnego dnia 😉 Ale nawet wtedy nie przyszło mi do głowy walczyć z lokalami, chcieć je zamykać wcześniej itd. Rynek to rynek. Jest dla wszystkich. A lokal to lokal. W weekend musi być otwarty dłużej. Jedyne, o co powinny zadbać władze miasta, to odpowiednie zabezpieczenie tych lokali i tyle.

Naprawdę, coraz częściej myślę, że ludzie są jacyś inni… Brak tolerancji, otwartości i zwyczajnego luzu to nasz wielki narodowy problem. Jak widać, nie trzeba daleko szukać, żeby zobaczyć przykłady. Dlatego moim rynkowym sąsiadom zalecam, żeby w weekend po prostu zamiast w piżamy wbili się w jakieś fajne łaszki i zeszli na dół napić się piwa, wina, drinka czy zwyczajnie soku i wchłonęli trochę tej atmosfery, którą mieliśmy okazję poczuć w Świdnicy dwa razy – podczas Zjazdów Świdniczan. Wtedy też mieszkańcy Rynku protestowali. Ale Rynek jest dla wszystkich. Ja to wiem, a nadal tu mieszkam. I dobrze mi z tym 🙂

CIASTECZKA W MOJEJ TWIERDZY

wtorek, Kwiecień 21, 2015 0 0

Mój dom jest moją twierdzą. Żeby nie było – jestem bardzo gościnnym człowiekiem. Ale mojej domowej prywatności strzegę jak cyklop jedynego oka. Jeśli chcę w tej prywatności się pławić i żeby nikt mi nie przeszkadzał, to nie ma mocnych, żebym otworzyła drzwi komuś, kto wpada niezapowiedziany. Przynajmniej tak mi się wydaje 😉

Codziennie rano, na ten przykład, ćwiczę. Mel B każe mi nie przerywać, dawać z siebie wszystko, więc ja nie przerywam i daję, bo nagrodą jest i pozytywne nastawienie do całego dnia i – w przyszłości – figura absolutnie fit 😉 Dlatego kiedy ktoś mi w trakcie takich ćwiczeń jak opętany łomocze do drzwi (dzwonka jeszcze nie zamontowałam, choć może i lepiej w tej sytuacji), to olewam i ćwiczę dalej… Tylko jak zignorować ten łomot? Bum, bum, bum, bum! No, nie da się. Więc dysząca jak parowóz z jaworzyńskiego muzeum idę i otwieram. A tu? Pani sprzątająca. O wodę prosi. I jak odmówić? Nikt przecież jej tej wody nie da, bo w moim budynku czasem mam wrażenie, że mieszkam tylko ja. Nalewam całe wiadro, podpisuję świstek, że pani posprzątała i pozmywała, chociaż jeszcze tego nie zrobiła, ale przecież na mnie czeka Mel B, i wracam do ćwiczeń.

Już się na nowo zdążyłam rozgrzać i zdyszeć, gdy do drzwi znowu łomot. Mel B krzyczy: „nie przerywaj, brzuch wciągnięty, wypalaj te mięśnie”, a ja nie – idę otworzyć drzwi, bo łomot nie ustaje. Czerwona jak muleta torreadora, a wściekła jak drażniony przez niego byk. Prawie bucham dymem z nozdrzy. A tu za drzwiami jakaś laska mówiąca jakby miała kluchy w gardle i dzierżąca na smyczy psa rasy na-pewno-groźnej, bo widać po pysku ;), więc ja już myślę o kotach, które na pewno przyjdą zaraz sprawdzić, z kim ja rozmawiam, i w wyobraźni mam jatkę, jaka może się lada moment rozegrać. I jeszcze przypominam sobie, jak mój stary kot kiedyś wleciał do domu z balkonu na gołębiu… A laska z nieprzytomnym wzrokiem, jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”, pyta o „takiego chłopaka, takiego, takiego…” „Nie znam żadnego chłopaka i niech mi pani nie łomocze do moich drzwi!” – przerywam jej. Zamykam i mrucząc pod nosem: „MOICH drzwi” wracam do coraz bardziej nerwowej Mel B.

To było wczoraj. Tego dnia postanowiłam zadbać jeszcze o inną moją prywatność i wypisać się z 91283193427856823 różnorakich newsletterów, do których dawno, dawno temu z różnych powodów sama się zapisałam lub rzekomo zapisałam. Rzekomo, bo w trakcie wypisywania okazało się, że rejestrujesz się np. w sklepie internetowym i wyrażasz zgodę na „przetwarzanie”, czyli robienie wszystkiego z Twoimi danymi, a sklep nic Ci nie mówiąc handluje tymi danymi i dostajesz np. oferty… systemów wentylacyjnych. Jupi! Właśnie tego mi trzeba 😀

Ale nie myślcie sobie, że wypisanie idzie tak łatwo jak zapisanie. Otóż jeszcze dzisiaj przyszła do mnie 1/4 maili, z których subskrypcji się rzekomo wczoraj wypisałam. Trzeba więc było albo robić to na nowo, albo rozpocząć korespondencję lub nawet rozmowy telefoniczne (bo czasem podają telefony) z Kimśtam w mniej lub bardziej odległej wirtualnej przestrzeni, co w sumie rozbawiło mnie, bo przypomniało mi, jak będąc dwa lata temu z moim amerykańskim przyjacielem we Florencji telefonicznie poszukiwaliśmy jego zaginionej w trakcie lotu z Monachium walizki…

On nawet nie podejmował się rozmawiać w tej sprawie, bo obawiał się, że nie pojmie akcentu. Jak się miało okazać, słusznie. A więc ja bohatersko podjęłam się tych rozmów z Włoszkami na lotnisku we Florencji, z Niemkami na lotnisku w Monachium, a wreszcie z… jakąś Hinduską gdzieś na przedmieściach Delhi, która obsługiwała kwestie bagażowe dla monachijskiego lotniska. Ta ostatnia okazała się najbardziej kompetentna i najlepiej poinformowana, a że rozmowy odbywały się na głośnomówiącym, Larry na koniec nie wytrzymał i zapytał ją, gdzie na świecie sobie akurat siedzi przy tym telefonie. Okazało się, że właśnie w okolicach Delhi. To było ciekawe, bardzo namacalne doświadczenie życia globalnej wiosce. Tak ciekawe, jak te historie z prywatnością.

Bo zachowanie jej jest w warunkach globalnej wioski niemalże niemożliwe. Nasze dane latają światłowodami po całym globie i wracają do nas w formie ciasteczek. Oglądam buty na Zalando.pl, a godzinę później FB zasypuje mnie reklamami innych sklepów obuwniczych. Zalajkowałam parę stron wnętrzarskich, więc dostaję teraz propozycje kolejnych stron wnętrzarskich. Jak te kobiety wczoraj łomoczące do moich (MOICH) drzwi – globalna wioska, a czasem zwykła wiocha, dobija się w każdej sekundzie do mojego życia poprzez wszystkie sprzęty, jakie mam. I wiecie co? To wkurza. Naprawdę. Ale bywa też fajne. Bo czasem wpadasz dzięki temu na naprawdę świetną ofertę. Albo poznajesz kogoś ciekawego, zupełnie przypadkiem.

No i jest o czym pisać 😉

JAK SIĘ ODBIERA CUDZE NAGRODY

poniedziałek, Kwiecień 20, 2015 0 2

Jest takie powiedzenie, że jeśli nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie. Nowego znaczenia te mądre słowa nabrały dla mnie podczas Gali Gwiazd Biznesu w piątkowy wieczór w wałbrzyskiej Starej Kopalni. Siedziałam tam, patrzyłam na scenę i zastanawiałam się, gdzie są granice tej przyzwoitości. Oto nowa pani prezydent Świdnicy usłyszawszy, że to jej miasto otrzyma nagrodę w kategorii samorząd przyjazny biznesowi, nie czekając na zaproszenie, popędziła na scenę, co prowadząca skwitowała uroczym „no, skoro już pani idzie, to zapraszamy” 😉

W tym momencie powiedziałam do moich koleżanek „ciekawe, czy powie, że na tę nagrodę zapracował jej poprzednik”. Jak myślicie?

Pamiętam inną galę. Krótko po tym jak z dnia na dzień objęłam po obecnej pani prezydent stanowisko redaktora naczelnego „Wiadomości Świdnickich” okazało się, że gazeta zdobyła nagrodę w konkursie Fundacji IDEE dla gazet lokalnych. Na galę jej wręczenia wydawca kazał jechać mnie i koledze Pawłowi, który zajmował się zgłoszeniem do konkursu. Źle to wspominam. Nie dość, że nagroda nie była „moja”, to jeszcze ulokowano nas w hotelu a la wczesny Gierek, który do złudzenia przypominał mi wrocławski akademik „Dwudziestolatka” (na szczęście, nigdy w nim nie mieszkałam). Był obskurny, ciemny, ciasny. W dodatku wszędzie stamtąd było daleko. No dobra – nie lubię Warszawy 😉

Było mi naprawdę niezręcznie odbierać tę nagrodę. Dlatego wtedy też powtarzałam sobie

„jeśli nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie”.

Powiedziałam, że to jest nagroda moich kolegów, którą ja jedynie odbieram i przekażę we właściwe ręce. Nie mogłabym sobie następnego dnia spojrzeć w lustrze w twarz, gdybym postąpiła inaczej.

Tym, którzy na gali nie byli, a są ciekawi, jak postąpiła pani prezydent (poza tym, że nawet nie zaczekała na zaproszenie na scenę), dopowiem, że powiedziała, że jest to nagroda „wszystkich byłych samorządowców”. Przyznam, że w kontekście, który przecież wszyscy znamy, zabrzmiało to jak żenujący żart prowadzącego. W dodatku ponury.

Warto więc przypomnieć kilka faktów. Bo może już niektórzy zapomnieli, jaka była Świdnica w momencie przejęcia władzy w mieście przez Wspólnotę Samorządową i Wojciecha Murdzka.

Miasto wciąż jeszcze zmagało się ze skutkami upadków dużych fabryk. 6,3 tys. osób bezrobotnych w 2002 roku to liczba, która mówi sama za siebie. Wsparcie przedsiębiorczości ze strony samorządu praktycznie nie istniało. Dlatego ulgi dla przedsiębiorców były jedną z pierwszych decyzji nowej władzy. A walka o powstanie strefy ekonomicznej – priorytetowym działaniem. Wprowadzona w 2004 roku podstrefa ekonomiczna (notabene dokładnie jutro minie 11 lat od tamtej naprawdę wiekopomnej chwili) spowodowała, że w czasie zaledwie czterech lat liczba bezrobotnych w mieście zmalała do nieco ponad 2 tys. osób. I ten stan utrzymuje się do dzisiaj, co znaczy, że w większości są to „zawodowi” bezrobotni, na co już niewielki wpływ mogą mieć urzędnicze działania.

Wszystkie te działania całymi latami, aż do zeszłego roku, kiedy postanowiłam odejść, relacjonowałam jako dziennikarka zajmująca się gospodarką i biznesem. Nie robiłam tego bezkrytycznie. Nie raz się czepiłam tamtej władzy, że coś robi źle. Nie raz byli na mnie za to wściekli, a niektórzy nawet obrażeni. Ale tym bardziej potrafię obiektywnie ocenić, kto zapracował na tę nagrodę, którą z bananem na twarzy odbierała pani prezydent.

Czasem zdarza się, że trzeba odebrać cudzą nagrodę. Miarą klasy człowieka jest to, w jaki sposób się to robi.

Foto pożyczyłam z www.naszbiznes24.pl

ZA MŁODZI NA STAROŚĆ

środa, Kwiecień 15, 2015 0 0

Strasznie mnie kusi, żeby zrobić użytek z paru informacji, które w ostatnich tygodniach dotarły do mnie z otoczenia nowej władzy (a właściwie już ex-otoczenia), a na które dziś ktoś wrzucił wisienkę, ale nie ulegnę tej pokusie. Po pierwsze, trzeba ćwiczyć silną wolę. Po drugie, dystans, jakiego nabrałam do całej tej coraz zabawniejszej historii Nikosia Dyzmy w spódnicy, coraz bardziej mi się podoba. Po trzecie, niech się wreszcie wypowiedzą inni, bo to, czego oni dowiadują się teraz, ja wiedziałam już dawno i nikt mi nie chciał wierzyć.

Dziś więc nie będzie krytyki pomysłów i planów świdnickiej nowej samorządowej fali. Niech sobie żyje w swoim iluzorycznym świecie wypełnionym przekonaniem o własnej samozajebistości tak długo, jak długo trzeba, by kolejni świdniczanie, żyjący w tym realnym świecie, dostrzegli to, co i ja oraz inni „wyklęci” znajdujący się na czarnej liście nowej władzy widzieliśmy już dawno. Jeszcze zanim, jak mi to dzisiaj powiedziano, podrzucono miastu to kukułcze jajo. Nie napiszę Wam też o tym, jak powoli, krok po kroku, jedna za drugą, wycofują się z otoczenia tejże władzy ludzie dotychczas ją wspierający, omamieni (czasem nie po raz pierwszy) jej pustozłotosłowiem. I nie powtórzę, jak zwykle, „a nie mówiłam” 😉

Dziś, w ramach ćwiczenia silnej woli i powiększania dystansu, będzie o… starości.

Obserwujecie czasem starszych ludzi? Ja tak. Przygarbionych, powolnych, zwykle zbyt ciepło ubranych, opóźniających przejazd samochodów na przejściach dla pieszych, sunących wolniutko chodnikiem, siedzących na ławkach, w oknach. Z tymi twarzami wyrzeźbionymi zmarszczkami wieloletnich doświadczeń i przeżyć. Z tymi oczami schowanymi dziś głębiej, ale które przecież są tymi samymi oczami, jakimi oglądają świat od urodzenia. Zwykle samotnych. Patrzycie na nich i co myślicie? „Jaki/jaka ja będę na starość?”, „Wolałbym/wolałabym nie żyć tak długo”, „Nie chciałbym/nie chciałabym być ciężarem dla innych”, „Nie chciałbym/nie chciałabym być samotna na starość”…

No to kolejne pytanie – dlaczego w takim razie każdy z Was jednocześnie marzy o długowieczności? Dlaczego denerwujecie się, że czas tak pędzi? Że tego nie zrobiliście czy tamtego? Powiem Wam. Bo sami nie wiemy, czego w życiu chcemy. Tak, my. Bo ja też tak często mam. Z jednej strony chciałabym żyć długo, jak najdłużej. Z drugiej – obserwując starość w takim wydaniu, jak opisałam wyżej, myślę sobie czasem: „nie chcę być na starość czyimś ciężarem” albo „jeśli mam być na starość samotna, jak ci ludzie, to wolę tego nie dożyć”.

Ale jest inna starość. Starość radosna i pogodna. Aktywna i pełna uroku. Starość, której każdy chciałby dożyć. To starość ludzi pełnych werwy, radości życia i nieustannego poszukiwania dziecka w sobie. Starość seniorów z uniwersytetów trzeciego wieku, tak aktywnych, że trudno im znaleźć lukę w napiętym grafiku, by pomóc dzieciom czy wnukom. Starość przyjaciółek maszerujących z kijkami nad świdnickim zalewem. Starość seniorów z Domu Dziennego Pobytu, którzy po 60-tce uczą się angielskiego. I starość Stanisława Kowalskiego. Najbardziej niesamowita.

Bo czy nie chcielibyście żyć 105 lat i zasłużyć na nieśmiertelność? W jesieni życia zapisać się złotymi zgłoskami nie tylko we własnej życiowej księdze, ale też w mediach w kraju i na świecie? Wejść do panteonu ludzi, którzy dokonali rzeczy niezwykłych, pokonali własne ograniczenia, przeżyli wiek i pół dekady, a formy mógłby im pozazdrościć niejeden dzisiejszy nastolatek? Nie chcielibyście przeżywszy setkę pobić rekord w biegu na sto metrów?  Wczoraj dziarski świdniczanin skończył wspomniane 105 lat. Pogodą ducha, aktywnością fizyczną, spokojnym, bezstresowym podejściem do życia, imponuje każdemu. I zaraża.

Tym więc, którzy denerwują się obserwacjami poczynań lokalnego samorządu, tym, którzy już zrozumieli i którzy dopiero zrozumieją, jak bardzo się mylili stawiając krzyżyk w tej konkretnej kratce, zalecam – wzorem pana Stanisława, za którym i ja podążam – trening i dystans. Pamiętajcie, że w duszy zawsze będziemy za młodzi na starość, więc pomóżmy swojemu ciału za nią nadążyć. A największym jego wrogiem jest stres. Dlatego trenujemy silną wolę i nabieramy dystansu. Jak Hawajczycy. Co ma być, to będzie. Aloha! 😉

Foto podkradłam od superfotografa Wiktora Bąkiewicza 😉 (www.wiktorfoto.pl)

CZY JA MIESZKAM W TYM SAMYM RYNKU?

środa, Kwiecień 8, 2015 0 1

Czasem wystarczy, jeśli pozwoli się po prostu komuś działać – takie słowa usłyszałam wczoraj w rozmowie z kolegą. A odnosiły się do sytuacji w naszym mieście. Jaka sytuacja? – zapytacie pewnie. Jest przecież sielsko, wręcz idealnie, jak w Utopii Thomasa More’a. Ludzie sami wychodzą z inicjatywami, a władza patrzy łaskawym okiem i wszystkie wspiera oraz popiera. Jest pięknie! Przyszła wiosna. Miasto posprzątane. A Bystrzycą, której brzegi zostaną w czynie społecznym posprzątane, popłyną wkrótce mleko i miód. Coś tu jednak nie całkiem chyba gra.

Od jakiegoś czasu regularnie przeglądam lokalne media. I mam wrażenie, że nasza nowa władza robi same dobre rzeczy, ma zawsze rację i nie ma żadnych wad. Może faktycznie tak jest i może także mediom udzieliła się sielska atmosfera. Najgorsze i najgłupsze decyzje już podjęte, choć nie wiemy, jakie tam jeszcze asy się w rękawie kryją, pierwsza burza minęła, więc można złapać drugi oddech i markować działanie, bo że się nic ciekawego (poza inicjatywami mieszkańców) nie dzieje, to chyba widać gołym okiem? Nie widać?

Zaraz Wam to udowodnię.

Oto oglądam w lokalnej telewizji materiał o tym, że nowa władza odkryła Amerykę w postaci Rynku, w którym „nic się nie dzieje”.

Przyznam, że słuchając wynurzeń tejże władzy przed kamerą przecierałam oczy ze zdumienia i poszłam do łazienki po waciki do uszu, bo nie byłam pewna, czy dobrze słyszę. Bo jeśli jest tak, jak mówi władza, to ja chyba mieszkam w innym Rynku innej Świdnicy.

Owszem, z martwym Rynkiem był problem kilka lat temu, dlatego wspólnie z kolegami z redakcji „Wiadomości Świdnickich” zorganizowaliśmy akcję „Przywróćmy Rynek z tradycjami”. To my męczyliśmy co tydzień artykułami, zdjęciami, felietonami, wywiadami i pytaniami poprzednią władzę, żeby wreszcie podjęła jakieś kroki. I podjęła.

Świdnicki Rynek od pierwszych do ostatnich ciepłych promieni słońca tętni życiem i tak dzieje się od kilku już lat, odkąd poprzednia władza zastosowała m.in. ulgi dla osób prowadzących lokale gastronomiczne. Niektóre lokale organizują latem obok swoich ogródków pokazy czy minirecitale, zatrudniają artystów, by bawili ich gości, a przy okazji – ożywiają Rynek. Nie wspomnę o Galerii44, która była królową świdnickich lokali, jeśli chodzi o wystrój, jakość obsługi, wyjście do klienta i… wyjście na Rynek, która – jak słyszę – ma na powrót być Galerią Fotografii, odwiedzaną przez 0,75 osoby dziennie.

To się nazywa ożywianie Rynku!

A jakie jeszcze pomysły na ożywienie ma nowa władza? Nie padnijcie z wrażenia. Udostępnienie Rynku dla osób niepełnosprawnych (co się chwali, ale Rynek dla niepełnosprawnych nie jest niedostępny, o czym świadczy drąca się często latem pod moimi oknami „Agnieeeeszkaaaa! Agnieeeeeszkaaaa!” pewna niepełnosprawna osoba, chcąca, by moja sąsiadka do niej zeszła, bo domofon zepsuty), udostępnienie Rynku dla taksówek oraz… stworzenie kilku miejsc do parkowania dla taksówek 😀 Po co? Bo Rynek ma być „dostępny”. Rozumiecie? Bo dzisiaj nie jest 😉 Osoba, którą stać na taksówkę, nie da rady dotrzeć do Rynku piechotą 5 metrów, bo tyle ma od najbliższego miejsca postoju taksówek na ul. Grodzkiej. Trzeba ją wwieźć do Rynku. Osoba, która jest w Rynku i narobiła 25 kilogramów zakupów, nie dojdzie przecież z nimi te parę metrów na Grodzką. Biedni zakupoholicy 😉

Cóż… Z pewnością tegoroczny świdnicki dawny plac targowy nie będzie taki sam jak kiedyś. Nie zobaczymy w letnich ogródkach znanych aktorów czy reżyserów popijających kawę czy piwo w trakcie Festiwalu Reżyserii Filmowej, nie zaroi się na nim od gości Kongresu Regionów, nie był na ten rok planowany także Zjazd Świdniczan, który miał mieć dwuletnią przerwę, ale diabli wiedzą, co nowa władza zrobi z nim za rok. Nie będzie najlepszego ogródka letniego w Galerii44. Tak naprawdę sporo zmian nas czeka, których przeciętny świdniczanin jeszcze nie czuje.

Nie martwcie się jednak, bo jak się dowiedziałam z rzeczonej wypowiedzi, pomysłów na ożywienie Rynku jest jeszcze bardzo wiele. Rozumiem, że te powyższe są sztandarowe, skoro zostały już zaprezentowane. Nieświadomy czytelnik może się zastanawiać, czemu akurat takie. No cóż, jak widać „ożywienie” ma się wiązać z lizaniem dupy środowiskom kupieckim, bo ich celem najwyraźniej jest przywiezienie i odwiezienie potencjalnego klienta. A na temat siły nabywczej tegoż klienta już tutaj pisałam, więc nie będę się powtarzać.

Ten konsumpcjonizm jednak chyba nie dziwi u kogoś, kto przez ostatnie lata bujał się jako kaowiec po galeriach handlowych. Nie może więc też dziwić kompletny brak pojęcia o tym, jak od wiosny do późnej jesieni wygląda świdnicki Rynek. A że teraz jest ciut niemrawy, cóż… zimą wszystko zamiera, a wiosna jeszcze nie przyszła. Ale już stoi za Rynkowym progiem.

PS Jak na ironię – właśnie dzisiaj w Rynku zamontowano pierwszy ogródek letni 😀

WIELKI TYDZIEŃ W NIEWIELKIEJ PIGUŁCE

piątek, Kwiecień 3, 2015 0 0

Wielki Tydzień zaczął się płomiennie – od ognia, a skończy zapewne zimnym prysznicem w śnieżny lany poniedziałek. Pomiędzy jednym a drugim, dosłownie w kilka dni, życie zamknęło się jak w niewielkiej pigułce pokazując wszystkie swoje możliwe barwy. To jest naprawdę dziwny tydzień. Taki jak pogoda – pełen nieoczekiwanych zwrotów akcji. W jednej chwili rozpętuje się zawierucha, a potem na niebie jaśnieje podwójna tęcza. Wysiadasz z samochodu pod szpitalem i świeci piękne słońce. Wracasz i sypie grad. I czy to nie jest jak w życiu?

Moje ciepłe, przyjazne, wyremontowane mieszkanie przypomniało po pożarze w piwnicy, jakie było kiedyś. Wymiana instalacji gazowej okazała się nie taką prostą sprawą. Chociaż trzeba przyznać, że i tak mieliśmy sporo szczęścia, bo da się to zrobić bez zbędnych formalności.

Trzeba było jednak znów opracować grafik koczownika, żeby móc normalnie funkcjonować. Mycie u mamy, jedzenie na mieście lub u mamy. Zafunkcjonowało.

I w tym momencie moja córka, od tygodnia chorująca na grypę, po tym, jak zrobiła kilka pisanek, postanowiła zażyć jeszcze przed świętami szpitalnego spa, wcześniej fundując mi wizytę na pogotowiu w środku nieprawdopodobnie wietrznej nocy.

11094680_918460148198625_5050665781186210436_nBył 1 kwietnia, prima aprilis, a ja naprawdę czułam się, jakby ktoś robił mi wredny żart. Siedziałam tak w szpitalu, rozmyślając nad tym wszystkim, gdy nagle usłyszałam, jak moje dziecko w rękach pielęgniarek usiłujących pobrać krew z zapadniętych żył zażartowało, że jej żyły zrobiły primaaprilisowy żart 😉 To mnie otrzeźwiło.

Skoro nastolatka, umordowana chorobą, odwodniona, z wybroczynami wokół oczu od wymiotów, wyglądająca jak żywy trup potrafi jeszcze żartować z całej sytuacji, to czy ja mogę się czymkolwiek martwić?!

Gaz przecież wróci. Panowie wymieniają instalację i choć idzie im to jak krew z nosa, w końcu sfinalizują sprawę. Córka przecież też wróci. Jest nadzieja, że nawet jutro, jeśli wszystko dobrze pójdzie. Święta spędzimy wyjątkowo u babci, bo zawsze jest odwrotnie, co z kolei powoduje, że babcia promienieje, bo mimo że i u nas nikt jej tego nie zabraniał i zawsze pomagała, tym razem robi wszystko sama, u siebie, po swojemu. Szczęśliwa, że to ona tym razem zaprasza.

Wszystko jest po coś, jak pisałam ostatnio. Jeszcze nie potrafię nazwać tego „wszystkiego”. Ale wiem, że po coś jest. To i każda inna rzecz, jaka przydarzyła mi się w tym wielkim tygodniu. Bo było ich jeszcze kilka. Zaskakujących. Nieoczekiwanych. Czasem dziwnych. Są po coś. Oby wystarczyło mi życia, by dowiedzieć, się po co.