WSZYSTKO PŁYNIE. ŻYCIE TEŻ…

wtorek, Grudzień 30, 2014 0 0

Nie ma to, jak nabrać odpowiedniego dystansu. Człowiek wyjeżdża, podgląda inną rzeczywistość, słucha innych ludzi, poznaje ich poglądy i problemy, przygląda się temu, jak oni patrzą na świat, a w drodze powrotnej zaczyna rozumieć… Sam jeszcze do końca nie wie dokładnie, co, ale pewne jest, że „coś” zaczyna rozumieć. Na przykład tę teorię, według której w życiu nie ma rzeczy bardziej pewnej niż zmiana. No, jeszcze śmierć, ale na koniec roku nie będziemy może podejmować ostatecznych – nomen omen – tematów 😉

Zajmijmy się więc zmianą, bo mijający właśnie rok zdecydowanie był rokiem zmian. Nie tylko w moim życiu, ale też w moim otoczeniu. Ja po latach tkwienia w jednym zawodowym miejscu postanowiłam porzucić świat dziennikarstwa na rzecz bliżej nieokreślonej zmiany, która wciąż trwa.

Decyzja ta była i łatwa, i trudna zarazem. Łatwa, bo to tak jak z toksycznym związkiem – dusisz się, śnisz o zmianie, marzysz o wyrwaniu się z niego, a jednak tkwisz. Bóg jeden jest w stanie zrozumieć, dlaczego. I trudna, bo jednak zostawiając „Wiadomości Świdnickie” zostawiłam w nich także spory kawał swojego życia i – nie będę się krygować – dobrej roboty, w czym i Wy do tej pory mnie utwierdzacie.

W życiu każdego człowieka, czy to zawodowym, czy prywatnym, przychodzi jednak taki moment, kiedy po prostu dochodzi do ściany. I wtedy nie ma co przebijać muru głową. Wtedy trzeba podjąć bardzo trudną decyzję – iść w prawo czy w lewo, bo nikt przecież nie chce się cofać. Dziś nie wiem, czy droga, którą wybrałam, a raczej która bardziej wybrała mnie, jest tą właściwą. Za każdym zakrętem może czaić się kolejny mur albo przeszkoda. Jak w życiu. A jednak przez ani jeden dzień, odkąd po 17 latach pracy w mediach, 13 latach pracy w „Wiadomościach Świdnickich” i 7 latach na stanowisku redaktora naczelnego „WŚ” odeszłam, nie żałowałam podjętej decyzji. Zmiana jest bowiem motorem napędzającym do innych zmian. A w moim życiu były i nadal są one bardzo potrzebne.

W nowy rok wchodzę z poczuciem gigantycznego zawodowego spełnienia. Od maja 2014, gdy zamknęłam rozdział pt. „Wiadomości Świdnickie”, do chwili obecnej zrobiłam w swoim życiu zawodowym więcej niż przez kilka ostatnich lat pracy w mediach. Na swoim koncie mam tak wysoko oceniane i wymagające pracy oraz kreatywności przedsięwzięcia, jak II Zjazd Świdniczan czy Miasto Dzieci (tu wielkie podziękowania dla wszystkich, z którymi współpracowałam przy tych projektach i którzy zaufali mi, powierzając ich koordynację). Miałam szczęście wziąć udział jako wykładowca w bardzo inspirującej Akademii Dziennikarstwa Obywatelskiego, dzięki której poznałam wielu fajnych młodych ludzi. Znów przeprowadziłam kilka wywiadów z gośćmi Festiwalu Reżyserii Filmowej, w tym być może (oby!) z laureatem Oscara Pawłem Pawlikowskim, reżyserem „Idy”… Udało mi się wymyślić kilka ciekawych przedsięwzięć realizowanych przez firmy, z którymi współpracowałam, również chwalonych, choć może dlatego, że nikt nie wie, że to ja za nimi stoję – ha ha 😉 Mam nadzieję, że będą kontynuowane, mimo że ja ruszam już do nowych wyzwań. Na koniec roku zdarzyła mi się dziennikarska wisienka na torcie, ale chwalić się tym będę w styczniu, już po publikacji. Tak, chwalić, bo naprawdę jest czym 🙂

No i mój blog – nie mogę o nim zapomnieć. Ktoś postanowił po prostu spełnić moje marzenie – o tym, żeby mieć własnego, naprawdę własnego bloga. Ktoś, kto docenił moją pisaninę. I tak się stało. Mikołaj przyszedł ciut wcześniej i przyniósł prezent od przyjaciół 😉 A fakt, że tylu jest czytających i że taki pozytywny feedback od Was otrzymuję, sprawia, że chce się więcej i bardziej. Krzysiu, Pani Krysiu – to, o czym do mnie pisaliście, że powinnam zrobić… to plan na 2015. Plan, żeby zaskoczyć samą siebie i spełnić kolejne swoje marzenie, które siedzi we mnie od lat. Od lat! I ciągle, przytłoczona zawodową codziennością, rutyną i kieratem, nie umiałam znaleźć na to czasu. Znajdę. Choć jeszcze nie wiem, jak 😉

Zmieniło się też moje otoczenie. To bliższe – kilkakrotnie w tym roku. Moja zmiana pokazała mi jak na dłoni wartość przyjaźni i koleżeństwa, chwiejność lojalności, interesowność ludzi, ich małość, a czasem przeciwnie – wielkość. Pisząc o wielkości muszę koniecznie wspomnieć o mojej „głównej” szefowej Kasi Mrzygłockiej. Kasiu, jesteś wielka! O małości co niektórych wspominać nie będę, bo to ma być pozytywny wpis.

To dalsze otoczenie zmieniło się tylko raz, ale za to o 180 stopni – w czasie wyborów samorządowych. Jak mało kto, wiedząc, z kim mam do czynienia w osobie kandydatki, która ostatecznie została prezydentem, wbrew sobie, uaktywniłam się politycznie. Pierwszy raz w życiu. Dziś nie powiem, że ostatni. Ale na pewno powiem, że mnie jako kandydatki na jakikolwiek polityczny urząd nie ujrzycie nigdy na żadnej liście. Tego jestem pewna, nawet gdyby okazało się, że mandat radnej to jedyna szansa na comiesięczne wynagrodzenie, jak u co niektórych 😉

Ten coming out to było – swoją drogą – ciekawe doświadczenie i wielce pouczające. Ciekawie się będzie też patrzeć na to, jak wypełnia się motto „zawsze blisko ludzi”. Oby nie kończyło się tak, jak zawsze – na dobrej gadce wypełnionej niezłym PR-em i czystym pustosłowiem. Ale i do tego udało mi się w czasie mojej świątecznej podróży do przeszłości zdystansować.

Wróciłam do miasta, które nadal jest moim miastem, choć rządzi nim nie mój prezydent. Mogę jednak wieść w nim moje życie, a gdy okaże się, że znów są tacy, którzy chcą nim żyć, jak własnym, wiem, że mogę równie dobrze zacząć je wieść za miedzą albo na drugim końcu Polski, Europy czy świata. Bo czy są jakieś ograniczenia? Chyba tylko w naszej głowie. A moja… moja w tym roku przeszła zabieg otwarcia… na świat. Otwarcia na życie. Wszczepiono jej takiego czipa. Uaktywnia się w momentach zwątpienia i wyświetla hasło, które poznałam śledząc karierę Mariusza Kędzierskiego: „it’s your life, just take it”. To trudne. I łatwe jednocześnie. Tak jak pomaganie – moja, oprócz pisania, największa pasja. Wystarczy chcieć…

I trzeba chcieć. Bo czas płynie. Bo wszystko płynie. Bo nigdy nie można wejść do tej samej rzeki. Bo Heraklit wiedział, co mówi. Bo zmiana to naprawdę jedyna pewna w życiu rzecz. Trzymajmy się jej więc i oswajajmy. Wtedy będzie nam sprzyjać. Tego Wam i sobie życzę na nadchodzący rok. I każdy następny, który dane nam będzie przeżyć. Oby jak najwięcej… Bo czas też na inne niż zawodowe spełnienia 😉

PS Jak widać na ilustracji, naprawdę trzeba się spieszyć. Czasem lód stopnieje, zanim zdążysz go spróbować. Jak z życiem 😉

ŻYCIE W MINIATURZE

sobota, Grudzień 27, 2014 0 0

Pamiętacie swoje powroty w miejsca z dzieciństwa? Do szkoły, na podwórko, na którym bawiliście się jako dzieci, do domu dziadków, w którym onegdaj spędzaliście całe wakacje?… Świat się wtedy kurczy w sposób niby racjonalny, bo przecież jesteśmy większymi ludźmi i nie może być inaczej, a jednak sposób ten jest jednocześnie irracjonalny, bo przecież w naszej pamięci miejsca te mają „nasz” dawny rozmiar.

Co ciekawe, takie powroty po latach, choć to rzadkie chwile, to jednak za każdym razem powodują to samo zaskoczenie. U mnie pierwszym takim był powrót na studiach do podstawówki, gdzie miałam praktyki studenckie. Gigantyczne boisko było wciąż duże, jednak wcale nie przypominało stadionu olimpijskiego, jakim niemalże był w mojej głowie. Długie i szerokie korytarze już nie były tak długie i tak szerokie, jak te, które zachowałam w pamięci. Po niewysokich schodach nie wchodziło się tak długo i wolno, jak w moich szkolnych wspomnieniach. Jedyne, co było odwrotnie proporcjonalne, to hałas panujący tam na przerwach, który dla mnie jako dziecka nie stanowił najmniejszego problemu, ale dla mnie jako dorosłej studentki – był czymś, do czego długo musiałam się przyzwyczajać i nadal się nie przyzwyczaiłam 😉

Dziś szkoła ta odzyskała już swój prawdziwy wymiar, zwłaszcza że w międzyczasie stała się gimnazjum, do którego chodzi moje dziecko. Ale to pierwsze takie zderzenie dwóch rzeczywistości pamiętam, jakby to było wczoraj. No, właśnie, a wczoraj…

Wczoraj podczas mojego świątecznego wyjazdu zaliczyłam jeden z głównych jego celów – wizytę na wsi, na której spędzałam kiedyś każde wakacje, raz u dziadków, raz u ciotki, ale zawsze w tej właśnie wiosce. Pomijam już fakt, że zamiast piachu na drodze dojazdowej pojawił się asfalt, zastępując także kamienne kocie łby w samej wsi, do której w dodatku dotarły także inne dobra cywilizacji, jak oświetlenie czy bieżąca woda w kranach, bo to po dwudziestu latach zmian w całej Polsce normalne, ale poza tym – czas jakby się tam całkiem zatrzymał… Z jednym wyjątkiem – skalą.

Jak w miniaturowym świecie Małgorzaty Suchodolskiej, nie tylko domy się pozmniejszały, ale i odległość między nimi. Jedyny sklep we wsi, do którego nikt z nas, dzieci, nie chciał chodzić, bo był niewiarygodnie daleko, i który już dzisiaj nie funkcjonuje, okazał się stać w odległości zaledwie kilkuset (!) kroków od domu moich dziadków. Wszystko się skurczyło, wbijajac mnie jak gwóźdź w ścianę w dokładnie taki sam szok, jak podczas tamtej pierwszej po latach wizyty w podstawówce. I niby to naturalne, a jednak wciąż na nowo dajemy się (przynajmniej ja) nabierać na ten psychologiczno-umysłowo-życiowy trick 😉

Czułam się niemalże jak Guliwer w krainie liliputów, choć do wielkoludów nie należę 😉 Jednak poza tym… Poza tym niewiele się zmieniło. Duże i czasem dla mieszkających tu ludzi nie do przejścia pozostały ich codzienne problemy. Te same od lat – tyle że kiedyś odbierałam je jako dziecko i wydawały mi się takie odległe, jak i sama moja dorosłość. A dziś zdarza się, że i ja mam podobne. Życie tak bowiem właśnie się toczy – gdy kurczy się świat zewnętrzny, rozrasta się ten nasz wewnętrzny, wypełniany kolejnymi historiami, miejscami, przeżyciami, wspomnieniami i doświadczeniami. Dobrze to widać, gdy tak jak ja, spojrzy się z odpowiedniego dystansu.

W tym kurczeniu się wiele jest jednak rzeczy fajnych – jak choćby wynikający z naszej potrzeby oswajania maxi świata rozwój cywilizacyjny, dążenie ludzi do skracania odległości, zwiększania łatwości przenoszenia się z miejsca na miejsce, szybkości komunikacji… Na przykład ja teraz siedzę w kuchni mojej kuzynki, spoglądam za okno na mini-świat i piszę to wszystko na minisprzęcie – iPadzie. Mini, oczywiście. Bo świat jest mały 😉

SZUKAJĄC MAGII ŚWIĄT

środa, Grudzień 24, 2014 0 0

Tegoroczne święta spędzam na polskim biegunie zimna – na Podlasiu., a właściwie u jego wrót. Siedzę sobie o poranku w miejscowości Stawiski (nieco ponad 7 tys. mieszkańców), 20 km od Łomży (dziś u jednej z moich ulubionych ciotek będzie tam wigilijny łomżing całej rodziny), 16 km od Jedwabnego (gdzie w 1941 roku doszło do pogromu ludności żydowskiej), i rozmyślam nad magią świąt…

Szukam jej, bo… nie ma śniegu za oknem. A przecież to polski biegun zimna! Buuu… Co to za święta bez śniegu? Przecież „I’m Dreaming of a White Christmas”, przecież „Let It Snow”, przecież „Z kopyta kulig rwie”… Też tak myślicie? No to wybiję Wam takie myślenie szybko z głowy. Otóż miałam niedawno okazję przeczytać lekturę, która mną wstrząsnęła, żeby nie powiedzieć „wszcząsnęła”, bo tak dziś często mówi młodzież. Otóż w jednej z dolnośląskich lokalnych gazet młodzież postanowiła zapytać młodzież, czy… święta bez śniegu mają to „coś”. Pomijam już pytanie, które hmmm… nie wiem, czy przedszkolak by wymyślił, bo przedszkolak skupiłby się na Jezusku, opłatku czy choince, a w najgorszym razie – na prezentach. Ale odpowiedzi zwaliły mnie z nóg. Sto procent oscylowało wokół narzekania, że święta bez śniegu to nie to samo, że nie ma atmosfery, że nie ma magii, że ogólnie – słabo… A do tego były zdjęcia jakieś Kasi czy Zosi siedzących gdzieś tam w czasie wakacji na przykład i podpisy w stylu: „Kasia także uważa, że święta bez śniegu nie mają atmosfery”. O!My!Gy! – jak by powiedziało moje dziecko. Boże, czytasz i nie grzmisz!

Jechałam wczoraj przez Polskę ponad pół tysiąca kilometrów – w deszczu, wietrze, w ciemnościach. Śniegu – ani widu, ani słychu. A jednak ja w każdej minucie dostrzegałam magię świąt. Na S8 czy A2 – w autach z różnymi rejestracjami pędzących w tę i z powrotem, by zdążyć ze wszystkim na święta lub dojechać, tam dokąd zmierzają. W Łodzi, gdy czekałam na światłach – patrząc na pieszych, skulonych, zakapturzonych, pod parasolami, z siatkami pełnymi zakupów, zamyślonych nad tym, co jeszcze mają do zrobienia, a może… jak pojednać się z rodziną albo… jak wypełnić samotność czy pustkę. W Warszawie – w gigantycznym korku przy wjeździe na S8, gdy już trochę zmęczona słuchałam w radiu świątecznych piosenek, a moje pasażerki spały w najlepsze, ufne, że dowiozę je szczęśliwie do celu. Widziałam magię świąt w oknach, ogrodach, na podwórkach – rozświetlonych tysiącami światełek. Wreszcie – zobaczyłam ją w domu mojej ciotki w Łomży, gdy tak po prostu wykrzyknęła od progu z uśmiechem: „No, nareszcie przyjechałaś!” A nie byłam tu 25 lat 🙂

Wreszcie widziałam magię świąt, a nawet czułam ją – w cierpnącej skórze, we łzach wzruszenia cisnących się do oczu, w guli rosnącej w moim gardle na widok tylu osób szczęśliwych, uśmiechniętych, zaskoczonych, płaczących ze szczęścia, gdy przedwczoraj rozwoziliśmy dary w ramach akcji „Podziel się!”. Dla większości samotnych nie było najważniejsze to, co im przynieśliśmy w naszych po brzegi wypełnionych pudłach, ale to, że ktoś do nich przyszedł, że ktoś o nich pomyślał. „Przez całe życie nie przydarzyło mi się coś tak wspaniałego” – mówiła pani Teresa. Chcieli się odwdzięczać, częstować, płacić. I nie kryli łez, a my z trudem połykaliśmy własne – no bo trzeba było jechać dalej „z kolędą i uśmiechem”.

TO JEST MAGIA ŚWIĄT! Nie śnieg i nie pędzący tir z coca-colą, ale drugi człowiek i dzielenie się z nim, pokazanie mu, że nawet obcy ludzie potrafią o nim ciepło pomyśleć i zechcieć przynieść trochę świątecznej atmosfery.

No i nie zapominajmy o najważniejszej rzeczy – co świętujemy. Jeśli nawet jesteście niewierzący, warto pomyśleć o paru faktach: narodziny i życie Jezusa z Nazaretu to zdarzenia historyczne, Jego nauka, zawarta w Nowym Testamencie, to elementarz dobra, miłosierdzia i prostych, ludzkich gestów. Jeśli tak na to spojrzeć, w Boże Narodzenie świętujemy istotę człowieczeństwa. Tacy w gruncie rzeczy jesteśmy, choć w ciemnościach zimowej nocy naszego życia czasem się pogubimy. Zawsze jednak niech nam świeci symboliczna betlejemska gwiazda wskazująca to, co w życiu najważniejsze.

Tego Wam, drodzy Czytelnicy, życzę z okazji tych pięknych świąt, które rozpoczniemy dziś wieczorem tradycyjną wieczerzą. Dziękuję Wam, że jesteście i że chcecie czytać te moje wypociny. Odpocznijcie, nabierzcie siły do życiowych zmagań, doceńcie wartość rodziny, nie zapomnijcie o przyjaciołach, pomyślcie odrobinę cieplej o nieprzyjaciołach, wybaczajcie, kochajcie się i poczujcie PRAWDZIWĄ MAGIĘ!

Wesołych Świąt!

PO CO SIĘ NARODZIŁAM?

poniedziałek, Grudzień 22, 2014 0 1

Dziś znów śladami sentencji… Pewien ewangelicki kaznodzieja miał powiedzieć: „Są dwa momenty najważniejsze w życiu człowieka: kiedy się narodził i kiedy zrozumiał, po co się narodził”. Ja coraz częściej nabieram pewności, że narodziłam się po to, żeby pomagać. Obok radości z tego, jak fantastyczne mam dziecko, i satysfakcji z Waszych pozytywnych reakcji na to, co tutaj piszę, nie znajduję w swoim życiu większej motywacji niż tak, którą daje mi pomaganie.

Takie mam refleksje po kilku tygodniach spędzonych nad przygotowaniem akcji, której zwieńczenie czeka nas jutro i pojutrze. Akcji, która przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Nasze – organizatorów. Poziom dobra, empatii i potrzeby pomagania, jaka naturalnie istnieje chyba w każdym człowieku (nie każdy jednak potrafi i ma szansę ją odkryć) osiągnął zenit. Zapewne jest jeszcze jakiś wyższy zenit i wierzę, że osiągniemy go za rok, a potem kolejny i kolejny.

To, jak świdniczanie i nie tylko zareagowali na naszą akcję, która jest zwykłym „pospolitym ruszeniem pomagania”, w której my jesteśmy tylko „ogniwem kontaktowym”, przekaźnikiem, nas samych uskrzydla i każe jeszcze bardziej się starać. Zebraliśmy w darach blisko 50 tysięcy złotych. Niektóre z nich, jak np. pralki czy wymarzona przez jedną dużą rodzinę zmywarka, już dotarły do adresatów. Resztę jutro, z dobrym słowem, kolędą na ustach i ciepłym pozdrowieniem, w imieniu nas wszystkich (a na liście sponsorów jest ponad 50 firm, osób i instytucji), zawiozą nasi kolędnicy. Rozpoznacie ich na pewno, jeśli spotkacie ich na swojej przedświątecznej, pośpiesznej, zaganianej drodze. Będą nosić ogromne, nieprawdopodobnie ciężkie paczki – niejedną dla każdego. Będą się uśmiechać i śpiewać kolędy. Będą nieść radość i dobre słowo osobom samotnym. Będą odwiedzać potrzebujące rodziny. We wtorek przygotują oprawę ufundowanej dzięki naszym sponsorom wigilii dla bezdomnych ze Schroniska im. św. Brata Alberta w Świdnicy.

Akcji tej jednak nie kończymy. Po świętach jedna ze świdnickich rodzin, dzięki wsparciu Fundacji Banku Zachodniego WBK i Leroy Merlin oraz naszej ekipy, doczeka się wymarzonego remontu mieszkania. A że naprawdę jest potrzebny, a rodzina tego warta, przekonaliśmy się osobiście.

Tak to właśnie z pomaganiem jest… A ja… ja już wiem, po co się narodziłam!

NIE OCZEKUJMY ZMIAN. SAMI ZMIENIAJMY!

sobota, Grudzień 20, 2014 0 2

Demotywatory. Demoty. Memy – szukam ich codziennie prowadząc różne profile na FB. Przeglądam dziesiątki i setki w najlepszym razie truizmów, a zwykle głupot, idiotyzmów i banałów… Ale czasem trafia się – tak, jak to i z ludźmi czasem bywa – prawdziwa perełka…

Taka jak ta, do której – pewnie z racji serii mistrzowsko-uczniowskiej z Bruce’em Lee wklejono fotkę właśnie jego:

Uczeń zapytał mistrza:

– Mistrzu, jak długo trzeba oczekiwać zmiany na lepsze?

Mistrz odpowiedział:

– Jak chcesz oczekiwać – to długo.

To jest prawdziwsze i mądrzejsze niż sobie nawet z tego zdajemy sprawę. Każdy z nas wyobraża sobie jakąś przyszłość albo o niej marzy, każdy na coś czeka, większość chce zmian. Kiedy zbliża się koniec roku, zaczynamy robić noworoczne postanowienia. Mówimy sobie, że nie będziemy robić tego czy tamtego – palić, dużo jeść, pić, plotkować czy co tam jeszcze. Albo że będziemy robić to i to – ćwiczyć, zdrowo się odżywiać, oszczędzać… Jednak ile z tego faktycznie wkracza w fazę realizacji?…

I tak mija pierwszy miesiąc kolejnego roku, potem drugi, trzeci i tak dalej. Najpierw pojawiają się w nas wyrzuty sumienia, że nie realizujemy swojego postanowienia, nie dążymy do zmian na lepsze. Później wyrzuty powoli chowają się pod kołderką codzienności. Wreszcie znikają całkiem, tak jak i nasze postanowienia – aż do kolejnej końcówki kolejnego roku.

Wszyscy oczekujemy zmiany na lepsze, ale najlepiej, gdyby odbyła się ona bez naszego udziału. Dlatego tak lubimy (my – ludzie) różnego rodzaju totolotki i inne gry, w których może się i nie szczęści, jak w całym życiu, ale to pozwala nam marzyć, że kiedyś… że pewnego dnia… że stanie się cud i coś się zmieni. A my nagle staniemy się innymi ludźmi, takimi dokładnie, jakimi chcemy być i jakimi jesteśmy w naszych marzeniach.

Problem w tym, że nasze życie zapieprza do przodu z prędkością japońskiego Magleva. Nie ma czasu pomyśleć nad losem Kowalskiego, Smitha czy Kowalowa. Bo to Kowalski, Smith i Kowalow powinni sami o tym życiu pomyśleć. Oczekiwać od życia mogą oczywiście wiele. Ale najwięcej – powinni oczekiwać od samych siebie. Są bowiem – nomen omen – kowalami własnego losu. I nikt za nich życia nie przeżyje. Za Was też. Za mnie też. A więc?…

Nie oczekujmy zmian. Sami zmieniajmy! To łatwe. Ja przekonuję się o tym każdego dnia.

JAK KOŃCZY STAROSTA?

piątek, Grudzień 19, 2014 0 2

Jak mawiał Miller Leszek, gdy z ministerstwa pracy miał przejść na fotel premiera RP, prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy. Dziś w Świdnicy poznaliśmy faceta, który nie tylko źle zaczyna, ale i źle kończy.

Ale zanim do sedna, krótkie wprowadzenie. Jak byście się czuli, gdyby dziś, na kilka dni przed Bożym Narodzeniem, ktoś powiedział Wam, że stracicie pracę? Gdyby dawał Wam perspektywy, ale mgliste i gdyby właściwie nie miał żadnych argumentów poza finansowymi? Jak wyglądałyby Wasze przygotowania do świąt, noworoczne postanowienia, mniej lub bardziej śmiałe plany na przyszłość? Słabo, prawda?

No to teraz do sedna. Dotarł dziś do mnie list otwarty pracowników IV Liceum Ogólnokształcącego, oficjalnie zwanego Zespołem Szkół nr 3, a powszechnie zwanego jako tzw. szkoła mundurowa. Piszą w nim tak:

„W dniu dzisiejszym, czyli 18 grudnia 2014 r. – kilka dni przed Świętami Bożego Narodzenia – zostaliśmy telefonicznie poinformowani o decyzji Zarządu Powiatu Świdnickiego dotyczącej likwidacji naszej szkoły z dniem 1. września 2015 r. Informację tę przekazał naszej Pani Dyrektor pracownik Starostwa Powiatowego. Wyrażamy nasze oburzenie zarówno formą przekazu, jak i terminem oraz jego niejasną treścią”.

Przyznam szczerze, że kiedy to przeczytałam, szczęka mi opadła. Nie dlatego, że nowy pan starosta chce dokończyć dzieło poprzedniego pana starosty (ekonomia jest nieubłagana). Nie dlatego, że nowy pan starosta chce zlikwidować jakąś szkołę (wiele już takich przeżyliśmy przypadków w niejednej miejscowości i na niejednym poziomie samorządu). Nie dlatego, że nowy pan starosta zrobił to niemal tuż po objęciu urzędu.

DLATEGO, że nowy pan starosta pokazał nieprawdopodobny, nieludzki brak wyczucia sytuacji. Za pięć dni będziemy mieli Boże Narodzenie. Ludzie dookoła, także nauczyciele w szkołach, ich pracownicy administracyjni czy obsługa, szykują się do najważniejszych dla większości świąt w roku – świąt, które przypominają ludzkości istotę człowieczeństwa, współczucia, wzajemnej pomocy i wsparcia. Świąt, podczas których nawet Ebenezer Scroodge z Dickensowskiej „Opowieści wigilijnej”, okazuje ludzkie uczucia.

DLATEGO, że nowy pan starosta zakomunikował fakt złamania życia kilkudziesięciu osobom poprzez pracownika – telefonicznie. Czy godzinne spotkanie z załogą szkoły byłoby aż takim problemem?

Ale pomińmy to, bo wiem, że szkoła takiego spotkania nie odpuści. Rozmawiałam z dyrektorką, która – choć jak wynika z naszych wcześniejszych rozmów, spodziewała się zmian – wciąż nie może wyjść z szoku z powodu sposobu informowania o nich. Do końca roku zostało 11 dni. JEDENAŚCIE DNI! Co stało na przeszkodzie, żeby powstrzymać się z tą wiadomością?

Cóż… ten mężczyzna właśnie zaczyna swoją karierę jako starosta. Zaczyna… kończąc beznadziejnie. Kończąc nadzieje kilkudziesięciu osób jeszcze przed końcem roku. Aż przykro o tym pisać, naprawdę. Ale… musiałam!

A na koniec jeszcze cały list, który dyrektorka szkoły Marzena Łysoniek przekazała staroście podczas… wczorajszego spotkania opłatkowego, na które została zaproszona. – Może to nieeleganckie – powiedziała mi. – Ale wydaje mi się, że to, jak postąpił z nami pan starosta, było o niebo bardziej nieeleganckie.

Co racja, to racja.

LIST OTWARTY

Panie Starosto Powiatu Świdnickiego!

W dniu dzisiejszym, czyli 18 grudnia 2014r. – kilka dni przed Świętami Bożego Narodzenia -zostaliśmy telefonicznie poinformowani o decyzji Zarządu Powiatu Świdnickiego dotyczącej likwidacji naszej szkoły z dniem 1. września 2015r. Informację tę przekazał naszej Pani Dyrektor pracownik Starostwa Powiatowego. Wyrażamy nasze oburzenie zarówno formą przekazu,

jak i terminem oraz jego niejasną treścią. Żądamy spotkania władz Powiatu ze Społecznością. Szkolna, tj. pracownikami szkoły, uczniami, ich rodzicami i wszystkimi przyjaciółmi naszej placówki. Oczekujemy godnego traktowania Nas Wszystkich przez organ prowadzący. Chcemy odpowiedzi na następujące pytania:

  1. Czy szkoła mundurowa ma zniknąć z oferty edukacyjnej naszego miasta?
  2. Jaki będzie los naszych obecnych uczniów?
  3. Czy kilkudziesięciu doświadczonych i zaangażowanych pracowników naszej placówki ma powiększyć grono bezrobotnych świdniczan?

Nasze rozgoryczenie potęguje fakt, że jeszcze do niedawna byliśmy szkołą, którą organ prowadzący szczycił się, stawiał za wzór innym powiatom, a nasi uczniowie byli i są zawsze widoczni podczas wszelkiego rodzaju uroczystości w środowisku lokalnym.

Na koniec chcemy zaznaczyć, że nasza placówka jest znana i rozpoznawalna w regionie, a liczba osób chętnych do nauki w szkole od lat przekracza liczbę miejsc, które były sukcesywnie zmniejszane przez Starostwo Powiatowe.

CIĘŻKI SPADOCHRON ŁATWIEJ OTWORZYĆ

piątek, Grudzień 19, 2014 0 0

Mijałam wczoraj kolarza, który miał prawdopodobnie 150 lat, jego kolarzówka – jakieś 130, jego kolarski strój – mniej więcej 155 (najwyraźniej był wielokrotnie używany przez kilka pokoleń), a  jego zwinność podczas jazdy na rowerze wskazywała na lat kilkanaście… O mało nie spowodowałam stłuczki, bo tak się na gościa zapatrzyłam.

Jak wiele musiała przeżyć jego kolarzówka i on sam? Ile systemów, polityków, prezydentów, burmistrzów, wójtów, radnych (bo nie wiem, skąd był ów dziwny, ale fascynujący człowiek) musiał w swoim życiu „przejść”? Jak często był prany, zszywany, łatany i reperowany jego strój? Ile klęsk urodzaju, kryzysów gospodarczych, ludzkich nieszczęść i śmierci bliższych lub dalszych musiał przeżyć? Można się tylko domyślać. Czy jadąc tak na tym rowerze pamiętającym czasy sprzed Królaka, Szozdy, a tym bardziej Szurkowskiego ściga się z czasem?

Mam bogatą wyobraźnię. Taka się już urodziłam 😀 Więc jadąc potem dalej i mając wciąż przed oczami tego człowieka wyobraziłam sobie go na tej kolarzówce, z początku nówce nieśmiganej, młodego, jak na owe czasy topowo ubranego sportowca, jak tak kręci tymi pedałami, a w tle – jak w dawnych filmach – zmieniają się krajobrazy, mijają lata, z każdym kolejnym rokiem rower nadgryzają kolejne zęby czasu, a strój kolarza blaknie, pojawiają się pęknięcia, zszycia, dziury, łaty. A on tak jedzie i jedzie i te obrazy się zmieniają. Staruszek Świat… – zabrzmiała mi w głowie piosenka, której często słuchałam w dzieciństwie, bo mama słuchała. Zresztą w radiu to był hit, bo kto tam wtedy słyszał o MTV? 😉

Wczoraj rozmawiałam też z jednym z moich przyjaciół o tym, ile w swoim życiu przeżył różnych historii i jak łatwo wypadają z pamięci. Zostają tylko jakieś pojedyncze obrazy, lepsze lub gorsze wspomnienia, rzadko ludzie. Czas mija, my idziemy do przodu, bogatsi o nowe umiejętności, różnoraką wiedzę i cały ten bagaż doświadczeń. Czasem nas on przygniata, a czasem unosi – jak nagle otwarty spadochron, rzucając w tę czy inną stronę. I nigdy nie wiemy, dokąd tak naprawdę zmierzamy, nawet jak wydaje nam się, że jest inaczej.

Pomyślałam sobie, że ten 150-letni kolarz to taki trochę symbol. Symbol tego, że choć idąc przez życie zmieniamy się, naszą kolarzówkę, jak i nasze ciało, nagryza ząb czasu, nasze ubrania, jak i nasz umysł, w wyniku kolejnych zderzeń z rzeczywistością odnoszą rany, pęknięcia, ale też potrafimy to pozszywać, połatać i nawet jeśli pod koniec życia jesteśmy już mocno pokiereszowani, to nadal chcemy w nim odnajdywać sens. A nawet widzimy go częściej niż kiedy jesteśmy młodsi. i wciąż, jak ten kolarz, jedziemy naprzód.

Ostatnio z moją córką zerkałyśmy na transmitowaną w TVN-ie galę Zwykły Bohater. Był tam taki starszy pan, 93-letni weteran wojenny Tadeusz Centek, wolontariusz w jednym z hospicjów, który oprócz pomocy, oddaje tam jeszcze połowę swojej renty. Akurat przemawiał dziękując za nagrodę, gdy moje dziecko, nie pierwszy raz w życiu, zaskoczyło mnie, mówiąc: „Jaki fajny dziadek. Starsi ludzie są tacy fajni. Takie mają miłe twarze…” Coś w tym jest, pomijając już fakt, że trudno dziś znaleźć trzynastolatkę, która tak by patrzyła na starszych ludzi. Jest coś w tym, że ten nasz bagaż doświadczeń, choć z biegiem lat staje się cięższy, to paradoksalnie coraz częściej otwiera się jak ten spadochron – stajemy się lżejsi, spokojniejsi, patrzymy na świat pogodzeni z nim i nie przeszkadza nam kompletnie, że nasza kolarzówka już prawie się rozpada, że dziur i łat coraz więcej. Bo wiemy o świecie i życiu więcej.

LA VITA E BELLA…

środa, Grudzień 17, 2014 0 0

Alternatywna rzeczywistość… Słyszeliście o takiej? Ja tak – w powieściach czy filmach sci-fi, choć jeden był wyjątek – film nieprawdopodobnego Roberto Benigniego „Życie jest piękne”, w którym ojciec z miłości do syna, gdy obaj trafiają do obozu koncentracyjnego, tworzy dla niego alternatywną rzeczywistość w prawdziwym świecie, zapewniając, że właśnie znaleźli się w grze o lepsze życie…

Kiedy słyszę wieści dochodzące z miejskiego magistratu, zastanawiam się, czy i my nie zostaliśmy wmontowani jako pionki w grę o lepsze życie. Czyje? No, przecież nie nasze. Nowych radnych? Nowej pani prezydent? Leśnych harcowników z SLD, których długie brody wyhodowane w śródleśnych pustelniach nagle zostały ogolone, a dziadki rozpanoszyly się w urzędowie i już nie ma pewności, czy to demokratycznie wybrana pani prezydent jest prezydentem, czy może eksprezydent Markiewicz Adam (bo w jego czasach najpierw się pisało nazwisko), który ją wspiera i doradza i prowadzi przez tę grę?…

A więc zastanawiam się, czy nie wtłoczono nas do jakiejś alternatywnej rzeczywistości, czy wynik wyborów, który znamy, jest prawdziwy, czy ktoś nam właśnie wmawia, że Kopernik była kobietą 😉 Czy dwuosobowe przesłuchania prowadzone w magistracie to tylko tak na początek, żeby pan nieformalny doradca formalnej pani prezydent pomógł jej się ogarnąć w nowej rzeczywistości, czy też może to alternatywna rzeczywistość, o jakiej nam w kampanii wyborczej nie powiedziano. A jeśli tak, to o co toczy się ta gra? Bo na pewno nie o życie, jak w tragikomedii Benigniego…

Jeśli o mnie chodzi – odpuszczam. Będę się jednak przyglądać tej grze z wielką ciekawością. I znów powtórzę to, co kiedyś – obym się pozytywnie rozczarowała, bo to będzie oznaczało, że na zmianach zyskuje miasto, w którego samym sercu mieszkam.

A poza tym? Kuba i USA wznowiły stosunku dyplomatyczne. Jest nadzieja na pozytywne zmiany. Akcja „Podziel się!” wkracza w decydującą fazę. Liczba firm i osób, które się w nią w tym roku włączyły, przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. „Ida” wraca na polskie ekrany i znów zobaczymy wyraz polskiej teorii względności, gdy Polacy ruszą do kin na ten film, chociaż przed nagrodami i nominacjami mieli go w dupie. A ja… choć lubię gotować, cieszę się, że tym razem nie będę lepić uszek czy smażyć karpia, tylko wsiądę w samochód i pierwszy raz w dorosłym życiu pojadę „na gotowe” – do mojej alternatywnej rzeczywistości, w której jako dziecko spędzałam każde wakacje i gdzie nie byłam… 25 lat! Prawdziwa podróż do przeszłości 😉

Życie jest piękne! Jeszcze tylko czekam na „buongiorno principessa” 🙂

TEORIA (BEZ)WZGLĘDNOŚCI

wtorek, Grudzień 16, 2014 0 2

Jest dziewięć stopni Celsjusza, a ludzie mówią: „ciepło”. I narzekają, że szerzą się przez to choroby, że święta nie będą białe, że w ogóle w zimie powinna być zima… Gdy latem zdarza się temperatura rzędu 15 stopni, ludzie mówią: „zimno”.  I narzekają, że jak tak zimno w lecie, to szerzą się przeziębienia i że przecież jak jest lato, to powinno być gorąco…

Ciekawe, prawda? To taka ludzka teoria względności, zgodna co do joty z powiedzeniem, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Ale do rzeczy. W dziedzinie fizyki, mimo dziewięciu lat nauki tego przedmiotu w szkołach, jestem prawie że ignorantką, ale że lubię wyzwania i w tym roku niejedną już robiłam w życiu rzecz, co do której nie wierzyłam, że potrafię, to spróbuję swoich sił i w tej dziedzinie. Ale bez wzorów matematycznych – wybaczcie 😀 I całkiem po swojemu.

Ogólna teoria względności Einsteina to teoria grawitacji, a więc ciążenia. Ciążenie to przyciąganie. Nas do ziemi, tak jak tego jabłka Newtona (jedna z nielicznych rzeczy, które zapamiętałam w fizyki, bo mi się historyjka podobała haha 🙂 ). Ale też… przyciągania dwóch ciał, a więc jednych do drugich. W nazwie teorii Einsteina od dawna inspiruje mnie jako polonistkę słowo „względność”. Oznacza ono relatywność, niejednoznaczność. Idźmy dalej – niedookreślenie, niezdecydowanie. Idźmy jeszcze dalej – koniunkturalizm. Dalej jeszcze – zdolność przyciągania do najsilniejszej w danym czasie siły oraz do sprzedania przyjaciela, któremu się wszystko zawdzięcza, w zamian za dodatek do wynagrodzenia. Zdolność do odsunięcia człowieka, bez którego by się nie istniało, w zamian za polityczne synekury.

Oj, nasłuchałam się na ten temat w ostatnim czasie sporo, a dzisiejsze relacje z drugiej sesji Rady Miejskiej, której nie oglądałam, bo byłam w pracy, ale oglądali moi koledzy (z różnych stron, a więc obiektywny przekaz dostałam), potwierdzają tylko smutne istnienie teorii względności także w polityce. Istnieje tam grawitacja – siła, która przyciąga bardziej niż wszystko inne. To władza i pieniądze. Siła ta jest ogromna. Młodych ludzi, na dorobku, potrafi oderwać nie tylko od przyjaciół, którym wszystko zawdzięczają, ale też od rzeczywistości. Nowa reprezentacja świdniczan, nie mówię tylko o młodych, tak już się w tym jakże krótkim czasie oderwała, że nawet nie było specjalnie dyskusji nad wynagrodzeniem nowej, początkującej, niedouczonej pani prezydent równym wynagrodzeniu odchodzącego po 12 latach pracy prezydenta (pomijam już butę i zadufanie w sobie kogoś, kto bez odpowiedniego CV uważa siebie za godnego takiego wynagrodzenia).

Pomijając to ostatnie, bo akurat w przypadku tej osoby nie dziwi mnie to zupełnie – dziwi jednak teoria względności w wykonaniu tych i owych radnych. Opisywałam już – jeszcze na łamach WŚ – ludzi bez moralnego kręgosłupa. Ale takich, którzy już weszli do rady jako bezkręgowce – jeszcze nigdy… Smutne.

Cóż… chyba Einstein opracowując swoją teorię względności nie zdawał sobie sprawy, że da się ona rozciągnąć na jeszcze inne dziedziny życia. I najwyraźniej fizyka także jest nauką o ludziach. W tym wypadku – nauką bardzo smutną. To wręcz teoria bez…względności.

SŁODKA ZEMSTA W CIENIU KOLĘDY

wtorek, Grudzień 16, 2014 2 0

Świdnica przysnęła. Bożonarodzeniowy jarmark tylko z pozoru ożywia rynek, bo jakoś tak… ludzi mało… No, dobrze – może w weekend było ciut więcej niż zwykle w weekend. Nad Rynkiem smętnie, aż do przesytu, snują się kolędy (już by puścili czasem jakieś last kristmas, bo w biurze poselskim od tych zawodzących kolęd można dostać obłędu), dodzwonić się do dyrektorów miejskich jednostek nie sposób, w magistracie się dzieje, ale poza nim – też cisza… A jutro kolejna sesja nowej rady.

W sali narad USC, gdzie obradują świdniccy radni, jest taka ława, w której zasiadają dyrektorzy miejskich jednostek, spółek, zakładów budżetowych itd. Ciekawa jestem, jakie twarze będą zasiadać w tych ławach w najbliższym czasie. Poprzednia władza wprowadziła ich wszystkich (choć w różnych okresach) nowych. Nie ma też najmniejszej wątpliwości, że podobną politykę będzie uprawiać nowa władza. Odwieczna zasada TKM albo bardziej eufemistycznie TQM (Teraz Qrwa My) 😉 wciąż działa. Co więcej – jest genialną okazją do zemsty. Na przykład na pracodawcy, który zwolnił pracownika, a teraz pracownik został poniekąd przełożonym byłego pracodawcy i… Noooo, jak tu nie poczuć tego cudownego słodkiego uczucia zemsty?! Nawet jeśli jeszcze nie ma się żadnych argumentów, bo jak je zdobyć w kilkanaście dni?

Czekamy też niecierpliwie na prezentację drugiego wiceprezydenta. Bo zgodnie z zapowiedziami, ma być ich dwóch. Niestety, kandydatka na wice została odsunięta przez własną eks-partię, która to eks-partia nadal jednak nie może się dogadać z Główną Partią, by w jakiś sensowny sposób ogarnąć tę dziwną sytuację. Docierają do mnie informacje o kolejnych kandydaturach i kolejnych odmowach. Zapewne większość to plotki, jednak nawet jeśli nie, to czemu tu się dziwić? Mało jest ludzi, którzy są gotowi z mandatu publicznego (bo co innego np. w biznesie) pracować dzień i noc świątek, piątek i niedziela 😉 Ja się wręcz dziwię, że ktoś się na to waży.

Cóż… poprzeczka nie tylko w przypadku rzecznika prasowego urzędu Stefana Augustyna została zawieszona bardzo wysoko… 😉

A tymczasem Świdnica naprawdę przysnęła… W oparach tych rynkowych smętnych kolęd (choć przecież tyle jest wesołych!) ludzie szykują się do świąt. Kupują nietrafione prezenty. Robią w nadmiarze zakupy spożywcze, które potem wylądują w okolicznych śmietnikach. Jakaś sesja miejskiej rady? Jakaś zemsta zwolnionego pracownika?… Czy to ich coś obchodzi?… Oto, co ich obchodzi!

Foto podkradłam Darkowi Nowaczyńskiemu. Darek, mam nadzieję, że nie dosięgnie Cię za to zemsta 😉